Azerbejdżan to klasyczny kraj pogranicza, ścierania się i przenikania różnych kultur, które na przestrzeni wieków kształtowały naród azerbejdżański. Persowie, Arabowie, Turcy Seldżuccy i Osmańscy, Mongołowie, Ormianie, Rosjanie - wszyscy oni przychodzili i odchodzili pozostawiając po sobie poszczególne elementy składające się dziś na mozaikę kulturową Azerbejdżanu. Arabowie przynieśli islam, Turcy język, Ormianie chrześcijaństwo i handel, Rosjanie - prądy europejskiej kultury. Aż do początków XIX w. "wielką ojczyzną" Azerów była Persja - państwo, z którym utożsamiali się najwybitniejsi azerbejdżańscy politycy, pisarze, myśliciele. W języku perskim tworzono, nim posługiwały się wyższe warstwy społeczeństwa Azerbejdżanu. Później punktem odniesienia dla Azerów stał się Stambuł i Ankara, a także Petersburg i Moskwa. Umacniający swoją młodą tożsamość narodową i jeszcze młodszą państwowość Azerbejdżan stara się z jednej strony czerpać z przebogatej historii, z drugiej - tworzyć coś nowego, oryginalnego. Spogląda przy tym coraz śmielej w kierunku Europy, podkreślając, że z nią chce wiązać swoją przyszłość.
Prawdziwe życie Bakińców rozpoczyna się jednak po zachodzie słońca i trwa do pierwszej, drugiej w nocy. O północy, na głównym prospekcie - Nizami lub na nabrzeżu spotkać można całe rodziny, nierzadko z dziećmi w wózeczkach, spacerujące lub rozmawiające z sąsiadami czy znajomymi. Staruszkowie sprzedają na rogach ulic papierosy, kupują lekarstwa we wciąż otwartych aptekach.
Podobnie jak sto lat temu, gdy w Azerbejdżanie odkryto ropę naftową, Baku jest miastem kontrastów. Wtedy żyli tu obok siebie bogaci ormiańscy kupcy, rosyjscy urzędnicy, zachodni "baronowie naftowi" i rzesze biedoty tatarskiej, jak dawniej nazywano muzułmańską ludność Zakaukazia. Teraz, choć i Ormian i ludzi w rosyjskich mundurach już nie ma, nędza stale przeplata się tu z bogactwem. Na jednym rogu ulicy tłumy mężczyzn wyczekujących całymi dniami w nadziei, że ktoś zaoferuje im jakąkolwiek pracę, na drugim - sklep z francuskimi perfumami po niebotycznych cenach. Można zjeść wykwintne dania kuchni z całego świata przy dźwiękach delikatnie przygrywającej orkiestry i szumie fontann, ale zaraz po wyjściu z urokliwej restauracji natknąć się można na wiszącego w parku barana, odzieranego ze skóry na oczach przechodniów. U nas najczęściej są dzielnice bogatych i biednych, odseparowane od siebie, odgrodzone. W Baku ma się wrażenie, że tworzą one specyficzną mozaikę, swoistą symbiozę. Ale może to tylko złudzenie?
Dużo tego Wschodu w Azerbejdżanie, nawet w zlaicyzowanym i w dużej mierze zrusyfikowanym Baku. Wystarczy oddalić się nieco od głównych alei, od nadmorskich bulwarów, minąć parki, pomniki, dworzec kolejowy, zagłębić się w labirynt uliczek i zaułków przypominających swoją atmosferą arabskie lub tureckie miasta. W krótkich spodenkach, ciemnych okularach i z aparatem fotograficznym w ręku człowiek czuje się tam jak przybysz z obcej planety. Azerbejdżan to także bazary - gwarne, zatłoczone, spocone, zmęczone, nieustannie targujące się. Jedyne w swoim rodzaju. A bazary to też zapachy. Nieznanych przypraw, niespotykanych u nas owoców, owczych serów, baranich skór, dymiących rusztów, na których pieką się szaszłyki. Obserwując codzienne życie mieszkańców Azerbejdżanu widać jedną z podstawowych różnic między Wschodem a Zachodem: życie tego drugiego toczy się w zaciszach domów, biur, pubów. Życie Wschodu kłębi się na ulicach i bazarach.
Wydawało mu się, że w oparciu o ropę uda mu się stworzyć niezależny, silny i bogaty Azerbejdżan. Liczył na pomoc braci Turków, łudził się marzeniami o związku państw tureckojęzycznych od Bosforu do Wielkiego Muru Chińskiego. Ale polityka to specjalność realistów, nie marzycieli. Bardzo szybko rozdrażnił Rosję, która nie miała zamiaru tak łatwo rezygnować z wpływów w byłych republikach związkowych, przestraszył Turcję, która zgodnie z zasadami kemalistowskimi nie zamierzała psuć sobie stosunków z Moskwą w imię "bratniej pomocy" ludom tureckim. Rozdrażnił też Iran wypowiedziami o prawach mniejszości azerbejdżańskiej zamieszkującej północną część tego kraju. Na skutki takiej polityki długo nie trzeba było czekać. Już w rok po dojściu do władzy Elczibej rękami wspieranych przez Rosją karabaskich Ormian, którzy rozpoczęli ofensywę zajmując 20% terytorium Azerbejdżanu, potem zaś wojskowych azerbejdżańskich na czele z płk. Suretem Husejnowem (też zresztą popartymi przez Kreml) zmuszony został do ustąpienia. Nie chcąc dopuścić do przelewu krwi opuścił Baku i udał się do rodzinnego Nachiczewanu. W Azerbejdżanie nastała era Hejdara Alijewa (ojca obecnego prezydenta) - polityka, który zdobywał doświadczenie jeszcze w czasach Leonida Breżniewa.
Choć Elczibej nie żyje już od dwóch lat, mit jego osoby, jak również jego idee w kręgach inteligencji i opozycji wywodzącej się z Frontu Ludowego wciąż mają wielu zwolenników. Jest dla nich symbolem oporu wobec komunizmu, symbolem niepodległości i demokracji o którą walczą z obecnym reżimem panującym w Baku. Jego portret wisi w siedzibie każdej niemal partii opozycyjnej, jest tam chyba najczęściej cytowanym politykiem. Będąc w Baku warto odwiedzić najsłynniejszy cmentarz miejski, na którym znajduje się coś na kształt powązkowskiej alei zasłużonych. Większość mogił nie robi zbytniego wrażenia - typowe groby aparatczyków komunistycznych, ale miejsca wiecznego spoczynku Abulfaza Elczibeja nie sposób przeoczyć. Na nagrobku dużych rozmiarów portret, ponad nim flagi wszystkich państw tureckojęzycznych i hasła wzywające do walki o niepodległość i jedność ludów tureckich. Sam grób wprost tonie w kwiatach, a u jego podnóża ułożona z zawsze świeżych goździków liczba dni, które minęły od śmierci "mistrza". Naprawdę robi to wrażenie.
Gdyby wziąć za miarę historię, to kolory flagi ułożyć należałoby w nieco innej kolejności. Pierwszy przyszedł do Azerbejdżanu islam, który już w VII w. przynieśli arabscy zdobywcy, następnie w XIX w. europeizacja elit za sprawą Rosji, wreszcie na początku XX w. za sprawą tychże zeuropeizowanych elit turkifikacja, czyli świadomość bycia Turkami i związku genetycznego i kulturowego z ludami tureckimi. Gdyby z kolei miernikiem miał być stopień udziału poszczególnych elementów w charakterze kraju, na pierwszym miejscu postawić należałoby kolor czerwony, potem niebieski, na końcu zaś zielony.
Jeszcze w pierwszej połowie XIX w. muzułmańscy mieszkańcy dzisiejszego Azerbejdżanu utożsamiali się głównie z Persją, pod której wpływami byli co najmniej od VII-VIII w. Dotyczy to przede wszystkim azerbejdżańskich elit - chanów, bejów oraz pierwszych przedstawicielach inteligencji, takich jak wybitny pisarz i myśliciel Mirza Fathali Achundzade, który uważając język azerski za ojczysty, tworzył po persku i czuł się irańskim patriotą. Tak było do końca XIX stulecia, kiedy pojawiła się ideologia panturkizmu. Jej silny wpływ na Azerów wiązał się z tym, że idee pantureckie wyznawali również młodoturcy - ruch opozycyjny wobec skorumpowanych i zdemoralizowanych rządów sułtańskich w Stambule. Podczas gdy naczelną ideologią "starej" Turcji był osmanizm, głoszący równość wszystkich muzułmańskich poddanych sułtana niezależnie od narodowości, młodoturcy postawili na "tureckość". Państwo miało być odtąd tureckie, rządzić powinni nim Turcy, jedynym językiem winien być turecki oczyszczony z naleciałości arabskich i perskich. W wizji państwa młodotureckiego nie było miejsca na odrębności etniczne, a religia miała być usunięta z życia publicznego.
Pod wpływem rosnącego w siłę ruchu młodotureckiego w tożsamości mieszkańców Azerbejdżanu zaczęła zachodzić znamienna w skutki metamorfoza. Zaczęli coraz mocniej uświadamiać sobie, że są Turkami, z którymi tak wiele mieli wspólnego, nie zaś Irańczykami czy Persami. Czynnikiem wzmacniającym te tendencje było marginalne znaczenie islamu w ideologii młodotureckiej; ponieważ - w przeciwieństwie do Turków - większość Azerów jest szyitami, fakt ten nie sprzyjał dotąd ich identyfikacji z osmańską Turcją. Wśród azerbejdżańskich elit początków XX w. zapanowała prawdziwa "turkomania", lecz jak się dość szybko okazało nie na długo. Mit bratniej i przyjaznej Turcji prysnął już w drugiej dekadzie XX w., kiedy Azerbejdżan wciągnięty został w wir wydarzeń rewolucji rosyjskiej 1917 r., końca I wojny światowej, interwencji wojsk tureckich Enwera Paszy, wojsk brytyjskich i wojny domowej w Rosji. Armia młodoturecka korzystając z zamieszania wewnętrznego w imperium rosyjskim podjęła w 1918 r. próbę urzeczywistnienia marzeń o wielkim Turanie - państwie jednoczącym wszystkie ludy tureckie pod egidą Osmanów. Wiosną tegoż roku Turcy zajęli Azerbejdżan i wkroczyli do Baku. Choć formalnie pomagali oni jedynie rządowi uznanej przez nich Republiki Musawackiej, w rzeczywistości nie mieli zamiaru tolerować odrębności narodowej Azerbejdżanu. Azerowie czuli się wprawdzie Turkami, ale nie osmańskimi lecz azerbejdżańskimi i oczekiwali, że ci pierwsi respektować będą ich odmienność. Odpowiedzią na agresywny nacjonalizm Turków znad Bosforu, ignorowanie odrębności kulturalnej Azerów oraz brutalne traktowanie ludności azerbejdżańskiej przez tureckie oddziały były narodziny azerbejdżańskiej świadomości narodowej.
Paradoksalnie rozwój ten popierany był początkowo przez władzę radziecką, która wolała aby mieszkańcy Azerbejdżanu uważali się za odrębną grupę etniczną niż odwoływali się do dwóch bardzo groźnych dla komunizmu ideologii tzn. panturkizmu i panislamizmu. Choć każdy Azer temu zaprzeczy, naród azerbejdżański sensu stricto powstał nieco ponad sto lat temu; historia tego powstania to chyba jeden z najbardziej zagmatwanych i niewiarygodnych procesów narodowotwórczych w historii - od tożsamości perskiej, poprzez turecką do azerbejdżańskiej. I wszystko to w ciągu zaledwie 50-60 lat.
Hejdar Alijew rządził Azerbejdżanem żelazną ręką aż do swojej śmierci jesienią 2003 r. Choć bezwzględnie rozprawiał się z każdą opozycją, a w kraju szerzyła się korupcja i nepotyzm, jego rządy miały też swoje pozytywne strony: doprowadził do zakończenia wojny domowej, zawarł rozejm z Ormianami, podpisał kontrakt naftowy zwany "kontraktem stulecia", ułożył w miarę poprawnie stosunki z Iranem i Rosją, sprawił że w kraju stało się bezpieczniej.
Dziś w kraju rządzi jego syn Ilham, wypromowany i osadzony na prezydenckim krześle dzięki staraniom ojca, który niemal do ostatnich dni życia zachował trzeźwość umysłu. Choć prawdziwy bilans rządów Ilhama będzie można zrobić po zakończeniu jego pierwszej kadencji, już dziś wydaje się, że wiele z tego, co mówiono o nim wcześniej nie potwierdziło się. A mówiono z reguły bardzo źle. Że nie odziedziczył po ojcu ani zdolności politycznych, ani miłości do władzy. Że bardziej niż polityka interesują go kobiety, szybkie samochody i hazard. Tymczasem następca Hejdara okazał się człowiekiem elokwentnym, ambitnym i wyważonym. Póki co trzyma ster rządów dość mocno, ale czas pokaże, czy pójdzie w ślady ojca.
Dlaczego religia ma dla Azerów tak niewielkie znaczenie? Odpowiedź znajdziemy w historii tego kraju. Sekularyzm i świecki model społeczeństwa mają długie tradycje w Azerbejdżanie, znacznie dłuższe niż ateizacyjna polityka władz radzieckich. Ich korzeni szukać należy w dążeniu do łagodzenia, zacierania różnic między szyitami i sunnitami. Podział ten odpowiadający podziałowi na islam "perski" (szyicki) i "turecki" (sunnicki) powodował, że leżący pomiędzy dwoma imperiami Azerbejdżan był nieustannie w ogniu nieustannych walk polityczno-religijnych. Społeczeństwo, aby uniknąć wewnętrznego rozdarcia nie mogło pozwolić sobie na religijny fanatyzm. "Ktokolwiek jest zmuszony do wyznania niewiary językiem wbrew swemu sercu, nie spada na niego hańba, albowiem Bóg widzi Swe sługi według wiary ich serc." Ten fragment Koranu w Azerbejdżanie zawsze miał szczególne znaczenie, narodziła się tam bowiem tradycja ketmanu - udawania niewiary, pozornego nawet odstępstwa od niej w obliczu zagrożenia, prześladowań za wiarę, przymusowego nawracania - gróźb, na które ludność tych terenów była szczególnie narażona. Zrozumienie tego fenomenu pozwala przynajmniej po części zrozumieć postawę religijną współecznych Azerów.
Skutki owej przewrotnej polityki odczuć miały na przełomie lat 1980. i 1990. niemal wszystkie narody Kaukazu. Azerowie i Ormianie szczególnie boleśnie. Terytoria zamieszkiwane przez te narody nigdy nie były wyraźnie rozgraniczone - Ormianie mieszkali i w Erewanie i w Baku, Karabachu i Nachiczewanie, podobnie Azerowie. Od początku XIX w. wybuchały między nimi konflikty, nierzadko przeradzające się w rzezie i czystki etniczne. W tej sytuacji rozdzielenie ziem ormiańskich i azerskich było nadal jest nadal jedynym sensownym rozwiązaniem. Jednakże sposób, w jaki bolszewicy zrobili to na początku lat 1920. rodził jeszcze większe problemy. Wystarczy spojrzeć na mapę Kaukazu Południowego sprzed rozpadu ZSRR, aby się o tym przekonać. Mapa pogranicza ormiańsko-azerskiego wygląda jak przekładaniec złożony z pięciu kawałków. Idąc od zachodu, od granicy z Turcją najpierw mamy azerską enklawę Nachiczewan, następnie liczący zaledwie kilkanaście kilometrów szerokości ormiański Zangezur (należący dziś do Armenii), a dalej tzw. korytarz laczyński, przyznany Azerbejdżanowi. Zaraz za Laczinem zaczynała się ormiańska enklawa w granicach Azerbejdżanu - Górnokarabaski Obwód Autonomiczny. Trudno się dziwić, że ta beczka z prochem eksplodowała wraz z osłabieniem władzy centralnej, która nastąpiła w wraz z pierestrojką.
Jak wiadomo wody i dno Morza Kaspijskiego są prawdziwą kopalnią skarbów. ropa naftowa, gaz ziemny i jesiotr. Za czasów ZSRR eksploatacja jego głównych resursów - ropy naftowej, gazu ziemnego i kawioru - nie sprawiała problemu, akwen był bowiem de facto radzieckim morzem/jeziorem wewnętrznym. Po rozpadzie Imperium nad brzegiem Morza Kaspijskiego pojawiły się jednak trzy nowe państwa: Azerbejdżan, Kazachstan i Turkmenistan, które zaczęły pretendować do udziału w jego bogactwach. I tu dochodzimy do teoretycznego z pozoru problemu: morze czy jezioro. Jeśli uznano by, że Morze Kaspijskie jest faktycznie morzem, zgodnie z prawem międzynarodowym należałoby je podzielić na niewielkie sektory narodowe. W wypadku uznania go za jezioro - wszystkie państwa przybrzeżne mogłyby eksploatować jego zasoby na równych prawach. Wariantowi pierwszemu sprzeciwiły się Rosja i Iran, które nie chciały pozbywać się kaspijskich bogactw na rzecz nowych państw, wariantowi drugiemu - Azerbejdżan, Kazachstan i Turkmenistan. Choć podpisano w tej sprawie już kilka porozumień, sporu do dziś nie rozstrzygnięto. Jak długo by się nie spierano i cokolwiek zostanie uzgodnione z pewnością nigdy nie dowiemy, czy jadąc nad Morze Kaspijskie będziemy kąpać się w morzu czy jeziorze.
Swego czasu o Lezginach pisano, niemal jako o rosyjskiej piątej kolumnie w Azerbejdżanie. Rzeczywiście powstały na początku lat 1990. lezgiński ruch narodowy "Sadwal" za główny cel stawiał sobie zjednoczenie wszystkich ziem zamieszkanych przez Lezginów w jedną republikę autonomiczną, która następnie weszłaby w skład Rosji. Zagrożenie dla integralności terytorialnej Azerbejdżanu ze strony lezgińskiego separatyzmu obecnie jest jednak znikome. Podobnym do lezgińskiego jest problem Tałyszów, zamieszkujących rejon Lenkoranu, na południu kraju. Mówiący zbliżonym do perskiego językiem Tałysze w 1993 r. pod wodzą Ali Akrama Gumbata próbowali stworzyć Republikę Tałysko-Mugańską ze stolicą w Lenkoranie. Co prawda próba secesji nie powiodła się, ale fakt, że separatyści poparci zostali przez Rosję, Iran i Armenię był bardzo niepokojący dla władz Azerbejdżanu.
Za jego głównego spadkobiercę dawnego Musawatu uważa się obecnie istniejąca partia o tej samej nazwie, największe azerbejdżańskie ugrupowanie opozycyjne. Jej przewodniczący - Isa Gambar, sympatycznie spoglądający spod swoich krzaczastych brwi, z nieodłączną fajką w ręku wzbudza szacunek. Choć jako prawa ręka zmarłego Elczibeja jest niewątpliwie politykiem dużej wagi trudno dostrzec w nim ojca narodu, za którego chciałby się uważać. Nie ma w nim charyzmy, która u polityków opozycyjnych ważniejsza jest często od siły argumentów, choć wygłaszając swoje poglądy w słowach nie przebiera. Już na wstępie przeprasza, że wbrew sobie zmuszony jest posługiwać się "językiem imperialnym", czyli rosyjskim. Za główny problem Azerbejdżanu uznaje reżim Alijewa - "reżim złodziei i przestępców", "rządy jednej rodziny". Odsunięcie Alijewa od władzy będzie według niego wstępem do rozwiązania wszystkich pozostałych problemów jego kraju. Tylko, że póki co Alijew mocno trzyma ster władzy, a skłócona i rozdrobniona opozycja nie jest w stanie podjąć żadnej wspólnej akcji.
Dopiero odzyskanie niepodległości przez Azerbejdżan w 1991 r. umożliwiło ponowne rozkręcenie przemysłu naftowego. Nie byłoby ono możliwe bez rosnącego zainteresowania zachodnich państw i koncernów naftowych kaspijskimi surowcami, dążących do dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w ropę i gaz i zdających sobie sprawę z rychłego wyczerpania się zasobów Morza Północnego i zbytniego uzależnienia od dostawców z krajów OPEC. Dawniej ropę wydobywano głównie ze złóż położonych na lądzie. Jeszcze dziś dookoła miasta sterczą tysiące starych wież wiertniczych, z których część pamięta z pewnością czasy Nobla. Dziś, dzięki unowocześnionej technice można sięgnąć po złoża zalegające pod dnem morskim, a te są znacznie bogatsze niż lądowe. Na mapie gospodarczej Morza Kaspijskiego wiszącej na ścianie gabinetu przewodniczącego Państwowej Komisji Naftowej rzucają się w oczy trzy ciemne, podłużne plamy położone kilkadziesiąt centymetrów na wschód od Baku. To Azeri, Czirag i Giuneszli - nowoodkryte pola naftowe, których eksploatację zakłada zawarty w 1994 r. "kontrakt stulecia". Zakłada się, że ropy starczy na 30 lat, licząc od dnia osiągnięcia stanu pełnego wydobycia tzn. miliona baryłek dziennie; inwestorzy spodziewają się go w roku 2008. Pozostaje jeszcze gaz ziemny, w który azerbejdżański sektor jest równie bogaty.
Wielkie liczby, ogromne inwestycje, rzeczywiście imponujące perspektywy. Jednak czy ropa i gaz to wszystko? Azerowie często sprawiają wrażenie, że wyłącznie dzięki posiadanym surowcom staną się bogatym narodem. Ciągle żyją mitem, który jest chorobą całego Kaukazu. Wydaje im się że są w centrum uwagi całego świata, że tu krzyżują się najważniejsze interesy jego możnych, że tak na prawdę to nie oni potrzebują świata, ale świat ich. Chyba nie pamiętają, że wiele państw afrykańskich czy południowoamerykańskich też obfituje w surowce, ale ani za czasów kolonializmu ani po uzyskaniu niepodległości zwykli mieszkańcy tych krajów nie ujrzeli ani dolara z wydobycia i eksportu tychże surowców.
Ruch Młodej Inteligencji Azerbejdżanu. Twarze posępne, zacięte, niezbyt przyjazne. Sojusz z Turcją, wyzwolenie Azerów żyjących w Iranie, otoczenie Ormian łańcuchem tureckim i zmuszenie do ustępstw, zjednoczenie wszystkich Azerów w jednym wielkim państwie. I te kaukaskie liczby! Chyba nigdy nie są prawdziwe. Co według jednych wynosi sto, dla drugich ledwie dosięga dziesięciu. Raz Ormian w Karabachu jest 70, 80 tysięcy, drugim razem zaledwie 27 tysięcy. Liczba Azerów w Iranie raz wynosi 20 milionów, innym razem ponad 30. Co za zdolność interpretacji i wymyślania faktów dla własnych potrzeb. Ormianie?! A co to za naród, przepisali wszystkie księgi azerskie na swój język, a nasze zniszczyli. Ich ojczyzną jest Pustynia Syryjska, nie Kaukaz. Rzeź Ormian w 1915 r.? Jaka rzeź, ormiańskie bajki. Tak na prawdę to Ormianie wyrżnęli wtedy 300 tysięcy Azerów w Karabachu, a teraz chcą przekręcać historię. Niech Alijew odda władzę po dobroci, bo jeśli nie to może dojść do wojny domowej. Dajcie władzę nam, a my poradzimy sobie z każdym problemem. Może niech lepiej ten Alijew porządzi jeszcze trochę...
Skrzydło reformistyczne Ludowego Frontu Azerbejdżanu. Teraz już znacznie lepiej. Choć również populistyczne, wypowiedzi przewodniczącego Alego Kerimliego trzymają się przynajmniej kupy. Jest członkiem Mili Medżlisu, parlamentu azerbejdżańskiego, w którym posłowie opozycyjni mają 10% miejsc. Kerimli twierdzi, że w Azerbejdżanie istnieją wszystkie wolności demokratyczne (może z pewnymi ograniczeniami wolności słowa) oprócz wolności demokratycznego wyboru. Klucz do rozwoju kraju to wolne wybory poprzedzone zmianą systemu wyborczego na bardziej demokratyczny. Potem reformy gospodarcze - likwidacja monopolu rodziny Alijewa i liberalizacja gospodarki. Fundamentalną sprawą w każdym demokratycznym państwie jest przestrzegania prawa, także przez władzę, tymczasem obecny prezydent czuje się jakby stał ponad nim. W miarę jednolity Ludowy Front Azerbejdżanu rozpadać się zaczął po upadku Elczibeja w 1993 r. Jak twierdzi Kerimli część członków, tworzących dzisiaj skrzydło reformatorów, uznała że przez ten rok sprawowania władzy popełniono szereg błędów, za które przyszło teraz pokutować i które trzeba naprawić. Byli za bardzo romantycznymi demokratami, nie rozróżniali demokracji i anarchii, każdemu ministrowi wydawało się, że jest niemal prezydentem, nie było szacunku dla władzy i lidera, poszczególni dowódcy wojskowi panoszyli się w kraju. Pozostali członkowie uznali, że błędów nie było, a winą za upadek obciążyć należy wyłącznie politykę Rosji. Przystąpili do tworzenia alternatywnych struktur partii, po śmierci Elczibeja odeszli na dobre. Sami "klasycy", choć mają oddzielne władze partyjne i organizują własne zjazdy, nie uważają się za rozłamowców i twierdzą, że są częścią jednego Frontu Ludowego.
Wątpliwa jest siła azerbejdżańskiej opozycji. O ile jeszcze w stolicy udaje jej się zgromadzić podczas antyalijewowskich demonstracji do dziesięciu tysięcy ludzi (co w ponad 3-milionowym mieście nie jest wielkim wyczynem), o tyle na prowincji jej zwolennicy należą do rzadkości. Dzieje się tak z kilku istotnych przyczyn. Po pierwsze, ludzie o opozycji, jej programie i działalności wiedzą bardzo mało. Media elektroniczne, mające największy wpływ na opinię publiczną są pod pełną kontrolą prezydenta. Podczas wyborów, kiedy na antenie pojawiają się kandydaci opozycyjni często wyłącza się prąd. W Baku śmieją się, że kiedy go wyłączą, a akurat ogląda się telewizję państwową wystarczy na ekranie przykleić portret Alijewa - na to samo wyjdzie. Istnieje co prawda niezależna prasa, jednak władza ma na nią odpowiednie metody nacisku. Poza tym w kraju gdzie średnia wysokość zarobków wynosi nieco ponad 40$ trudno, żeby ludzie "marnowali" pieniądze na gazety. Po drugie, zwykli mieszkańcy Azerbejdżanu nie dowierzają skłóconym partiom opozycyjnym; i rzeczywiście nie trudno przewidzieć, że w razie wygrania przez wyborów najprawdopodobniej wzięłyby się za łby w walce o stołki i dostęp do dochodów.
Demokraci, jak opozycjoniści lubią się nazywać, rządzili już na początku lat 1990. A okres ten kojarzy się ludziom z niestabilnością, rozbojami, wojną w Karabachu i uzbrojonymi po zęby bandami różnej maści grasującymi po ulicach. Dlaczego teraz ma być inaczej? Azerbejdżan w wielu aspektach przypomina Białoruś. Łukaszenko wyborów nie musi zupełnie fałszować; poprawiając ich wyniki chce jedynie mieć poczucie pewności. Tak na wszelki wypadek. Jednak gdyby wybory były rzeczywiście wolne ludzie i tak by na niego głosowali. Czy przypadkiem w Azerbejdżanie nie jest podobnie? Przecież nawet podczas wyborów w 1990 r., kiedy np. Gruzini lub Litwini murem stanęli za niepodległością, w Azerbejdżanie na jej zwolenników głosowało jedynie 10% wyborców. Ludzie po prostu wolą stabilizację, nawet jeśli żyje im się ciężko, niż niepewność jutra, ryzyko. Głosowanie na opozycję byłoby podjęciem takiego właśnie ryzyka. Alijew porządzi więc chyba jeszcze trochę.
Tak było do przełomu XVIII i XIX wieku, kiedy zarówno Rzeczpospolita jak i Azerbejdżan weszły w skład Imperium Rosyjskiego. Odtąd liczba Polaków przybywających na Kaukaz zaczęła gwałtownie rosnąć. To właśnie tamtym ludziom zawdzięczamy dobrą opinię, jaką cieszymy się na Kaukazie. Byli to bowiem reprezentujący wysoki poziom moralny i kulturę byli powstańcy, zsyłani przez władze carskie na Kaukaz. Polaków było wówczas w Azerbejdżanie tak wielu, że - jak zauważył przebywający w Baku w latach pięćdziesiątych XIX wieku Mateusz Gralewski - nad niektórymi sklepami wisiały szyldy po polsku. Polacy nie ograniczali się do służby w carskiej armii czy administracji, lecz prowadzili również intensywne życie kulturalne. Studiowali języki orientalne, interesowali się historią i geografią tych terenów, prowadzili badania etnograficzne, tłumaczyli dzieła poetów i pisarzy azerbejdżańskich. Druga połowa XIX w. i początek boomu naftowego w Baku przyniosły nową falę polskiej emigracji. Oprócz przedsiębiorców napływali jednak także urzędnicy, intelektualiści, architekci. Szczególnie ci ostatni po dziś dzień cieszą się w Azerbejdżanie wyjątkową sławą, a gmachy wzniesione przez Ignacego Kryształowicza, Eugeniusza Skibińskiego, czy Józefa Płoszkę dotąd zdobią ulice stołecznego Baku.
Tuż przed wybuchem rosyjskiej rewolucji Baku było po części miastem polskim - żyło tam około 30 tys. Polaków, wychodziły polskie gazety, działały polskie towarzystwa, liczne kościoły katolickie. W zamęcie wojenno-rewolucyjnym lat 1917-1921 większość naszych rodaków opuściła Azerbejdżan i wróciła do odradzającej się Polski, niektórzy jednak pozostali, chcąc pomóc Azerom w tworzeniu ich państwa. Wśród nich byli m.in.: polski Tatar gen. Maciej Sulkiewicz - szef sztabu generalnego armii Republiki Musawackiej, Olgierd Kryczyński - minister sprawiedliwości Azerbejdżanu, płk Dunin-Marcinkiewicz - twórca azerbejdżańskiej artylerii i wielu innych. Bardzo piękna karta we wzajemnych stosunkach.
W tym czasie Rasulzade, podobnie jak wielu "niepoprawnie myślących" przedstawicieli narodów ZSRR mieszkających za granicą, związał się z zainicjowanym przez polską dyplomację ruchem prometeizmu. Jego członkowie - Azerowie, Gruzini, Ukraińcy, Tatarzy, Czeczeni, przedstawiciele narodów Azji Środkowej - zrzeszeni byli w organizacji nazwanej La Promethee (Prometeusz). Tak jak ten legendarny bohater starożytnej Grecji przykuty do skał Kaukazu za nieposłuszeństwo wobec bogów, nieść mieli ogień wolności zniewolonym narodom sowieckiego imperium i przygotowywać je do niepodległościowego zrywu. W rzeczywistości starania Piłsudskiego i jego współpracowników na nic nie się zdały, władza bolszewików była już bowiem zbyt silna. Dziś po prometeizmie zostało niewiele - spisane wspomnienia, materiały wywiadowcze zbierane przez emisariuszy organizacji oraz polskie placówki dyplomatyczne w Stambule i Teheranie, a także ludzie, którzy zostali w Polsce na zawsze. Wielu Gruzinów, Azerów, Czeczenów walczyło w polskich oddziałach podczas II wojny światowej, wielu poległo. Prometeizm to bardzo piękna karta w stosunkach polsko-kaukaskich.
A Rasulzade pod koniec swojego życia postawił na faszystowskie Niemcy. Choć trudno to usprawiedliwiać, nie można się też temu dziwić. Podobnie robiło wielu działaczy niepodległościowych narodów Związku Radzieckiego. Armia niemiecka była ich jedyną nadzieją i kto wie jak potoczyłyby się losy wojny gdyby Niemcy nie byli wówczas tak zaślepieni ideologią nazizmu. Gdyby nie uważali ich za "podludzi", większość narodów ZSRR stanęłaby za nim murem, tak silna była nienawiść do władzy sowieckiej. Dlatego nie dziwmy się, że bohaterem narodowym Azerów jest, zgodnie z naszymi wyobrażeniami, kolaborant, ktoś kto współpracował z niemieckim okupantem i chciał tworzyć u jego boku armię azerbejdżańską. I który na dodatek na pierwszy rzut oka budzi skojarzenia z Hitlerem (za sprawą charakterystycznych wąsików). Z perspektywy Azerbejdżanu wiele spraw wyglądało i wygląda całkiem inaczej.
W sztuce wznoszenia toastów Azerowie wcale nie ustępują Gruzinom. Nasze "zdrowie pięknych pań" wywołałoby jedynie przykre rozczarowanie. Każdy toast to istne dzieło sztuki oratorskiej. Zacząć trzeba od ogółu, aby po kilku minutach dojść do szczegółu tzn. intencji, za którą się pije. Toast "krąży" wokół stołu i do zasad grzeczności należy, aby każdy uczestnik biesiady go wzniósł. Kaukaskie biesiadowanie stanowi swoistą ceremonię. Nie ma mowy żeby zjeść, podziękować i samowolnie odejść od stołu. Na biesiadowanie zawsze musi znaleźć się czas. Ludzie celebrują tam wspólne posiłki i to bardzo dobry zwyczaj bo daje im poczucie wspólnoty. Mimo powszechnej biedy wieczorne Baku tętni życiem, otwartych jest dziesiątki restauracji, tych eleganckich i tych pod gołym niebem. Dymią ruszty z pieczonymi szaszłykami, słychać głośne rozmowy, śmiechy. Może to sposób Azerów na przezwyciężenie biedy i frustracji. Nie dali się wciągnąć w ten wir bezustannej pogoni za pieniądzem i karierą. Za stołem w Baku czas jakby zatrzymał się w miejscu.
Mało się o tym pisze, ale Iran to państwo wielonarodowe. Oprócz dominujących Persów, których jest jednak mniej niż 50%, w państwie ajatollahów żyją także Azerowie, Kurdowie, Arabowie, Ormianie, Turkmeni. Największą mniejszością Iranu są właśnie Azerowie - różne źródła podają różną ich liczbę wahającą się od 10 (oficjalne dane irańskie) do 30 milionów (wersja radykalnych organizacji z Azerbejdżanu). Zamieszkują okolice Tebrizu, Ardebilu, Choju, Urmi, Zandżanu - całą północną część kraju. Stanowią także znaczną część mieszkańców stołecznego Teheranu. Choć między sobą mówią w języku azerskim, to jednak w życiu publicznym prawie zawsze posługują się perskim. Są dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Pierwsza to ograniczenia wprowadzane przez władze irańskie, które nie godzą się na przyznanie Azerom autonomii kulturalnej i używanie języka azerskiego w życiu publicznym. Druga przyczyna związana jest ze specyficzną świadomością narodową Azerów irańskich. Jeśli spytać Azera z Tebrizu kim się czuje, najprawdopodobniej usłyszymy, że Irańczykiem. Chociaż mają oni świadomość swojej odrębności jest to jednak świadomość regionalna, identyfikacja z państwem irańskim, w którym żyją od stuleci, jest znacznie silniejsza niż identyfikacja z etnosem tureckim czy azerbejdżańskim, nie mówiąc o już o poczuciu wspólnoty z Azerami zza Araksu.
Azerbejdżan Irański to dziwny kraj - z jednej strony w różnych okresach historii (np. w latach 1940.) pojawiały się tam dążenie do uzyskania autonomii regionalnej w ramach Iranu, z drugiej to właśnie Tebriz był ośrodkiem, gdzie wielokrotnie brały początek ruchy społeczno-polityczne mające na celu odnowienie, reformę państwa perskiego, a potem irańskiego. Wielu Azerów uczestniczyło i uczestniczy w życiu publicznym Iranu, m.in. ajatollah Chamenei jest z pochodzenia Azerem. Po prostu Azerowie irańscy uważają Iran za swoje państwo. Marzenia niektórych intelektualistów z Azerbejdżanu północnego o stworzeniu jednego wielkiego państwa obejmującego wszystkie ziemie zamieszkane przez Azerów w takiej sytuacji wydają się zawieszone w próżni. Od podziału Azerbejdżanu na dwie części minęło już prawie 200 lat i różnice w mentalności, kulturze i języku są za duże aby było to realne. Najbardziej optymistyczną wersją wydarzeń, z punktu widzenia prawa Azerów do samostanowienia, jest federalizacja Iranu, która możliwa będzie dopiero po upadku obecnego reżimu w tym państwie.
Na Kaukazie jedną z najważniejszych tradycji jest gościnność. Nie ważne, że akurat nie ma czasu, pieniędzy, dodatkowego łóżka w mieszkaniu. Gdybyś prosząc o gościnę odszedł z kwitkiem z któregokolwiek kaukaskiego domu byłaby to dla gospodarzy hańba nie do zmycia. Kiedy jesteś gościem wszystkie twoje życzenia są spełniane, nawet te dziwne w rozumieniu mieszkańca Kaukazu. I najważniejsza zasada - stół, przy którym siedzisz nawet przez chwilę nie może być pusty. Chcesz kupić wodę na straganie, bo akurat zachciało ci się pić? Zaraz, zaraz, jesteś przecież gościem i choćby Ulwi miał wydać ostatniego manata (waluta Azerbejdżanu), to on za nią zapłaci. Czasem trudno znaleźć się w roli kaukaskiego gościa. Ciągle wydaje się, że powinieneś w jakiś sposób się odwdzięczyć, czujesz się zażenowany. Będąc na Kaukazie trzeba jednak o tym zapomnieć i przyjąć ich tok myślenia. Bo gdyby uprzeć się i zapłacić za tę nieszczęsną wodę Ulwi mógłby się nie na żarty obrazić. Tacy już są ci kaukascy mężczyźni...
Ulwi jako jeden z opozycyjnej w stosunku do reżimu Alijewa liderów Narodowo-Demokratycznej Partii Azerbejdżanu święcie wierzy w demokrację. Kiedyś wierzył w komunizm, Związek Radziecki, w to, że w na imperialistycznym Zachodzie ludzie umierają z głodu, a w USA wciąż istnieje niewolnictwo. Czechów i Polaków uważał za wichrzycieli. których trzeba nauczyć rozumu. Kiedy w latach siedemdziesiątych studiował na Ukrainie spotkał się z kolegą, który służył w oddziałach Armii Radzieckiej stacjonujących w 1968 r. w Czechosłowacji. Pewnego dnia do jego jednostki przyszedł rozkaz, aby czołgami wjechać do jednego z miasteczek. Kiedy znaleźli się na jego ulicach z okien i balkonów zaczęły sypać się śmiecie, butelki, kamienie. Z początku kolega nie mógł zrozumieć co się dzieje, kiedy jednak otworzył klapę czołgu i na całe gardło zaczął krzyczeć: "Ja nie Russkij, ja Azerbajdżaniec!", kamienie przestały lecieć. Jak mówi Ulwi, od tamtej chwili coś w nim pękło, zaczął zastanawiać się, szukać dyskutować. Coś zaczęło mu nie pasować w idealistycznej wizji "komunistycznego raju". Kiedy nastał Gorbaczow i pierestrojka poczuł, że przez tyle lat zwyczajnie go oszukiwano. To był początek walki Ulwiego o demokrację. Aktywnie włączył się w tworzenie Ludowego Frontu Azerbejdżanu, brał udział w mityngach, demonstracjach. Autorytetem i wzorem do naśladowania był dla niego Abulfaz Elczibej. Kiedy w 1992 r. wygrał on wybory prezydenckie, Ulwi wierzył, że zaczyna się nowy idealny świat. Euforia minęła jednak szybko - już rok później do władzy wrócił Alijew. Kraj był zrujnowany, wojna o Karabach przegrana, wszystkie fabryki i zakłady stały, w Baku koczowało kilkaset tysięcy uchodźców, państwo rozpadało się, ludzie stali się nędzarzami. Mimo to, Ulwi nadal wierzy, że demokracja to lekarstwo na wszystkie problemy. Wystarczy pozbyć się reżimu Alijewów, przeprowadzić wolne wybory i ... potem wszystko się ułoży. Więc Ulwi walczy o demokrację, choć ostatnio jakby trochę przygasł, robił to z przyzwyczajenia a nie pasji. Ożywia się dopiero, gdy zaczyna opowiadać o Froncie, Elczibeju. Może kiedyś doczeka się tej wyśnionej demokracji...
Konflikt zaczął się w 1988 r. Ogłoszenie przez Ormian karabaskich przyłączenia się do Armenii, rzeź ludności ormiańskiej w Sumgaicie, potem wycofanie wojsk radzieckich z Karabachu, wybuch walk ormiańsko-azerbejdżańskichj.... Nikt nie był w stanie zapobiec samonakręcającej się spirali przemocy. Zimą 1992 r. oddziały ormiańskich fedainów przerywają blokadę Karabachu i zajmują tzw. korytarz laczyński łączący enklawę z Armenią. Rok później, wsparci przez armię rosyjską odnoszą kolejne sukcesy obijając z rąk Azerów Laczin, Szuszę, Agdam, Kelbadżar - w sumie około 20% terytorium Azerbejdżanu. Około miliona Azerów ucieka w popłochu porzucając splądrowane i spalone domostwa. Boją się, aby nie spotkał ich los mieszkańców niewielkiego miasteczka Chodżały, którego ludność w okrutny sposób została wymordowana przez wkraczających Ormian. Ormianie wypędzają Azerów z Armenii, Azerowie Ormian z Azerbejdżanu. Obie strony dopuszczają się niesamowitych okrucieństw. Jednak najwięcej na sumieniu w tej wojnie mają rosyjscy politycy i generałowie. To z rosyjskich magazynów pochodziła broń, którą posługiwały się obie strony. Początkowo Moskwa popierała Azerów, bojąc się precedensu zmian terytorialnych w ramach ZSRR. Potem, gdy konflikt z rosyjskiej perspektywy nie był już konfliktem wewnętrznym, Kreml udzielił poparcia Ormianom. Chciał wybić Azerom z głowy sojusz z Turcją i Zachodem i nie dopuścić do utraty kontroli nad azerbejdżańską ropą.
W maju 1994 r. obie strony za pośrednictwem OBWE podpisały zawieszenie broni, które obowiązuje do dziś. Ale Rosja nie straciła wygodnego środka nacisku na Baku i Erewan. Może w każdej chwili wykorzystać konflikt karabaski do wywarcia nacisku na którąś ze stron. Dlatego Rosjanom nie na rękę są rozmowy pokojowe i szybkie uregulowanie sporu. A Azerowie i Ormianie? Wplątali się w grę, z której teraz trudno wycofać się zachowując twarz. Jak znaleźć kompromis, gdy Ormianie chcą niepodległości Karabachu, zaś Azerowie powtarzają, że integralność terytorialna ich kraju jest warunkiem wstępnym jakichkolwiek rozmów? Sytuacja bez wyjścia. Nawet jeśli w jakiś sposób uda się doprowadzić do podpisania porozumienia pokojowego trzeba będzie pokoleń, aby znów nauczyć się żyć razem. Tym bardziej, że na Kaukazie krzywdy pamięta się bardzo długo.