Córka Słońca

baśń gruzińska


Dawno temu żyli trzej bracia. Trzy dni orali pole. Na koniec każdy z braci zasiał jedną część pola – starszy po lewej, średni po prawej stronie, a najmłodszy pośrodku.

Wzeszedł łan tak bujny, jakiego jeszcze nie widzieli. Kołysał się i falował niczym morze, a serca młodzieńców rosły z dumy. Gdy bracia cieszyli oczy pięknym plonem, niebo nagle pociemniało, napłynęły czarne chmury i spadł grad. Zboże na brzegach pola ocalało, ale pośrodku grad zniszczył łan, wymłócił zboże i wbił ziarno w ziemię. Gdy średni brat zobaczył zniszczony łan serce mu omal nie pękło. Nic nie powiedział, tylko ciężko westchnął, wziął swój sierp i poszedł szukać szczęścia gdzie indziej.

Szedł, szedł, aż dotarł do domu pewnego bogacza. Bogacz miał tak wielkie pole, że trzeba było stu dni, by zebrać z niego plon.
Powiedział średni brat do bogacza:
- Co mi dasz, jeśli zbiorę zboże na twym polu w jeden dzień?
- Oddam ci połowę zbiorów – obiecał bogacz.
Przystał średni brat na tą propozycję i został oraczem. Do południa skręcał słomę do wiązania snopów. W południe wziął sierp i poszedł żąć zboże. Bez odpoczynku kosił i stawiał snopy, kosił i stawiał snopy, aż po całym dniu pracy zebrał plon z całego pola. Został mu już tylko jeden snop do związania, gdy Słońce zaczęło zachodzić. Oracz zdjął czapkę i zaczął prosić Słońce:
- Słoneczko, nie zachodź jeszcze, poczekaj, aż zwiążę ten jeden, ostatni snop.
Nie posłuchało Słońce prośby oracza i zaszło za horyzont.

Gdy tylko oracz związał ostatni snop przyszedł gospodarz. Patrzy, patrzy i nadziwić się nie może, że całe pole skoszone.
- Cóż, podzielimy zatem to, co udało ci się skosić, tak jak było umówione – powiedział.
- Nie, nie wypełniłem umowy. Nie poszczęściło mi się. Ten oto ostatni snop związałem bowiem już po zachodzie słońca – odpowiedział oracz i odszedł z niczym.

Długo szedł, czy krótko, nie wiadomo. Wreszcie dotarł do dworu cara i zatrudnił się u niego na cztery lata paść owce. Zawarł z nim umowę, że jeśli w ciągu tych czterech ze stada nie ubędzie ani jedna owieczka - nie porwie jej ani wilk, ani nie zabierze choroba, średni brat dostanie połowę owiec.

Został średni brat pastuchem i pognał owce na hale. Czerty lata pilnował ich i dbał tak uważnie, że nawet żadna z owiec nie zadrasnęła nawet ucha. Po czterech latach pognał pastuch owce na podział, gdy nagle nie wiadomo skąd wyskoczył wilk, chwycił jedną owcę i powlókł do lasu. Przygnał pastuch resztę owiec do zagrody. Car, gdy zobaczył tak dorodne stado uradował się i zaczął dzielić stado na pół zgodnie z umową. Pastuch jednak nie czekał aż podzieli stado, rzucił swój pasterski kij na bok i odszedł. Nie udało mu się wypełnić umowy – stracił jedną owcę - nie wziął więc zapłaty.

Długo szedł, czy krótko, nie wiadomo. W końcu dotarł do pewnej rzeki i przysiadł na brzegu, aby odpocząć. Spojrzał przed siebie i zobaczył, jak w rzece kąpią się trzy córki Słońca - wszystkie tak piękne, że nie ma nic innego na świecie z czym mogłyby się równać.

Młodzieniec wstał, podkradł się do kąpiących, pochwycił jedną z córek Słońca i zaczął z nią uciekać. Biegł, biegł, aż dobiegł do pola. Postawił na polu chatę i zamieszkał w niej wraz z dziewczyną. Biednym byli małżeństwem. Niczego nie mieli, a mąż nie chodził do pracy.
- Gdzie nie poszedłem, czego się nie dotknąłem, szczęście mi nie sprzyjało - tłumaczył żonie. - Po co mam więc tyrać na darmo? - mówił ze smutkiem.

Córka słońca miała pierścień spełniający wszystkie życzenia. Dała ten pierścień mężowi i powiedziała:
- Oto moje wiano. Gdy położysz go na ziemi – pojawi się stół. Gdy położysz go na stole – pojawi się jadło. Gdy zabierzesz pierścień ze stołu – zniknie wszystko, co na nim stało. Oto i moje bogactwo, które ci daję.
Ucieszył się mąż. Dzięki cudownemu pierścieniowi zaczęli żyć oboje zgodnie i szczęśliwie.

Pewnego razu zachciało się mężowi zaprosić w gości cara. Odradzała mu żona:
- Siedź lepiej spokojnie. Nie jest sztuką zaprosić cara w gości. Pamiętaj jednak, że masz tylko jeden pierścień. Czy chcesz nim zachwycić cara? Uważaj i nie strać go!
Uparł się mąż i namawiał żonę:
- Powinienem zaprosić cara. Niech przyjdzie zobaczyć nasze wiejskie życie. Niech wie, że żyjemy na świecie i możemy go ugościć.

Wstał więc pewnego razu mąż wstał i poszedł do cara zaprosić go w gości. Przyszedł do cara, przyniósł mu dary jakie tylko miał i poprosił:
- Uszczęśliw nas carze i przyjmij od nas zaproszenie na obiad.
Zaśmiał się car:
- Kim ty jesteś i jaki ty możesz przygotować obiad?
Po czym dodał:
- Nie pójdę do twojego domu, ale jeśli chcesz, wyślę swoich doradców.

Wezwał car swoich doradców i mówi:
- Idźcie zobaczyć dlaczego ten człowiek zaprasza mnie w gości. Czyżby posiadał coś wyjątkowego, czym by chciał ze mnie zadrwić?

Poprowadził więc chłop doradców cara wraz z ich świtą do domu. W drodze zgłodnieli. Upolowali więc bażanta i kazali słudze go upiec. Przyszedł sługa do chaty chłopa i zaczął piec bażanta. Nagle do izby weszła córka słońca. Patrzył na nią sługa, patrzył i oczu oderwać nie mógł. O całym świecie zapomniał: po co przyszedł i co robił. Spalił się cały bażant. Zaniósł sługa spalonego ptaka i zaczął częstować nim doradców.
- Dlaczego do cna spaliłeś bażanta? – rozzłościli się doradcy.
- W chacie była kobieta tak piękna, że odebrało mi rozum - tłumaczył się sługa. - Gdy weszła przez moment niczego nie mogłem dostrzec, przestałem wszystko rozumieć i dlatego spaliłem ptaka.

Naradzili się doradcy, wsiedli na konie i popędzili do chaty zobaczyć przepiękną córkę słońca. Gdy weszli do środka mąż córki słońca położył pierścień i pojawił się stół. Zaprosił ich do stołu, a na stole pojawiać się zaczęły coraz to znamienitsze potrawy. Siedzą doradcy cara przy stole, jedzą, piją i nadziwić się nie mogą skąd ten biedny człowiek bierze te wszystkie pyszności? Na koniec biesiady w izbie pojawiła się córka słońca. Goście oniemieli i nie mogli się nadziwić jej urodzie.

Gdy wrócili do pałacu cara opowiedzieli mu o wspaniałej uczcie w chacie, o tym jak posiłki gotowały się bez ognia i jak niezrównanej urody jest żona właściciela chaty.
- Ta cudna kobieta powinna być twoją żoną panie, a nie chłopa – zaczęli przekonywać cara doradcy.
- Jak można mu ją odebrać? – zaczął pytać car.
- Wezwij go panie i każ mu przynieść złote runo, które ma w posiadaniu Słońce. Gdy wybierze się, żeby spełnić twą prośbę, nie wróci żywy - doradzili mu doradcy.

Wezwał car chłopa i mówi:
- Przynieś mi złote runo, które ma Słońce.
Zasmucił się chłop. Wrócił do domu i opowiedział o wszystkim żonie.
- Nic nie poradzisz smucąc się i rozmyślając - powiedziała żona. - Trzeba było myśleć wcześniej, tak jak ci radziłam. Lepiej wstawaj i zbieraj się do drogi po złote runo.

Wyruszył więc chłop na poszukiwanie złotego runa.
Szedł, szedł, aż dotarł do miejsca, gdzie Słońce i Księżyc odpoczywają. Słońce właśnie wyszło oświetlać świat, a Księżyc był w domu. Zobaczył Księżyc zięcia i od razu go poznał. Najpierw go ugościł, a potem zaczął wypytywać, po co przybył. Opowiedział mu chłop wszystko, co mu się przytrafiło. Księżyc wysłuchał go, a na koniec powiedział:
- Wkrótce przyjdzie Słońce. Ale ty nie wytrzymasz jego żaru i spalisz się. Muszę cię zaczarować.
Zamienił Księżyc zięcia w igłę i wbił w pień. Weszło Słońce do domu i od progu powiedziało:
- Czuję tu zapach człowieka.
- Niemożliwe! – zaprzeczył Księżyc. – Jaki tu może być człowiek? Chodzisz po świecie i pewnie stamtąd przyniosłeś do domu zapach człowieka.
Po chwili jednak dodał:
- A gdyby się okazało, że masz rację i że przyszedł tu do nas nasz zięć, nie spaliłbyś go?
- Nie, nie spaliłbym – zarzekło się Słońce. – Chciałbym tylko go zobaczyć i dowiedzieć się jakim jest człowiekiem.

Zamienił Księżyc igłę z powrotem w człowieka i przyprowadził go przed Słońce. Powitało Słońce zięcia i zapytało po co przybył:
- Car chce odebrać mi twoją córkę. Usłyszał, że masz złote runo i wysłał mnie po nie. Jeśli go nie przyniosę, zabierze mi żonę - powiedział chłop.
- Nie martw się. Chodźmy do ogrodu, tam odpoczniesz po podróży – pocieszyło zięcia Słońce.

Słońce i Księżyc mieli piękny ogród. Część drzew kwitła, część obsypana była soczystymi owocami, na części pojawiły się dopiero pączki, a z innych już opadały liście. Zachwycił się chłop ogrodem, chodził, podziwiał i nadziwić się nie mógł jak jest piękny.
- Zostań tu, odpocznij, a wilk i Ilia Gromowładny podadzą ci obiad - zaczęły go zachęcać Słońce i Księżyc.

Zgłodniał zięć, usiadł i czeka na obiad. Pojawił się przed nim wilk i przyniósł stół. Pojawił się Ilia Gromowładny, podał mu jedzenie i picie. Odwołał wilka na bok i powiedział:
- Pamiętasz jak przez cztery lata pasłem owce? Tak uważnie pilnowałem swojego stada, że żadnej z owiec nawet włosek nie spadł z głowy. Tak było aż do dnia podziału stada, kiedy to wyskoczyłeś znienacka i ukradłeś mi jedną owcę. Dlaczego to uczyniłeś?

I zaczął chłop okładać wilka kijem, który miał w ręku. Bił, bił, aż się zmęczył. Potem wezwał Ilię i rzecze:
- Pamiętasz jak uprawiałem pole wraz moimi braćmi? Już miałem kosić bujne zboże, gdy ty zrzuciłeś grad i wymłóciłeś całe ziarno na mojej części pola. Dlaczego to uczyniłeś?
I zaczął chłop dzielić Ilię kijem. Gdy się zmęczył, przestał, odpoczął, podjadł i poszedł do ogrodu. Wziął swój kij i połamał nim wszystkie drzewa. Gdy doszczętnie zniszczył ogród usiadł, żeby odpocząć.

W międzyczasie wilk i Ilia pobiegli poskarżyć się słońcu. Przyszło Słońce. Patrzy na zniszczony sad i już myśli, że chłopu życie niemiłe.
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytało rozzłoszczone Słońce.
- Miałem jeden łan zboża, a Ilia zniszczył mi wszystko gradem – odpowiedział chłop. – Potem przez cztery lata pasłem owce. Ciężko pracowałem, żeby ustrzec całe stado, a wilk zaprzepaścił cały mój wysiłek i ukradł jedną z owiec na koniec mojej służby. Kosiłem też pole, tak wielkie że zwykle kosi się je w sto dni. W ciągu jednego dnia zastawiłem snopkami całe pole. Do ukończenia pracy został mi tylko jeden snopek do zawiązania. Tak cię Słońce prosiłem, byś nie zachodziło póki nie skończę, a ty mnie nie wysłuchałeś i cały mój trud poszedł nadaremne!
Nie wiedziało Słońce, jak na te słowa skargi odpowiedzieć. Podarowało więc zięciu złote runo i odprawiło go w drogę powrotną.

Przyniósł chłop złote runo carowi. Przywołał car swoich doradców i zapytał:
- Przyniósł mi chłop złote runo. Jak teraz posiąść jego żonę? Co radzicie mi robić?
Zamyślili się doradcy. Aż wreszcie wymyślili sposób na chłopa:
- Wyślij go panie na tamten świat, niech przyniesie pierścień, który twoja matka zabrała ze sobą gdy umierała – doradzili.

Wezwał car chłopa i powiedział:
- Pójdziesz na tamten świat i przyniesiesz mi pierścień, który wzięła ze sobą umierając moja matka.

Przyszedł chłop do domu i opowiedział o wszystkim żonie. Córka Słońca dała mężowi jabłko o powiedziała:
- Pchnij to jabłko przed sobą i idź jego śladem. Ono zaprowadzi cię gdzie trzeba.
Tak też chłop zrobił.

Turlało się jabłko, turlało, aż doturlało się do pewnej leśnej polany. Na polanie stał jeleń i rogami bódł niebo.
- Witaj! – rzekł do niego wędrowiec.
- Witaj! – odpowiedział jeleń. – Dokąd zmierzasz? Co cię tu przywiodło?
- Idę na tamten świat. Muszę odnaleźć pierścień matki cara i mu go przynieść.
- Może mnie też przyniesiesz jeden specyfik? - zapytał jeleń. - Widzisz, tak mi się rogi rozrosły, że nie daję już rady ich nosić.
- Dobrze, przyniosę – obiecał jeleniowi zięć Słońca i poszedł dalej.

Szedł, szedł, aż dotarł do pewnej skały, przy której zobaczył uwiązanego byka. Zwierzę nie miało ani wody, ani pożywienia, a mimo to wyglądało dostatnio, a skóra na nim lśniła. Zdziwił się zięć słońca i zapytał:
- Czym się żywisz, skoro tu żadnego pożywienia, ani wody nie widać?
- Widziałem wielu wędrowców idących tam, dokąd zmierzasz i ty, ale z powrotem nie wrócił ani jeden – odpowiedział byk. – Jeśli wrócisz, wszystko ci opowiem - obiecał.

Poszedł dalej zięć Słońca, aż dotarł do przecudnych łąk. Patrzy, a przed nim rozciąga się pachnący łan soczystej trawy. Przez łąkę przepływają szemrzące strumienie, a na środku stoi przywiązany byk tak chudy, że wszystkie kości mu wystają. Zdziwił się zięć słońca i zapytał:
- Dlaczego jesteś taki chudy, skoro wokół jest tyle do jedzenia i do picia?
- Wędrowców idących tam, dokąd i ty zmierzasz widziałem wielu, ale z powrotem nie wrócił ani jeden – odpowiedział byk. – Jeśli wrócisz, wszystko ci opowiem - obiecał.

Poszedł dalej zięć Słońca i widzi: leżą na toporzysku mąż i żona, leżą wygodnie i jeszcze miejsce po obu stronach zostało. Zdziwił się zięć słońca i zapytał:
- Jak udało wam się we dwoje położyć na jednym toporzysku tak, że jeszcze miejsce po obu stronach zostało?
- Wędrowców idących tam, dokąd i ty zmierzasz widzieliśmy wielu, ale z powrotem nie wrócił ani jeden – odpowiedzieli małżonkowie. – Jeśli wrócisz, wszystko ci opowiemy.
Minął ich zięć słońca i poszedł dalej.

Szedł, szedł, aż dotarł do miejsca, w którym leżeli mąż z żoną na bawolej skórze i rozpychali się łokciami,kłócąc się o każdy kawałek miejsca. Podszedł do nich zięć Słońca, przywitał się i zapytał:
- Co z wami jest nie tak? Leżycie na bawolej skórze i jeszcze wam ciasno, trudno się wam pomieścić?
- Wędrowców idących tam, dokąd i ty zmierzasz widzieliśmy wielu, ale z powrotem nie wrócił ani jeden – odpowiedzieli mąż z żoną. – Jeśli wrócisz, wszystko ci opowiemy - obiecali.

Minął ich zięć Słońca i poszedł dalej. Widzi, nazbierała staruszka jajek i buduje z nich wieżę. Podszedł do niej i zapytał:
- Co robisz matko? Czy ktokolwiek widział, żeby budować wieżę z jajek? I czy komuś to się udało?
- Jak wrócisz, wszystko ci opowiem – odparła staruszka.
Minął i ją zatem zięć Słońca i poszedł dalej za swoim jabłkiem.

Doszedł potem do miejsca, gdzie przed piecem stała staruszka. Co włożyła do pieca biały jak wata chleb, po chwili wyjmowała go czarny jak smoła. Zdziwił się chłop i zapytał:
- Jak to się dzieje, że wkładasz taki biały chleby, a po chwili wyciągasz tak czarny?
- Idących tam, gdzie i ty widziałam już wielu, ale z powrotem nie wrócił ani jeden – powiedziała staruszka. – Jeśli wrócisz tu kiedyś, wszystko ci opowiem - obiecała.

Minął ją zięć Słońca i poszedł dalej. Widzi, nad przepaścią niczym most leży człowiek. Wszyscy po nich chodzą, stąpają po nim nogami.
- Co z tobą? Dlaczego leżysz tu niczym most? – zapytał go zdziwiony.
- Idących tam gdzie i ty idziesz, widziałem wielu, ale z powrotem ani jednego – powiedział człowiek-most. – Jeśli wrócisz tu, opowiem ci.

Poszedł zatem dalej zięć Słońca. Szedł, szedł, aż doszedł do matki cara.
- Twój syn prosi o pierścień, który zabrałaś ze sobą – powiedział do niej.
Oddała mu matka cara pierścień i poprosiła:
- Weź go i oddaj mojemu synowi. Przekaż mu też moje słowa: „Bądź przeklęty za to, że i na tym świecie nie dajesz mi spokoju. Za to, że zakłócasz mój sen niech zjedzą cię twoi doradcy!”.

Obiecał zięć Słońca, że przekaże carowi słowa matki. Miał już odejść gdy sobie przypomniał:
- Czy widziałeś na drodze jelenia, którego rogi sięgały prawie do nieba? Możesz doradzić mi, jak mu pomóc? – zapytał.
- Niech napije się wody majowej – poradziła matka cara.
Podziękował jej zięć Słońca, wziął pierścień i odszedł.

W drodze powrotnej dotarł do człowieka-mostu. Tak jak obiecywał opowiedział mu on swoją historię:
- Przez całe swoje życie pilnowałem tego mostu i nigdy nie pozwalałem po nim przejść bez zapłaty. Pobierałem opłatę od każdego bez wyjątku, nie oszczędzałem i biednego. Za to teraz muszę cierpieć.

Minął go zięć Słońca i dotarł do kobiety, która piekła chleb. Ta mu rzekła:
- Byłam w swoim życiu bardzo skąpa. Kiedy piekłam chleb i dostrzegałam z daleka biednego lub głodnego wędrowca wsadzałam głowę do pieca tak głęboko, że prawie sobie oczu nie wypaliłam. Tak bardzo było mi szkoda poczęstować potrzebujących kawałkiem świeżego chleba. Teraz więc męczę się – jak białego chleba nie wsadziłabym do pieca, zawsze wyjmę go czarny jak smoła, niezdatny do jedzenia.

Minął i ją zięć Słońca i poszedł dalej. Doszedł do staruszki, która budowała wieżę z jajek. Ta mu opowiedziała:
- Kradłam w moim życiu jajka. Teraz jako karę muszę układać z nich wieżę.

Poszedł dalej zięć Słońca. Szedł, szedł, aż dotarł do małżeństwa, dla którego bawola skóra była zbyt ciasna, by się na niej pomieścić. Opowiedzieli mu mąż i żona swoją historię:
- Tak bardzo nienawidziliśmy się w naszym życiu tak, że cały świat był dla nas zbyt mały. Za karę teraz się męczymy – nadal nienawidzimy się wzajemnie, ale nie możemy się rozstać.

Minął ich zięć Słońca i poszedł dalej. Dotarł do małżeństwa, które leżało na jednym toporzysku. Rzekli mu mąż i żona:
- Tak mocno się kochamy, że nawet na ostrzu topora żyjemy zgodnie. Zakochanym wszędzie dobrze, byle tylko być razem.

Doszedł zięć Słońca do byka, który na kwitnącej łące umierał z głodu. Opowiedział mu byk:
- Bezmyślnie służyłem swojemu gospodarzowi – nie miał ze mnie żadnego pożytku. Za to teraz tak cierpię.

Minął go zięć Słońca i dotarł do byka, który na gołej skale stał syty i tłusty. Rzekł mu byk:
- Wiernie służyłem mojemu gospodarzowi – razem z innymi bykami dzielnie ciągnąłem pług. Nie karmiono nas należycie, ale gospodarz wynagradzał mój trud dobrem. Teraz więc mimo, że nic nie jem, cały czas jestem syty.

Wysłuchał zięć Słońca byka i poszedł dalej. Dotarł wreszcie do jelenia, którego rogi był tak duże, że sięgały do nieba. Poradził mu:
- Napij się majowej wody, a będzie ci lepiej.
Wypił jeleń wody majowe i olbrzymie rogi odpadły.

Szedł dalej zięć Słońca, szedł, aż dotarł z powrotem do cara. Podał mu pierścień matki, a wraz z nim przekazał mu jej przekleństwo. Gdy tylko car wziął pierścień do ręki zamienił się w zająca, a jego doradcy w wilków. W okamgnieniu wilki rozerwały zająca-cara na strzępy i zjadły.

Całe carskie bogactwo, które pozostawił dostało się zaś w ręce zięcia Słońca i jego żony. Opowiedział zięć Słońca żonie o wszystkich swoich przygodach w drodze po pierścień matki cara. Pamiętając o nauczkach jakie dostali po życiu napotkani przez niego ludzie, żył zięć Słońca z żoną dalej w dostatku i wzajemnej zgodzie.

Tłum. A. Waszkiewicz



Projekt zrealizowano ze środków Ministerstwa Edukacji Narodowej