
Na pierwszy rzut oka, zwykła dagestańska wieś, niezbyt ładna, szczególne zimową porą, gdy na ulicach dominuje błoto.

Bazar jak wiele innych w tym regionie - chałwa, suchofrukty (szuszone owoce) oraz tkaniny z turcji...

Taki widok to na prawdę rzadkość w Dagestanie.

Nasza dagestańska koleżanka Elmira była bardziej zaskoczona niż my...

Ludzie też jak nie w Dagestanie - chowają się przed aparatem

niezbyt gościnnie nas tu przyjmują...

Ale zanim uciekniemy, postanawiamy obejrzeć wieś - meczet na szyczycie wygląda szczególnie interesująco.

Dziwi troche rozmiar domów - które bardziej przypominają wyglądem szkoły czy urzędy niż domy jednorodzinne (nawet jeśli pod pojęciem rodzina kryje się rodzina dagestańska, w której daleki w naszym pojęciu kuzyn, jest osobą uważaną za bliską).

mimo przepychu i antyków w domach po wodę trzeba chodzić do studni

tradycyjne dzbany zostały weliminowane przez plastikowe kanistry

Daleko nie uchodzimy. Zza rogu wyskakuje milicja. Po co fotografujecie? Kto ma apart! Dokumenty do kontroli! - wykrzykują groźnie.

My tu po buty gubdeńskie przyjechaliśmy, a ludzie wilkiem na nas patrzą, niegościnni jacyś...

My niegościnni? - jeszcze chwilę milicjant stara się zachować groźną minę.
Bez butów więc (gubdenek) nie wyjedziecie!

i nie wyjechałyśmy...

wraz z milicją odwiedzamy miejscowych rzemieślników

okolicę też trzeba zwiedzić - zagranicznymi gośćmi trzeba się pochwalić kolegom...

najlepiej milicyjnym samochodem, nieoznakowanym w prawdzie

I fotografia na pamiątkę...

Tu kiedyś była twierdza - mówi milicjant. Mieszkańcy Gubdenu chwalą się, że obronili się przez wojskami Szamila - nie przyjęli go, bo utrzymywanie całej armii było zbyt kosztowne dla osady.

"To miejscowe krowy hipisi" - tłumaczy miejscowy milicjant oprowadzając nas po wsi.