Skąpy Dżulfa

baśń azerska


Dawno, dawno temu żył sobie chytry Dżulfa. Był on bardzo skąpy – nikomu nie podarował grosza, z nikim nie podzielił się kawałeczkiem chleba. Mieszkał Dżulfa ze swoją żoną o imieniu Fatma, która w odróżnieniu od niego była dobra i uczynna. W owym mieście mieszkał także pewien chłopczyk – sierota. Nazywano go Timur. Ojciec Timura był człowiekiem o dobrym sercu. Wszystkim pomagał jak tylko mógł. Wiele dobrego uczynił też Fatmie, która we wczesnym dzieciństwie została sierotą. Ojciec Timura przygarnął Fatmę do swojego domu i stał się jej przybranym ojcem. Gdy Fatma dorosła o jej rękę poprosił Dżulfa. Ojciec Timura przygotował jej posag i wydał ją za mąż.

Po pewnym czasie ojciec Timura umarł. Umarła wkrótce także i matka Timura, a chłopiec został sierotą. Oprócz Fatmy w mieście nie było żadnego bliskiego mu człowieka. Timur uważał Fatmę za swoją siostrę i często ją odwiedzał. Dżulfie bardzo się to nie podobało. Najbardziej złościło go to, że za każdym razem, gdy przychodził Timur Fatma starała się go nakarmić, a czasami nawet dawała mu skromne ubranie. Skąpy Dżulfa wiedział o tym i na sam widok Timura marszczył brwi i warczał.

Pewnego razu Timur był bardzo głodny. „Pójdę do siostry Fatny, ona z pewnością poratuje mnie kawałkiem chleba” – postanowił.
W tym czasie Dżulfa był w domu i tkał wełniany materiał na szarawary [1]. Timur nie śmiał wejść do domu, zatrzymał się więc w progu. Gdy tylko Dżulfa spostrzegł Timura jak zawsze natychmiast się naburmuszył.

Fatma czym prędzej zaczęła się zastanawiać, jak nakarmić brata i nie przysporzyć mężowi przykrości. Po krótkiej chwili wpadła na pomysł:
- Timurze – rzekła do brata – idź do domu i zaopiekuj się dzieckiem. Na chwilę muszę wyjść z domu. Kiedy wrócę nakarmię cię.
Jak tylko Dżulfa usłyszał to, od razu się sprzeciwił:
- Nie trzeba! Połóż dziecko do kołyski i przynieś sznur. Jeden koniec przywiąż do kołyski, a drugi do mojej lewej ręki. Podczas pracy macham ręką raz w jedną raz w drugą stronę. Kołyska będzie się kołysać i dziecko uśnie.
- Dobrze – odpowiedziała Fatma nie pokazując po sobie niezadowolenia.
Położyła dziecko do kołyski, przyniosła długi sznur, jeden koniec przywiązała do kołyski, a drugi do ręki Dżulfy. Dżulfa pracował, a kołyska się kołysała.

Fatma ponownie się zamyśliła.
- Timurze, – rzekła – mam trochę ziarna do wysuszenia. Rozsypię je na dachu, a ty popilnujesz, by wróble i kury go nie rozdziobały. Potem cię nakarmię.
Nie zdążył Timur odpowiedzieć „dobrze”, kiedy rozbrzmiał złośliwy głos Dżulfy:
- Nie trzeba! Przynieś długą tyczkę. Jeden koniec przełóż przez komin, a drugi przymocuj sznurem do mojej prawej ręki. Przecież i tak macham ręką podczas pracy. Tyczka będzie ruszać się raz w jedną stronę, raz w drugą i ani wróble ani kury nie ośmielą się podfrunąć do ziarna.
Cóż Fatma mogła począć? Zrobiła tak jak prosił mąż. Przyniosła długą tyczkę, znalazła sznur, jeden koniec przywiązała do tyczki, a drugi do ręki Dżulfy. Dżulfa pracował poruszając tyczkę raz w jedną, raz w drugą stronę, odstraszając kury i wróble.

W myślach jednak oburzyła się Fatma: „Ach ty sknero! Jak w takim razie mam nakarmić dziś Timura?”
- Timurze – zwróciła się do chłopca. – Goście przynieśli nam trochę zsiadłego mleka. Mleko długo już stoi i wkrótce się zepsuje. Ja nie mam czasu, ale może ty zrobiłbyś z mleka masło. Kiedy skończysz – nakarmię cię.
Ponownie złośliwie odezwał się Dżulfa:
- Zupełnie nie pomyślałaś! Nalej kwaśne mleko do maselnicy i przywiąż ją do moich pleców. Przecież kiedy pracuję i tak schylam się i prostuję. Do wieczora masło się ubije.
- Dobrze –odpowiedziała znowu Fatma.
Cóż było począć! Nalała mleko do maselnicy i przywiązała do pleców Dżulfy.

Wpadła Fatma na kolejny pomysł:
- Timurze, – zwróciła się do brata – wyrób trochę gliny. Nasz piec zupełnie się rozsechł i trzeba go pomazać gliną. Potem cię nakarmię.
Dżulfa nie mógł już tego znieść.
- Nie trzeba! – krzyknął. Przynieś glinę i wodę. Glinę wysyp mi pod nogi i zalej wodą. Przecież i tak podczas pracy cały czas podnoszę jedną nogę. Mogę wyrobić tyle gliny, ile tylko chcesz.

Fatma zrozumiawszy, że i ta zasadzką się nie udała poszła po glinę i wodę. Wysypała piasek pod nogi Dżulfy i zalała go wodą. Dżulfa pracował, odganiał tyczką ptaki, kołysał kołyskę, ubijał masło i jednocześnie wyrabiał glinę jedną nogą.
Wiedziała Fatma, że mąż już jest na skraju wytrzymałości i gdy ponownie spróbuje znaleźć nowy pomysł na nakarmienie brata, będzie awantura. Dlatego pomimo żalu, że nie udało się jej nakarmić brata, milczała. Timur zaś zrozumiał, że Fatma nie zdoła podzielić się z nim jedzeniem. Pożegnał się zatem i wyszedł na ulicę.

Szedł i myślał: „Jak to byłoby dobrze, gdyby los przyprowadził Dżulfę pod moje drzwi. Dałbym wtedy nauczkę temu przebiegłemu skąpcowi.”
Zbliżając się do bazaru Timur zobaczył tłum ludzi biegnący w stronę wrót warownych.
- Dokąd wszyscy biegniecie? – zapytał Alego, syna sąsiada, którego wypatrzył w tłumie.
- Padyszach zgubił u warownych wrót drogocenny kamień ze swojego pierścienia – odpowiedział Ali. – Właśnie jego wezyr ogłosił dekret, że ten kto znajdzie i odda padyszachowi kamień, otrzyma tyle pieniędzy, ile sam waży.

Przyłączył się Timur do tłumu i zaczął szukać kamienia z padyszachowego pierścienia. Wiele czasu upłynęło na poszukiwaniach. Nikomu nie udało się znaleźć drogocennego kamienia i ludzie stopniowo zaczęli się rozchodzić.
- Idę do domu. A ty? – zapytał Timura Ali.
- Jeszcze chwilę poszukam – odpowiedział chłopak.
„Wcześniej szukałem kamienia wzdłuż jednej strony drogi. Teraz sprawdzę po drugiej” – postanowił.

Po kilku chwilach Timur zauważył, że coś błysnęło pod jego nogami. Pochylił się i podniósł z ziemi drogocenny kamień padyszacha. Niczym na skrzydłach pobiegł do pałacu padyszacha.
- Hej, chłopcze, po co tu przyszedłeś? – zatrzymał go strażnik u wrót pałacu.
- Czym prędzej otwieraj bramę! Znalazłem drogocenny kamień z pierścienia padyszacha.
Strażnik jednak nie spieszył się z otwarciem bramy.
- Chciałabym zobaczyć ten kamień. Gdzie go masz?
- Dlaczego miałbyś oglądać kamień z pierścienia padyszacha? – zaprotestował Timur.
- Chłopcze, oddaj mi ten kamień, a w zamian otrzymasz wszystko, czego tylko zapragniesz – zaproponował strażnik.
- Nie, nie oddam. Sam przyniosę go padyszachowi.
- W takim razie nie wpuszczę cię na dwór. – powiedział strażnik.
- Jeśli w tym momencie nie otworzysz bramy, zacznę tak głośno krzyczeć, że padyszach sam tu przyjdzie – zagroził Timur.
Widząc, że nie uda się oszukać chłopca, strażnik otworzył mu bramę.

Timur chciała od razu iść do padyszacha, ale u drugich wrót zatrzymał go kolejny strażnik.
- Stój! Kim jesteś? Czego chcesz?
- Znalazłem drogocenny kamień z pierścienia padyszacha – odpowiedział Timur.
Drugi strażnik także próbował wyłudzić od chłopca klejnot. Wszystko to jednak daremnie.
- Przepuść mnie, albo zacznę krzyczeć tak głośno, że sam padyszach tu przyjdzie – zagroził mu Timur.
Strażnik zrozumiawszy, że nie uda mu się przechytrzyć chłopca, powiedział:
- Poczekaj tu, a ja zawiadomię padyszacha o twym przyjściu.

Strażnik poszedł do wezyra i przekazał mu, że z padyszachem pragnie widzieć się chłopiec, który znalazł drogocenny kamień z pierścienia władcy.
- Wezwij go do mnie – rozkazał wezyr.
Strażnik przyprowadził Timura.
- Co się stało, chłopcze? Z jakiego powodu tu przybywasz? – zapytał wezyr.
- Nie się nie stało – odpowiedział Timur.
- Jak to nic? Dlaczego więc tu przychodzisz? – powtórzył swoje pytanie wezyr.
- Do ciebie nie mam żadnej sprawy - powiedział chłopiec.
- A do kogo masz?
- Do padyszacha.
- Kim jesteś i jaką to sprawę możesz mieć do padyszacha? – dopytywał się dalej wezyr.
- Jeśli pozwolisz mi zobaczyć się z padyszachem, dowiesz się, jaką mam do niego sprawę – odpowiedział Timur.

Wezyr widząc, że nie uda mu się nic dowiedzieć od chłopca poprowadził go do padyszacha.
- O władco świata! – zwrócił się do padyszacha wezyr – Ten oto chłopiec ma do ciebie sprawę.
Padyszach obrócił się w stronę chłopca i zapytał:
- Jaka to sprawa?
- Znalazłem drogocenny kamień z twojego pierścienia – odpowiedział Timur,
- Gdzie on jest? – ucieszył się padyszach.
Timur zrobił kilka kroków do przodu i pokazał władcy drogocenny kamień.
- To rzeczywiście ten sam kamień, który zgubiłem! – krzyknął padyszach – Dziękuję! Wezyrze odprowadź teraz chłopca.
- Niech ziemia będzie przychylna padyszachowi, mnie nie trzeba odprowadzać, sam odnajdę drogę powrotną – odpowiedział Timur. - Jednak ty, padyszachu, nie dotrzymałeś słowa danego w dekrecie. Dlatego gdy tylko dotrę na główny plac, stanę na środku i głośno to wykrzyczę. Zbierze się cały naród i okryjesz się hańbą.

Padyszach zrozumiał, że nie uda mu się tak prosto pozbyć chłopca. Zapytał więc:
- Czego żądasz?
- Twoich pieniędzy nie potrzebuję – odpowiedział Timur – Mam jednak inną prośbę.
- Jaka to prośba? – zapytał padyszach.
- Wydaj dekret, by każdy łysy mieszkaniec tego miasta dał mi sto manatów.
Padyszach zdziwił się. A potem pomyślał: „Dlaczego by nie wydać takiego dekretu, przecież mnie on nie dotyczy”.
Na prośbę padyszach wezyr wziął papier i napisał, że każdy łysy mieszkaniec miasta musi dać Timurowi sto manatów.
- Czy coś jeszcze? - zapytał padyszach chłopca.
- Napisz jeszcze, że każdy mieszkaniec naszego miasta, który ma na imię Dżulfa również musi dać mi sto manatów - poprosił Timur.
Padyszach poprosił wezyr o zapisanie także tej prośmy w dekrecie.

Kiedy wezyr kończył pisać, padyszach ponownie zwrócił się do Timura:
- Coś jeszcze?
- Napisz jeszcze, że każdy, kto ma żonę o imieniu Fatma również powinien dać mi sto manatów.
- Dobrze. Wezyrze, dopisz jeszcze i tę prośbę - polecił padyszach.

Wezyr napisał. Po tym padyszach popatrzył na chłopca i zapytał:
- Coś jeszcze?
- Napisz jeszcze, że każdy, kto ma jednego osła, powinien dać mi sto manatów.
- Dobrze, niech i tak będzie.

Kiedy wezyr napisał i o tym, że każdy, kto ma jednego osła, powinien dać chłopcu sto manatów, padyszach ponownie zwrócił się do Timura:
- Czego jeszcze chcesz?
- Napisz jeszcze, że każdy, kto pochodzi ze wsi Sarchanbejli powinien dać mi sto manatów.
- Napisz i to wezyrze – rozkazał padyszach i zwrócił się do chłopca:
- Coś jeszcze?
- Napisz jeszcze o tym, że każdy, kto naruszy twój dekret i nie wypłaci mi pieniędzy, musi mi dać tysiąc manatów.

Padyszach zamyślił się, ale nie znalazłszy w prośbie chłopca podstępu kazał wezyrowi dodać i ten postulat.
- Czy teraz wszystko? Nic więcej nie chcesz dodać? – zapytał chłopca.
- Napisz jeszcze o tym, że ten, kto zobaczy człowieka naruszającego twój dekret i go nie ukarze, powinien mi dać tysiąc manatów.
- Dobrze – zgodził się szach. – Czy coś jeszcze?
- Niech szczęście spłynie na padyszacha, to wszystko. Podpisz swój dekret, zapieczętuj i oddaj mi - poprosił chłopiec.
Padyszach podpisał dekret, opieczętował i oddał Timorowi.

- Niech szczęście spłynie na padyszacha! Teraz odchodzę, ale za godzinę będę wracać ze zdumiewającą informacją. Powiedz więc straży, by mnie wpuścili – powiedział Timur.
„Ciekawe z jaką zdumiewającą informacją za godzinę powróci chłopiec?” – zaciekawił się padyszach i rozkazał wezyrowi wpuścić Timura jak tylko się zjawi.

Zadowolony Timur tymczasem wziął dekret i poszedł do miasta. Równo po godzinie zjawił się na dworze padyszacha. Strażnik zaprowadził go do wezyra i obaj udali się do padyszacha. Timur pochyliwszy głowę stanął przed władcą, a ten zapytał:
- Jakie wieści przyniosłeś, chłopcze?
- Niech szczęście spłynie na padyszacha. Przyszedłem zawiadomić, że w naszym mieście jest człowiek, który naruszył twój dekret. Człowiek ten nie dał mi tysiąca manatów.

Padyszach bardzo się rozzłościł.
- Czy słyszysz wezyrze! – krzyknął – Doszło do tego, że mój dekret jest ignorowany! Dowiedz się czym prędzej kim jest ten człowiek i przyprowadź go tutaj! Niech najpierw odda chłopcu tysiąc manatów, a potem każ mu odrąbać głowę.
- Niech spełni się wola padyszacha, już wskazuję zbira. Ten, kto naruszył twój dekret jest tu teraz obecny – odparł Timur.
- Kto naruszył mój dekret? – dopytywał się władca.
- Niech szczęście spłynie na padyszacha. Czy nie ty panie wydałeś dekret, który mówił, że ten, kto odnajdzie twój drogocenny kamień otrzyma tyle pieniędzy, ile sam waży? – zapytał Timur.
- Tak wydałem.
- To dlaczego nie dałeś mi złamanego grosza? Ty pierwszy naruszyłeś swój dekret. Daj mi więc tysiąc manatów lub każ odrąbać sobie głowę.

Usłyszawszy to padyszach rozzłościł się nie na żarty:
- O ty niegodziwcze, jak śmiesz ze mnie drwić?! Natychmiast każę … - nie dokończył padyszach mówić, gdy Timur mu przerwał.
- Niech szczęście spłynie na padyszacha. Możesz rozkazać, bym został ukarany, a nawet by odrąbano mi głowę. Pamiętaj jednak, że w tym mieście jest czterdziestu takich jak ja niegodziwców, którym pokazałem dekret z twoim podpisem i pieczęcią. Jeśli cokolwiek mi się tu przydarzy po całym świecie rozgłoszą twój dekret i okryją cię hańbą. Najrozsądniej więc będzie oddać mi tysiąc obiecanych manatów. Jeśli zaś mi ich nie oddasz, tym samym naruszysz dzisiejszy dekret, który sam wydałeś i będziesz mi winien kolejne tysiąc manatów.

Padyszach zrozumiał, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Dał Timurowi tysiąc manatów i powiedział:
- Weź te pieniądze i nigdy więcej się tu nie pokazuj. Nie chcę cię więcej oglądać!
- Niech szczęście spłynie na padyszacha. – oburzył się Timur – Ja tylko przestrzegam dekretów. Dlaczego się na mnie złościsz? Nie mogą sobie pójść, ponieważ w tym pomieszczeniu znajduje się jeszcze jeden człowiek, który naruszył twój dekret i nie zapłacił mi tysiąca manatów.

Zwrócił się teraz Timur do wezyra:
- Czy widziałeś, że padyszach naruszył swój dekret?
- Widziałem – odpowiedział zmieszany wezyr.
- Dlaczego więc nic nie powiedziałeś? - zapytał chłopiec.
- Jak mogłem sprzeciwić się władcy? – nieśmiało wyksztusił wezyr.
- Nie wiem dlaczego tak uczyniłeś, ale to nie moje zmartwienie. Sam napisałeś, że ten kto zobaczy człowieka naruszającego dekret padyszacha i nie ukarze go, sam powinien dać mi tysiąc manatów. Tak więc albo oddaj mi tysiąc manatów, albo ukarz padyszacha. A jeśli nie zrobisz jednej z tych rzeczy naruszysz dekret, który sam pisałeś według woli padyszacha.
- Daj mu wezyrze tysiąc manatów, bo inaczej okryjemy się hańbą – powiedział władca.

Otrzymawszy tysiąc manaty od wezyra Timur opuścił dwór padyszacha. Dotarł do miejsca, gdzie ukrył dekret padyszacha, wziął go i poszedł prosto do Dżulfy.
Przyszedł Timur do Dżulfy i widzi, jak mokry od wysiłku skąpiec jednocześnie tka, kołysze kołyskę, odgania ptaki, ubija masło i wyrabia glinę.

- Słuchaj zięciu – zwrócił się Timur do Dżulfy, – odpocznij przez moment. Przyniosłem dla ciebie dekret od padyszacha.
- Jaki dekret? – zapytał zdziwiony Dżulfa.
- Powiedz mi lepiej od razu, czy masz włosy na głowie, czy nie?
- Dlaczego o to pytasz? – zdenerwował się Dżulfa.
- Odpowiedź jasno – jesteś łysy czy nie? – ponownie zapytał Timur.
- No dajmy na to, że jestem łysy. Co z tego?
- A to, że jesteś mi winien sto manatów!
- Posłuchaj, chłopcze, jakie sto manatów? – nic nie rozumiejąc Dżulfa patrzył na Timura.
- Czy nie jesteś łysy? - zapytał go chłopiec.
- Czyżbyś pobierał opłaty od osób łysych? - zdziwił się Dżulfa.
- Tak, dokładnie tak – odpowiedział mu ten.
- A jest u ciebie dokument, który potwierdza to, o czym mówisz?
- Oczywiście, że jest – powiedział Timur i wskazał pierwszy punkt dekretu padyszacha.

Dżulfa zrozumiał, że to nie żarty i począł błagać:
- Synku, przecież jesteś dla nas niczym rodzony syn i sam widzisz, że wujaszek Dżulfa z trudem zarabia na chleb!
- Co?! Czy masz na imię Dżulfa?
- A czy ty nie wiesz, że jestem Dżulfa?
- W takim razie powinieneś dać mi jeszcze sto manatów – jesteś jednocześnie łysy i masz na imię Dżulfa – dodał Timur pokazując drugi punkt dekretu padyszacha.

- Fatmo, Fatmo! – krzyknął Dżulfa – Popatrz co wyprawia twój brat!
- Co? Twoja żona ma na imię Fatma? – zapytał Timur jakby po raz pierwszy usłyszał to imię.
- A czy ty nie wiesz, jak nazywa się moja żona, a twoja siostra?
- W takim razie powinieneś dać mi jeszcze sto manatów – powiedział Timur i pokazał trzeci punkt dekretu.

Dżulfa zrozumiał, że sprawy kiepsko się mają i trzeba będzie się z Timurem rozliczyć.
- Posłuchaj chłopcze, dziś nie mam pieniędzy – powiedział Dżulfa. – Jutro zaprowadzę na bazar mojego osła, sprzedam go i oddam ci pieniądze.
- A więc masz osła?
- Czyżbyś nie wiedział, że mam osła?
- W takiej sytuacji powinieneś dać mi jeszcze sto manatów – powiedział Timur i pokazał Dżulfie czwarty punkt dekretu padyszacha.

Dżulfa po upewnieniu się, że tak zostało napisane w dekrecie, zaczął lamentować:
- O ty nikczemniku! Czy ty chcesz doszczętnie zniszczyć rodaka ze wsi Sarchanbejl?
- A więc pochodzisz ze wsi Sarchanbejl? - zapytał Timur.
- Czy o tym nie wiedziałeś?
- W takim razie jesteś mi winien kolejne sto manatów – powiedział Timur i pokazał Dżulfie piąty punkt dekretu.
- Czy ty chcesz mnie zabić?! – przeraźliwie wrzasnął Dżulfa – Jeśli dam ci tyle pieniędzy od razu pęknie mi serce!
- Znaczy to, nie oddasz?! W takim razie za naruszenie dekretu padyszacha musisz mi dać jeszcze tysiąc manatów.

Dżulfa upewnił się, że i o tym głosi dekret. Przyniósł wszystkie pieniądze, które posiadał i trzęsącymi się rękoma podał je Timurowi.
- Oto Dżulfo nauczka na przyszłość za twoje skąpstwo – powiedział Timur.
- Dla Dżulfy to i tak jest niewystarczająca kara – uśmiechnęła się Fatma, dobrze znająca skąpstwo męża.

[1] Szarawary (hajdawery), popularnie określane jako spodnie alladynki - szerokie, długie, bufiaste spodnie.

Tłum. A. Waszkiewicz



Projekt zrealizowano ze środków Ministerstwa Edukacji Narodowej