„U siebie to niby tacy porządni”

Kim są właściwie ci straszni wahabici? Odpowiedzi na to pytanie szukałyśmy w dagestańskiej wiosce, Gubden.

Jeżdżąc do Dagestanu zawsze starałyśmy się szerokim łukiem omijać wszelkie miejsca związane z wahabickim fundamentalizmem.
— Wahabici?
— Kiedyś byli. Ale teraz to już ich mało w Dagestanie... — odpowiadali zazwyczaj ze zniecierpliwieniem miejscowi.

Zresztą, co to jest tak naprawdę ten „wahabizm”? Niby wiadomo. Skrajnie purytańska odmiana islamu, produkt pustyń Arabii, zrodzony w atmosferze odrodzenia religijnego połowy XVIII w. Panujące obecnie wyznanie w Arabii Saudyjskiej. Tylko, co to ma wszystko wspólnego z poradzieckim Kaukazem? No właśnie. Kim są właściwie miejscowi „wahabici”. Fundamentaliści? Fanatycy? Pojęcia—wytrychy. Więcej tu znaków zapytania niż sensownych wyjaśnień.

Buciki fundamentalistów

Tak było do chwili, dopóki nie wybrałyśmy się do pewnej dargijskiej wioski. Nazywa się Gubden...

— To ciekawa wioska, chyba najbogatsza w całym Dagestanie! Ludzie maja tam ogromne domy a w środku całe kolekcje antyków. I załony otwierane na pilota — żartobliwe dodają nasi znajomi z Kaspijska.

Gubden słynie również ze skórzanych bucików wyszywanych złotą nitką, które podobno są przepiękne. No i jeszcze cera miejscowych dziewczyn. Nieskazitelnie biała. Podobno dlatego, że robią sobie maseczki z białej gubdeńskiej gliny.

Ruszamy w drogę. Godzina jazdy od stolicy Dagestanu, Machaczkały. Okazuje się, że do Gubdenu prawie nie jeżdżą marszurtki... Dziwne... Taka znana miejscowość, tyle opowieśći i do tego niedzielny bazar, na który zjeżdża się pewnie cała okolica... Ze złapaniem okazji na szczęście nie było kłopotu. Zaraz zatrzymał się samochód, który zawiózł nas na sam bazar. Kierowca nie chciał pieniędzy, tylko dziwnie się uśmiechał. Chyba wiedział, co nas tu czeka. Wysiadłyśmy i pędem na bazar. Prawdziwe kaukaskie targowisko! Bajkowe słodycze, bakalie, dziwne, suszone owoce, wyglądające jak gigantyczne jagody z twardymi pestkami, do tego kawał chałwy.
W pewnej chwili dochodzi do nas, że jednak coś jest nie tak. Na bazarze same kobiety. Wszystkie w szaroburych, workowatych chałatach. A my nawet nie mamy chustek na głowach. Tylko szale. Wkładamy je na głowy, ale to i tak nie pomaga, bo przecież ubrane jesteśmy w dżinsy.

I wtedy dostrzegłyśmy tę parę oczu, wrogo spoglądających z za zasłony. Wymowne spojrzenie. Obce. Zakłócają spokój na bazarze. Poczułyśmy się dziwnie. Potem zaczęły się pojawiać następne. Cała chmara. Wszystkie czarne, z zakrytymi twarzami. No i awantura. Dlaczego fotografujemy, po co tu przyjechałyśmy, czego tu szukamy. Najwyraźniej powinnyśmy się stąd szybko zabierać.

W końcu pytamy się o te ich słynne buciki. Kobiety jakby się zreflektowały. Pojawił się lekki uśmiech. Ale nadal wymawiały nam, że przyjechałyśmy w spodniach, bez chustek, że demoralizujemy społeczeństwo. Trudno. Zmęczone przekonywaniem, że naprawdę nie mamy nic złego na myśli, postanowiłyśmy jeszcze zrobić tylko mały spacer po wsi i wracać do domu. Na wzgórzu przyciągnął nasz wzrok swoją kopułą całkiem spory meczet.
Nagle z za zakrętu wyłaniają się dwie nieprzyjaźnie wygładające postacie. Jeden gruby, czarny, w skórzanej kurtce i butach z czubem, drugi — zwykły milicjant z MWD.
— Macie aparat? — pyta spasiony tajniak, wyciągając niewiele mówiącą legitymację.
— Korespondentki?
— Studentki. Przyjechałyśmy tu na bazar kupić wasze przepiękne buty gubdenki. Chciałyśmy dowiedzieć się czegoś o tutejszych ludziach. Ale nas tu źle przyjmują. Niepotrzebnie przyjechałyśmy. Taki naród niegościnny — widać...
— Prajdziomcie — mówi milicjant zapraszając nas do jakiegoś nie oznakowanego samochodu

— To może lepiej piechotą... Tu nas wszyscy porwaniami straszą, boimy się trochę.
— Przecież pokazaliśmy legitymacje, nie wierzycie? Nie trzeba było fotografować, to jest tu zabronione... Wiecie — po cichu i już całkiem przyjaźnie tłumaczył nam milicjant — To dlatego ludzie boją się tu obcych, nie wiedzieli kim jesteście, bali się, że zrobicie zdjęcia kobiet w parandżach, napiszecie potem, że tu sami wahabici, przyjedzie FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa) i będzie „prowierki” robić, u nas tak często bywa, wiec ludzie się boją, są nieufni.
Komisariat wyglądał bardzo skąpo w porównaniu do reszty miejscowości: obdrapane ściany, miejsca po portretach pamiętające Lenina, dym przesłaniający twarze naszych „wybawicieli”.

Mundurowi przedyskutowali coś po swojemu.
— Skoro już przyjechałyście tu po gubdeńske buty, to bez nich nie wyjedziecie. Postanowione! chodźcie z nami!
Ot cały Dagetstan — nigdy nie wiadomo kiedy się bać a kiedy cieszyć...
Do paszportów nawet nie zajrzeli.

— Zobaczcie, nasze kobiety chodzą w przedrewolucyjnych chustkach, tylko takie tu uznają — Salam (tak nazywano naczelnika posterunku) pokazuje z okien służbowej Niwy kobietę w żółtej chustce (bez obrazy, ale przypominającej nieco wyblakłą zasłonkę).

— A tu robią gubdeńśkie buciki — milicjant prawie wpycha nas do domu nieco przestraszonych Gubdenek, które na prośbę pokazują nam swoje wyroby.
— Teraz to już maszynkami robią, prawdziwe tylko na zamówienie — wyjaśniają speszone kobiety.

— A dużo tu wahabitów mieszka? — pytamy potem w samochodzie milicjanta.
— Wystarczy...— odpowiada lakonicznie.

Z dalszej rozmowy można było jednak wyczytać między wierszami, że milicja nie do końca kontroluje sytuacje w Gubdenie, że tak naprawdę prawo Federacji Rosyjskiej obowiązuje tu tylko formalnie. W sklepach w Gubdenie już od 15 lat nie można kupić alkoholu i papierosów.

Dwulicowcy
Na zakończenie zaproszono nas na obiad do jednego z domów. I tu kolejne zaskoczenie. Nie dość że domy ogromne, to jeszcze przepych, wszędzie antyki. Gdzieniegdzie, co prawda, wschodni kicz, ale tu i tam prawdziwe perełki, a to kuzniecowska zastawa z połowy XIX wieku, a to perskie dywany o niezwykle oryginalnych wzorach.

No i sam dom! Prawdziwy pałac! Co za przestrzeń! Pokoje po 100 metrów kwadratowych. I to wszystko jedynie w gościnnej części, na co dzień używanej głównie przez mężczyzn do oglądania telewizji, czy też jak kto woli �telewizora najnowszej produkcji z 50 kanałami” (choć telewizji ponoć w Gubdenie się nie ogląda, bo złe wzorce zeń płyną ). Druga cześć, znacznie przyjemniejsza, cieplejsza, to królestwo kobiet. Tam też nas zaprowadzono. Wszystkie kobiety przy pracy, gotują miejscową potrawę, chinkali. To dobra okazja, żeby porozmawiać, podpytać trochę o codzienne życie.

Młodziutka i piękna żona naczelnika z malutkim synkiem na rękach:
— U nas tu tylko na swoich się żenią, mogą być nawet bracia i siostry cioteczni albo stryjeczni. A tak to nie chcą, lepiej z dwajorodnym niż z obcym. Nas mało, nie chcą, żeby naród zginął. Ja w Machaczkale mieszkałam. Tam się urodziłam, uczyłam. Nie lubiłam tu przyjeżdżać — dodaje. — Ale rodzice za mąż tu mnie oddali i chyba już przywykłam. Tu w sumie warunki jak w mieście, myślałam, że jakoś trudno będzie, po wodę chodzić, ale tu też się normalnie żyje.
— Wśród nich jest też dużo normalnych ludzi, którzy po prostu sprzeciwiają się obecnemu stanowi rzeczy: wszechobecnej korupcji, kumoterstwu — mówią o gubdeńskich wahabitach inni Dagestańczycy — chcą zmienić świat na lepsze, niestety niektórzy z nich posuwają się za daleko.

— Mój bratanek był wahabitą, taki spokojny dobry człowiek, nikogo w życiu nie skrzywdził. Ale został zabity, bo federalni się nie zastanawiają, czy dobry czy zły, wszystkich zabijają jak leci, kiedy tylko nadarzy się okazja — rozwodzi się nasz przyjaciel, Magomed.

— Tam nawet wesele robią bez wódki! — opowiadali nam potem znajomi z Machaczkały — Wyobraźcie sobie, przyjeżdżam na wesele do kumpla, a tu ani kropelki, ja i mój przyjaciel nieco zbici z tropu pytamy, co się dzieje, a tu się okazuje, że nie można, żebyśmy lepiej nie wyciągali własnej butelki, bo może się to źle skończyć. Wódka jednak się w końcu znalazła, ale trochę jak na zabawie szkolnej: spod stołu i to w innym pokoju.

Inni: — Trzeba było zbombardować ten Gubden, żeby się uspokoili! W głowach im się poprzewracało od tego bogactwa! Oni to u siebie niby tacy pobożni, a tu to normalni faceci, przyjeżdżają na panienki i pić do Machaczkały, bo tam nie można, to tu sobie używają. I kobiety też, po Machaczkale w spodniach biegają, a potem się przebierają w lesie albo w marszrutce. A u siebie to niby takie porządne. Cwani dwulicowcy.

W Machaczkale znów mogłyśmy chodzić bez przeszkód w dżinsach.

IWONA KALISZEWSKA / KAROLINA DULĘBA

Tekst publikowany w nieistniejącej już niestety rubryce portalu Polskiego Radioa "Daleko od Szosy" prowadzonej przez Jerzego Rohozińskiego.


(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!

Tłumaczenie z rosyjskiego i nowe teksty na stronie zostały sfinansowane w ramach progamu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolnosci "Przemiany w Regionie - RITA", realizowanego przez "Fundację Edukacja dla Demokracji".