ZAPISKI Z PODRÓŻY WOKÓŁ CZECZENII

Władykaukaz to stolica Osetii Północnej, Machaczkała – Dagestanu. Obie kaukaskie republiki dzieli w linii prostej zaledwie 200 kilometrów. Aby jednak dotrzeć z Władykaukazu na dagestańskie wybrzeże Morza Kaspijskiego trzeba pokonać ponad 600-kilometrową trasę, co zajmuje przeszło 15 godzin. Dlaczego tak długo? Bo to rosyjski Kaukaz Północny!

Władik
Tak pieszczotliwie nazywają Władykaukaz (w czasach komunistycznych – Ordżonikidze) jego mieszkańcy. Być może w ten sposób starają się pozbawić grozy prawdziwą nazwę tego miasta, która w czasach podbojów carskich miała budzić strach i szacunek wśród niepokornych kaukaskich górali. „Władaj Kaukazem”, lub „Panuj nad Kaukazem” został założony przez Rosjan w 1784 roku jako twierdza nad Terekiem, położona u wrót Wielkiego Kaukazu. To tutaj zaczyna się wiodąca do Tbilisi Gruzińska Droga Wojenna. Przez ostatnie dwieście lat Władykaukaz był sercem i stolicą rosyjskiego Kaukazu Północnego, tu krzyżowały się szlaki handlowe wiodące znad Morza Czarnego nad Kaspijskie i z Zakaukazia do Moskwy i Petersburga. Stąd w XIX wieku na podbój Kaukazu wyruszały oddziały carskich generałów. Dziś, ponad dziesięć lat po rozpadzie Związku Radzieckiego, niewiele zostało z tamtej świetności. Choć nadal stoją piękne carskie kamienice, cerkwie i meczety, tak jak dawniej miasto przecina rwący Terek – natchnienie dla wielu poetów, a na tle zapierających dech w piersiach szczytów górskich wznosi się pomnik osetyjskiego bohatera narodowego (i zarazem mitologicznego bóstwa) – Uastyrdży, Władykaukaz wyraĄnie podupada. Nikt nie remontuje walących się budynków i dziurawych dróg, po których jeżdżą zdezelowane „marszrutki” (minibusy) – podstawowy środek transportu mieszkańców wszystkich państw byłego ZSRR. Po pełnych śmieci ulicach wałęsają się watahy wynędzniałych bezpańskich psów. Wszędzie pełno bezrobotnej młodzieży, która nie mając co ze sobą zrobić podpiera okoliczne mury i spode łba spogląda na spieszących nie wiadomo dokąd smutnych przechodniów.

We Władykaukazie wszędzie widać i czuć ślady wojny, choć od 1943 roku nie toczyły się tu żadne działania zbrojne. Osetia Północna leży jednak w samym sercu Kaukazu, dlatego nie ominęły jej skutki prawie żadnego kaukaskiego konfliktu. Do Nazrania – dawnej stolicy Inguszetii, z którą Osetyjczycy w 1992 roku stoczyli krótką wojnę o tzw. rejon podmiejski (kilka mieszanych etnicznie ingusko-osetyjskich wiosek na wschód od Władykaukazu) – jest stąd zaledwie 20 kilometrów. Po drodze – kilka umocnionych posterunków milicji, zasieki z drutu kolczastego, na wpół wyludnione wsie, saperzy szukający min na poboczach. Trasa jest niemal pusta, tylko z rzadka przemykają samochody rosyjskiej milicji lub którejś z organizacji międzynarodowych. Osetyjczycy boją się jeĄdzić do Inguszetii, Ingusze do Osetii. Konflikt co prawda ucichł, oficjalnie został zakończony, jednak nienawiść po obu stronach pozostała. Nie ominęły Osetyjczyków i wojny czeczeńskie. Napłynęły tysiące uchodĄców, w republice stacjonuje ogromny kontyngent wojsk rosyjskich, na ulicach, w hotelach pełno ludzi w mundurach i z kałasznikowami na plecach. W tym roku wojna zawitała do Osetii na dobre: w leżącym na północy republiki Mozdoku, gdzie istnieje baza wojsk lotniczych, czeczeńscy partyzanci dokonali dwóch zamachów samobójczych, w których zginęło prawie 100 osób. W republice przebywa ponadto wielu uchodĄców z Osetii Południowej (w 1990 roku ogłosiła secesję z Gruzji, co doprowadziło do wojny na początku lat 90.) oraz Ormian zbiegłych z Azerbejdżanu. Ludzie od ponad dziesięciu lat żyją tu w warunkach przyfrontowych, ale – jak sami twierdzą – już przyzwyczaili się.

Autobus
Uff! Tym razem się udało! Autobus relacji Władykaukaz-Machaczkała podstawił się na stanowisko. Poprzedniego dnia rejs odwołano, bo maszyna nie dotarła z Machaczkały. „Autobusu na zmianę nie ma. Niech się pan cieszy, że i tak jeżdżą!” – pouczyła mnie kasjerka. Rzeczywiście, patrząc na autobus ciężko było uwierzyć, że wytrzyma ponad 600-kilometrową tułaczkę po bezdrożach południowej Rosji. Kiedyś połączenia między Władykaukazem a Machaczkałą były co pół godziny, jechało się najwyżej pięć godzin, włączając długi postój w stolicy Czeczeno-Inguszetii – Groznym. Można było odpocząć, zrobić zakupy na groznieńskim rynku, który należał wówczas do najlepiej zaopatrzonych na Kaukazie. Dziś podróż zajmuje około 15 godzin, kursuje jeden, czasami dwa autobusy dziennie. Trzeba szerokim łukiem objechać zbuntowaną Czeczenię przez terytoria Kabardyno-Bałkarii i Kraju Stawropolskiego. A że prostej drogi nie ma, a te które istnieją znajdują się w opłakanym stanie, podróż trwa całą noc i kilka godzin następnego dnia.
Jak to zwykle w Rosji, kierowców było dwóch. Jeden prowadził, drugi pilnował porządku w autobusie i zbierał haracz od pasażerów. Biletów nie miał prawie nikt, a zbyt ostro targującym się o cenę podróżnym „kierowca nr2” groził wyrzuceniem z autobusu. Pasażerowie byli istną mieszkanką kaukaskich narodowości i języków: Kumycy, Awarowie, Czeczeni, Rosjanie, Osetyjczycy, Nogajowie. Dwie babcie ze środkowego Dagestanu wiozły kilka worków mąki, korpulentna Nogajka z Kraju Stawropolskiego targała kilkadziesiąt litrów spirytusu na wesele syna (w Osetii można kupić znacznie tańszy alkohol przemycany z Gruzji), dwóch obszarpanych chłopaków z północnego Dagestanu wracało do domu po nieudanej próbie znalezienia pracy we Władykaukazie. Poza tym mułła z Kizlaru, dwóch młodych Czeczenów, małżeństwo z Machaczkały i jeszcze kilkanaście osób. Wszyscy jednakowo biedni, zmęczeni i przygnębieni. Rozmawiali albo łamanym rosyjskim albo w swoich niezrozumiałych, charczących językach, co rusz wtrącając rosyjskie słowa. Od początku wśród moich współtowarzyszy podróży dawał się odczuć dziwny niepokój. Wkrótce miałem się przekonać czego się obawiali.

Nocny koszmar
Zmierzchało. Dookoła rozciągał się bezkresny step, na którym z rzadka pojawiały się stada owiec i strzegących je osetyjskich czabanów. Nagle autobus zatrzymał się. Za oknem pojawiło się coś na kształt budki dróżnika i szlaban, który uniemożliwiał dalszą jazdę. Okazało się, że dotarliśmy na granicę Osetii Północnej i Kabardyno-Bałkarii – dwóch podmiotów Federacji Rosyjskiej. Do autobusu wsiadło kilku uzbrojonych w długą broń ludzi w mundurach, którzy zarządzili: „Wszyscy przygotować paszporty (w Rosji nie ma dowodów osobistych tylko paszporty wewnętrzne) i wychodzić!”. Ludzie posłusznie wypełnili rozkaz. Rozpoczęła się kontrola dokumentów i bagaży. Podróżni, którzy nie mieli nic na sumieniu wracali potulnie do autobusu, ci, którzy „podpadli” ustawili się w kolejce przed barakiem. Po obejrzeniu mojego paszportu funkcjonariusz tylko przeciągle cmoknął i wskazał na budkę. Cóż było robić, zająłem miejsce w kolejce. Wokół baraku stało kilku wyraĄnie znudzonych milicjantów, z pogardą spoglądających na podróżnych i co chwila spluwających pestkami słonecznika. Raz po raz drzwi pomieszczenia otwierały się, wypuszczając wzburzonych lub załamanych ludzi. Nie wiedząc, co mnie czeka spokojnie przygotowałem dokumenty i zapaliłem papierosa. Tuż przed wejściem jeden z podróżnych szepnął: „Trzymaj się! W razie co autobus poczeka.” W niewielkim zadymionym pomieszczeniu, oświetlonym skąpym światłem żarówki siedział oficer (milicji, FSB??), na którego twarzy malowała się wściekłość. Poczułem się jak więzień przesłuchiwany przez NKWD. „Paszport!” – krzyknął, wydzierając mi dokumenty z rąk.
- Kakoj eto passport? – spytał.
- Polskij.
- Co robisz w Rosji?! Po co tu przyjechałeś?! Narkotyki?! Broń?! Dzieła sztuki?! – wydzierał się oficer.
- Ja przyjechałem.... – próbowałem tłumaczyć.
- Teraz ja mówię! – warknął, nie słuchając odpowiedzi.
– Dlaczego paszport nie jest przetłumaczony na język rosyjski?! To poważne przestępstwo przeciwko Kodeksowi Karnemu Federacji Rosyjskiej. Kara za naruszenie przepisu nr... (tu oficer sięgnął po kodeks i zacytował stosowny artykuł, który rzekomo naruszyłem) wynosi 1500 rubli (ok. 30 dolarów).

Oniemiałem. Próbując tłumaczyć, że taki przepis nie istnieje i że z moimi dokumentami wszystko w porządku jeszcze bardziej rozwścieczyłem mundurowego, który zaczął grozić mi wysadzeniem z autobusu, a nawet więzieniem. Po prawie półgodzinnej kłótni „kara” zmniejszyła się do 200 rubli (bez wypisywania kwitka) i, choć dalej nie mogłem dociec jaki to przepis naruszyłem, pozwolono mi wrócić do autobusu.

Ruszyliśmy. Wszyscy odetchnęli. Rozpoczęła się rozmowa. Okazało się, że nie tylko ja musiałem zapłacić. Ktoś nie miał „propiski” (Rosjanie, którzy powyżej trzech dni przebywają poza swoim miejscem zameldowania obowiązani są zgłaszać się na milicję w celu dokonania rejestracji), ktoś inny książeczki wojskowej, babcie wiozły niedozwoloną ilość mąki, Nogajka – nielegalny spirytus itd. Dostało się niemal każdemu. Jak twierdzili moi współpasażerowie ten „post” i tak nie jest najgorszy. Tymczasem zapadł zmrok. Autobus powoli kolebał się po wyboistej żwirowej drodze. Za jakiś czas dojechaliśmy do kolejnego posterunku, na granicy Kabardyno-Bałkarii i Kraju Stawropolskiego. Cała procedura powtórzyła się, z tym że mundurowi byli jeszcze bardziej brutalni. „Zdies samyje nagłyje milicioniery! Dlatego, że to już blisko Czeczenii” – ze strachem wyjaśniali podróżni. Na szczęcie tym razem obeszło się bez „kary”. Na całej trasie było jeszcze kilkanaście podobnych postów, położonych na wjazdach do miast lub po prostu w stepie. I wszędzie to samo: szlabany jak na granicach państwowych, uzbrojeni po zęby funkcjonariusze, psy, krzyki, płacz, poniżanie ludzi, obrzucanie wyzwiskami. O świcie przekroczyliśmy granicę dagestańską.


Wszystkiemu winni Czeczeni
Choć potwornie zmęczeni niewygodami podróży i ciągłymi przymusowymi postojami, ludzie chętnie wdawali się w rozmowę. Z nostalgią wspominali czasy Związku Radzieckiego, kiedy było dużo spokojniej i bezpieczniej, wszędzie można było jeĄdzić, ludzie byli zupełnie inni. Pytani o przyczynę obecnej tragicznej sytuacji niemal jednogłośnie odpowiadali: „Wszystko przez tych czeczeńskich bandytów! To oni są winni naszej biedzie. Gdyby nie zbuntowali się, żylibyśmy inaczej.” Obwiniali Czeczenów także o to, w jaki sposób traktowani są w pozostałej części Rosji, że są faktycznie obywatelami drugiej kategorii, nazywanymi obraĄliwie „czarnodupcami” lub – łagodniej (w mediach) – „osobami narodowości kaukaskiej”. Choć ludzie wiedzą o okrucieństwach, jakich doświadczają mieszkańcy Czeczenii ze strony wojsk rosyjskich, współczuje im niewielu. Uważają raczej, że nieszczęścia, jakie na nich spadają są „zesłaną przez Allacha karą za grzechy”. Podczas pierwszej wojny czeczeńskiej (z lat 1994-96) sytuacja była inna: bojownicy cieszyli się sympatią i współczuciem pozostałych północnokaukaskich narodów, wielu Inguszy, Dagestańczyków, Kabardyjczyków po cichu trzymało za nich kciuki.

Sytuacja ta zmieniła się w 1996 roku, kiedy wojna zakończyła się zwycięstwem Czeczenów i faktycznym uzyskaniem przez nich niepodległości. Po wycofaniu wojsk rosyjskich z republiki kraj ogarnęła anarchia, Czeczenia stała się rozsadnikiem niestabilności w regionie i centrum północnokaukskiego świata przestępczego. Sąsiedzi zrazili się do Czeczenów najbardziej z powodu uprawianego przez nich procederu handlu porwanymi ludĄmi. Choć w porwaniach brali udział przedstawiciele wielu narodowości (a także prawdopodobnie rosyjskie służby specjalne), ich „odbiorcami” zawsze byli Czeczeni, zarabiający krocie na wypłacanych przez rodziny okupach. W samej tylko Osetii Północnej w latach 1996-1999 uprowadzono dla okupu około 1200 osób. Część z nich na zawsze pozostała w czeczeńskich górach. Mnożyły się także napady oddziałów bojowników na miejscowości położone wokół granic republiki, kradzież bydła itd. Na fakt, że Czeczeni zyskiwali coraz gorszą sławę na Kaukazie wpłynął także ich protekcjonalizm w stosunku do innych narodów, wywyższanie się i określanie mianem „Francuzów Kaukazu”. Gdy wojska rosyjskie wkraczały do republiki jesienią 1999 r. niewielu mieszkańców sąsiednich republiki żałowało Czeczenów. Do powszechnej nienawiści w stosunku do nich w znacznej mierze przyczyniła się także rosyjska propaganda (przede wszystkim telewizja), która od kilku lat informuje o „czeczeńskich bandytach”, „porywaczach ludzi” i „obcinaczach głów”. Większa część z tych informacji jest wyssana z palca. Obecnie niechęć do Czeczenów zaczyna coraz częściej przybierać formy otwartej agresji. W połowie września w stolicy Kabardyno-Bałkarii Nalczyku miał miejsce trzydniowy pogrom czeczeńskich uchodĄców: ludzi bito na ulicach, wdzierano się do zajmowanych przez nich mieszkań, niszczono mienie. Autorami pogromu było kilkuset miejscowych młodych ludzi, Rosjan i Kabardyjczyków. Nie reagowali przechodnie, nie reagowały władze. Zły znak dla wciąż walczących z Rosją Czeczenów.

Dagestan
Kiedy wjechaliśmy do Dagestanu kierowcy i pasażerowie wyraĄnie odczuli ulgę. „No, jesteśmy u siebie” – westchnął jeden z nich. Rzeczywiście, liczba kontroli znacznie zmalała. Jak się okazało, autobus miał rejestrację dagestańską, więc widocznie „swoich” tutaj nie ruszają. Za oknami początkowo rozciągał się płaski jak stół Step Nogajski, który stopniowo przechodził w teren pagórkowaty. Mijając przytulone do górskich zboczy auły powoli zbliżaliśmy się do Machaczkały. W stolicy Dagestanu rzucają się w oczy dwie rzeczy: doskonale zachowany komunizm oraz – co może przy tym brzmieć paradoksalnie – zupełna odmienność od Rosji. Patrząc na budynki, hotele, sklepy, ulice Machaczkały człowiek czuje, jakby cofnął się w czasy Związku Radzieckiego. Nawet w Rosji „właściwej” powiew kapitalizmu i nowoczesności jest znacznie silniejszy niż tu. Dagestan sprawia wrażenie rezerwatu komunizmu, lecz z drugiej jednak strony, jest zupełnie odmienny od reszty Rosji. Różni są przede wszystkim ludzie, ich sposób zachowania, ubierania się, twarze, spojrzenia, gesty. Wiele kobiet nosi długie spódnice i chusty zakrywające włosy, mężczyĄnie zachowują się bardziej powściągliwie niż w Rosji czy na Ukrainie. Nikt nie pozdrawia się inaczej niż „Salam allejkum!”. W centrum miasta stoi olbrzymi meczet zbudowany za pieniądze Turków, z którego minaretów słychać wieczorne zawodzenia muezina, a niektóre uliczki przypominają bardziej arabskie niż rosyjskie miasta.

Machaczkała sprawia jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie niż Władykaukaz. Bywałem w wielu krajach byłego ZSRR, w wielu miastach i regionach, nigdy jednak nie czułem takiego przygnębienia i braku poczucia bezpieczeństwa jak tam. Wszędzie widać było skrajną nędzę ludzi, ulice przypominały kratery wulkanów. Stan i wygląd budynków, dróg, transportu miejskiego, dworców sprawiał wrażenie jakby całe miasto za chwilę miało się dosłownie rozpaść. Będąc za wschodnią granicą często nasuwa mi się pytanie o to, w jaki sposób Rosja chce poradzić sobie z przestarzałą, poradziecką infrastrukturą, która lada moment odmówi posłuszeństwa. Co będzie jeśli nagle stanie większość jeżdżących „na słowo honoru” pociągów i trolejbusów, gdy pękną zardzewiałe rury, zawalą się budynki administracji publicznej? W Machaczkale to pytanie nachodziło mnie dwa razy częściej.

Dagestan to niesamowita mieszanka kilkudziesięciu narodów. Na północy żyją potomkowie Kozaków terskich i skośnoocy Nogajowie, w środkowym Dagestanie tureckojęzyczni Kumycy, Czeczeni-Akińcy, Dargijczycy i Lakowie, na południu – Azerowie, Lezgini, Tabasaranie, Rutulowie i Cachurzy, zaś w zachodniej najbardziej górzystej i niedostępnej części kraju – Awarowie, największy dagestański naród oraz kilkanaście spokrewnionych z nimi grup etnicznych. Oprócz tego mieszkają tu także górscy Żydzi, Tatarzy, Tatowie i wiele innych narodów. Choć wszyscy uważają się za Dagestańczyków, tak naprawdę łączy ich tylko wspólna wiara (większość mieszkańców Dagestanu wyznaje islam w wersji sunnickiej) oraz znajomość języka rosyjskiego. Machaczkała to Dagestan w miniaturze: żyją tu przedstawiciele wszystkich narodowości republiki. Na pozór tworzą jedną społeczność, jednak w rzeczywistości każdy naród żyje we własnym zamkniętym świecie. Oko obcokrajowca, ba nawet Rosjanina nie jest w stanie dostrzec różnic i niewidocznych granic przebiegających przez dagestańskie społeczeństwo. Tymczasem .... Kumycy nienawidzą dominujących w życiu republiki Awarów i Dargijczyków, Awarowie nienawidzą Kumyków, Czeczenów-Akińców, Rosjan i Nogajów, Lezgini nie cierpią Azerów, Czeczeni – Laków, Awarów i Kumyków itd. Jeśli na czele przedsiębiorstwa lub urzędu państwowego stanie Awar, będzie stopniowo zwalniał przedstawicieli innych narodowości przyjmując wyłącznie swoich ziomków. Jeśli w jakimś meczecie mułłą zostanie Dargijczyk, będą do niego uczęszczać tylko Dargijczycy. Pozostali powołają swojego mułłę lub zbudują własny meczet. Handel, usługi, transport, wpływy w milicji, służbie podatkowej są wyraĄnie rozdzielone pomiędzy poszczególne mafie narodowe. Chcąc kupić kasetę z dagestańska muzyką dowiedziałem się, że takowej nie ma. Jest natomiast awarska, lezgińska, kumycka, czeczeńska. Biorąc pod uwagę jedynie podziały i konflikty narodowościowe w republice, Dagestan przypomina wielką beczkę prochu. Wystarczy jedna iskierka, aby cały ustalony porządek legł w gruzach. A problemów jest znacznie więcej.

Od początku lat 90. Dagestan targany jest wieloma konfliktami, piętrzą się problemy wewnętrzne, takie jak bliskość niestabilnej Czeczenii, ogromne bezrobocie, przeludnienie, głód ziemi, upadek gospodarczy, konflikty religijne (między tzw. tradycjonalistami a radykałami zwanymi powszechnie, choć nie do końca prawdziwie, wahhabitami). Od ponad dziesięciu lat w Dagestanie trwa również brutalna walka o wpływy polityczne i gospodarcze pomiędzy poszczególnymi klanami narodowymi. Nie ma miesiąca, aby media nie donosiły o zabójstwach na tle politycznym, wybuchach bomb, strzelaninach, krwawych rozprawach między grupami przestępczymi. Jak na razie jednak nie sprawdzają się przepowiednie wielu analityków, którzy straszyli przekształceniem się Dagestanu w „drugą Czeczenię”. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że właśnie przykład Czeczenii, przede wszystkim zaś brutalna odpowiedią Kremla na próbę secesji tej republiki, ostudził zapędy i tak nielicznych dagestańskich separatystów i uświadomił Dagestańczykom czym może skończyć się próba przeciwstawienia się Moskwie. Większość mieszkańców republiki zdaje sobie również sprawę, że każde zaostrzenie sytuacji wewnętrznej i próba zmiany ustalonego status quo zakończyć by się musiała niewyobrażalną rzezią. Tym bardziej, że niemal każdy dagestański mężczyzna trzyma pod łóżkiem co najmniej Kałasznikowa, którego w razie czego nie zawahałby się użyć. Kluczowym czynnikiem stabilności w republice wydaje się jednak postkomunistyczna elita rządząca, która cieszy się poparciem Kremla. Między Moskwą a Machaczkałą istnieje niepisana umowa: centrum federalne w zamian za względny spokój w republice i popieranie własnej linii politycznej na Kaukazie przymyka oko na poczynania miejscowych władz, które bezkarnie rozkradają pieniądze płynące do Dagestanu z budżetu federalnego. I tak już ponad 10 lat. Jak długo jeszcze? Patrząc na nędzę zwykłych Dagestańczyków, brak perspektyw dla młodych ludzi i starzenie się ekipy rządzącej trudno nie być sceptycznym co do przyszłości Dagestanu. Wydaje się, że jeśli w najbliższym czasie Moskwa nie wypracuje sensownej polityki w stosunku do tej republiki może tam dojść do wydarzeń, które wstrząsną całym rosyjskim Kaukazem.
Ciemne chmury nad Kaukazem Północnym
Podróż samolotem z Machaczkały do Moskwy trwa zaledwie dwie godziny. Jednak zaraz po zejściu na stołeczne lotnisko można doznać szoku cywilizacyjnego. Tam – marazm, skrajna nędza, nieodłączny strach, zakonserwowany komunizm, tu – porażająca swoim ogromem i ruchliwością światowa metropolia, z tysiącami świateł, neonów, luksusowych hoteli, sklepów, restauracji. I nie jest to wyłącznie naturalna różnica pomiędzy prowincją a stolicą. Podróż z Północnego Kaukazu do Moskwy jest raczej jak podróż z kolonii do metropolii. Mieszkaniec Władykaukazu, Machaczkały czy Groznego, który znalazł się w stolicy musi czuć się jak XIX-wieczny Algierczyk w Paryżu, czy Hindus w Londynie. Rosja, która tak zdecydowanie chce utrzymać Kaukaz, podobnie jak w czasach carskich i radzieckich, wciąż traktuje go jak kolonię, czy też półkolonię, a jego mieszkańców jak obywateli drugiej kategorii. Strategia Kremla w stosunku do tego najbardziej niestabilnego regionu Federacji sprowadza się do udzielania politycznego i finansowego wsparcia miejscowym kacykom (po wyborach prezydenckich w Czeczenii z 5 października br. stał się nim również Achmed Kadyrow) i ciągłego zwiększania obecności wojskowej w poszczególnych republikach. Ani los ludności, ani rozwój gospodarczy regionu (północnokaukaskie republiki przynoszą budżetowi federalnemu jedynie straty), ani dialog z prawdziwymi elitami Północnego Kaukazu wydają się Moskwy w ogóle nie obchodzić. Z punku widzenia geopolityki region stanowiący południową granicę Rosji jest dla Kremla niewątpliwie bardzo ważny i wydaje się, że powinno mu zależeć na stabilności Kaukazu Północnego. Jak na razie Moskwa nie robi jednak nic w kierunku rozwiązania któregokolwiek z jego problemów, strasząc jedynie społeczeństwo rosyjskie płynącym rzekomo z Kaukazu zagrożeniem „międzynarodowym terroryzmem”, „wahhabizmem”, „islamskim radykalizmem” i „czeczeńskim bandytyzmem”. Wiele z kaukaskich problemów można by rozwiązać, choć wymaga to woli politycznej, zaangażowania i opracowania konkretnej polityki w stosunku do regionu. Mimo swojej odrębności mieszkańcy Kaukazu to wciąż ludzie radzieccy, którym nie w głowie separatyzm i radykalizm islamski. Ale sytuacja ta powoli zaczyna ulegać zmianie: młodzi mieszkańcy Dagestanu, Inguszetii, czy Kabardyno-Bałkarii są coraz bardziej sfrustrowani polityką władz, rośnie wśród nich poczucie opuszczenia przez Moskwę, uświadamiają sobie, że w Rosji „właściwej” nie są traktowani jako pełnowartościowi obywatele. Obecna polityka Kremla sprzyja jedynie podobnym tendencjom. Jaka więc przyszłość czeka Kaukaz Północny? Jaki to będzie miało wpływ na całą Rosję? Aby przekonać się, że sytuacja rozwija się raczej według czarnego scenariusza nie ma potrzeby jeździć do zrujnowanej i pogrążonej w wojnie Czeczenii. Wystarczy przejechać się autobusem z Władykaukazu do Machaczkały.

Maciej Falkowski (artykuł został napisany w 2003 r.)

ROSYJSKI KAUKAZ PÓŁNOCNY
W skład rosyjskiego Kaukazu Północnego wchodzi siedem republik autonomicznych (idąc od zachodu to kolejno: Adygea, Karaczajo-Czerkiesja, Kabardyno-Bałkaria, Osetia Północna, Inguszetia, Czeczenia i Dagestan) oraz dwa Kraje: Krasnodarski i Stawropolski. Czasami do regionu zalicza się także Republikę Kałmucji i obwód rostowski. Region od południa graniczy z Gruzją i Azerbejdżanem, na zachodzie ogranicza go Morze Czarne, zaś na wschodzie – Morze Kaspijskie. Republiki autonomiczne zamieszkuje kilkadziesiąt narodowości, z których najliczniejsi są Czeczeni, Awarowie (w Dagestanie) i Kabardyjczycy. W samym tylko Dagestanie żyje ponad 100 narodowości. Języki wszystkich narodów kaukaskich różnią się do tego stopnia, że ich przedstawiciele są w stanie porozumiewać się ze sobą wyłącznie po rosyjsku. Kraj Stawropolski, Krasnodarski oraz obwód rostowski zamieszkują głównie Rosjanie. Większość północnokaukaskich narodów wyznaje islam, jedynie Osetyjczycy są prawosławnymi. Kaukaz Północny jest najbiedniejszym regionem Rosji. Jego główne problemy to: wojna w Czeczenii, konflikty pomiędzy poszczególnymi narodowościami, przeludnienie, głód ziemi, ogromne bezrobocie, setki tysięcy uchodĄców i imigrantów wewnętrznych (głównie z Czeczenii i Dagestanu) oraz z Kaukazu Południowego (Gruzja, Armenia i Azerbejdżan) i Azji ¦rodkowej, a także konflikty religijne w ramach islamu (głównie między tradycjonalistami a wahhabitami).



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!