Biały tur, albo dlaczego szczyt Elbrusa jest rozdwojony

baśń karaczajewska


Dawno, dawno temu, szczyt Elbrusa był pojedynczy, a lodowiec na nim nie pobłyskiwał. Elbrus zawsze był wyjątkowo wysoką górą. Jej wierzchołek sięgał do samego nieba, dlatego nocą gwiazdki lubiły zeskakiwać na szczyt i bawić się tam w chowanego. Biegały w wąskich wyżłobieniach skalnych i kąpały się w czystych górskich wodach.

Na samym szczycie, obok ogromnej skały wznosił się zielony pagórek. Spod skały wypływał czysty strumyk, a przy nim znajdowała się malutka jama, w której mieszkał stary siwy tur ze swoimi krewniakami. Rodzina miała wszystko czego potrzebowała: wodę, jedzenie i dach nad głową. Żyli w szczęściu i spokoju. Nie obawiali się o swoje życie. Gdy małe koziołki pasły się na trawie, strzegł ich odważny ojciec z ostrymi rogami i przenikliwym wzrokiem. Stary górski tur, który wiele już przeżył i wiele widział, uczył swoje pociechy niezbędnych w życiu umiejętności: jak szybko biegać, skakać po skałach w ucieczce przed napastnikiem oraz bronić się w stadzie. W górach czyhało na nich wiele niebezpieczeństw: rysie, niedźwiedzie, wilki i orły. Pagórek, za którym żyli, stanowił dla nich doskonałą osłonę przed wrogami.

Pewnego dnia, gdy stado turów pasło się przy pagórku, nadeszły czarne chmury i spadł deszcz. Zwierzęta schowały się do jamy. Kiedy przestało już padać i na niebie znów rozjaśniało słońce, małe koziołki wybiegły ze schronienia. Jednak szybko przestraszyły się postaci zbliżającej się z oddali i zaczęły w panice biegać w kółko.
- Co się s nimi stało? – zdziwił się siwy tur i pomknął zobaczyć.
- Tam daleko coś się toczy w naszym kierunku – wykrzyknął przestraszony koziołek.
Biały tur zobaczył, że od strony Elbrusa zbliżał się jakiś ogromny błyszczący biały kłębek.
-Ej, dżygici [1]! Najeżdża nas wróg, bądźcie gotowi do bitwy! – głośno wezwał swoje stado – Najpierw do walki przystąpię sam. Jeśli zginę, wtedy wychodźcie po kolei wy.

Stary tur zaczął ostrzyć swoje rogi. Gdy już były wystarczająco ostre, przymierzył się do skoku, kopiąc racicami w ziemi. Drobne kamienie odskakiwały spod jego kopyt na cztery strony świata. Mężny tur wyciągnął do przodu błyszczące rogi i wyskoczył, rzucając się na wroga. Ogromnymi rogami trafił wprost w środek białego kłębka, który rozpadł się na dwie części. Jedna z nich wzniosła się wysoko w powietrze, a druga z głośnym hukiem uderzyła w szczyt Elbrusa, rozdzielając go na pół.

Okazało się, że biały tur walczył z księżycem. Od tamtej pory nocą na niebie widać tylko jego część.

[1] Dżygit – odważny i mężny góral, jeżdżący na koniu, uzbrojony w kaukaski nóż – kindżał.

Tłum. A. Kowalczuk



Projekt zrealizowano ze środków Ministerstwa Edukacji Narodowej