Gdzie Bóg otworzył worek z językami

Kumuch to centrum rejonu lackiego i jeden z najstarszych aułów Dagestanu, szczycący się bogatą historią.

Jak mówią miejscowi zamieszkiwali go wolni ludzie, feudałowie uważani za elitę Laków. Zawsze chciałyśmy tam dotrzeć, ale, jak to w Dagestanie, wszyscy ciągle odradzali nam samotną wyprawę w góry.

W drodze do aułu

— Rizwan jutro zawiezie was do Kumucha — obiecał nam w końcu nasz przyjaciel Abdurahman, znany w Machaczkale dziennikarz, esperantysta, obrońca praw człowieka. Wreszcie wyrwiemy się z tej strasznej stolicy. Tu co drugi dzień, na Alei Szamila, gdzie mieszkamy, wysadzają jakiś policyjny radiowóz.
— Pojedzie z wami jeszcze jego przyjaciel Gasan Gusejn, to ciekawy człowiek. Jak usłyszał, że mamy w gościnie dwie Polki powiedział, że bardzo chce was poznać. To co, ruszamy jutro rano?
I rzeczywiście rano pod rozsypujący się blok w którym mieszka Abdurahaman podjechało, białe żiguli — nie do zastąpienia na górskich drogach.

Wjeżdżamy w rejon lacki. Zmienia się pejzaż: coraz wyższe góry, coraz piękniejsze widoki, a w dole rzeka — Karakumuchskie-Kojsy płynąca w pięknym wąwozie. Zbliżamy się już do Kumucha. W pewnym momencie widzimy przed sobą górę w kształcie siodła.
— Rizwan! Jak nazywa się ta góra?
— Ta w kształcie siodła? Siedlo, po prostu siodło, bo taki ma kształt. Piękna jak wszystkie inne dagestańskie góry.
— Widzicie ten minaret? Związana jest z nim pewna legenda. Historia syna, który zabił swego ojca dlatego, że zakazał mu pić buzę — napój przypominający piwo. Potem tego pożałował, odszedł z góry do narodu Awarów, jednak po jakimś czasie powrócił gnany wyrzutami sumienia. Przyprowadził ze sobą budowniczych, którym kazał w ramach zadośćuczynienia wybudować meczet z minaretem. Stoi do dzisiaj.
Jedziemy dalej. Przed nami wyłania się ośnieżona góra, mocno odcinająca się od żywo zielonych zboczy wiosennych gór. Mówią, że góra ta nazywa się Luchuwalo, co znaczyłoby "czarne miejsce". W międzyczasie milczący dotąd całą drogę Gasan Gusejn, poproszony przez Rizwana, otwiera zeszyt i zaczyna czytać swoje wiersze. Dziwny to człowiek, choć bardzo interesujący. Zadziwia swoim spokojem. Sprawia wrażenie jakby nieobecnego, na wskroś uduchowionego.

Od razu widać, że jest to człowiek bardzo religijny , ale w specyficzny sposób, można powiedzieć jakby nawiedzony, introwertyk skłonny do mistycyzmu. Opowiedział na trochę o sobie. Urodził się w Turkmenii, jest Lakiem, po powrocie do Dagestanu ożenił się. Po pewnym czasie zostawił jednak swoją żonę i pracę, w której ciągle dawano mu łapówki. — Niezgodne z wiarą — mówi. Od tego czasu nie je mięsa, dużo się modli, jednak rzadko w meczecie, no i pisze te swoje dziwne wiersze o Bogu. Twierdzi, że chciałby się zająć obroną praw człowieka. Fundamentalista? Skąd. Raczej dziwak.

W końcu wyłania się przed nami piekny auł. Kamienne domy pnące się wokół małego jeziorka wypełniającego nieckę doliny, w której znajduje się centrum miejscowości. Tuż przed wjazdem do Kumucha, po prawej stronie, mijamy ogromny biały pomnik Partu-Patimat, bohaterki Kumucha, która w czasach najazdów Tamerlana bohatersko walczyła z najeźdzcą. Pomnik postawiono dwa lata temu.

Na pobliskiej górze widac dwa charakterystyczne punkty. Jednym z nich jest święte miejsce, gdzie w czasie muzułmańskich świąt składa sie ofiary, a obok, na jednym ze zboczy, trochę nie przystająca do reszty, miniatura rakiety kosmicznej. Mówią, że to na cześć jedynego dagestańskiego kosmonauty w ZSRR. Urodził się właśnie tu.

Wójt i jego sukcesy

Kumuch to stara osada, historyczna siedziba Szamchałstwa Kazikumuchskiego, którego początki sięgają wczesnego średniowiecza. Szamchałstwo powstało na ziemiach Laków i było w XV—XVII w. jednym z najsilniejszych dagestańskich organizmów państwowych.

Organizacja społeczna Laków opierała się na podziale na wolne społeczności wiejskie — tzw. dżamaaty, rządzone przez radę starszych. Nowe porządki, które przyszły wraz z władzą radziecką doprowadziły do zniszczenia tych społeczności — jak się jednak okazuje nie całkowitego — wiele dawnych struktur, paradoksalnie, przetrwało pod osłoną kołchozu. Dawne obowiązki wobec dżamaatu pokryły się częściowo z tymi wobec kołchozu. Stopniowo zanikała jednak religijna funkcja wspólnoty.

Dziś Lakowie to jedna z większych grup etnicznych w Dagestanie (140 tys.), zamieszkują głównie rejony lacki i kuliński oraz Machaczkałę. Mówią w języku lackim, mającym kilka dialektów. Są muzułmanami—sunnitami, jednak, na tle innych etnosów Dagestanu, niezbyt religijnymi.

Zaraz po przyjeździe udajemy się do siedziby administracji rejonu

Wójt Kumucha mentalnie jeszcze nie rozstał się z czasami radzieckimi. Wśród miejscowych władz to nie rzadkość. Na biurku gazeta Sowietski Dagiestan. Wójt, widząc nasze zaciekawienie, chowa ją. — A, takie mi tu bzdury przynoszą... Nad telewizorem w gabinecie wisi portret Putina. Będziemy musiały wypić morze koniaku i zagryzać cukierkami. Tego wymaga gościnność. — Nu, Kinsabinau! To po lacku toast 'Na zdrowie', pijcie dziewczyny. Cieszymy się, że odwiedziłyście nasz piekny Kumuch. Pijcie, pijcie do dna nasz dobry dagestański koniak to dostaniecie ten piękny róg a jak nie to będziecie za karę musiały cały taki róg wypić — żartują urzędnicy. Róg w końcu dostałyśmy.

Wójt i jego zastępca rozgadali się. Rejon się rozwija, młodzi nie wyjeżdżają, mają tu perspektywy, ziemię można brać prawie za darmo, byle tylko ją uprawiać. Pełna demokracja, władze wybiera się w wyborach.... Ciekawe tylko dlaczego wciąż te same od czasów radzieckich. Obecny zastępca był wówczas szefem rajkomu, czym pochwaliła się jego żona. Zastępca z dumą pokazuje nam jednak ślady kul w drzwiach swojego domu. O władzę mimo wszystko trzeba było walczyć?

Potem zaczynają opowiadać miejscowe legendy. Skąd w Dagestanie tyle języków? — A, bo jak Bóg stwarzał świat, chodził po górach i się zmęczył, to otworzył worek z językami i powiedział: �bierzcie ile chcecie�. I stąd wzięło się tutaj tak wiele języków.

Na zakończenie wizyty pada pytanie:
— Czy wiecie ile lackich chinkali [pieróg z ostrą przyprawianą baraniną] powinno się zmieścić na jednej łyżce
— Nie.
Nie kryją oburzenia.
— Jak to, nie jadłyście jeszcze lackich chinkali. Awarskie jadłyście, lezginskie jadłyście, dargińskie też, a lackich nie? Tak nie może być! Po zwiedzaniu Kumucha zapraszamy.

Kaukaska gościnność nie pozwala szybko wypuścić gościa. I rzeczywiście pod wieczór zaczął za nami krążyć samochód. Nie ma zmiłuj! Trzeba do wójta! I, choć mamy już trochę dość świeżo poznanej, miejscowej elity, nie możemy odmówić zaproszenia. A jak oni piją! Niech się przy nich schowają Rosjanie! Wkoło tylko sami meżczyźni. Ciągłe toasty. I nijak nie można się wymówić. Teraz już będziemy pamiętać: na łyżce mieści się 40 chinkali.

Skarby przeszłości

Na szczeście jednak udało nam się jeszcze co nieco zobaczyć w Kumuchu

Miejscowy Dżama meczet (piątkowy) pochodzi z VIII wieku. Musiał być kiedyś imponujący. Obecnie wydzielono w nim część dla modlitwy. Jak mówią miejscowi, został zbudowany przez ludzi, którzy widzieli samego proroka Muhammada. Nazywano ich Aschabami.

Podpytujemy, jakt to jest dziś z modlitwami.
— Imam meczetu to młody człowiek, aktywny, dużo mu się chce. Ale ludzi przychodzi mało. W piątki na modlitwie jest po 15-20 osób. Tak czy inaczej to dobrze, że ten imam stara się przyciągnąć dzieci i młodzież. Za 5 lat tu się wszystko zmieni, ludzie zaczną wracać, przeniosą się w góry, bo w mieście nie ma życia, wszystko pędzi, goni. Ludzi to tylko pieniądze w mieście trzymają,...A mnie tam ciągnie do tej wsi, do tego meczetu, do religii. Młodzi będą wracać do religii, zobaczycie.
Dziwna była ta odpowiedź. Jak się okazało nasz rozmówca przyjechał w odwiedziny do matki.

Na uwagę zasługują ściany meczetu, pomalowane w piękne, nigdzie wcześniej nie napotykane, wzory z kwiatów. Wkład miejscowych w architekturę świata islamu. A także, bez wątpienia, świadectwo dużo wcześniejszej islamizacji narodów Dagestanu w porównaniu z innymi ludami Kaukazu.

W meczecie kilka dagestańskich dywanów. Od razu można je odróżnić od tureckich, fabrycznych (niestety dość popularnych ostatnimi czasy również w Dagestanie). Zapewne były tkane ręcznie przez jakąś tabasarańską kobietę. Tabasaranie do dziś zajmują się tkaniem dywanów — sztuka ta przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Być może na tym dywanie kobieta uczyła swoją młodą synową nowego wzoru.

Nasz zachwyt nie ma granic. Jest w nich jakieś trudne do wyrażenia piękno.
— To dlatego, że te dywany mają w sobie więcej miłości, bo były wykonane przez ludzkie ręce — wyjaśnia Gasan Gusejn. Typowy tabasarański wzór: trzy medaliony, dominuje granatowy i czerwony, nie bordowy jak w dywanach tureckich, ale właśnie intensywny czerwony.
— Dziś młodzież nie chce już uczyć się rzemiosła, nudzi ich to, nuży — skarżą się starsi wierni tradycji.

Na tle innych etnosów zamieszkujących Dagestan, Tabasaranie i tak uważani są za najbardziej tradycjnych i konserwatywnych. Mają najwięcej dzieci, a tabasarańskie dziewczyny w młodszym wieku, niż gdzie indziej, wychodzą za mąż (i raczej za "swoich”). Czasami przyszłego męża znają jedynie na miesiąc przed ślubem, i nie zawsze mają wpływ na jego wybór. Małżeństwa aranżowne przez rodziny nie są rzadkością.

Po wyjściu z meczetu rozpoczyna się spór miedzy Gasan Gusejnem a mężczyzną, który pokazywał nam meczet. Sporowi temu przysłuchujemy się z ławki stojącej przed meczetem, oparte o stary kamienny mur. Gasan Gusejn bardziej szuka Boga w sobie, na co ten drugi, że powinien więcej czytać, bo literatura jest dla muzułmanina najważniejsza. Gasan: a co tam literatura, Boga trzeba kochać, ten drugi: właśnie nie, trzeba się go bać. Jak różne może być w Dagestanie podejście do islamu! Ile się tu zresztą ostatnio pod tym względem zmieniło.
Krążymy wąskimi uliczkami. Dochodzimy do minaretu. Brak mu kopuły. Właśnie ją remontują. Obok cmentarz miejscowych chanów. Jest tam grób chana Murtuz-Alego z przełomu XVII i XVIII w. Minaret natomiast pochodzi z 1865 roku, czasów, kiedy — jak mówią — rządzili tu ostatni laccy chanowie. Napis na prawej ścianie minaretu głosi: „ Ten dom wybudowali ci, którzy boją się Allaha w 1329 i dach jego nałożyli w tymże roku”. Napis był oczywiście po arabsku. Przeczytał nam go i przetłumaczył starszy mężczyzna napotkany koło minaretu. Przedstawił się jako Ramid Alibutaliew, nauczyciel języka arabskiego w medresie.

Kiedyś język arabski był językiem ludzi wykształconych, z "dobrych” rodów. Tak powstał alżam — lacki alfabet, w którym zapisywano literami arabskimi dźwięki języka lackiego. W domu naszego przyjaciela Abdurahmana zauważyłyśmy tapety podklejane właśnie takim alżamem.

Co za dom! Same skarby!
Z okna widać jak dwoje staruszków podcina zieloną trawę i pokrzywę, którą dodaje się do miejscowych potraw — czudu albo kurze. Przed domem palenisko, komin, w ścianie nisza, na której gotowano latem. Mówią o niej oczag, czyli "ognisko domowe".

Sam dom zachwyca. Kamienna twierdza złożona z dwóch skrzydeł, a w środku podwórze, z którego wchodzi się do piwnic-obórek, w których trzymano trzodę. Jak mówi Abdurachman, do tego domu przyjeżdżał sam Imam Szamil, przywódca wielkiego powstania anty-rosyjskiego w XIX w., jak potrzebował wsparcia w czasie wojny. A swojego konia przywiązywał do żelaznej kołatki, która wciaż wisi u drzwi. Był to jeden z większych domów w Kumuchu, należał do sławnego rodu, wywodzącego swą historię od książąt Kazi-kumuchińskich. Z rodu tego pochodzi właśnie Abdurahman. Razem z nim oglądamy piękne stare fotografie, porozrzucane po szufladach. W stercie papierów znajdujemy również arabski rękopis.

Dziś dom stoi pusty, służy raczej jako dacza. Siostra Abdurahmana przyjeżdża tu na wakacje wiedziona tęsknotą w sercu za rodzinnymi stronami.

To z tego domu porwał ją mąż, Efendi, nazywany przez wszystkich Efikiem, również Lak, ale z „gorszego” rodu niż Tania. Rodzice nie zgadzali się na małżeństwo, młodzi zaplanowali więc porwanie, w którym nasz Abdurahman, jako nastolatek, dzielnie dopomagał. Effik „ukradł” Tanię wchodząc przez okno.

Potem niezwłocznie polecieli do Leningradu (ach te tanie loty za czasów radzieckich, kiedy byle student za stypendium mógł sobie polatać....), gdzie w ZAGS-ie (urząd stanu cywilnego) wzięli ślub. Rodzina Tani obraziła się, ale po miesiącu im minęło i wtedy odbyło się wesele. Do dziś są szczęśliwym małżeństwem.

My także szczęśliwe wracamy z Kumuchu. Szczęśliwe, że widziałyśmy tak niesamowite miejsce i rozmawiałyśmy z tak ciekawymi ludźmi.

Tekst: Karolina Dulęba, Iwona Kaliszewska

Tekst publikowany w nieistniejącej już niestety rubryce portalu Polskiego Radioa "Daleko od Szosy" prowadzonej przez Jerzego Rohozińskiego.


(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!

Tłumaczenie z rosyjskiego i nowe teksty na stronie zostały sfinansowane w ramach progamu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolnosci "Przemiany w Regionie - RITA", realizowanego przez "Fundację Edukacja dla Demokracji".