Wielki orzeł i myśliwy

baśń gruzińska


Był sobie raz ubogi myśliwy. Szedł pewnego razu przez pole, gdy zobaczył, że na dębie siedzi orzeł tak wielki, że swoimi skrzydłami okrywa dwa sąsiednie drzewa. Naciągnął myśliwy cięciwę i wycelował w ptaka strzałę. Orzeł wtedy przemówił:

- Nie zabijaj mnie. Mam złamane skrzydło. Weź mnie do siebie, podlecz i nakarm. Odpłacę ci się dobrem.

Ulitował się myśliwy i przyniósł ptaka do domu. Gdy zobaczyła to jego żona, zezłościła się, że sami nie mają co jeść, a tu jeszcze orła trzeba będzie karmić. Żył bowiem myśliwy z żoną naprawdę ubogo i często nie dojadał.

Minęły trzy tygodnie. Orzeł wyzdrowiał, nabrał sił i powiedział do myśliwego:
- Spróbuję dolecieć do dębów.
Machnął skrzydłami, ale ledwie przeleciał przez podwórze, opadł z powrotem na ziemię.
- Weź mnie ponownie, człowieku – poprosił –nie odzyskałem jeszcze dawnych sił.

Wziął myśliwy go do domu. Minęły kolejne dwa tygodnie. Orzeł ponownie spróbował wzlecieć i wypróbować swoje siły. Podleciał do dębów, ale dalej lecieć nie był w stanie. Wrócił ponownie do myśliwego.

Krzyczała żona na myśliwego, że z powrotem bierze ptaka na dokarmianie, ale ten jej nie słuchał. Sam zajmował się orłem, karmił go i leczył złamane skrzydło. Minął jeszcze jeden tydzień i stan orła zupełnie się poprawił. Gdy wzbił się w niebo, przeleciał nad dębami, zrobił koło nad dalekim lasem i siadł przed domem myśliwego.

- Dziękuję ci dobry człowieku. Wydobrzałem. Siadaj teraz na moje plecy, wezmę cię do moich bliskich. Oni przyniosą ci w podzięce dary, ale ty niczego nie bierz, tylko poproś o zardzewiałe pudełko - poradził orzeł.

Wzbili się orzeł z myśliwym pod obłoki i polecieli za las ku wysokim skałom, gdzie było orle gniazdo. Orzeł opowiedział w nim swoim bliskim jak to myśliwy uratował go od zguby. W podzięce za opiekę na synem orlica wyłożyła przed myśliwym złoto i srebro, drogocenne kamienie i wszelkiego rodzaju skarby.
- Bierz, co zechcesz - powiedziała.
Ale myśliwy, czego mu nie podsuną, wszystkiego odmawia i nic nie chce przyjąć.
- Czegoż potrzebujesz człowieku? - zapytała go wreszcie orlica.
- Podaruj mi zardzewiałe pudełko - poprosił myśliwy.

Orlica jakby nie usłyszała i dalej z zapamiętaniem roztaczała przed nim drogocenne kamienie i piękne rzeczy - jedną ładniejszą od drugiej. Podniósł się na to myśliwy, tak jakby chciał odejść.
- Nie odchodź, zgoda, dam ci pudełko - powiedziała na to orlica. Znowu jednak zaczęła przesypywać przed nim złoto i srebro, jakby niczego nie obiecywała przed chwilą.
Rozzłościł się myśliwy. Rozzłościł się także i syn orlicy:
- Odlecę od was! Ten człowiek uratował mi życie, a Wam żal jest zardzewiałego pudełka!
Przestraszyła się orlica, odleci orzeł razem z człowiekiem i dała wreszcie myśliwemu rdzawe pudełko.
- Dopóki nie przyjdziesz do domu, nie otwieraj pudełka - poradziła mu na odchodne.

Poszedł myśliwy do domu i duma: do czego właściwie przyda mu się to zardzewiałe pudełko? „Może mnie oszukali?” - pomyślał. „Zajrzę na chwilę do środka i sprawdzę co jest w pudełku” – postanowił.

Otworzył pudełko, a wtedy posypały się z niego domy, ławki i ludzie! W mgnieniu oka rozciągnęło się przed myśliwym głośne miasto - mieszkańcy krzątają się, kupcy targują, słychać szum i wesoły gwar. Zamarł ze zdziwienia myśliwy, pogubił się i nie wiedział jak zamknąć pudełko. A tymczasem wypadają z niego ciągle nowe domy i wyskakują kolejni ludzie.

Nagle myśliwemu ukazał się czarny diw [1].
- Czemu się martwisz człowieku? - zapytał.
Powiedział mu myśliwy o swoim zmartwieniu. Odrzekł mu potwór:
- Daj mi to, o czy sam nie wiesz, a ukryję miasto w pudełku.
Zgodził się myśliwy na propozycję diwa. Nie wiedział, że gdy wędrował z orłem, w domu jego żona urodziła mu złotowłosego synka.

Potwór zebrał całe miasto i z powrotem zamknął je w pudełku. Dookoła znów stało się pusto.
- Nie zapomnij o umowie - powiedział na koniec do myśliwego. Za piętnaście lat przyślesz mi to, co obiecałeś.

Wrócił myśliwy do domu, a tam czeka na niego żona i złotowłosy syn! Zrozumiał biedak, co obiecał potworowi, sam o tym nie wiedząc. Posmutniał, posmutniał, ale po jakimś czasie się uspokoił. Miła jeszcze całe piętnaście lat, do wykonania obietnicy. „Może potwór zapomni o umowie, albo w międzyczasie umrze?” - myślał.

Piętnaście lat minęło jak jeden dzień. Złotowłosy syn myśliwego wyrósł na wspaniałego i odważnego młodzieńca. Gdy kończył piętnaście lat, ojciec opowiedział mu jaką to obietnicę przyszło mu dać kiedyś potworowi.
- Nie martw się tato - odpowiedział na to syn, - nie boję się czarnego potwora. - Pójdę do niego by wypełnić twoja obietnicę. Jeśli jednak nie wrócę, żyj tak jakbyś nigdy nie miał syna.

Przygotowała matka młodzieńca na drogę, dała mu skórzaną torbę z chlebem i owczym serem. Chłopiec ucałował rodziców i udał się szukać czarnego diwa. Szedł tak, szedł, a wieczorem spotkał na drodze staruszkę.
- Dokąd zmierzasz, synku? – zagadnęła go.
- Idę do czarnego diwa - odpowiedział chłopiec.
- Nie idź do niego, synu, pożre cię ten potwór.
- Nie boję się go! - odważnie stwierdził młodzieniec.
- Jeśli tak, posłuchaj mojej rady. Kiedy dojdziesz do posiadłości potwora, zobaczysz rzeczkę. Każdego ranka, w tej rzeczce kąpie się córka czarnego diwa. Schowaj jej ubranie i nie oddawaj póki nie da ci słowa, że cię wyratuje w potrzebie.

Podziękował młodzieniec staruszce i ruszył w drogę. Gdy doszedł do posiadłości czarnego diwa, zobaczył rzeczkę. Schował się w krzakach na brzegu rzeczki i czeka. Rankiem nad rzeczkę przyszła dziewczyna i zaczęła się kąpać. Zrobił chłopiec wszystko tak, jak mu radziła staruszka. Wybiegł szybko z krzaków, chwycił jej ubrania i schował. Podpłynęła dziewczyna do brzegu. Zbierała się już do wyjścia z wody, gdy zobaczyła, że na brzegu stoi młodzieniec, a jej ubrania nie ma.
- Oddaj moje ubranie! - zawołała. - Jeśli nie, zawołam mojego ojca.
Milczy młodzieniec, nie odpowiada dziewczynie.
- Połóż ubranie z powrotem mówię! - złości się ona. - I tak mój ojciec cię zje! Nie będziesz pierwszym!
- Pomóż mi, a nie zje mnie - odpowiedział jej wreszcie chłopiec.
- Dobrze - zgodziła się dziewczyna. - Zwróć mi ubranie, a pomogę ci się uratować.

Oddał jej chłopiec ubranie i opowiedział, dlaczego znalazł się w posiadłościach czarnego diwa.
- Jak tylko ojciec zada ci zadanie, przyjdź do mnie - poradziła mu dziewczyna i odeszła.

Poszedł młodzieniec spotkać się z potworem. Stanął przed nim i powiedział:
- Oto przysyła mnie do ciebie mój ojciec, tak jak obiecał przed piętnastoma laty. Po co jestem ci potrzebny, czarny diwie?
- Dobrze, że cię przysłał i nie zmusił, bym samemu się o ciebie upomniał - odpowiedział potwór. - Jesteś od tej pory moim jeńcem. Dzisiaj odpocznij, a jutro pójdziesz zaczerpnąć wody życia. Daję ci na to trzy dni. Jeśli nie przyniesiesz - zjem cię.

Gdy nastał poranek poszedł młodzieniec do córki potwora, poradzić się co robić z zadaniem zleconym przez potwora. Zaczęła radzić mu dziewczyna:
- Źródło żywej wody jest za dziewięcioma górami w ciasnym wąwozie, a wejścia do wąwozu strzegą lwy. Musisz wziąć ze sobą dwie owce i dać każdemu po jednej. Do źródła jednak droga zajmuje rok czasu, bez skrzydlatego konia nie uda ci się wrócić w ciągu trzech dni. Pójdź do lasu. Tam za rzeką do wysokiej topoli przykuty jest skrzydlaty koń. Jeśli zdołasz go okiełznać – zdobędziesz żywą wodę, jeśli nie – zje cię mój ojciec.

Udał się młodzieniec do lasu. W gęstym gąszczu usłyszał on ciche rżenie. Spojrzał, a do topoli brylantową uzdą przywiązany jest chudziutki koń Wokół niego goła ziemia - ani trawy, ani roślin. Zobaczył koń człowieka i przemówił:
- Uratuj mnie młodzieńcze, nie daj umrzeć z głodu. Będę ci wiernie służył – poprosił.

Poszedł chłopiec najpierw znaleźć dwie owce, a gdy wrócił odwiązał konia i zaprowadził do polany, gdzie rosła wysoka, soczysta trawa trawy. Dwa dni koń nabierał sił, a na trzeci posadził na nim młodzieniec owce, wsiadł na konia i pomknął z nim w przestworza. Przelecieli dziewięć gór i koń opuścił jeźdźca przy wejściu do wąwozu. Strzegącym wejścia lwom rzucił chłopiec po owcy i przeskoczył między nimi do źródełka żywej wody.

Patrzy młodzieniec - bije z ziemi źródło, a obok niego siedzi staruszek z brodą do kolan i twarzą mchem zarosłą.
- Odejdź stąd synku! - zawołał staruszek. - Lada chwila wróci tu z polowania stugłowy potwór, i połknie cię żywcem!
Roześmiał się dzielny chłopiec w odpowiedzi. Napełnił dzban żywą wodą i podał staruszkowi:
- Napił się żywej wody i nie bój się stugłowego potwora.
Wypił staruszek wody z dzbana i wnet stał się zgrabnym młodzieńcem. Podziękował odważnemu przybyszowi i wspólnie opuścili wąwóz.

Wsiadł nasz młodzieniec z powrotem na skrzydlatego konia i polecieli do posiadłości czarnego diwa. Leci koń szybciej niż wiatr, śpieszy się by dotrzeć na miejsce zanim zajdzie słońce i minie czas wyznaczony młodzieńcowi przez potwora na przyniesienie żywej wody. Gdy tylko opadł koń na ziemię, zaszło słońce. Zdążył młodzieniec wypełnić polecenie potwora, zaniósł mu żywą wodę, ale ten nie był zadowolony.

- Cóż, popatrzmy czy naprawdę jesteś taki sprytny - powiedział. - Mam dzikiego konia. Jeśli zdołasz go osiodłać - zostaniesz żywy, jeśli nie - stracisz głowę.

Poszedł znów młodzieniec do córki potwora poradzić się co czynić z nowym zadaniem zleconym mu przez jej ojca.
- Niełatwe to zadanie - zastanowiła się dziewczyna. - Mój ojciec sam przemieni się w konia, którego każe ci osiodłać. Dam ci żelazny młotek i uzdę. Gdy koń wzleci pod niebo i zechcę cię zrzucić, chwyć się jego brzucha. Jeśli w górze zacznie się obracać, stuknij go młotkiem po głowie, a wróci do domu.

Podziękował chłopiec dziewczynie. Gdy nastał ranek zabrał młotek i uzdę i wyszedł by osiodłać dzikiego konia. Gdy tylko młodzieniec na niego wskoczył koń wzbił się pod niebiosa i próbował go zrzucić z grzbietu. Jeździec jednak chwycił go za grzywę i przesunął się pod jego brzuch. Wtedy koń gwałtownie poleciał szybko w dół, ale młodzieniec zdążył przesunąć się z powrotem na grzbiet. Trzykrotnie koń-potwór wzbijał się ku niebu i trzykrotnie gwałtownie spadał w dół, ale młodzieniec za każdym razem ratował się od zguby. Widzi potwór, że nie uda mu się w ten sposób przechytrzyć młodzieńca. Jak wicher poniósł go nad wysokie góry i zaczął hasać po szczytach i zboczach. Sięgnął młodzieniec po młotek i zaczął bić konia po głowie. Nie wytrzymał potwór i wrócił do domu. Zeskoczył z konia młodzieniec, chwycił go za uzdę i jeszcze raz zdzielił go biczem. Koń-potwór z bólu mocno szarpnął, zerwał z siebie uzdę i szybko poleciał do stajni. Przyjął tam swój prawdziwy wygląd i już jako diw wyszedł na dwór.

- Co z Tobą, czarny potworze? - zapytał chłopiec. - Na głowie masz guzy, a na całym ciele siniaki - udał zdziwienie.
- To ty mnie tak zbiłeś. Nie na koniu siedziałeś, a na mnie! - przyznał się potwór. - Widzę, że jesteś bystry i odważny. Dam ci ostatnie zadanie. Przyprowadź mi cudownego konia Twalczitę ze stada dziewięciogłowego potwora, mojego zaciekłego wroga. Jeśli tego dokonasz, puszczę cię wolno.

Znowu poszedł młodzieniec do córki potwora. Wysłuchała go i powiedziała:
- Trudne zadanie dał ci mój ojciec, ale nie smuć się. Poproś go o dziewięć uzd, dziewięć brylantowych wędzideł, brylantowy łańcuch i siodło. Twalczita to najszybszy ze skrzydlatych koni - nikomu nie daje się schwytać, ale my spróbujemy go złowić. Pomogę ci.

Rankiem młodzieniec poprosił czarnego diwa o dziewięć uzd, dziewięć brylantowych wędzideł, brylantowy łańcuch i siodło i razem z dziewczyną wyruszył na górskie pastwisko. Pasło się tam stado dziewięciogłowego potwora. Córka czarnego diwa wyciągnęła z kieszeni czerwone jabłko.
- W czasie potrzeby wołam was, przyjdźcie czerwone wielkoludy! - zawołała.
Natychmiast stanęło przed nią dziewięć wysokich, czerwonych wielkoludów. Dziewczyna wskazała im cudownego konia Twalczitę, dała im uzdy, wędzidła i kazał go złapać.

Twalczita skubał trawę i rozglądał się dookoła czy ktoś się przypadkiem do niego nie podkrada. Gdy tylko czerwone wielkoludy zbliżyły się do niego, cudowny koń stanął dęba i skopał je kopytami.

Zmartwiła się dziewczyna, zapłakała. Skoro czerwone wielkoludy nie dały rady złowić cudownego konia Twalczitę to czy poradzisz sobie z nim syn człowieka?! Żal jej było śmiałego młodzieńca. Wyjęła ostry nóż i powiedziała mu:
- Jeśli zginiesz i ja żywa nie zostanę!

Uściskali się, pożegnali i młodzieniec poszedł łowić skrzydlatego konia. Twalczita wszystko to słyszał i wszystko widział.
- Nie chcę waszej śmierci - powiedział do nich. - Siądźcie na mnie, wezmę was, dokąd tylko sobie życzycie.

Dziewczyna i młodzieniec podbiegli do konia, objęli go za szyję i ucałowali w oczy.
- Zabierz nas do mojego rodzinnego kraju - poprosił chłopiec.
Jak wicher wzbił się Twalczita w niebo, pędził jak potok w wąwozie, jak wicher w górach niosąc oboje do domu chłopca.

Tymczasem czarny potwór oczekiwał młodzieńca. Gdy znudziło mu się już czekanie zawołał córkę. Chciał ją posłać aby zobaczyła, co stało się z jeńcem. Jednak dziewczyna nie odzywała się i niegdzie nie można jej było znaleźć. Domyślił się potwór, że jego córka pomogła uciec młodzieńcowi. Pomknął ku zboczom góry, gdzie pasł się jego skrzydlaty koń, ale i jego tam nie było! Zakradł się więc potwór na szczyt, żeby zobaczyć wszystko z boku. Dojrzał w oddali konia z dwoma jeźdźcami i puścił się za nimi w ślad.

Usłyszał cudowny koń Twalczita tupot nóg potwora i przemienił dziewczynę w kosiarza, młodzieńca- w dąb, a siebie - w kosę. Podbiegł potwór i widzi: stoi pod dębem kosiarz, pot ręką ociera.
- Posłuchaj człowieku, nie widziałeś młodzieńca i dziewczyny na koniu? – zapytał potwór.
- Od samego rana tutaj koszę, od gorąca umieram, nie mam czasu oglądać się czy ktoś tędy przejeżdżał lub przechodził Nikogo jednak tu nie widziałem.

Zawrócił potwór do swoich posiadłości. Przeszedł niewiele, gdy postukał się w głowę - domyślił się, że Twalczita go oszukał. Pomknął znów w ślad za nimi. Daleko już odjechali uciekinierzy, ledwie ich potwór dojrzał. Biegnie za nimi, biegnie, prawie ich dogania, gdy nagle zniknęli mu z oczu w gęstym lesie.

Na skraju lasu potwór spotkał błąkającego się niedołężnego staruszka, który zbierał zioła. To cudowny koń Twalczita przemienił się w staruszka, młodzieńca przemienił w trawę, a dziewczynę w kwiaty.
- Posłuchaj człowieku, nie widziałeś młodzieńca z dziewczyną na koniu? – zapytał potwór staruszka.
- Jestem tu od samego rana, zmęczyłem się zbierając zioła. Ledwie chodzę, nie mam czasu oglądać się czy ktoś tędy przejeżdżał lub przechodził Nikogo jednak tu nie widziałem.

Zawrócił potwór znów w stronę domu. Przeszedł niedaleko, gdy zrozumiał, że znowu przechytrzył go Twalczita.
- Głupim ja, głupi. Znowu dałem się oszukać - zezłościł się na siebie potwór.

Trzeci raz podążył za uciekinierami. Twalczita zdążył ich unieść już bardzo daleko. Biegnie za nimi czarny potwór, biegnie i prawie dogania pomysłowego Twalczitę, ale koń w okamgnieniu zamienił siebie w bezdenne jezioro, a młodzieńca i dziewczynę w kaczki.

Lśni i mieni się w słońcu woda w jeziorze, spokojnie pływają na niej kaczki. Widzi czarny potwór: zniknął Twalczita i w tym miejscu pojawiło się jezioro. Domyślił się, gdzie podziali się uciekinierzy.
- Teraz mnie nie oszukasz!- zawołał groźnie potwór.
Podbiegł do jeziora i przypadł do wody. Pije, pije wodę bez wytchnienia. Chce całe jezioro wypić, a kaczki złowić. Pół jeziora wypił, a dna ciągle nie widać. Rozdęło potwora od wody tak strasznie, że przewrócił się i pękł!

A cudowny koń Twalczita znów przemienił się w skrzydlatego konia, przywrócił swoim przyjaciołom dawny wygląd i pognał z nimi dalej, w rodzinny kraj młodzieńca. Od tamtej pory, żyją tam oni szczęśliwie, w zgodzie i radości.

[1] Diw - potwór.

Tłum. A. Starmach



Projekt zrealizowano ze środków Ministerstwa Edukacji Narodowej