Jednym z głównych instrumentów w trwającej od lat wojnie rosyjsko-czeczeńskiej jest internet. Polem bitwy staje się ekran komputera, a czołgi zastępuje klawiatura. Ta wojna w sieci - toczona w zaciszach siedziby rosyjskiej bezpieki na Łubiance i w kafejkach internetowych na całym świecie - jest nie mniej bezwzględna niż starcia w czeczeńskich górach, a wirtualne klęski są czasem bardziej dotkliwe.
Szukanie wiarygodnych informacji na temat Czeczenii przypomina chodzenie po omacku: trzeba czytać między wierszami, kierować się intuicją, wielokrotnie potwierdzać każdą informację, próbować odnaleźć tzw. drugie dno w każdym wydarzeniu. Zasadą numer jeden jest brak zaufania do każdej bez wyjątku informacji. Ale nawet przy zachowaniu powyższych reguł często wychodzi tak, jak w starym sowieckim kawale o Radiu Erewań, które poinformowało o rozdawanych w Moskwie wołgach: okazało się, że nie w Moskwie, tylko w Erewaniu, nie wołgi, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną...
Celowa dezinformacja, manipulowanie faktami i - nie będzie to chyba zbyt mocne stwierdzenie - kłamstwo w żywe oczy są podstawowymi narzędziami pracy obu panów. Celuje w tym zwłaszcza Szabałkin, który z miną znawcy tematu informuje o wirtualnych sukcesach armii rosyjskiej w walce z "terrorystami", o setkach zabitych i wziętych do niewoli bojownikach, o likwidacji kolejnych "prawych rąk" Basajewa, noszących najczęściej arabskie imiona, o nigdy nie przeprowadzonych operacjach itd. itp. Z kolei Udugow i podporządkowana mu strona internetowa celują w wykrywaniu "prowokacji rosyjskich służb specjalnych" (które swego czasu miały np. planować wysadzenie cerkwi Wasyla Błogosławionego w Moskwie w celu dyskredytacji "czeczeńskich mudżahedinów"), o "cudach", jakie miały miejsce w świecie muzułmańskim (przejście papieża Jana Pawła II na islam tuż przed śmiercią, ułożenie się fal tsunami w Azji w słowo "Allach" itp.) i o wymierzonych w muzułmanów "spiskach syjonistycznych".
Właściwie jedynym wiarygodnym źródłem informacji na temat Czeczenii w internecie są strony nielicznych organizacji obrony praw człowieka działających w tej republice, jak Memoriał, Stowarzyszenie Przyjaźni Rosyjsko-Czeczeńskiej czy Czeczeński Komitet Ocalenia Narodowego. Informacje te dotyczą jednak przede wszystkim naruszeń praw człowieka i problemów humanitarnych w Czeczenii, które - choć ważne - nie dają pełnego obrazu sytuacji.
To właśnie ówczesna wolność rosyjskich mediów była jedną z głównych przyczyn zakończenia pierwszej wojny czeczeńskiej: zdając sobie sprawę z bezsensu dalszego jej prowadzenia, większość mieszkańców Rosji domagała się rozpoczęcia rozmów z Czeczenami i wycofania wojsk. Dlatego ubiegający się o reelekcję, niepopularny prezydent Jelcyn musiał w końcu usiąść do rokowań z przedstawicielami bojowników.
Ale Rosja Jelcyna i Rosja Putina to dwa różne kraje. Objęcie fotela prezydenta przez byłego rozwiedczika (wywiadowcę) oznaczało nałożenie kagańca na media, które miały odtąd podawać wyłącznie oficjalną wersję wydarzeń. A zgodnie z nią wojna dawno się skończyła, sytuacja jest stabilna, trwa odbudowa gospodarcza i proces pokojowy. Dlaczego więc wciąż dochodzi do zamachów w całej Rosji, czemu wciąż giną rosyjscy żołnierze i cywile? Odpowiedź (oficjalna) jest prosta: ponieważ Rosja jest wciąż atakowana przez "międzynarodowych terrorystów", którzy chcą doprowadzić do jej "jugosławizacji" (ulubiony zwrot Putina) i stworzenia na jej gruzach "islamskiego kalifatu".
Oczywiście, na niezależnych od Kremla stronach internetowych czy też w nielicznych ocalałych wolnych gazetach można znaleźć obiektywne informacje o Czeczenii. Ale jaki procent Rosjan ma dostęp do internetu i ilu czyta pisma w rodzaju "Nowej Gaziety"? Co więcej, tak naprawdę niewielu mieszkańców Rosji obchodzi dziś to, co dzieje się na "dzikim Kaukazie", a wielu chce wierzyć w informacyjną potiomkinowską wioskę, budowaną przez władze. Chcą wierzyć Putinowi, bo w przeciwnym razie podtrzymywany przez niego sentyment do ZSRR i iluzoryczny obraz mocarstwowej Rosji rozsypie się jak domek z kart. Cieszą się więc w miarę regularnie wypłacanymi pensjami, orderami i paczkami z cukrem i konserwami, wręczanymi weteranom z okazji Dnia Zwycięstwa, albo sukcesami władz w walce ze "złodziejami-oligarchami".
A Czeczenię i inne piętrzące się przed krajem problemy spychają w swojej świadomości na plan dalszy, starając się zapomnieć. Jak długo jeszcze"...
Podobne trudności z dostępem do czeczeńskich stron występowały podczas zamachu w północnoosetyjskim Biesłanie we wrześniu 2004 r. Czeczeńskie strony blokowane są także w okresach wzmożonej aktywności czeczeńskich przywódców na arenie międzynarodowej, kiedy składają Kremlowi propozycje pokojowe, ogłaszają plany zakończenia wojny itd. Jedną z metod stosowanych przez specjalistów Federalnej Służby Bezpieczeństwa w celu dyskredytacji czeczeńskiego ruchu niepodległościowego jest też zakładanie stron pornograficznych, których nazwy wskazują na związki z czeczeńskimi bojownikami.
Jedną z najbardziej udanych „internetowych” operacji rosyjskich służb specjalnych był atak hakerski na stronę agencji informacyjnej „Dajmochk” (www.daymohk.info), dokonany w lutym 2005 r. po ukazaniu się tam rozkazu prezydenta niepodległej Czeczenii Asłana Maschadowa o jednostronnym zawieszeniu broni. Kilka dni później na stronie agencji pojawił się tekst, w którym Maschadow rzekomo odwoływał rozkaz i wzywał bojowników do kontynuacji walk. Zanim redaktorzy „Dajmochku” zdołali wycofać fałszywkę i opublikować oficjalne dementi, wiadomość została powtórzona przez wiele stron internetowych, wywołując spore zamieszanie i falę spekulacji na temat wiarygodności czeczeńskiego przywódcy.
Powodem nieustającego bólu głowy kremlowskich ideologów jest umieszczanie czeczeńskich stron internetowych na serwerach mieszczących się poza Rosją. Moskwa nie raz oskarżała takie kraje, jak Estonia, Litwa, Wielka Brytania, Szwecja, Finlandia, na których serwerach zarejestrowana była strona www.kavkazcenter.com (kavkazcenter.info, kavkaz.uk.com), o wspieranie terroryzmu. Władze niektórych z nich, obawiając się pogorszenia stosunków z Rosją, odmawiały właścicielom strony rejestracji lub cofały zgodę na nią. W większości przypadków nie spełniono żądań Rosji, co motywowano najczęściej faktem umieszczenia strony na prywatnych domenach internetowych.
Cechą Czeczenów zawsze była umiejętność przystosowania do zmieniających się warunków, wynikająca z budzącej podziw żywotności, determinacji, chęci przetrwania. Podczas pobytu na zesłaniu w Azji Środkowej (1944-57) stworzyli unikalny system porozumiewania się, który pozwolił im przetrwać, odnaleźć rozdzielone rodziny, zachować więzi klanowe i lokalne: między rozsianymi grupami zesłańców z narażeniem życia krążyli posłańcy, którzy z ust do ust przekazywali informacje.
W dzisiejszych czasach funkcję tę w znacznym stopniu spełnia internet. Młodzi Czeczeni, przede wszystkim mieszkający na Zachodzie (kraje Beneluksu, Niemcy, Austria, Polska) stworzyli dziesiątki stron internetowych, czatów oraz forów dyskusyjnych, za pomocą których wymieniają się poglądami i informacjami o sytuacji w republice, szukają bliskich, przekazują sobie najnowsze hity czeczeńskich bardów i zespołów muzycznych. W porównaniu z innymi narodami kaukaskimi aktywność Czeczenów w internecie jest zadziwiająca (istnieje nawet popularne wśród czeczeńskiej młodzieży określenie na czeczeński internet: nazywają go Czenetem).
Rzecz jasna, nie uchodzi to uwadze rosyjskich służb, które śledzą pojawiające się w sieci informacje i starają się „rozpracować” szczególnie aktywnych czeczeńskich użytkowników internetu. Niebywała ostrożność i nieufność, z jaką uczestnicy czatów i forów internetowych traktują osoby z zewnątrz, które przypadkowo pojawiają się w sieci, pozwala sądzić o istnieniu wśród nich silnej obawy przed inwigilacją i ewentualnymi prowokacjami rosyjskich służb. Analiza wypowiedzi na czeczeńskich forach pozwala też przypuszczać, że ich uczestnicy posługują się swego rodzaju kodem, za pomocą którego są w stanie stwierdzić autentyczność danej osoby (nagłe przechodzenie z rosyjskiego na czeczeński, używanie określonych sformułowań, zadawanie dokładnych pytań na temat pochodzenia, topografii danej miejscowości) i wykluczyć z dyskusji niepożądanych. Stanowi to trudną do pokonania barierę dla ludzi nie znających języka, mentalności, zwyczajów i realiów dzisiejszej Czeczenii.
Niestety, i jedni, i drudzy mało przejmują się tym, że Czeczenia to nie ekran komputera, gdzie mali chłopcy grają w wojnę. I że mieszkający tam ludzie to nie wirtualne pionki, które można bez większych emocji likwidować.
Artykuł został opublikowany w Tygodniku Powszechnym 3 lipca 2005 r.