Czterdziestu braci

baśń dagestańska

Dawno temu żył sobie człowiek, który miał czterdziestu synów. Pewno razu przyszli do niego starsi synowie i poprosili by znalazł dla nich żony - czterdzieści sióstr. Najmłodszy z synów o imieniu Malik-Mamed przyłączył się do prośby starszych braci, ostrzegł jednak ojca, by gdy wyruszy ze starszymi synami w drogę, nie zatrzymywali się na nocleg w pobliżu miasta Palas. Ojciec był już stary i było mu ciężko podróżować jednak postanowił wyruszyć w drogę ze względu na swoich synów. W domu pozostał tylko najmłodszy syn - Malik-Mamed, a pozostali razem z ojcem wyruszyli w drogę.

Nie ujechawszy daleko, spotkali biednego żebraka.
- Dokąd idziesz biedaku? – spytał stary ojciec.
- Nie pytaj dobry podróżniku – odpowiedział żebrak. – Kiedyś byłem dobrym gospodarzem, jednak na moje nieszczęście urodziła mi żona czterdzieści córek. Wykarmić je trudno, dlatego tak chodzę prosząc ludzi co łaska.
- Jesteś dokładnie tym, kogo szukamy! – krzyknął uradowany ojciec.

Pojechał do domu biedaka, wziął jego czterdzieści córek i wesoły udał się w drogę powrotną do domu. I chociaż spieszyli się jak mogli, by za dnia dotrzeć do domu, to jednak po drodze zaskoczyła ich noc. Zmuszeni byli zatrzymać się na nocleg nieopodal wielkiego miasta, do którego drogę przegradzała pobłyskująca w świetle księżyca rzeka.

Rankiem pierwszy obudził się starzec i zobaczył, że to nie rzeka leżała nocą przed nimi, a wielki wąż Aszdaga, którego skóra błyszczała w świetle słońca.
- Bieda nam, dzieci moje – zajęczał ojciec. – To przecież miasto Palas, przed którym ostrzegał nas Malik-Mamed!
Wąż owinął się wokół wędrowców i zagradzał im drogę wyjścia. Minął pierwszy dzień, potem drugi, a pod koniec trzeciego dnia, kiedy już całkiem stracili siły z głodu i pragnienia, starzec zwrócił się do węża Aszdaga.
- Ty okrutny! Jeżeli nie zamierzasz nas zjeść, to nas wypuść! Nie pastw się nad nami.
- Przyślij do mnie swojego najmłodszego syna, a wypuszczę was wszystkich.

Wyboru nie było. Wysłał ojciec jednego z synów po Malik-Mameda. Kiedy ten dotarł do domu zapłakał:
- Bracie, zdarzyło się nieszczęście. Zanocowaliśmy tam, gdzie nam odradzałeś i wąż Aszdaga wziął nas w niewolę. Nie wypuści nas, dopóki ty się tam nie zjawisz.
- Cóż bracie, pojedziemy - odpowiedział Malik-Mamed, po czym osiodłał swojego konia i pospieszył braciom z pomocą.

- Czego chcesz ode mnie, wężu – spytał Malik-Mamed, gdy wąż Aszdaga podniósł do góry ogon, wypuszczając z niewoli ojca, braci i wszystkie dziewczęta.
- Przywieź mi przepiękną córkę szacha dewów[1], bym mógł ją poślubić. Jeśli jej nie przywieziesz – pożałujesz. Nie ważne jak dobrze się schowasz i tak cię odnajdę - powiedział wąż.

Cóż było robić? Siadł Malik-Mamed na swojego konia i ruszył w drogę. Stracił rachubę dni i nocy szukając przepięknej córki szacha dewów. Koń jego zaczął kuleć, a on sam zaczął odczuwać zmęczenie. Gdy dojechał do bramy głuchego wąwozu, zobaczył wylegującego się wilka, który leżał z szarymi łapami pod głową.
- Dokąd jedziesz, Maliku-Mamedzie? – spytał wilk ludzkim głosem.
- Wąż Aszdaga wysłał mnie w drogę, bym przywiózł dla niego przepiękną córkę szacha dewów.
- Zawróć, – poradził wilk – to trudne zadanie, a koń twój już jest słaby. Znajdź sobie lepszego konia niż ta stara klacz, która potyka się na każdym kroku.

Posłuchał Malik-Mamed wilczej rady. Poprosił wilka, by ten popilnował starej klaczy, a sam wyruszył na poszukiwanie silnego konia. Po powrocie z wdzięczności za radę Malik-Mamed podarował starą klacz wilkowi. Wilk wskazał mu dalszą drogę mówiąc:
- Jedź ciągle przed siebie, nie zbaczając z drogi. Z tego wąwozu wyjedziesz po dwóch miesiącach drogi. Tam właśnie znajdziesz carstwo dewów. Życzę ci powodzenia, a w drodze powrotnej zajrzyj do mnie w gości.

Jechał Malik-Mamed dwa miesiące, a może i więcej, nie wiadomo. Gdy wyjechał z wąwozu zobaczył szybkonogiego młodzieńca, który jednym susem dogonił uciekającą łanię.
- Jakiś ty szybki – zachwycił się Malik-Mamed.
- Co ty opowiadasz! – odpowiedział mu Pędziwiatr – Ty dopiero musisz być szybki, skoro zgodziłeś się jechać na poszukiwania przepięknej córki szacha dewów.
- Czy ty mnie znasz?
- Któż cię nie zna! – zawołał on – Dawno o tobie słyszałem i chciałbym pojechać z tobą.

Pojechali dalej we dwójkę, nie odjechali daleko, gdy zobaczyli człowieka, który odrywał ze skały ogromne kamienie i rzucał nimi w dal.
- Jakiś ty silny! – z zazdrością powiedział Malik-Mamed.
- Co ty opowiadasz! – odpowiedział Waligóra – Ty musisz być silniejszy od nas wszystkich, skoro zgodziłeś się jechać na poszukiwania przepięknej córki szacha dewów.
- Czy ty mnie znasz?
- Któż cię nie zna! – zawołał Waligóra – Słyszałem o tobie i chętnie się do ciebie przyłączę.

Pojechali dalej we trójkę. Nie odjechali daleko, gdy zobaczyli człowieka, który jednym haustem wypijał całą rzekę, a potem wypluwał ją z powrotem.
- Jakiś ty sprawny! – zachwycił się Malik-Mamed.
- Co ty opowiadasz! – odpowiedział Wodopij – Ty musisz być sprawniejszy niż my wszyscy, skoro zgodziłeś się jechać na poszukiwania przepięknej córki szacha dewów.
- Okazuje się, że i ty mnie znasz!
- A jakże cię nie znać – odpowiedział Wodopij. – Siedzę tu i czekam, żeby dołączyć do twojej kompanii.

Tak więc pojechali we czwórkę do szacha dewów - Malik-Mamed, Pędziwiatr, Waligóra i Wodopij. Dotarli na miejsce.
- Czego chcecie? – zapytał groźny szach dewów.
- Przyjechaliśmy po twoją przepiękną córką – odpowiedział mu Malik-Mamed.
- Ach tak! – uśmiechnął się chytrze szach dewów – Jeżeli wypełnicie trzy zadania, oddam wam moją córkę. Jeśli ich nie wypełnicie – stracę was wszystkich - zagroził. - Pierwsze wasze zadanie to przenocować w żelaznym domku, z którego nikt jeszcze nie wyszedł żywy.

Skierowali się czterej przyjaciele do żelaznego domku, mijając po drodze rzekę. Widząc ją Wodopij osuszył jednym haustem. Następnie cała czwórka weszła do żelaznego domku, a służący szacha dewów zamknęła ich na wielki zamek.

Nocą szach dewów przykazał rozpalić pod podłogą domku ognisko i palić je tak długo, dopóki goście nie spalą się na żelaznej podłodze, jak na wielkiej patelni. O północy towarzysze poczuli, jak w domku robi się nagle gorąco i zaczęli się martwić jak wyjść cało z opresji. Wodopij tylko się zaśmiał i zaczął po trochu wypluwać wodę, którą wypił wieczorem. W domku zrobiło się przyjemnie chłodno i przyjaciele mogli spokojnie spać do samego rana. Rano słudzy szacha dewów otworzyli żelazne drzwi i zobaczyli, że Malik-Mamed i jego towarzysze śpią spokojnie, zanurzeni po szyję w wodzie.

Bardzo się to nie spodobało szachowo dewów. Powiedział więc do Malika-Mameda:
- Mam dla ciebie drugie zadanie. Tylko ty jeden, wraz z kulawą staruszka, która u mnie pomieszkuje, pójdziecie do lasu i przyniesiecie mi mleko łani. Uważaj tylko, jeżeli ona wróci z lasu szybciej niż ty, ty i twoi trzej przyjaciele pożegnacie się z życiem.

Szach okłamał Malika-Mameda, mówiąc, że staruszka była kulawa. Biegała ona bowiem szybko jak wiatr. Postanowił tym razem pomóc Pędziwiatr.
- Nie przejmuj się, – rzekł do Malika-Mameda – to zadanie w sam raz dla mnie.
I wraz ze staruchą pobiegł do lasu. Gdy Pędziwiatr zaczął doić pierwszą łanię, starucha z pełnym dzbanem mleka wracała już do miasta. „Nieźle” – pomyślał Pędziwiatr. Wydoił łanię do końca i czym prędzej ruszył w pogoń za staruszką.
- Dokąd się tak spieszysz matulu? – spytał, gdy ją dogonił.
- Synku, jestem kaleką, boję się, że mnie przegonisz – odpowiedziała sprytna starucha podając mu kawałek słonej bułki do zjedzenia.
Pędziwiatr zjadł bułkę i zachciało mu się pić. Starucha dała mu do popicia wody, ale pragnienie mu nie przeszło. Wówczas staruszka poczęstowała go mocnym winem, od którego w połowie drogi zapadł Pędziwiatr w mocny sen. Staruszka postawiła mu na głowie dzban z mlekiem, a sama pobiegła dalej.

Stojący na wieży pałacu szacha Malik-Mamed zobaczył, że jego towarzysz zasnął w połowie drogi i zapłakał ze złości. Wziął w dłoń swój łuk, naciągnął cięciwę, i tak precyzyjnie wycelował, że strzała rozbiła dzban na głowie Pędziwiatra, nie robiąc mu przy tym żadnej krzywdy. Zerwał się Pędziwiatr i zobaczył, że starucha zbliża się juz do bram miasta. Pomknął szybko jak błyskawica, dogonił ją, wyrwał jej z rąk dzbanek z mlekiem i przyniósł go Malikowi-Mamedowi.

Zły był szach dewów, ale cóż miał zrobić, drugie zadanie zostało wykonane. Wziął od Malika-Mameda dzban z mlekiem i powiedział:
- Teraz zmierzysz się, śmiałku, z moim najlepszym siłaczem.
Wyszedł siłacz, wielki jak skała i mocny jak kamień. Gdy Malik-Mamed go zobaczył przeraził się.
- Poczekaj, – powiedział wówczas Waligóra – bić się z nim będę ja.
I złapał Waligóra siłacza oburącz, podniósł nad swoją głowę i rzucił tak daleko, że ledwie go potem odszukali.

Po tym zadaniu nie znalazł szach dewów już żadnej wymówki, musiał oddać swoją przepiękną córkę Malikowi-Mamedowi. Wyruszyli przyjaciele wraz z córka szacha dewów w powrotną drogę. Wodopij odłączył się od nich na brzegu pierwszej napotkanej rzeki, Waligóra – przy pierwszej napotkanej skale, a Pędziwiatr rzucił się w pogoń za pierwszą spotkaną łanią. Dalej Mamed-Malik z przepiękną córką szacha dewów pojechał już sam.

- Dokąd mnie wieziesz? – spytała go dziewczyna, gdy zostali sami.
- Wstyd się przyznać, ale wiozę cię do strasznego węża Aszdaga – odpowiedział Malik-Mamed.
Słysząc te słowa przepiękna córka szacha dewów gorzko zapłakała.
- Zabij węża, a zostanę twoją żoną – poprosiła.
- Gdyby tylko ktoś mi podpowiedział, jak to zrobić – westchnął Malik-Mamed. I przypomniał sobie o mądrym wilku, który zapraszał go do odwiedzin w powrotnej drodze.

Zajechali do starego wilka, który leżał u wejścia do wąwozu opierając głowę na szarych łapach. Wilk bardzo się ucieszył widząc Malika-Mameda.
- Cóż mam robić wilku? Jak pozbyć się węża Aszdaga? – spytał go młodzieniec.
- Na łące, przez którą będziecie przejeżdżać żyje ogromna szara kuropatwa, rozmiarem równa z osłem. Siedem dni i siedem nocy śpi, a następnie przez jeden dzień pasie się na zielonej łące. Zabij ją we śnie i wydobądź z niej jajko. W tym jajku mieszka dusza węża Aszdaga. Gdy tylko rozbijesz jajko, wąż Aszdaga zdechnie - odpowiedział mu wilk.

Pojechał Malik-Mamed w stronę zielonej łąki, zabił szarą kuropatwę, która była wielka jak osioł, rozciął jej skórę, wyciągnął z niej jajko i gdy tylko chciał rozbić je o kamień, zobaczył pędzącego w jego stronę węża Aszdaga, który groźnie syczał. Malik-Mamed nie stracił zimnej krwi i rzucił jajkiem. Jako się rozbiło i wąż padł martwy na ziemię.

Szczęśliwy Malik-Mamed pojechał z przepiękną córką szacha dewów do swego ojca i się z nią ożenił. Trzydzieścioro dziewięciu jego braci ożeniło się z trzydziestoma dziewięcioma siostrami – córkami biednego starca, a czterdziesta siostra została moją żoną. Historię tę usłyszałem właśnie od niej i postanowiłem opowiedzieć ją wam.

[1] Dew – potwór, zły duch.

Tłum. P. Pacewicz



Projekt zrealizowano ze środków Ministerstwa Edukacji Narodowej