Abchazja kraj, którego nie ma?

Pojechać do Abchazji to było marzenie ściętej głowy...Pomysł na wyjazd zrodził się już dawno. Nie udawało się go zrealizować podczas kolejnych pobytów w Gruzji. Przeszkodą zawsze była niestabilna sytuacja polityczna w nadmorskiej republice. Dodatkowo bardzo niejasne przepisy regulujące przekraczanie granicy pomiędzy Gruzją i Abchazją nie zachęcały do podróży. Abchazja jest też na liście krajów do których MSZ odradza podróżowanie ze względu na brak opieki konsulatu polskiego na terytorium republiki. Wszystko to z jednej strony zaostrzało apetyt na podróż, z drugiej rozsądek podpowiadał, żeby wstrzymać się z wyjazdem aż czasy będą spokojniejsze.

W 1993, w wyniku wojny domowej, Abchazja oddzieliła się od Gruzji, a rząd w Tbilisi stracił kontrolę nad swoją prowincją. Niepodległości Abchazji nie uznało żadne państwo na świecie, nawet Rosja. ONZ uznaje integralność terytorialną Gruzji co w praktyce oznacza, że Abchazja jest de jure częścią Gruzji. Gruzja zaś nie ma kontroli nad swoją dawną prowincją i de facto Abchazja jest niepodległym państwem. W ten sposób powstał przedziwny twór "nieuznawane-de-facto-państwo" ze stolicą w Suchumi. Aby sytuacja międzynarodowa Abchazji była jeszcze bardziej skomplikowana, istnieje część Abchazji kontrolowana przez rząd w Tbilisi. Jest to położona w wysoko w górach trudno dostępna, górna część doliny rzeki Kodori, tak zwany Wąwóz Kodorski Dolina Kodori ma duże znaczenie strategiczne, ponieważ jej dolna cześć otwiera się ku morzu parę kilometrów od stolicy Abchazji. Dlatego tez, mimo iż dolinę zamieszkuje tylko dwa tysiące górali, rząd w Tbilisi przywiązuje wielka wagę do rozwoju wydarzeń w dolinie. W 2006 roku, prezydent Saakaszwili odwiedził abchaską dolinie Kodori. Ogłosił tam, że od tej pory oficjalna nazwa górnego odcinka doliny Kodori, kontrolowanej przez Gruzję, będzie nosić nazwę: Górna Abchazja w opozycji do „Dolnej Abchazji” kontrolowanej przez „separatystyczny” rząd w Suchumi. Saakaszwili ogłosił też, że rząd Abchazji na wychodźstwie, który do tej pory rezydował w Tbilisi przenosi się do Górnej Abchazji i będzie miał swoją siedzibę we wsi Czkhalta.

Naszym marzeniem była trasa rowerowa wzdłuż morza Czarnego z południowego wschodu na północny zachód: od Batumi w Gruzji do Adleru w Rosji. Wreszcie tej jesieni postanawiamy jechać. Od dwóch, trzech lat dochodziły słuchy, że sytuacja w Abchazji powoli stabilizuje się, przynajmniej pod względem bezpieczeństwa. Nad Morze Czarne wracają turyści, na razie tylko rosyjscy. W rejonach graniczących z Gruzją (rejony: Gali, Oczamczira i Tkwarczeli) do swoich domów wróciła część uchodźców.

Cała Abchazja to właściwie jedna główna droga ciągnąca się wzdłuż Morza Czarnego oraz odchodzące od niej boczne drogi kierujące się ku górom. Na tej trasie położone są wszystkie miasta Republiki. Jadąc od wschodu mija się kolejno: Gali, Oczamczirę, Suchumi, Nowy Afon, Gudautę, Gagrę.

My korzystaliśmy z tej trasy od przejścia granicznego na rzece Inguri do Nowego Afonu. Dalej jechaliśmy górskimi drogami i bezdrożami do wysokogórskiej wsi Pschu i jeziora Rica. Klimat i krajobraz Abchazji są bliskie ideału. Ilość dni słonecznych na wybrzeżu przewyższa trzysta w roku. Parę kilometrów od morza ciągną łańcuchy górskie Zachodniego Kaukazu z najwyższym szczytem Abchazji: Dombaj-Ulgen (4 046 m.n.p.m.) położonym na granicy z Rosją. Najwyższe partie gór pokryte są wiecznymi śniegami i lodowcami. Zielone doliny porastają piękne bukowe i jodłowo-świerkowe lasy z wielką ilością gatunków kwiatów. W górach występuje wielka obfitość rzek, strumieni i potoków. Na nizinach klimat podzwrotnikowy wilgotny pozwala na uprawę cytrusów, orzechów, winorośli. Typowym elementem krajobrazu, szczególnie w miastach, są palmy. W zimie temperatura nie spada z reguły poniżej zera.
Na rosyjskich portalach internauci wymieniają się informacjami o prywatnych kwaterach, restauracjach, plażach, o tym jaka pogoda panuje w najpopularniejszych kąpieliskach w Gagrze, Gudaucie i Nowym Afonie. W internecie znalazłem nawet opis wycieczki rowerowej po górach Abchazji odbytej przez turystów z Petersburga w lecie 2005. Wszystkie te sielankowe wiadomości dotyczyły regionu północnej Abchazji bardzo blisko rosyjskiej granicy. Tam usytuowane są najważniejsze kurorty nadmorskie i ośrodki wypoczynkowe. Z dyskusji na forach internetowych, poświęconych turystyce, wynika, że Suchumi to już inna bajka - tam zapuszczają się tylko nieliczni. Suchumi cały czas nosi ślady zniszczeń wojennych, nie jest bezpieczne po zmroku.

Nasza rowerowa marszruta wiodła przez gruzińskie prowincje: Adżarię, Gurie, Kolchidę, Samegrelo, całą Abchazję od rzeki Inguri do rzeki Pschu. Do Abchazji wjechaliśmy od strony Gruzji przez most na rzece Inguri. Za Nowym Afonem odbiliśmy w góry, żeby przez górską wieś Pschu dojechać do jeziora Rica. W górach powtórzyliśmy trasę Rosjan znaną nam wcześniej z opisu zamieszczonego w internecie. Łącznie z Batumi do Adleru przejechaliśmy na rowerach 510 km.

Do Gruzji dostaliśmy się statkiem z Ukrainy. Nasz statek płynął z Odessy, a dokładniej z Iliczowska - dużego portu położonego 30 km za miastem. Statek jest największym tego typu obiektem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Ma prawie ćwierć km długości. Zbudowany został pod koniec lat 80-tych w Niemczech, pływał wcześniej po morzu Bałtyckim i Północnym. W środku jest dużo napisów po niemiecku, mapa Niemiec na ścianie, oraz mapy morskie okolic Kłajpedy...? W Iliczowsku z betonowego nabrzeża prowadzą tory kolejowe, po których do brzucha statku-potwora wjeżdżają wagony towarowe oraz ciężarówki To, co płynie z nami do Gruzji to głównie "wojenna technika": rozmaite wojskowe ciężarówki, opancerzone samochody, oraz inny sprzęt ukryty w stalowych kontenerach, to co możemy zobaczyć jest na oko produkcji radzieckiej. Jak się później dowiemy są to urządzenia służące do obsługi lotnisk wojskowych.

Jesteśmy jedynymi turystami na pokładzie, resztę stanowią kierowcy ciężarówek: Ukraińcy, Gruzini, Rosjanie. Płyną z nami również tajemniczy wojskowi ubrani po cywilnemu pilnujący transportu "wojennej techniki". Na statku dostajemy trzy razy dziennie jedzenie, atmosfera jak na turnusie wczasów pracowniczych. Można opalać się na dużym górnym tarasie, albo oglądać delfiny, albo czekać, kiedy będzie widać Krym lub Gruzję. Jest mały barek gdzie Sierioża sprzedaje piwo puszkowe i orzeszki. Zaprzyjaźniamy się z gruzińskimi kierowcami, mamy już paru znajomych, zapraszają do siebie w gości. Czas spędzają na paleniu papierosów, grze w domino oraz wypatrywaniu Gruzji na horyzoncie. Jest, czego wypatrywać, bo według plotek, statek spóźnia się już jeden dzień. Próbujemy dowiedzieć się czegoś o transporcie broni ale wyglądający na wojskowych cywile milczą uparcie przez całe trzy dni. Prom spóźnił się półtora dnia, zamiast w piątek rano do Poti w Gruzji, dopływamy dopiero w sobotę wieczorem. Nikt się tym specjalnie nie przejął.

Wasyl, ukraiński kierowca zagadnięty na statku, tłumaczy, że blokada transportu przez Abchazje to wielki kłopot. Ciężarówki muszą pływać statkami. W portach tworzą się długie kolejki tirów, jeśli nie załapiesz się na prom musisz czekać na następny — wychodzi tydzień czasu czekania w porcie pilnując swojego miejsca w kolejce. Jeśli nie daj Boże pojawi się transport wojskowy, to znowu przyjdzie czekać kolejny tydzień, bo wojskowi mają pierwszeństwo. Nie można sobie zarezerwować miejsca z wyprzedzeniem przez telefon. Mieszkamy wtedy w ciężarówkach i czekamy. Mamy butle z gazem gotujemy, śpimy, my całe życie w samochodzie, mówi Wasyl. Wiesz, z Odessy do Batumi, przez morze, jest 1 000 km. Statek pokonuję tą trasę w trzy dni, nie licząc czasu, który trzeba spędzić w kolejkach i na przejściach granicznych, kontrolach celnych itd. Samochodem można by te 1 000 km przejechać w półtora dnia, ale jedyna droga przez Abchazję jest zamknięta.

No, ale co zrobisz, polityka taka — tłumaczy Wasyl. Próbuję dowiedzieć się czegoś o tym transporcie wojskowym. Aaa, to są samochody do obsługi samolotów wojskowych na lotniskach, dostarczają do samolotów tlen i wodę. O, widzisz ten duży opancerzony - Wasyl pokazuje na samochód stojący na niższym pokładzie, który widać z naszego tarasu widokowego - to z kolei samochód gdzie może obradować sztab. Wasyl, jak prawie każdy mężczyzna z b. ZSRR, był długo w wojsku i zna się na radzieckiej "wojennej technice".

Polska!, Polska!, Muzyka i Aktualności! -krzyczy do nas zawiadowca stacji tuż za Batumi. Zatrzymujemy się tu na chwilę żeby odpocząć i napić się wody. Chociaż to koniec września, słońce pali niemiłosiernie. Góry są tu tak blisko morza, że szosa i linia kolejowa ledwo mieszczą się obok siebie. Mały peron stacji stoi wprost na plaży. Wyglądał na zupełnie opuszczony, jednak zaraz po naszym przyjeździe pojawia się pracownik kolei. Przejeżdżają tędy trzy pociągi dziennie do Tbilisi i do Samtredi. Okazuje się, że Pan zawiadowca w latach 70-tych był w wojsku. Służył na Litwie blisko polskiej granicy. Tam gdzie stacjonowaliśmy można było złapać polskie radio. Robiliśmy to w nocy, bo oficjalnie było to zakazane. Wszyscy w jednostce znaliśmy wtedy język polski -tłumaczy nam skąd zna nazwę programu emitowanego przez pierwszy program polskiego radia. Żegnamy się z przygodnie spotkanym zawiadowcą wsiadamy na rowery i jedziemy dalej w stronę Poti. W przeciwną stronę, do wschodniej granicy Turcji, jest stąd 30 km.

W Gruzji i w Abchazji przy drogach bardzo często widzimy świnie. Puszczane są one samopas, w mniejszych miejscowościach można je spotkać nawet w parkach miejskich. Nieodłącznym krajobrazem okolic dróg są też krowy, które często kładą się wprost na asfalcie na środku szosy. Tworzą się wtedy korki czasem nawet na rowerze trudno się przebić przez stada krów okupujące drogi.

Dojeżdżamy rowerami do rzeki Inguri. Granica gruzińsko - abchaska. Granica specyficzna, bo nieuznawana przez Gruzję. Most, jak na górską rzekę, jest długi ma około pół kilometra. Po gruzińskiej stronie wisi duży plakat propagandowy z wizerunkiem prezydenta Saakaszwili i mapą Gruzji, oczywiście zawierającą Abchazję. Przed mostem stoi parę busów, kręcą się jacyś ludzie i psy śpiące wprost na asfalcie.

Jest jednak szlaban i gruzińscy, no właśnie, co? Nie są to typowi pogranicznicy, bo Gruzja nie uznaje tej granicy. Nie stemplują paszportów, bo to nie jest przejście graniczne. Są ubrani po cywilnemu. Wypytują skąd się tu wzięliśmy, proszą o paszporty, zadają pytania. Tajemniczy pan informuje nas, że za mostem po drugiej stronie rzeki stoją „separatyści” i oni na pewno nas nie wpuszczą. Poza tym, u nich jest teraz święto "niepodległości”, więc wszyscy będą pijani i będą strzelać na wiwat - informuje nas Gruzin.

Okazuje się, że od dziś przez trzy kolejne dni trwa w Abchazji święto. Jest to święto niepodległości, obchodzone, co roku w rocznice zakończenia zwycięskiej dla Abchazji wojny z Gruzją. Wokół nas zebrał się już wianuszek ciekawskich nic nie mówią tylko patrzą na nas i na nasze rowery. Wreszcie odzywa się któryś z gapiów: po co teraz pchać się do Abchazji? Przyjedźcie za dwa lata, wtedy Abchazja będzie już nasza, gruzińska, nie będzie tu żadnej granicy! Gruzini zapisują nasze dane w grubym zeszycie, nie stemplują paszportów. Jak się później zorientujemy w ogóle nie będziemy mieli stempla w paszporcie potwierdzającego opuszczenie Gruzji. Przy wyjeździe z Abchazji też nie dostaniemy żadnej pieczątki. Mamy nadzieje, że brak pieczątki wyjazdowej nie przeszkodzi nam w kolejnej podróży do Gruzji. Trochę przestraszeni prowadzimy rowery przez most, po abchaskiej stronie witają nas zasieki, worki z piaskiem, stanowiska karabinów maszynowych. Cały posterunek zakryty jest maskującą siatką, taką jaką pamiętam z zabawy studniówkowej w moim liceum. Jest to posterunek rosyjskich sił pokojowych, tak zwanych mirotworców. Zostali oni zainstalowani w Abchazji po wojnie, w 1994 jako siły pokojowe Wspólnoty Niepodległych Państw, faktycznie jednak są to oddziały rosyjskie. Ich zadaniem jest pilnowanie pokoju i niedopuszczenie do nowej gruzińsko-abchaskiej wojny, stąd nazwa, mirotworcy czyli tworzący pokój. Nie wykazują specjalnego zainteresowania. Jechać dalej, komenderują, paru młodych chłopców żartuje, że za dwa kilometry będą bandy i nas zastrzelą. Podczas gdy przechodzimy kontrolę paszportową, granicę w stronę Gruzji przejeżdża samochód duńskiej organizacji charytatywnej zajmującej się uchodźcami. Odprawa trwa bardzo sprawnie.

Za posterunkiem rosyjskim zaczyna się już powiat Gali. Powiat ten oraz sąsiedni powiat Oczamczira najbardziej ucierpiały w trakcie wojny. Przed wojną zamieszkane były w większości przez Gruzinów. Gruzini uciekli w popłochu we wrześniu 1993 zostawiając swoje domy na pastwę Abchazów oraz ich sprzymierzeńców: bojowników z Północnego Kaukazu. W rejonie Gali po dziś dzień nie jest bezpiecznie, mimo upływu 13 lat od zakończenia wojny. Podobno grasują rozmaite bandy, nie bardzo wiadomo, co dzieje się w na terytorium powiatu. Drogą z rzadka tylko przejeżdża jakiś samochód, a i to z reguły są samochody ONZ lub organizacji charytatywnych. Cały dzień pedałujemy dzielnie przez powiat Gali i powiat Oczamczira. Prawdę powiedziawszy czujemy się nieswojo i postoje ograniczamy do niezbędnego minimum. Okolice te od trzynastu lat są wyludnione, jadąc wzdłuż drogi widać bardzo wiele zniszczonych lub opuszczonych domów oraz resztki linii kolejowej łączcej niegdyś Rosję z Gruzją. W pasie 30 km od granicy praktycznie wszystkie domy widoczne z drogi są niezamieszkane lub zburzone.

W Abchazji pracujemy od zakończenia wojny. Pięć miliony hektarów ziemi oczyściliśmy z min przeciwpiechotnych. Mówi David szef organizacji międzynarodowej zajmującej się usuwaniem min. Pracujemy na Kaukazie, w Iraku, na Bałkanach, w Afryce. Wszędzie tam gdzie były konflikty zbrojne i jako złowrogie pamiątki zostały po nich miny. W Abchazji nasza misja powoli dobiega końca, prawie wszystkie miny zostały już unieszkodliwione. Podczas wojny wszyscy stawiali miny: Abchazi, Gruzini, nieformalne grupy zbrojne, jakich wiele wtedy było na Kaukazie. Nauczyć się zawodu sapera jest bardzo łatwo, przekonuje David. Każdy może to robić, wystarczy dwutygodniowe szkolenie. David jest jedynym nie-miejscowym pracownikiem organizacji. Poza nim cały personel misji, około czterysta osób, tworzą mieszkańcy Abchazji. Saperami usuwającymi miny są przeszkoleni lokalni chłopi. Dla nich ta praca to okazja na dodatkowy dochód w ogarniętym biedą kraju.

Współpracownicy Davida mówią nam, że od zakończenia wojny, jesteśmy pierwszymi turystami, którzy przyjechali do Abchazji, od strony Gruzji.

Toczy się wojna dajmy na to, że przez wieś przebiega front. Mieszkańcy uciekają ze swoich domów w bezpieczne miejsca. Dopiero jak front się przesunie w inne miejsce wracają do siebie. Dlatego często nawet miejscowi ludzie nie wiedzą gdzie są miny, w czasie jak wojsko je stawiało oni nie byli na miejscu.

Z Davidem pracuje kilkusetosobowy zespół, wyposażony w samochody, specjalistyczny sprzęt, nawet własną stację benzynową. Szefem jednego z zespołów jest postawny Łotysz. Wojny się nie boimy - mówi. Tutaj wszyscy mamy broń. Jak Gruzja nas znowu zaatakuje to będziemy się bronić i wygramy. David twierdzi, że wojna prędzej czy później wybuchnie na nowo i że to Gruzja zaatakuje. Gruzini ciągle urządzają prowokacje w powiecie Gali, mówią nam współpracownicy Davida. Na przykład dzisiaj nad Gali latały gruzińskie samoloty wojskowe. Chcą nas sprowokować żebyśmy ich zaatakowali i wtedy będą mieli wygodny pretekst żeby znów zacząć wojnę!

Przed 1931 Abchazja była republiką w ramach Związku Radzieckiego, na takich samych prawach jak Gruzja, Białoruś czy Ukraina - tłumaczy nam Rusłan pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Abchazja. Rusłan ma trzydzieści lat, jest pogodny, uprzejmy poświęca nam pół godziny w swoim gabinecie w Suchumi. Rusłan tak jak większość mieszkańców Abchazji ma paszport rosyjski. W 1931 Stalin włączył Abchazję jako autonomiczną Republikę w skład Gruzji. Od tego czasu władze centralne sprzyjały osadnictwu Gruzinów w Abchazji. Według Rusłana stało się tak głównie za sprawą Ławrentija Beri. Beria pochodził z zachodniej Gruzji wychował się w gruzińskiej rodzinie w Abchazji, chodził do szkoły średniej w Suchumi. Z tego powodu był osobiście zainteresowany zwiększeniem liczby Gruzinów w Abchazji. Era Stalina i Berii to czas prześladowań Abchazów, wprowadzenie języka gruzińskiego w Republice. W 1991 kiedy Gruzja ogłosiła niepodległość i władze w Tbilisi postanowiły, że nie obowiązuje już radzieckie prawo, Abchazowie postanowili wykorzystać ten fakt i zinterpretowali go w ten sposób, że nastąpił powrót do sytuacji sprzed 1931, a zatem Abchazja tak jak Gruzja, ma pełne prawo do niepodległości.

Rusłan żali się na Gruzję, że ta prowadzi blokadę ekonomiczną Abchazji. Gruzja nie godzi się nawet na przywrócenie połączeń kolejowych z Abchazją na zniszczonej w trakcie wojny linii kolejowej. Stanowisko Gruzji jest mniej więcej takie: zanim zaczniemy rozmawiać o odbudowie linii kolejowej, trzeba rozwiązać problem statusu Abchazji oraz umożliwić powrót uchodźcom do ich domów. I w ten sposób odbudowa infrastruktury transportowej od razu staje się sprawą polityczną.

Przez Abchazje wzdłuż Morza Czarnego przebiega bardzo ważna linia kolejowa. Prowadzi tędy najkrótsza droga z Moskwy do Tbilisi, z odgałęzieniem do portów morskich w Batumi i w Poti. Abchaska lina kolejowa jest najwygodniejszym połączeniem kolejowym Rosji z Armenią. Od 1993 jest ona zamknięta. Most kolejowy na granicznej rzece Inguri jest zniszczony. Trzy lata temu Rosjanie uruchomili połączenie, na najmniej zniszczonym odcinku trasy przy granicy z Rosją. Na początku kursowały pociągi podmiejskie z Soczi do Suchumi, a później już dalekobieżne z Moskwy do Suchumi. Przywrócenie połączenia spotkało się z protestami Gruzji. W dalszym ciągu nie przywrócono międzynarodowego ruchu kolejowego z Rosji do Gruzji ani tranzytowego połączenia Rosja - Armenia.

Dla Armenii linia kolejowa przez Abchazje ma pierwszorzędne znaczenie. Od czasu wojny o Górski Karabach Armenia objęta jest blokadą: dla transportu zamknięta jest granica z Turcją oraz z Azerbejdżanem. Prawie cały transport dociera do Armenii drogą lotniczą. Gdyby linia kolejowa przez Abchazje była otwarta Armenia miałaby szanse wyrwać się z izolacji. Wymiana handlowa pomiędzy Armenią i Rosją odbywałaby się wtedy koleją tranzytem przez Gruzję.

Rusłan tłumaczy, że Gruzja zablokowała też transport morski do Abchazji, port w Suchumi jest praktycznie martwy. Czasem tylko uda się sprowadzić statek z Rumunii lub z Turcji. Statki te traktowane są jak kontrabanda, bo oficjalnie Suchumi jest miastem gruzińskim, ale z oczywistych względów nie ma możliwości przeprowadzenia w mieście gruzińskiej odprawy paszportowo-celnej. Zdarza się też, że gruzińska marynarka wojenna zatrzymuje statki płynące z Turcji do Abchazji i eskortuje je z powrotem do Turcji. Gruzini traktują, bowiem transport dóbr do Abchazji jak zwykły przemyt.

Gruzini i Abchazi nie mogą żyć razem. Mówi Batał Kobachia z małej organizacji pozarządowej w Suchumi. Po tym, co się stało nie jest to już możliwe. W całej Abchazji nie spotkaliśmy nikogo, kto miałby inne zdanie. Nie możemy dopuścić do powrotu Gruzinów, bo będzie nowa wojna - to jest zawsze argument strony abchaskiej Nikt nie wyobraża sobie życia z Gruzinami w jednym państwie. To samo mówią intelektualiści w Suchumi i pasterze wysoko w górach. Gruzja zaś we wszelkich negocjacjach na pierwszy plan wysuwa powrót uchodźców. Gruzini mówią: najpierw powrót uchodźców a potem rozmowy o statusie Abchazji, odbudowie linii kolejowej, przywróceniu transportu morskiego.

Gruzini, którzy przed 1993 mieszkali w Abchazji, od trzynastu lat żyją w Gruzji w strasznych warunkach. Osiedlano ich w akademikach, hotelach robotniczych, zrujnowanych sanatoriach. Pozostają bez pracy, stanowią wielki problem społeczny. Są ponad dwustutysięczną grupą zdesperowanych ludzi w pięciomilionowym kraju. Większość z nich mieszka po parę rodzin w jednym pokoju często bez ogrzewania i wody bieżącej. Warunki te są szczególnie upokarzające, jeśli zobaczy się ich domy, jakie zostawili w Abchazji. Duże, piękne tonące w winorośli z wielkimi tarasami, często z widokiem na morze.

Abchazja była najbogatszą częścią Związku Radzieckiego. Batał tłumaczy, że w Abchazji dzieci do czwartej klasy szkoły podstawowej uczą się po abchasku. Po zakończeniu czwartej klasy naukę kontynuują po rosyjsku. W Republice nie ma wystarczającej ilości nauczycieli znających abchaski, brakuje też książek, tylko niewielka część literatury światowej została przetłumaczona na język abchaski. Według ostatniego radzieckiego spisu ludności w 1989 roku Abchazje zamieszkiwało 520 tysięcy ludzi z czego 48% stanowili Gruzini i tylko 17% Abchazowie. W wyniku wojny 250 tysięcy Gruzinów było zmuszonych opuścić Abchazje, wyjeżdżali też mieszkający w Abchazji Rosjanie. Obecnie populacje Republiki szacuje się na trzysta tysięcy w większości Abchazów ale także Rosjan i Ormian.

Z 250 tysięcy gruzińskich uchodźców około 40 tysięcy wróciło już do swoich domów w Abchazji, ale oficjalnie wciąż są oni zarejestrowani jako uchodźcy przebywający w zachodniej Gruzji w rejonie miasta Zugdidi. Kolejne parę, parenaście tysięcy (nikt nie zna dokładnych danych) uchodźców gruzińskich rozjechała się po świecie, mieszkają teraz w Rosji, Europie, USA.

Jeśli teraz, do Abchazji, miałoby wrócić według różnych szacunków od 170 do 200 tysięcy Gruzinów, to stanowiliby oni najliczniejszą grupę etniczną w Abchazji. Gdyby tak się stało prawdopodobnie w pierwszych wyborach Gruzini wybraliby kandydatów opowiadających się za przyłączeniem Abchazji do Gruzji. Dlatego Abchazi nigdy nie zgodzą się na powrót uchodźców z Gruzji. Wciąż nierozwiązana spawa uchodźców jest kluczowym problemem powstałym po wojnie gruzińsko-abchaskiej, ponieważ wprost powiązana jest z problemem statusu Abchazji oraz odbudową infrastruktury.

Aby głębiej zrozumieć zawiłości historyczne, które wpływały na skład narodowościowy Abchazji trzeba cofnąć się do XIX wieku. Abchazowie zamieszkują wprawdzie Kaukaz Południowy, ale pod względem religii, zwyczajów, kultury i historii znacznie bliżej im do narodów Kaukazu Północnego (Adygejczyków, Czerkiesów). Stąd brało się poczucie wyobcowania Abchazów w obcym im kulturowo, religijnie i językowo państwie gruzińskim. Abchazowie dzielili los innych narodów północnokaukaskich. Szczególnie odnosi się to do historii XIX wiecznych antyrosyjskich powstań górali kaukaskich. Abchazowie, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku wsparli powstanie przeciw Rosji. Po klęsce powstania i przyłączeniu Abchazji do Rosji, Abchazom tak jak wielu innym muzułmańskim narodom północnego Kaukazu, nakazano opuścić Imperium Rosyjskie i emigrować do Turcji. W ten sposób pod koniec XIX wieku z Kaukazu wyemigrowały setki tysięcy muzułmanów, głównie z jego północno- zachodniej części. Ten masowy exodus muzułmanów z Kaukazu do Turcji nosi nazwę muhadżyrstwa, od arabskiego słowa muhadżir odznaczającego uchodźcę, emigranta. Abchazowie, Czerkiesi, Adygejczycy, Lazowie, Czeczeni, gruzińscy Muzułmanie, statkami opuszczali Kaukaz i osiedlali się na tureckim wybrzeżu morza Czarnego lub w głębi ówczesnej Turcji. Na opuszczonych ziemiach Rosja osiedlała chrześcijan: na północy Kozaków, a w Abchazji Gruzinów. Turcja nie była gotowa na przyjęcie takiej fali emigrantów. Wielu z górali umarło z głodu podczas ucieczki do Turcji. Wielu Turków adygejskiego pochodzenia do dziś nie je ryb, aby uczcić w ten sposób pamięć swoich przodków, którzy na Morzu Czarnym zginęli z głodu płynąc do Turcji.

Po podboju Kaukazu Południowego, przez Rosję, do Abchazji napłynęli rosyjscy urzędnicy i inżynierowie. Na początku XX wieku w Abchazji osiedliła się grupa Ormian uciekających z Turcji przed prześladowaniami. W ten sposób powstała charakterystyczna dla Abchazji mieszanka narodowościowa z przewagą ludności chrześcijańskiej (Gruzini, Ormianie, Rosjanie) nad muzułmanami.

Postanawiamy zostać jeden dzień dłużej w Suchumi. Chcemy być w mieście 30 września, kiedy odbędą się uroczystości związane z Dniem Niepodległości, obchodzonym, co rok na pamiątkę zakończenia wygranej wojny z Gruzją. Ufni w swoje siły wierzymy, że planowaną trasę w górach, w okolicach Nowego Afonu, pokonamy w krótszym czasie.

W 2006 roku świętowano 13 rocznice niepodległości. W Suchumi słyszeliśmy też określenie Dzień Zwycięstwa, zwycięstwa nad, jak to się oficjalnie mówi, „gruzińskim faszyzmem”. Od samego rana w centrum miasta zaczynają zbierać się odświętnie ubrani mieszkańcy. Dzieci ubrane w białe koszule i czarne spodnie lub spódnice wyglądają jak na szkolnej akademii. Bardzo wiele osób trzyma w dłoni małe abchaskie flagi. Spora grupa osób nosi koszulki z krótkim rękawem z namalowaną abchaska flagą Zbierają się tez żołnierze, kombatanci, lokalni politycy. Pod palmą ustawia się wojskowa orkiestra. Są też przedstawiciele cerkwi prawosławnej, wśród nich ksiądz katolicki z Polski. W tłumie wypatrujemy dwóch kilkuletnich bliźniaków przebranych w historyczne stroje rosyjskich Kozaków.

Przepychamy się z rowerami w tłumie, robimy zdjęcia, chcemy podjeść bliżej mównicy, zaraz podchodzi do nas cywilny ochroniarz: gdzie się pchacie z tymi rowerami? - pyta; swołocz, święta nie uszanują może jeszcze na koniach tu wjedziecie - irytuje się.

Przebieg uroczystości polega na składaniu wieńców pod symbolicznym grobem poległych w trakcie wojny. Trwa to bardzo długo. Kolejne delegacje podchodzą do grobu składają kwiaty, obchodzą grób i ustawiają się w ustalonym porządku. Cały czas orkiestra gra podniosłą muzykę. Najpierw wieńce składają przedstawiciele rządu Abchazji, potem żołnierze, zaproszeni goście z zagranicy w tym delegacja z Republiki Naddniestrzańskiej i Federacji Rosyjskiej, potem do grobów podchodzą przedstawiciele suchumskiej milicji, księża cerkwi prawosławnej, na końcu idą zwykli mieszkańcy Suchumi

Uroczystości w Suchumi. Fot. Marcin Starzewski

Jak kwiaty i wieńce leżą już na swoich miejscach zaczynają się przemówienia. Nie ma wśród zebranych prezydenta Abchazji Sergieja Bagpasza, wybranego w wyborach w styczniu 2005. Jest za to wiceprezydent Raul Khadzhimba oraz premier. Przemówienia z reguły zaczynają się od powitań w języku abchaskim potem główna część wystąpienia jest już po rosyjsku. Większość wystąpień ma podniosły patriotyczny charakter: przywoływane są dni chwały oręża abchaskiego, padają podziękowania dla Rosji oraz bojowników-ochotników z Północnego Kaukazu, którzy w czasie wojny przybyli na pomoc walczącym Abchazom. Składane są deklaracje, że naród abchaski nie boi się „faszystów” z Gruzji i ich sprzymierzeńców.
Słowa solidarności z Abchazją wyraziła pani minister rządu Republiki Naddniestrzańskiej, przybyła specjalnie na obchody dnia Zwycięstwa z Tyraspola.

Wieczorem całe miasto zaczyna świętować. Nadmorski bulwar pełen jest spacerujących, odświętnie ubranych ludzi. Pełne są bary i restauracje, nad morzem młodzież tańczy w dyskotekach. Atmosferę uświetnia pokaz sztucznych ogni. Po mieście trąbiąc pędzą samochody z wywieszonymi abchaskimi flagami. Panuje atmosfera szalonego karnawału, leje się alkohol, często słychać spontaniczne strzały na wiwat.

Pchać rower stromo pod górę jest bardzo ciężko. Zwłaszcza jak w perspektywie jest powrót po zostawione niżej sakwy. Ile dziś przejechaliśmy, a raczej przemieściliśmy nasze rowery i bagaże? Cztery, pięc kilometrów, nie więcej. W tym tempie do najbliższej wsi dojedziemy za sześć dni. Próbujemy przedostać się przez grzbiet abchaskich gór do wysokogórskiej wsi Pschu i dalej do jeziora Rica.

Przełęcz, którą zamierzamy przekroczyć ma "tylko" 1 500 metrów. Startujemy prawie z poziomu morza, długie podejścia w lesie wydają się nie mieć końca. Wszystko jest trudne, droga w dolinie przekracza osiem razy rwącą rzekę. Mostów nie ma, dobrze, że mamy linę. Jakoś udaje nam się pokonać kolejne brody, ale zajmuje nam to bardzo dużo czasu. Za każdym razem przekraczanie rzeki to szereg powtarzających się czynności: odpinanie sakw, przerzucanie liny, przenoszenie rowerów potem przenoszenie bagaży, potem zdejmowanie liny i tak osiem razy. Z jazdą na rowerach dajemy sobie spokój jakieś kilkanaście kilometrów od opuszczenia głównej trasy Abchazji ciągnącej się wzdłuż morza. Nasza marszruta przez góry planowana początkowo na dwa, trzy dni zajmuje nam prawie pięć. Góry są bardzo piękne.

W rejonie, w którym jesteśmy najwyższe szczyty dochodzą do 2 800 - 3 000 metrów. Jest wiele bardzo dużych, imponujących wapiennych skalnych ścian. Doliny są bardzo głęboko wcięte. Przewyższenia bardzo duże. W górach jest wiele jaskiń w tym jedne z najgłębszych na świecie. Abchazja jest częstym celem wyjazdów speleologów. W górach nie ma problemów z wodą strumienie są nawet bardzo wysoko. Lasy dochodzą do 2 000 metrów. Roślinność bardzo zróżnicowana, często widzimy zarośla rododendronów. Zdecydowanie nie jest to trasa rowerowa. Gdyby nie nasze rowery byłaby to piękna dwu- trzydniowa trasa piesza...

Pschu jest wysokogórską wsią położoną w dolinie pod przełęczą Anczcho. Wieś zamieszkują Rosjanie w tym wielu starowierów. W okolicznych dolinach znajdują się skity - małe cerkwie-kapliczki, do których pielgrzymują mieszkający we wsi mnisi. Pschu przez większą część roku odcięte jest od świata. Dowiadujemy się, że do wsi, w razie pilnej potrzeby, lata mały samolot z Suchumi. Jest to jedyny lot wewnętrzny Abchazji i jedno z niewielu połączeń obsługiwanych przez suchumskie lotnisko. Z Pschu prowadzi bardzo piękna droga w górę doliny przez przełęcz Anczcho do jeziora Rica. Jest to godna polecenia trasa rowerowa. Całą trasę można przejechać na rowerze górskim. Nie ma prawie ruchu samochodowego, sporadycznie po trasie kursują ciężarówki transportujące drzewo. Niestety nie mieliśmy czasu na jazdę rowerem ani na to żeby dłużej zostać w Pschu. Zapłaciliśmy za przewiezienie nas do sąsiedniej doliny dużą wysłużoną ciężarówką.

Bez problemów przechodzimy granicę abchasko - rosyjską. Po stronie abchaskiej w ogóle nie ma żadnej kontroli. Nie mamy pieczątki abchaskiej w paszporcie, jako pamiątka po wyjeździe zostaje nam tylko "wiza Republiki Abchazja" w formie zafoliowanego zielonego kartonika.
W upale, przez graniczny most na rzece Pschu, Abchazi pchają w stronę Rosji, swoje wózki załadowane orzechami.

Jak dopchają wózek na rosyjską stronę zaraz wracają po następny Tony orzechów, bez specjalnej kontroli, przedostają się do Federacji Rosyjskiej. Na przejściu granicznym, już po rosyjskiej stronie, spotykamy grupę rosyjskich studentów z namiotami. Wybierają się na wakacje do Nowego Afonu. Krótko rozmawiamy. Oni przyjechali z Dalekiego Wschodu Rosji z Chabarowska. Byliście w Gruzji? - pytają zdziwieni. I jak nikt was tam nie napadł? Pozwolili wam w ogóle wjechać? A prąd tam jest? - nie mogą się nadziwić. W ich pytaniach odbijają się echa kampanii antygruzińskiej prowadzonej w rosyjskich mediach. Nam wydaje się zabawne, że oni jadą do Abchazji na zwykłe wakacje uważając to za zupełnie normalną rzecz, a wyjazd do Gruzji traktują jak pchanie się w paszcze lwa. Z naszej perspektywy sytuacja wyglądała zupełnie na odwrót.

Imiona zostały zmienione.
Dziękuje Wojciechowi Góreckiemu za pomoc przy pracy nad tekstem.

Marcin Starzewski

Warszawa, listopad 2006



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!