Trafiliśmy tam przypadkowo. Wędrując z Sogratla do miejscowości Datuna zobaczyliśmy kierunkowskaz z nazwą wioski i wiszące wszędzie zielone flagi. Pytani po drodze ludzie powiedzieli, że jest tam wielkie święto z okazji otwarcia nowego meczetu. Jak więc nie skorzystać z takiej okazji? Bez chwili wahania poszliśmy.
I dobrze zrobiliśmy. Przyjęto nas po dagestańsku, czyli niezwykle gościnnie, choć początkowo ...
Początkowo wszyscy oniemieli widząc dwóch cudaków z aparatami i plecakami wysiadających z łady, którą dwóch chłopaków podwiozło nas na miejsce. Nikt nie przypominał sobie, żeby w ich wiosce byli kiedykolwiek obcokrajowcy. Czuliśmy się jak małpy w ZOO. Wszyscy wlepiali w nas wzrok, tak że mieliśmy wrażenie, że zapomnieli o swoim święcie. Staliśmy się główną atrakcją.
Mieliśmy szczęście, bo właśnie zaczynał się posiłek. Na szkolnym boisku rozłożono dywany i poczęstunek. Nasze pojawienie się wprawiło ich jednak w niemałe zakłopotanie. W Dagestanie podczas takich uroczystości mężczyźni jedzą zawsze oddzielnie, kobiety oddzielnie. A ściślej rzecz ujmując, mężczyźni jedzą najpierw, a kobiety później. Posadzić dziewczynę z mężczyznami? Nie wypadało. Tym bardziej w takiej symbolicznej chusteczce i wystającymi spod niej warkoczami. Faceta z kobietami? To już w ogóle obciach i wstyd. Przez dłuższą chwilę gorączkowo się naradzali, aż wreszcie znaleźli salomonowe rozwiązanie: posadzili nas oboje, ale oddzielnie od wszystkich.
Lody zostały szybko przełamane. Ludzie podchodzili do nas, robiliśmy sobie wspólnie zdjęcia, rozmawialiśmy. Tak otwartych, sympatycznych i w pewnym sensie nowoczesnych i pozbawionych kompleksów ludzi dawno w Dagestanie nie widzieliśmy. Wielu ludzi pytało o adres naszej strony internetowej, czy umieścimy reportaż z ich wioski itd. Nie narzucali się jednak tak jak to czasami ludzie na Kaukazie potrafią. Nie ciągnęli na siłę do domu, pozwalali pochodzić sobie tam gdzie chcieliśmy, porobić zdjęcia.
Na nocleg zaprosił nas miejscowy nauczyciel. Wieczorem była oczywiście obfita kolacja i rozmowy do późnej nocy. Dzięki opowieściom gospodarza, jego żony i synów dowiedzieliśmy się wiele o ich wiosce.
Mieszkańcy położonego w rejonie gergebilskim Maali są Awarami, przede wszystkim jednak po prostu Maalińcami. Identyfikacja z własnym dżamaatem (wspólnotą lokalną) jest niezwykle silna. Mówią własnym dialektem, który tylko w ok. 30% jest zrozumiały dla pozostałych Awarów. Żenią się i wychodzą za mąż wyłącznie za ludzi z własnej wioski. Mają własne, unikalne tradycje i obrzędy, odróżniające ich od mieszkańców sąsiednich aułów. W weselu nigdy nie biorą na przykład udziału mężczyźni z rodziny panny młodej. Maalińcy mają też własną muzykę i własny taniec, który tańczą podczas wesel.
Maali to bardzo religijna wioska. Nowo zbudowany meczet mógłby bez problemu pomieścić 200-300 osób. Większość mieszkańców stara się odprawiać pięciokrotny namaz, wielu odbyło hadż (pielgrzymkę do Mekki). Kobiety ubierają się bardzo tradycyjnie, wszystkie noszą chustki. Pije się niewiele. We wsi jest także wielu członków i sympatyków bractw sufickich, dużym autorytetem cieszy się najbardziej wpływowy dagestański szejk – Said-efendi Czirkejski. Ludzie są głęboko wierzący i poważnie traktują swoją religię. Daleko im jednak do fundamentalizmu i radykalizmu.
Na tle innych Dagestańczyków mieszkańcy Maali wyróżniają się optymizmem. Nie narzekają na trudną sytuację ekonomiczną, niskie płace, bezrobocie, korupcję. Po prostu zakasują rękawy i ciężko pracują. Czy to na miejscu, głównie w rolnictwie, czy w Machaczkale, czy też gdzieś dalej w Rosji (głównie w Kraju Stawropolskim). Wielu, jak nasz gospodarz, część roku spędza w Machaczkale, część w rodzinnym domu. Odzwierciedleniem pracowitości Maalińców jest sama wioska, która wygląda bardzo porządnie, a nawet bogato. Widać, że ludzie dbają o swoje domy.
Sporo młodych chłopaków z Maali pracuje w OMON-ie. Przydaje się to czasem w "razborkach" z sąsiednimi wsiami albo gdy trzeba odbić porwaną dziewczynę, które rodzice stanowczo nie zgadzają się na ożenek z porywaczem. Rzadko zdarza się to w Dagestanie, ale zdarza się(nie porwania, tylko brak zgody na ślub w takiej sytuacji). Wtedy Maalińcy-omonowcy ściągają swoich kumpli z tej samej formacji, krewni i sąsiedzi wyciągają spod łóżek kałachy i przeczesują okolicę do skutku.
Maali to jedna z najbardziej dynamicznych, optymistycznych i otwartych dagestańskich wiosek, w jakich byliśmy. Ludzie nie boją się tam nowoczesności, a jednocześnie dbają o zachowanie tradycyjnego stylu życia. Póki co udaje im się to łączyć.
Szkoda że byliśmy tam tylko dwa dni. Kiedyś z pewnością wrócimy ...
A oto zdjęcia które zrobiliśmy:
Zaintrygował nas kierunkowskaz z nazwą wsi i wiszące wszędzie zielone chorągwie
Panorama Maali

Minaret i kopuła nowego meczetu

Niestety jako innowiercom nie pozwolono nam wejść do środka

Minbar, czyli muzułmańska ambona

Zielona gałązka miała mało wspólnego z islamem. Miała chronić nowy meczet przed rzuceniem złego uroku

A tutaj mężczyźni dokonują rytualnych ablucji przed namazem

Przygotowania do posiłku na szkolnym boisku

Nie tylko oni dla nas byli ciekawi. Nam też przyglądano się uważnie i robiono zdjęcia.

Kobietom szybciej idzie przełamywanie lodów
Nie obeszło się bez uściskania dłoni lokalnej administracji

Godekan - centralne miejsce każdej wsi w Dagestanie

Tutaj codziennie zbierają się najstarsi ...

... i najbardziej szanowani mężczyźni w aule

Nie mogło ich tam zabraknąć i w świąteczny dzień

Podobnie jak babć

Kobiety dagestańskie są często bardzo piękne. Nawet w starszym wieku.

Maalinki ubierają się bardzo tradycyjnie ...

... szczególnie podczas świąt, kiedy imam wszystko widzi

Dziewczyny są już mniej konserwatywne. W Machaczkale niektóre z nich pewnie zdejmą chustki
Zarema bardzo zainteresowała się naszym albumem. Зарема, огромный тебе привет!
Chłopaki są już bardziej poważni.

Dagestańskie krasawcziki:)
Salam bratan! Sam otkuda?

Jak nazywa się ta wasza strona? Kaukaz.net? Zaraz obejrzymy...

Kilka zdjęć dzieciaków

Jak widać ogólna przyjazna atmosfera udzieliła się i osiołkom
Nawet bardzo

A to nasz gospodarz wraz żoną

I jeden z ich wnuczków
Iwona spodobała się gospodyni. Taka obrotna dziewuszka.

I na koniec babcia z wnuczkami.
Tekst i zdjęcia: Iwona Kaliszewska, Maciej Falkowski