Kraj mędrców i biesiadników

Ostatnio mój kolega ubolewał jak dużo mitów narosło wokół Czeczenii. Wydaje się, że na zmianę strzelają tam do siebie i wysadzają, a w wolnych chwilach ukrywają w górach. Pewnie jeszcze z bin Ladenem, bo on też brodacz i niebezpieczny. Mnie z kolei jest smutno, że na temat Armenii nie ma żadnych stereotypów. Nawet nie odróżnia się Wietnamczyków i Ormian. W końcu podobni, sprzedają na bazarach niepotrzebne rzeczy albo firanki i jakoś tak dziwnie mówią. Może po włosku? No właśnie, wiemy o Ormianach tak mało, że nawet mitów żadnych nie udało nam się stworzyć.

Kiedy pierwszy raz jechałem na Kaukaz, kolega postanowił sprawdzić, gdzie ta Armenia dokładnie jest. Zadzwonił do mnie potem ze zdziwieniem mówiąc, że przeszukał na mapie całą Afrykę i niczego takiego nie ma. Inna osoba kiedy jej przypomniałem, że celem podróży jest Armenia odpowiedziała: wiedziałem, że jakiś „stan”. Uważaj na tych „ruskich Żydów”.

Ormianie są kaprysem historii. Wszystkie starożytne cywilizacje pozostały już tylko w książkach, a te którym się jakoś udało przetrwać, jak Grecy czy Egipcjanie, wyluzowali – zbudowali hotele i jakoś tak znormalnieli. Ormianie jednak nie potrafią znaleźć swojego miejsca. Mieli w historii pecha, w porządku. Najeżdżani, mordowani. Ich największa świetność przypada na I wiek przed Chrystusem, za czasów króla Tigranesa II (już kilka setek lat po pojawieniu się plemienia Armenów). Wtedy mieli rozmach, to im trzeba oddać. Mieli państwo od morza Kaspijskiego do Śródziemnego. W 301 roku poszli va banque – jako pierwsze państwo przyjęli chrześcijaństwo. Dla ścisłości dodam, że w 301 roku po Chrystusie, bo Ormianie nie posunęliby się tak daleko, żeby odbierać Chrystusowi tytuł założyciela własnej religii. A może on sam był Ormianinem… Choć dziś Ormianie mają własny państwowy Apostolski Kościół Ormiański, chrześcijaństwo jest najważniejszym czynnikiem determinującym ich tożsamość (obok pamięci ludobójstwa). Do kościoła przejdą się od święta, to nie najważniejsze. Ich wiara jest świecką religią – powodem do dumy, kodeksem etycznym. Innymi słowy Ormianin nie-chrześcijanin to jak lekko gazowana woda – jakoś tak dziwnie... W kolejnym wieku jakby im było mało stworzyli własny alfabet i już mogli te wszystkie sukcesy zapisać dla potomnych. I tutaj fajerwerki się kończą... W V wieku Armenia zostaje podbita przez Persję i Bizancjum i już nigdy nie udało się jej odzyskać pozycji mocarstwa. Gdzieś tam na mapie jeszcze pojawiała się jako państwo, ale już nie z taką fantazją – mniejsze, mniej ważne. W XIV wieku ostatecznie wykreślono ją z map na następne ponad pół tysiąclecia. Można powiedzieć, że od tego czasu mówić będziemy bardziej o historii Ormian, niż Armenii. Ale komu by to przeszkadzało? Nie młotkiem go to czopkiem, a przybysze znad jeziora Wan (kolebka narodu, dziś w Turcji) znajdą dla siebie ciepły kącik wszędzie. Przytoczę rozmowę z Ormianką. Kobieta opowiada o sprzedaży rosyjskiej Alaski Stanom Zjednoczonym.

- Ormianie nie zgadzali się na to, żeby Armenia straciła Alaskę. Mieliśmy nosa, że nie należy się tego pozbywać– z nostalgią tłumaczy.

Rzeczywiście pamiętam, że w 1867 roku car Aleksander II sprzedał Alaskę Stanom Zjednoczonym za niewygórowaną cenę, myśląc, że nie będzie z tej ziemi żadnego pożytku. Trzeba było podreperować nadszarpnięte finanse państwa, m.in. przez koszty tłumienia powstania styczniowego. Zachodnie ziemie ormiańskie były skolonizowane przez Imperium Rosyjskie. I tutaj nagle słyszę, że Ormianie widzą historię w ten sposób, że to ich kraj pozbył się Alaski! Podobne prawo do krytyki tej transakcji ma Białystok, również będący wtedy częścią państwa rosyjskiego. W XIX wieku ziemie ormiańskie były podzielone między Turcję i Rosję. W Turcji Ormianom było kiepsko, w Rosji trochę lepiej. W 1915 roku w Imperium Ottomańskim dochodzi do ludobójstwa. W wyniku decyzji władz 1,5 miliona Ormian ginie. Turcja do dzisiaj nie przyznała się do zbrodni. Z kolei „rosyjska” część Armenii po rewolucji bolszewickiej staje się niepodległa – najpierw w hybrydowej federacji z Gruzją i Azerbejdżanem, a potem jako samodzielne państwo, które udało im się utrzymać dwa lata – do 1920 roku. W 1922 wschodnia Armenia staje się częścią Związku Radzieckiego, a po jego upadku – dzisiejszą Republiką Armenii. Ormianie mówią zresztą, że wszyscy żyją w diasporze, a za swoją ojczyznę uznają dzisiejszą wschodnią Turcję (Anatolię). Zresztą nawet bez tego diasporę mają pierwsza klasa – około 5-6 milionów Ormian za granicą wobec 3 milionów na miejscu. I co, lubią Rosjan czy nie lubią? W końcu najeźdźcy, Związek Radziecki, a tam czystki, Stalin, wojna. Figa! Uwielbiają ich. A przynajmniej szczerze lubią. Pewien Ormianin pod sklepem, pełen ludowej mądrości, wyznał mi: my jesteśmy mądrzy, a Rosjanie potężni – i każdy zna swoje miejsce. Jesteśmy krajem mędrców i biesiadników – niech inni za nas walczą, mamy lepsze rzeczy do roboty. Ciekawe. Ormiański patriota nie ma nic przeciwko podporządkowaniu politycznemu i ekonomicznemu. W końcu ma swoją religię, alfabet i historię. A to kto im doprowadza wodę albo gaz? Na wsiach i tak często nikt niczego nie doprowadza. Prawdziwy problem tożsamościowy jeśli chodzi o podległość – niepodległość Ormianin może odczuć, kiedy otworzy Playboya i nie znajdzie tam Ormianek. A tak jest w rzeczywistości. Ale przede wszystkim Rosjan lubi się za to, że uratowali Ormian od Turków i to dwa razy. Pierwszy raz tuż po I Wojnie Światowej, kiedy przyłączyli ich do Związku Radzieckiego. Kemalistowska Turcja miała na nich chrapkę. Było to kilka lat po kulminacyjnej fali czystek etnicznych w, jeszcze sułtańskiej, Turcji. Ormianom groziło wyniszczenie państwa ze strony Rosji albo narodu z rąk Ataturka. Prosty wybór. Historia powtórzyła się już po upadku Związku Radzieckiego, kiedy wybuchł konflikt ormiańsko-azerbejdżański o Górski Karabach – region graniczny, leżący w Azerbejdżanie, ale zamieszkały w przytłaczającej większości przez Ormian. I znowu słowiańscy bracia przyszli z odsieczą. Ankara wsparła Baku, a Moskwa Erywań i jakoś się udało. Spór zresztą nie jest zażegnany do dzisiaj. Karabaszczycy wypędzili resztki Azerów, utworzyli de facto niepodległe para-państwo, nieuznane do dziś przez żadne inne. Mam w pamięci obrazek dwujęzycznych kotów na wsi pod Erywaniem, które reagowały na polecenia po rosyjsku i ormiańsku. Na pytanie jak to możliwe usłyszałem odpowiedź: jakoś tak zostało z radzieckich czasów. Kolaż sympatii i antypatii na Kaukazie jest zresztą fascynującą kwestią. Ciężko się w tym połapać i znaleźć logiczną prawidłowość, ale jeśli już jej szukać to tylko w historii. Ormianie lubią Rosjan. Nie lubią Turków i Azerów, których też nazywają Turkami. Do Turcji mają zresztą jeszcze inny żal. Mianowicie w godle armeńskim jest góra Ararat. Koniak armeński nazywa się Ararat. Papierosy nazywają się Ararat. Zespoły piłkarskie nazywają się Ararat itd. itd. Słowem Ararat jest number one symbolem dla Ormian. Według podań to na nim osiadła arka Noego i w Armenii świat zaczął się raz jeszcze po wielkiej powodzi. W wyniku zawirowań historycznych góra ta znalazła się na terytorium tureckim. Nie specjalnie ważna, nienajwyższa na Kaukazie. Innymi słowy, największym kozakiem na dzielnicy to Ararat nie jest. Ale jest symbolem! To duży wstyd mieć w godle górę, która akurat należy do najbardziej znienawidzonego narodu. To tak jakby nam Niemcy orzełka podprowadzili na Saksy. Irańczyków Ormianie w miarę lubią, bo ci z kolei z Turcją rywalizują o wpływy. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem – również na Kaukazie. Zostają jeszcze Gruzini. W sumie to dużych konfliktów nie ma. Czasem ożywi się spór o graniczną gruzińską, a zamieszkałą przez Ormian, Dżawachetię, ale nie zapowiada się na nic poważniejszego. No i Ormianie podśmiewują się z Gruzinów, że ci nie znają się na mapie. Nie umieją sprawdzić co jest bliżej – Waszyngton czy Moskwa. A my umiemy i nikt nas nie najeżdża – śmieje się mój przyjaciel z Armenii. Chyba chcą sobie utrzeć wzajem nosa bardziej na tle kulturowym, niż politycznym. Ciągle rywalizują która cywilizacja jest starsza, która ma większe zasługi i tak dalej. Na przykład autor alfabetu ormiańskiego Mesrop Masztoc, według przekazów Ormian został poproszony o sporządzenie liter również dla Gruzinów. Nie miał na to ochoty. Gruzini chodzili, prosili, wiercili dziurę w brzuchu. W końcu Masztoc, jedzący akurat makaron, zdenerwował się, wypluł makaron na ziemię i powiedział wkurzony: macie swój alfabet! Rzeczywiście, te literki gruzińskie, jakby trochę makaronowate... Gruzini też nie pozostają dłużni. Słyszałem kiedyś taki kawał: konferencja naukowa. Ormianin mówi – dokopaliśmy się na tyle i tyle metrów w głąb ziemi, na tej głębokości są przedmioty z XVIII wieku, i znaleźliśmy tam druty. To znaczy, że już na 100 lat przed Europą mieliśmy telegraf! Na co gruziński profesor odpowiada: my wkopalismy się jeszcze głębiej, na tyle i tyle, i nic tam nie znaleźliśmy. To znaczy, że w XVII wieku mieliśmy już komórki! Rosjan i ludy tureckie uznaje się na Kaukazie za nowoprzybyłych gości, choć minęło już prawie tysiąc lat odkąd zjawili się Turcy i Azerowie, a Rosjanie zainstalowali się na dobre na Kaukazie w XIX wieku. Tam inaczej liczy się czas. Koleżanka mówiła kiedyś, że przydarzyło się jej pytając o wiek danej budowli usłyszeć: stare, jakoś między IV, a XII wiekiem zbudowali. Niesamowite! Jak różna jest koncepcja czasu na świecie. To co dla Polaków będzie prehistorią dla Ormian będzie podstawą kultury – chociażby wspomniany chrzest z IV wieku. Tłumaczy to też Amerykanów, którzy często nie wiedzą czy Platon to grający w koszykówkę raper czy czekolady baton – ich zakres czasu w wyobraźni jest mniejszy, niż na przykład Francuzów czy Brytyjczyków. Historia zresztą pełni bardzo ważne funkcje na Kaukazie. Po pierwsze pozwala przetrwać narodom bez własnych państw – zakonserwować tożsamości, pamięć. Różne nacje, zmieniają nawet nazwy swoich republik na odwołujące się do starożytnych, często półlegendarnych etnosów. Na przykład Osetia Północna-Alania czy Górski Karabach-Arcach. Drugą ważną rolą historii jest udowodnienie prawa do ziemi. Widać to na pierwszy rzut oka – narodowości na Kaukazie od cholery, a region jest jak półtorej Polski! Ile tych nacji? Ciężko powiedzieć, około 70 się nazbiera. Na przykład spór Gruzji z Abchazami i Osetyjczykami. Gruzini przyznają bardzo często, że Abchazi mają prawo do własnego państwa, a Osetyjczycy nie, bo ci pierwsi przybyli na Kaukaz Południowy kilka wieków wcześniej. Również spór o Górski Karabach toczy się często w bibliotekach. Azerbejdżan postarzał się przez ostatnie 20 lat nawet o 2000 lat jeśli chodzi o rewelacje naukowców. Armenia i tak stara zaanektowała do swojej historii państwo Urartu, postarzając się tym samym o skromne 100-200 lat. I jak o takich starożytnych odkryciach powiedzieć? Niusy? Ale to wszystko nic przy sporze o kebab. Bo to czy na Kaukazie tłuką się, kłócą o królów i tak dalej to małe piwo. Ale to co naprawdę się udało to kebab. Kojarzony głównie z Turcją, rzadziej z Bliskim Wschodem. Prawo do tego smakołyku rości sobie bardzo wiele kaukaskich nacji. Zafascynował mnie zresztą świetny warsztat i przygotowanie Kaukaszczyków do prowadzenia dysput o historycznym podłożu. Polacy mają swój stacjonarny spór o litewskość i polskość Mickiewicza. Ormianie z Gruzinami i Azerami kłócą się o Sajat Nowę, XVIII wiecznego poetę, wybitną postać. Dyskusja jak każda inna, ja bronię stanowiska ormiańskiego.

Mój argument: pisał dużo o Armenii.
Argument Gruzina: ale mieszkał w Gruzji.
Mój argument: był chrześcijaninem.
Argument Gruzina: Gruzini też są chrześcijanami.
Mój argument: pisał po ormiańsku.
Argument Gruzina: a czy to, że Kopernik pisał po łacinie znaczy, że był Rzymianinem?

Pochwały godne przygotowanie erystyczne. Pewnie nie raz było mu potrzebne. Ormianom nie można zarzucić braku wiedzy o własnej historii i kulturze. To wykształcony naród o szerokich horyzontach. Warto zawsze dla kontrastu dorzucić jakąś zabawną historyjkę, dla dopełnienia obrazu, żeby nie było tak słodko. Wracając z klasztoru Tatew we wschodniej Armenii musieliśmy się rozdzielić jadąc na stopa. Mój przyjaciel wylądował na przyczepie ciężarówki, a dokładniej mówiąc na beczkach z mlekiem. Współpasażerowie próbowali zagaić rozmowę po ormiańsku.

-Barew dzes – ormiańskie dzień dobry.
-Izwinitie, ja pa armjanski nie panimaju – odpowiedział Przemek.
- Dlaczego nie znasz ormiańskiego? - i co w takiej sytuacji odpowiedzieć? A dlaczego świnie nie latają?
- W moich stronach nie mówi się w tym języku.
- Dziwne, jesteś pierwszą osobą jaką spotykam, która nie zna ormiańskiego, myślałem, że wszyscy nim mówią – odpowiedział nastoletni chłopak.
- A gdzie byłeś najdalej – próbował się dowiedzieć Przemek. Na co Ormianin wysunął palec i wskazał jakieś miejsce w oddali gór, nie tak daleko.

Czy często zdarza się rozmawiać w Armenii z obcymi, nieznajomymi tak jak w tej historii na mleku? Gościnność jest absolutnie charakterystyczną cechą Ormian. Szczególnie poza stolicą, Erywaniem, na każdym kroku można zostać zaproszonym do domu na kolację, nocleg. Czym dalej od miast tym o to łatwiej, normalne. Koniecznie trzeba zaopatrzyć się w karton papierosów Ararat, żeby częstować (najlepiej nie pojedynczymi papierosami, a całymi paczkami) i bryloczków z Papieżem albo polskim orzełkiem dla dzieci. Zresztą gościnność jest w ogóle specyficzna dla ludów górskich. Bo jeśli mieszkam daleko od następnego domu, a tak jest, bo moja chałupa jest w górach, to się prostu zaczynam nudzić. Więc jeśli ktoś zajdzie to według zasady zastaw się, a pokaż się muszę gościa dobrze przyjąć. Żeby chciał wrócić. Obecnie ludzi jest więcej, domów też, ale jakoś im zostało. Poza tym wieś ormiańska jest często uboższa, niż wieś polska, a wtedy też ludzie chcą jakoś bardziej pomagać, dzielić się wdowim groszem. Bieda jednak nie jest tak wielka jak może się wydawać. Ormianie trzymają się razem. Koncepcja rodziny ormiańskiej to kilkadziesiąt osób. Skromnie w takim kontekście przedstawia się statystyczna polska „familja” przy bożonarodzeniowym karpiu – babcia, dziadek, mama, tata, jasiu, gosia i burek. Więc kiedy jeden Ormianin akurat nie ma to inni mu dadzą. Ciekawe czy drużyna w ormiańskiej telewizyjnej Familiadzie liczy trzy tuziny zawodników?

Armenia jest absolutnie niesamowita i zasługuje na szerszy komentarz na który nie pozwala zwięzła forma felietonu, jaką przyjąłem, dając okazję do kilku migawek, refleksji, anegdot, bez aspirowania do choćby powierzchownego omówienia kluczowych kwestii. Chciałoby się opowiedzieć o księdzu, który cały wieczór skarżąc się na zachodnią obrzydliwą globalizację nalewał z butelek po coca coli wiejskiego samogonu. Koniecznie należałoby chociaż wspomnieć o tabliczce „uwaga groźny niedźwiedź”, zamiast polskiego „uwaga groźny pies” albo ormiańskim pomyśle na mydło w płynie – umieszczeniu w zbiorniku na mydło w płynie kostek mydła i zalaniu ich wodą. A z drugiej strony jeszcze więcej powiedzieć o niezwykłej gościnności, ludzkiej mądrości i dobroci moich ormiańskich przyjaciół. I kebabie.

Zbyszek Rokita



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!