Zainstalowali w Dagestanie kamery to trzeba było kogoś "zorganizować", żeby zagłosował – powiedzieć, że sprzęt zepsuł się już o ósmej rano jakoś nie wypada. Protesty można rozpędzić, ale wybory odwołać… Niech kobiety zmieniają chustki to będą mogły zagłosować kilka razy – nikt się nie połapie.

– Najpierw przezwali od amerykańskich szpiegów, prowokatorów i agitatorów, którzy chcą zakłócić przebieg wyborów – mówi Gurizada Kamalowa, dziennikarka dagestańskiej gazety „Nastojaszczije Vremia”. Gurizada wraz z bratam przyglądała się pracy komisji wyborczej w stolicy Dagestanu, Machaczkale, z ramienia „Nowoj Gaziety”.

– Mieli pecha. Przewodniczący komisji parę razy próbował się nas pozbyć, ale policjanci ochraniający lokal wyborczy nie mieli ochoty wykonywać jego rozkazów: może dlatego, że stali tam za darmo a nie za obiecane 7000 rubli (700 złotych)? Albo dlatego, że są miejscowi? Wybory-wyborami, prezydent-prezydentem, a oni tu mieszkają.

Wybory nie są po to, żeby wybierać!=

Mer Machaczkały, Said Amirow zwany „krwawym Roosevelt'em” (za ponoć bezpardonowe rozprawianie się z przeciwnikami), podczas marcowych wyborów prezydenckich bardziej niż poprzednio zatroszczył się o odpowiednią obsadę komisji. Zamiast oddelegowanych „budżetników” (którzy chętnie „w tajemnicy” opowiadali o przebiegu wyborów) tym razem komisjom przewodniczyli ludzie bardziej „zaufani”. Nie chodziło im o pieniądze (niektórzy już dawno zapewnili swojej rodzinie byt parę na pokoleń do przodu). Teraz oddawali dług wdzięczności szefowi, przełożonemu, przyjacielowi, musieli udowodnić lojalność. „Mężowie zaufania” swoją pracę wypełniali sumiennie, żeby nie powiedzieć nadgorliwie. Pomagali im ci, którzy sami są im winni lojalność.

W ciągu ostatniej dekady północnokaukaskim elitom wyborcy przestali być potrzebni: od czasów wejścia w życie centralizacyjnej polityki Władimira Putina utrzymywanie się przy władzy nie zależy już od poparcia społecznego. W latach dziewięćdziesiątych w Dagestanie wypracowano swoisty system etnowładzy, który zapewniał proporcjonalny udział w rządzeniu wszystkim grupom etnicznym, przeciwdziałał dominacji silniejszych etnosów bądź klanów. „Dagestańska demokracja” nie była do końca zgodna z rosyjską konstytucją, miała szereg wad. Jednak życie polityczne kwitło, toczyły się debaty publiczne, dyskusje, lokalni liderzy zabiegali o wyborców, starali się rozwiązywać miejscowe problemy. W republice mimo szeregu konfliktów o podłożu etnicznym udało się uniknąć rozlewu krwi dzięki mediacjom polityków, rozmowom.

Kiedy Putin zaczął centralizować Rosję życie polityczne ograniczyło się do kilku sankcjonowanych partii, zmieniono system wyborczy, zlikwidowano popularne w wieloetnicznym Dagestanie okręgi jednomandatowe, a w 2004 roku zrezygnowano z wyborów gubernatorów. Centralizacja, postrzegana początkowo jako „uporządkowanie”, z czasem jednak położyła kres wszelkiej debacie politycznej i poczuciu odpowiedzialności elit wobec wyborców. Aby zapewnić jak największą obecność dagestańskich deputowanych w Dumie „głosowano jednogłośnie” na partię władzy. Duże poparcie dla Jednej Rosji przynosi większe dotacje z federalnego skarbca. Pieniądze te zresztą trafiały i nadal trafiają do obywateli jedynie w śladowych ilościach: ich ogromna część ląduje w kieszeniach elit, które z kolei dole muszą odpalić też moskiewskim przełożonym. Sytuacja powtarza się na niższych szczeblach władzy: każdy kto coś dostanie musi podzielić się z szefostwem. Aby utrzymać się przy władzy nie trzeba więc troszczyć się specjalnie o wyborców, a jedynie „zebrać” od nich jak najwięcej pieniędzy (na przykład sprzedając stanowiska czy biorąc łapówki za „załatwianie spraw”) aby móc zapłacić osobie wyżej postawionej w hierarchii. Proste!

Ewentualne niezadowolenie „wyborców” można zawsze stłumić siłą czy postraszyć wyrzuceniem z roboty. Niezadowolenie Moskwy mogłoby „drogo” kosztować, dlatego dagestańskie elity muszą „się wykazać” przy okazji święta demokracji. Każdy w Dagestanie wie jak działa system, dlatego ludzie przestali w ogóle brać udział w wyborach. „Wyniki i tak już są znane”, „110% za Putina!”, „Po co komu ta farsa?”, „Może lepiej w ogóle nie organizować?”: można usłyszeć na ulicach Machaczkały.

Jedna chustka, jeden kalendarzyk

Przed wyborami prezydenckimi w marcu 2012 rządzący z lekka się zaniepokoili. Ktoś przecież musi „wystąpić” przez kamerami, które zainstalowali w komisjach! Nie mogą popsuć się tak od razu... Co będzie jeśli prawie nikt nie przyjdzie na wybory? Przedwyborczy miting na cześć Putina można było odwołać „z powodów bezpieczeństwa”. Ale wybory? Na domiar złego radykałowie wzywają do bojkotowania głosowania, straszą atakami. „Chwała Bogu” w Dagestanie nie brakuje nędznie opłacanych, lecz wciąż jeszcze karnych pracowników budżetówki, działa również system lojalności klanowych. Nauczycieli, pracowników administracji czy studentów zwożono do komisji wyborczych autobusami. Po co? Po kalendarzyk. A ściślej kalendarzyki. Przywiezione osoby głosowały bowiem parokrotnie. Co bardziej przedsiębiorczy agitatorzy zasugerowali kobietom zabranie kilku chustek na włosy, aby kamery nie wychwyciły kilkukrotnego głosowania. Trzy chustki, trzy głosy, trzy kalendarzyki. I do kolejnej komisji. Wydrukowany na nędznym papierze kalendarz z flagą był dowodem sumiennego wykonania polecenia szefa.

– Pod wieczór dzwoni do mnie znajomy i prosi, abym „skombinowała” kilkadziesiąt kalendarzyków – śmieje się Gurizada. – Nikt od niego z pracy nie poszedł na wybory
a wylegitymować się trzeba. Załatwiłam im około pięćdziesięciu.

Nam wsio rawno!=

Dlaczego na Kaukazie można „wpisać” dowolne rezultaty, wypełnić protokoły jeszcze przed wyborami? Zmusić ludzi do kilkukrotnego głosowania? Zastraszyć kalendarzykami? Dlaczego wszyscy o tym mówią i piszą podając szczegóły, nazwiska i miejsca, a prawie nie słychać głosów protestu? Strach przed przemocą struktur siłowych (oskarżanie przeciwników politycznych o ekstremizm to popularny element walki o władzę) oraz troska o niewielką, choć stabilną pensję to nie najważniejsze powody. Na Kaukazie się nie protestuje, bo coraz większej części społeczeństwa jest po prostu wszystko jedno. Przestają czuć się obywatelami Rosji. Nie dlatego, że marzą o separatyzmie czy państwie islamskim, ale dlatego, że od ponad dekady są ignorowani lub wręcz wykorzystywani przez władzę, dlatego, że muszą za wszystko płacić łapówki, dlatego, że przyjeżdżając do Moskwy przestają być pełnoprawnymi obywatelami swojego kraju. Coraz mniej obchodzi ich, co będzie dalej z „odległą i coraz bardziej obcą Rosją”. Mają swój mały, islamski uporządkowany świat.

Plac Błotny w Machaczkale

Protestujących w Moskwie czy Petersburgu tak naprawdę nie bardzo interesuje czy Kaukaz rzeczywiście wspiera Putina czy nie. Dagestańskie, czeczeńskie czy inguskie „90% plus” to obiekt ciągłych żartów. Bo czy mieszkający na Kaukazie muzułmanie w ogóle mogą mieć coś wspólnego z wykształconą „europejską” klasą średnią, której zależy na swobodach obywatelskich, prawach człowieka, uczciwych wyborach? Póki co więcej niż można by przypuszczać. Wystarczy wziąć do ręki takie dagestańskie gazety jak „Czernowik” czy „Nowoje deło”, gdzie w szczegółach, często z większą odwagą niż w Moskwie, opisywane są naruszenia prawa, korupcja, łamanie praw człowieka. Podawane są nazwiska i kwoty. Kilku dziennikarzy przez swą odwagę straciło życie, wielu jest zastraszanych. Ale „cziurków” z Kaukazu nikt słuchać nie będzie. Niektórzy protestujący chętnie widzieli by Rosję bez nich. W Dagestanie i szerzej na Kaukazie Północnym (zarówno wśród świeckiej jak i religijnej części społeczeństwa) jest jeszcze wiele osób, które są rosyjskimi patriotami i którym przyszłość kraju nie jest obojętna. Sęk w tym, że nie są oni potrzebni ani władzy ani opozycji.

Chwilę przed godziną dwudziestą, kiedy głosowanie zmierzało ku końcowi, przedstawicielka Jednej Rosji poprosiła Gurizadę i jej brata do pokoju gdzie, jak oznajmiła, chcieli z nimi porozmawiać dagestańscy deputaci. Dwóch smutnych „osiłków” odmówiło wylegitymowania się i zagroziło obserwatorom „wizytą” w Rejonowym Oddziale Spraw Wewnętrznych: miejscem gdzie nie przebiera się w środkach...



Iwona Kaliszewska jest redaktorką portalu Kaukaz.net, doktorantką wydziału Etnologii
i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Stała współpracowniczka „Nowej Europy Wschodniej”, współautorka książki Matrioszka w hidżabie. Reportaże z Dagestanu i Czeczenii.

Tekst napisany dla www.new.org.pl


(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!

Tłumaczenie z rosyjskiego i nowe teksty na stronie zostały sfinansowane w ramach progamu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolnosci "Przemiany w Regionie - RITA", realizowanego przez "Fundację Edukacja dla Demokracji".