
Raki kupujemy w Armenii nad Sewanem, bacznie patrząc czy się ruszają, czy są odpowiednio duże. Nie jest to drogie - jakieś 2 euro za kilogram...

Można też nałapać samemu...

Nasze skorupiaki myjemy w wannie, dając im trochę czasu na opróżnienie jelit (lub ich rakowego odpowiednika).

W międzyczasie gotujemy wodę z zielem angielskim, liśćmi laurowymi i kilkoma łyżkami soli.

Cóż...raki wrzucamy do wrzątku... Koneserzy wrzucają je ponoć do chłodnej wody...

bacznie patrząc czy się ruszają. Zdechły rak może być trujący, a już napewno nie smaczny.

Stopniowo zmieniają kolor z zielonego na czerwony. Ciekawe czemu w książkach dla dzieci od razu są czerwone...

Po 20 minutach raki wyjmujemy.

Wyciągamy piwo z lodówki

I zabieramy się do konsumpcji, która wcale łatwa nie jest.
Szczególnie dla początkujących.

Co innego profesjonaliści...

Oj, roboty faktycznie z tym trochę jest. Najsmaczniejszy jest odwłok. Trzeba tylko odginając ogon sprytnie pozbyć się kiszki (lub jej rakowego odpowiednika). Szczypce też niczego sobie – uwaga na język. Nóżki można wyssać – wszystkie sześć. Profesjonaliści nawet w górnej części głowotułowia, przez większość powszednich zjadaczy raków wyrzucanej, znajdą przysmaki. Zaczynają od wyskrobania pancerza od środka. Dalej radzą odchylić skrzela oraz otaczającą je szarą powłokę i wyssać resztę. I zapić piwem.
To było kilka wskazówek od ormiańskich przyjaciół.

Może jacyś chętni na weekendowy wypad po raki nad Sewan? :)
Priviet dla Diny, Siergieja, Sewaka, Armena i vsjeh z offisa!