Część Pierwsza

PŁASZCZYZNA KAUKAZKA

Smutny widok. Dawne ludy. Terazniejsza ludność. Jej pojęcia religijne i społeczne. Stawropol. Rozmowy z rekrutami. Stanice kozackie. Georgiewsk i okolice. Rzeź chłopów. Kałmuckie jurty. Jekaterynograd. Mozdok. Kościół katolicki. Ksiądz Hygin Antonowicz. Kozacy starowiercy i ich odrębność. Obyczaje i zabawy. Kobiety. Rozruchy kozackie w Czerwlonnej. Spotkanie z wiarusem w okopie. Kiźlar. Grochowscy wiarusy.

Zamęczenie Żebrowskiego. Cyfra ludności. Pierwsze zajęcie płaszczyzny przez Moskali. Postawienie linji warownej. O kozakach i uch urządzeniach.

**

Za południową granicą ziemi Kozaków dońskich, między Czarnem morzem, Wołgą a Kaspijskiem morzem, leży olbrzymia, bezleśna i prawie bezwodna przestrzeń. Przysuwa ona krańce swoje południowe do Kubania, Małki i Tereku.

Przestrzeń ta nosi właściwą nazwę Kaukazu, pożyczając jej z pewnością od wielkich gór na południu wzniesionych.

Dwie drogi ją przecinają, jedna od źródeł Donu do Georgiewska, druga od dolnego Donu do Stawropola. Dwie inne drogi wiją się nad brzegami morskiemi. Wszystkie one wzdłuż zabudowane, o kilka mil odległemi od siebie siołami. Po za niemi pustki, stepy, próżnia! Wprawdzie wędrowiec spotka się niekiedy z koczującemi jurtami pasterskich Kałmyków lub Nogajców, ale gromadki te nikną w oceanie przestworu! ..

Jak gdyby wody morskie dopiero ustąpiły z tej ziemi, jak gdyby mór wyniszczył ród ludzki, lub pożar przeszedł przez tę krainę, dziś tak dziką, tęskną i jałową!

Lecz nie wody to morskie, ale ustąpiły plemiona mające w sobie poczucie niezależności. Nie mór wyniszczył ród ludzki, ale nowe hordy najezdnicze wyparły słabszych od siebie. Nie pożar przeszedł tę ziemię, ale ukazy ujarzmiające kraj obszerny zimnem swojem mroziły!

Martwość tylko uderza dokoła. Żadnego życia, żadnej odmiany widoków! Wszystkie sioła i wszystkie domy podobne do siebie. Wszystkie cerkwie, wszystkie zarządy sielskie (uprawy) i wszystkie poczty podług jednych planów stawiane.

Jak pod względem zmysłowym, tak i pod względem duchowym jedno jest życie, nie ma gry pojęć. Wszyscy urzędnicy i wszyscy osadnicy myślą i mówią podług przepisów z carskich kancelarji wydanych. Właśnie życie ustąpiło z tych indywiduów ... tak stały się bezdusznemi machinami, zaledwie troszczącymi się o swój byt.

Podróżnik szuka okiem czegoś, coby tę przerażającą nagość pokryło, lecz na całej przestrzeni znajduje się zaledwie kilka zarośli i kilka rzeczek sączących wody. Wszystkie one, Jegorłyk, Taszła, Mamajka, wysychają zupełnie w lecie, w głębszych tylko wpadlinach zostawując wodę. Jedna rzeka Kuma przerzynając step odwilża karłowate laski, co nad nią szumią smutniejszą od smutnych pieśnią: lecz i ona nie idzie bujać z wodami morskiemi a znika niewolniczo w trzcinach i paskach. Brak ten lasów i wody wyniszcza ziemię, pozbawia wilgoci. Dzeszcze bywają rzadkie, a ziemia złożona z marglu lub lekkiego pęka od spiekot. Okolica znosi gorąca do 30º R. a mrozy do 20º. W porze zimowej, wiatry i zamiecie dokazują w stepach prawie bez ustanku. Sioła też są nagie, prawie nigdzie nie ma sadu lub drzewka przy chacie, a nawet przy cerkwi. Oto obraz całej płaszczyzny! ...

Inaczej tu być musiało kiedyś, nawet w przedhistorycznych czasach, kiedy o świcie dziejów miejscowych, w VII. W. przed Chr. Przemykały tędy tłumy Cymbrów i ścigające je tłumy Scytów taurydzkich. Musiało być bujniej, weselej, gdy ci ostatni chętnie na długie lata rozgościli się w tej ziemi. Za trzeciego wieku ery Chrześcijańskiej, za Chazarów z pewnością też skrzętniej tu bywało. Musiało być życie, gwar i siła, gdy lud ten potrafił się rozwinąć i przenieść swe panowanie aż do Kolchidy.

Dziś śród bezhucznych stepów, wyobraźnia podróżnika odtwarza sobie ich jurty ruchome z rojem snujących się do koła ludzi, i patrzy się na hufce bujną trawę tratujące a opierające się najazdom wypartych w V. w. z baszkirskich siedlisk, Ugrów i Saragurów, a potem i napływom turkomańskich ludów.

Dziś chciałoby się nawet te hordy ujrzeć, byle zaludnić nieobjęte okiem stepy i poruszyć martwą przestrzeń do życia. Chciałoby się obudzić z wieczystego snu nawet Połowców i Pieczyńgów, którzy w IX. Wieku, po Chazarach dzierżyli tę ziemię.

„Pieczyngi, Połowcy! Dzikie te ludy, krwiożercze hordy,” powiadacie. Ależ oni mieli miasta, prowadzili handel. Powinni się dać przykroić do pojęć do pojęć dzisiejszej cywilizacji. A przy tem byli silni. Odwiedzali oni naszych Polanów naddnieprskich, a kniaziowie kijowscy zęby łamali o ich grody. Gdzież dziś te grody, gdzie miejsca po mich?! W przepaść zapadły ...

Lecz zastanówmy się, a uznamy, że niepodobna, aby i teraz właściwego tu życia nie było, choćby ono było bierne? Ukaz, systemat, nakreśla plany osad i budowli, nakreśla linją myśli, pod którą nie wolno wychylać się umysłowi; jednak przed tą linją muszą znajdować się stopnie wiedzy i uczucia ludzkości. Muszą się znajdować i są.

Jest rozmaitość i na stepach kaukazkich! ...

Oto jest ubiór odmienny osadników moskiewskich od osadników małoruskich. Ubiór, zwyczaje ojczyste, przechowali oni jeszcze osobne na nowem zaludnieniu. Śpiewy, gadki, zabawy mają różne, a prawie te same, jakie wynieśli z prowincji, w których ich dziadowie, ojcowie lub oni sami przebywali.

Oto we wsiach są cerkwie, choć wszystkie białe, choć wszystkie puszą się pięcioma zielonemi kopułami, lecz jedne są z gwiazdami, inne bez gwiazdek. Choć wszystkie chaty są nowe, lecz u Małorusinów są więcej chędogie i wybielone. Choć jednako suszony nawóz odjęty roli, lub słoma utrzymuje ogniska domowe, lecz Małorusini gotują strawę codzień, a Moskale co tydzień. Małorusini każdą potrawę przyrządzają osobno, Moskale zaś lubią mieszać wiele potraw w jednę i przechowywać ją w skwaszeniu.

Taka jest różnica i podobieństwo ogólne ludu tutejszego.

Cała ludność od cuchnącej rzeczki Jegorłyka aż do Stawropola jest bez najmniejszego wykształcenia społecznego i religijnego.

W społeczeństwie widzi tylko nadziemską wolę, potęgę i świętość cara. Car jest wielki i nieomylny. Złe jakie się dzieje, dzieje się bez wiedzy cara. Car jest panem świata całego, panem królów i książąt ziemskich. Kto wojuje z carem jest buntownikiem wyłamującym się z pod jego boskiej władzy.

Małorusin w ohydzie ma nazwisko obrońcy swojego hetmana Mazepy, jako wyklętego w cerkwi. Nazwanie którego z nich Mazepą uważa się za obelgę.

W religji pojęcia czysto pogańskie. Lud widzi trzech bogów w trójcy. Każdy obraz ma za Boga i nazywa nawet te obrazy i ołtarzyki bogami. Mówią: „mam w izbie mało bogów kupię jeszcze ze dwóch”. Każdy święty jest w ich pojęciu wyniesionym na bożka niższego rzędu. Aniołów sobie wyobrażają jako gwardję przyboczną Boga, Archanioła Michała widzą jako jenerała aniołów i adjutanta boskiego, z jeneralskimi szlifami i akselbantami. Widziałem w przysionku jednej cerkwi wielki olejny obraz św. Eljasza, w mundurze carskim, z orderami, jadącego po obłokach na kibitce zaprzężonej w trzy konie w hołoblach, któremi zwoszczyk z rozczochraną brodą kierował.

Stopnie hierarchii wyobrażają ten lud i w piekle. Lucyper tam przewodzi. Antychryst jest przyszłym przeciwnikiem Michała Archanioła. Są djabli starsi i młodsi. Starsi chodzą po świecie i kuszą, młodsi w piekle gotują smołę w kotłach i męczą grzeszników. Węże, żmije, padalce, jadowite żaby, psy, są najniższą kastą diabłów.

Popów nie szanują jednak, unikają z nimi spotkania, a w razie zejścia się dla uniknienia nieszczęścia plują po za siebie, rzucają szpilkę lub igłę, albo też słomę. Biją się z nimi po karczmach i po weselach, bo wielu z popów prócz nauki czytania, niczem się nie odznacza od chłopów.

Popom nie wolno w sielskich cerkwiach miewać kazań ani własnego wykładu ewangelji. Niekiedy polecono im z góry odczytanie niektórych wykładów i odezw urzędowo-synodalnych, a słowa te lud uważał całkiem za święte.

Lud cały wszystkich cudzoziemców nazywa niechrestami, to jest nieochrzczonymi, chociażby to byli i Chrześcijanie. Takie same pojęcie ma i o Polakach. W zdziwienie więc wprawiłem jedną rodzinę małoruską, u której postawiono mnie na kwaterze, opowiadaniem mojem o Chrześcijaństwie w Polsce i upewnieniem, że Polacy żegnają się, że mają obrazy świętych, że wyznają Boga w Trójcy św., że czczą Matkę Jezusa Chrystusa, że mają ewangelję, że święcą dnie uroczyste Apostołów i Ojców kościoła, nareszcie, że papież jest głową kościoła.

W niedowierzaniu kazali mi się żegnać po polsku i mówić Ojcze nasz. Zauważali, że żegnając się, kładłem wprzód rękę na lewe niż na prawe ramię. Tłumaczyłem im to zwrotami językowemi, i że położenie ręki na lewem ramieniu przypada tak samo na wyraz Ducha, jak i u nich.

Z niedowierzaniem też słuchali mnie o papieżu, że jest głową naszego kościoła i że z Rzymu błogosławi nam.

- Jak to, mówili, może wam papież błogosławić, kiedy my ledwo słyszymy o nim. Rzymski papa, dodał gospodarz, jest świętym na ziemi, dla czegóż on pozwala wam żegnać się inaczej i komunją inaczej przyjmować?

Wedle znajomości teologicznych tłumaczyłem wszystko w duchu pojednania, nic nie wspominając o carze; wszelako z późniejszego traktowania tej materji wywnioskowałem, że papieża uznają, jako najwyższą, nieumierającą nigdy istotę duchową, której nawet car słuchać powinien, ale car ma przecież władzę i nad papieżem, tylko musi uważać na jego święte życzenia

Widząc takie ciemne ich wyobrażenia o chrześcijaństwie, zadałem im do rozwiązania zagadkę:

- Coby też było, gdyby Bóg umarł, ktoby został Bogiem?

Starsi i młodsi zafrasowali się tem zapytaniem i sam wzdrygnąłem się na myśl, że znalazłem ludzi niby to chrześcijan, którym ośmieliłem się poddać podobną kwestję. Ale nie odwołując zapytania, doczekałem się odpowiedzi gospodyni:

- Przecież Bóg nie umrze.

To przecież wyrzekła z niejakiem wahaniem się.

Jednakowo, powiadam, wiecie, że Jezus Chrystus był ukrzyżowany i zstąpił do piekieł, więc gdyby jeszcze chciał grzechy ludzkie odkupywać i dał się znowu umęczyć i poszedł na dłuższy czas do piekieł, któżby więc rządził światem?

- A prawda, odpowiedzieli.

- Ja sądzę, dodałem, że car byłby Bogiem a może że papież?

- Ale, gdyby już taka była wola Boga, powiedział gospodarz, uchylając czapki, toby rządził światem pewnie car.

Ta odpowiedź rodziny małoruskiej przejęła mnie rzetelnym bolem. Przez niewiadomość swoją krzyżowali Chrystusa, którego im wprawdzie nie dano poznać. Przez ciemnotę nie poznali ani papieża ani cara, wyobrażając sobie ich osoby jako istoty nadprzyrodzone; nawet nie znają zasad wiary, pod imieniem której pcha ich car, gdzie przewącha zdobycz. Małorusini wtrącają cara do pomazańców Bożych, nie wiedząc, że go odpychają popi, a przedewszystkiem głowa synodu – car! ... Co za chaos wyobrażeń religijnych! Machjawelska [1] zręczność, czyli, co na jedno wyjdzie, moskiewska zręczność w opowiadaniu słowa ogłupiła ten lud. Wychodząc z kwatery powiedziałem gościnnym ludziom:

- Pamiętajcie, że car umiera, że papież umiera, a Bóg nigdy.

Pomiędzy takim ludem, z gromadą sołdactwa postępowałem ku górom niechcącym zaprowadzić u siebie moskiewskiego szczęścia i porządku pod linją nakreślonego.

Szedłem z innemi by zmusić te buntownicze góry, do narzuconego im szczęścia i doli błogiej?

Śród zimna, głodu, niewygód rozmyślając o tym fatalnym losie, duch w człowieku zamarzał. Jednak każdy z nas skazańców złożył w duszy swej przysięgę, że kropla krwi wolnej i niewinnej nie obciąży jego sumienia, a biada by była, gdyby kto tę przysięgę złamał.

Zbliżając się ku Stawropolowi, z radością ujrzeliśmy przecie gdzie niegdzie wyrosłe drzewka po wsiach, a nawet u samego miasta zobaczyliśmy lasek, miejsce letnich przechadzek.

Stawropol też nas zajął, jako obszerne siedlisko 30-tysiącznej ludności. Z początku był on jednym z czterech punktów warownych, założonych w 1777 roku na linji kaukazkiej, a wkrótce stał się stannicą kozaków Choperskiego pułku. W r. 1786 zamieniony został na powiatowe miasto, a po zniesieniu w r. 1822 w Georgiewsku władz gubernjalnych, stał się głównem miastem obwodu (obłasti) stawropolskiego. W r. 1847 temu obwodowi znowu dano nazwę gubernji, a miasto pozostało jej stolicą. – Skupia się tu kilka władz. Oprócz zarządów gubernjalnych istnieją obszerne biura wojskowe, oraz władze duchowieństwa prawosławnego, gimnazjum z koszarami, pensja rządowa i prywatna panien, seminarjum prawosławne, teatr czasowy i ochronka sierót.

Ogólny wyraz miasta jest monotonny, podobny do wszystkich nowych miast moskiewskich. Wszystkie ulice rozpierają się szeroko, rzadko zabudowane, domy czysto zewnątrz wyglądają, ale podobne do siebie. Sobór na wzniesieniu postawiony, szpital wojskowy, parę innych gmachów i jeszcze spacerowy bulwar gołowiński, nieco ożywiają tę młodą suchotniczą fizjonomią miasta [2].

Nic tu zresztą nie ma szczególnego; chyba że prócz kilku cerkwi, miasto posiada ormiański kościół i kaplicę katolicką.

Po parodniowym pobycie, wyprawiając się w dalszą drogę, musiałem porzucić z widoku tę stawropolską rozmaitość, lasek i kilku źródeł, bardzo skąpo opatrujących mieszkańców w wodę.

Od Stawropola prócz tej, którą przebyliśmy, rozchodzą się zgięte dwie inne drogi, ku brzegom morskim na wschód i na zachód prowadzące. Trzech z nas wysłano zachodnią, ja z dwoma kolegami wyprawiony byłem wschodnią drogą.

Był to grudzień bardzo mroźny, gdyśmy właśnie wtedy pierwszy raz, w towarzystwie nowego etapu przechodzili te strony ku morzu Kaspijskiemu. Doświadczamy głód na stepach, przemarzanie źle okrytych członków, a zresztą ciekawość rzeczywistej przyszłości, parły myśl każdego z nas ku górom. I obietnic mieliśmy nie mało. – Jeden z rekrutów, ćwiczony już parę lat w rezerwie wojsk kaukazkich, stojącej nad Azowskiem morzem w Taganrogu, uważający się za doświadczeńszego ode mnie, dawał mi i kolegom wiele otuchy na przyszłość.

- Ty zdaje się umiesz czytać, przemówił.

- Umiem, odrzekłem.

- I pisać umiesz?

- Umiem też.

- To się nie bój carskiej służby, przemówił znacząco. Jak tylko przyjdziesz do pułku, zaraz cię zapytają, czy znasz jakie rzemiosło lub czy umiesz pisać. A gdy powiesz, że umiesz, weźmie cię feldfebel do pisma rotnego, a u niego zawsze ci się dostanie kawałek mięsa, gdy nie doje. Nie jeden żołnierz, gdy mu list do domu napiszesz, wyczyści na ciebie broń, wypucuje ci rzemienie i guziki, albo ci buty, szynel czy też mundur sporządzi. A nie raz za list wpadnie ci kilka kopijek. Nikt cię bić nie będzie, a jeśli ci się dostanie, to tylko od feldfebla albo od oficerów.

Takie smutne nadzieje, podawane nam i przez innych rekrutów i przez konwojujących żołnierzy przy innych okolicznościach, budziły by nasz śmiech, lecz teraz pewną otuchę w ciężkiej naszej doli robiły. Rad był człowiek, iż pisaniem zarobi sobie czasem na kawałek mięsa, lub przyszczypkę do buta i że nie każdy odważy się do bicia.

Ale starzy żołnierze, świetniejszą nam nadzieję robili. Byłto właśnie czas strasznych klęsk, jakie Moskale ponosili na Kaukazie. Żołnierze opowiadali o góralach jako dziwnych rabuśnikach, którym wojska podołać nie mogą z powodu zdrady jenerałów; opowiadali o rzeziach w stannicach, o wyciętych załogach fortów, o walnych bitwach wygranych przez górali, o ludziach zabieranych do niewoli i o zbiegach dobrze widzianych u Szamila i otaczających jego osobę.

Tych opowiadań bez końca, a każdego z licznemi warjantami lubiliśmy szczególniej słychać i wypytywać o położenie gór, o sile górali, o urządzeniu ich wojska; gdyż wtedy zdawało się nam, iż najpatryotyczniejszym i najlepszym krokiem do pozbycia się niewoli moskiewskiej będzie przejść w góry, albo wreszcie oddać się do niewoli góralskiej.

Z tą nadzieją postępując, widząc już nie raz nowe i coraz urozmaicane widoki natury, krzepiliśmy się na siłach, które jakby na pół wypite zostały na jałowych stepach. Od samego Stawropola w czasie dni pogodnych, mogliśmy dojrzeć góry niby obłoki, zwieszone przy krańcach pochylającego się horyzontu, lub niby ogromne kłęby dymu w nieporuszone masy zbite.

Obok nas zawsze jeszcze stepy, a w czasach śnieżnych zamieci, biada temu ktoby na nich zabłądził! Bywały wypadki, że całe partje stepowe wymarzły, zbiwszy się na bezdroża. W czasach nieśnieżystych droga ta opatrzona drogozkazami wiorstowemi z wysokich biało kamieni, lub ze słupów marmurowych, biało tynkowanych jest pewniejszą.

Już od Stawropola przechodziliśmy przez stannice, zamieszkałe przez kozaków linjowych. Stannice te okopane i uzbrojone obronnemi wrotami, niczem się nie różnią w wewnętrznym ustroju od siół poprzednio widzianych. Mężczyźni więcej zajęci koniem, szaszką [3] i karabinem, niż gospodarstwem domowem; kobiety gadają o racjach skarbowych (pajok), o sianie dla bydła i zdobyczach w górach. Kozacy piesi zmieniają warty na wyżkach u wrót, konni objeżdżają co rano pola i zaciągają warty na okopanych i cierniem najeżonych wyżkach na polu. Inni zaś szykują się do przyszłej ekspedycji, a kobiety przyrządzają im suszone jedzenie, oporządzają bieliznę i opatrują konie i dobytek.

Lud zwinniejszy, ruchliwszy, więcej otarty w świecie i dumniejszy swem nazwiskiem kozaka. A im droga więcej nachyla się ku górom, tem lud zamieszkały na niej jest butniejszym i pewniejszym mocy swego ramienia, częściej próbując go w tańcach z góralami.

Pod względem wyznania nie ma też tu owego wstrętu religijnego, jaki cechuje wnętrze państwa. Prawosławni razem występują z sekciarzami, nawet z Sóbotnikami z Aleksandrowa, chocież ci przy języku, obyczaju i biblji słowiańskiej, trzymają się wyznania mojżeszowego, przyjmują obrzezanie, święcą dnie sobotnie i główniejsze święta żydowskie [4]. Dopiero od roku 1838, to jest od czasu powrotu cara Mikołaja z Gruzji, zrobiono z nich kozaków. Jest ich razem z kobietami i dziećmi około półtora tysiąca ludności.

Etap nasz długiemi codziennemi marszami posuwał się od stannicy do stannicy. Przy srogich mrozach brak żywności najwięcej dokuczał i wprawiał w bezsilność. Był to rok powszechnego głodu na Kaukazie. Chociaż na ten czas dla przechodniów etapowych, rząd powiększył strawne (kormowyje), jednak z powodu braku zboża po stannicach często za kawałek chleba trzeba było wydać całodzienny fundusz. W miastach zaś, gdzie zwykle bywały dzienne lub dłuższe odpoczynki, zamiast pieniędzy dawano chleb lub suchary i ową znaną po świecie nieszczęśliwą krupę.

To też gdy sinawa zasłona lekkiej mgły usunęła się z przed oczu, gdy okazały się już dość z bliska wychylające się z wieńców chmur wierzchołki, przypatrujące się kurhanom i wzgórzom niższego rzędu, a przed niemi jeszcze ukazał się Gieorgiewsk, etap ucieszył się, a ta uciecha znaczyła nadzieję dostania chleba i polewki krupiannej. Z radości i z upoważnienia oficera, komenderującego konwojem, rekruci taganrogscy zaśpiewali pieśń wojenną:

„Na szto było agarod gradit’,
Za cziom było kapustu sadit’”.

I na drugą nutę:

„Jeszcze Polska nie zginęła”,
„Sławsia, sławsia Ruś świataja!”

Obie wielkiego ducha wojowniczego, a wystawiające bohaterskie czyny Paszkiewicza [5]; obie depczące kości polskie, na których wzniesie się tron białego cara. Pieśni te z powodu bójek z żołnierzami Polakami, nieznoszącemi urągania, w całem wojsku zostałe zabronione.

Georgiewsk [6] od r. 1777 był warownią, potem powiatowem, a nareszcie głównem miastem prowincji kaukazkiej. Dzisiaj jest dość porządnem, podług wyrażenia urzędowego zaetatowem miasteczkiem. Posiada dwie drewniane cerkwie prawosławne i jeden kościół ormiański, magazyn zboża, szpital i kilkanaście sklepów handlowych. Domy prawie wszystkie kryte są słomą.

Kwatery żołnierskie u mieszkańców Georgiewska nie były lepsze od tych, jakie poznaliśmy poprzednio w stannicach i siołach. Tu jak i wszędzie przyjmowano wojsko wcale niegościnnie, jako natrętów gromadami bezustannie przechodzących to w tę to w inną stronę i zalegających izby nawałami, a jeszcze żebrzących albo domagających się żywności. Przytem gospodarze bali się wszędzie żołnierzy zostających na kwaterze jako złodziei i rozpustników, bali się zostawiać samych w domu i śledzili ich kroki a nawet spojrzenia. Taka niepoczesna opinja spadała naturalnie i na nas skazańców, jako na ludzi po rekrutsku przyodzianych. Śmieszne często lecz i przykre spotykały nas z tego powodu zdarzenia. Nieraz przekupka, u której się kupowała dzienna prowizja, wytrząsała nam rękawy, czyśmy w nie czego nie schowali. Nieraz opuszczając wieś, na skargę gromady o jaką kradzież stawaliśmy razem z całym etapem do ogólnej rewizji.

Dowiedzieliśmy się o pobycie w Georgiewsku kilku familji urzędniczych, polskich. Sympatja i ciekawość wiodła nas w ich progi; obawa zaś o niegrzeczność i niegościnność wstrzymała nas od tego zamiaru. Okazało się, że zrobiliśmy dobrze. Później jeden z moich czasowo tu przyjaciół, mający ułatwienie do zawiązania stosunków, niekorzystnie określił to wynaradawiające się kółko polskie, nad które przeniósł moskiewskie. Napisał on mi w jednym liście. „Wczoraj był pierwszy bal, jakie tu będą dane w tegorocznym karnawale i pierwszy raz widziałam całe towarzystwo gieorgiewskie. Według zachwytu wschodniego, włożyłem palce podziwu w otwarte usta zdumienia, na tyle ładnych i tak bardzo ładnych dziewcząt i kobiet. Poznajomiłem się pierwej jeszcze z czterma domami, których nazwiska ciągnęły mnie siebie. Jasińscy, Garczyńscy, Gruczeccy, Rakowicze, czegoż chcesz? Biada, mój bracie, w tych czterech domach nie słyszałem ojczystego słowa i nie usłyszę go niezawodnie. Dziś byłem u Szaphinów, Wasilewów, Miekinów, i żałuję nawet, żem z tego końca sobie znajomości nie zaczął. Spotkałem wszędzie gościnność i nieprzymuszone obejście. W Georgiewsku zupełnie brak młodzieży, zaledwie pięciu lub sześciu do ludzi podobnych chłopców kręci się między kilkunastu pięknej krwi dziewczętami.”

W bliższych lub dalszych promieniach Georgiewska wznoszą się wsie różnych narodowości, będące własnością obywateli ziemskich (pomieszczyków). Między obywatelami znajdują się Moskale, Małorusini, Ormianie i naczelnicy osad nogajskich i tatarskich. Z tych ostatnich potomek krymskich Girejów [7], Szan-Girej, pan na Stołypinie, wiosce o stu chatach, jest bardzo światłym człowiekiem. Przyjemnie go widzieć w ubiorze góralskim, z piękną elegancką brodą, za stołem obciążonym książkami z Zachodu.

Inni zajęci są przedewszystkiem dochodami, uważając ziemię i chłopów za środek do zysków. Z tego powodu między chłopami a panami wywiązywały się niesnaski, sprawy u gubernatora, wojskowe egzekucje lub przymusowa zgoda. Największem jednak z zajść, jakie istniały z podobnych powodów, była w roku 1853 sprawa obywatela Katautarowa, która zakończyła się krwawą katastrofą.

Ów Katautarów, Ormianin, kupił w tych stronach wieś zaludnioną wychodźcami z Rossji. Rościł on prawa nie tylko do ziemi, ale i osiadłych chłopów chciał uważać za kupioną swą własność. Chłopi zaś uważali się za wolnych i za obowiązanych tylko do niektórych powinności za posiadane przez nich grunta. Sprawa ta, przybierając coraz groźniejszą postać, zrobiła z Kałautarowa i z chłopów, dwa walczące na drodze prawa obozy. Gubernator Zabołockij w wyroku administracyjno-sądowym zatwierdzonym w Tyflisie, uznał za słuszne pretensje Kałautarowa i nakazał chłopom posłuszeństwo (pokornost’) i odrabianie pańszczyzny. Tego wyroku chłopi nie uznali i nie wdając się w dalsze procesa, któreby się już musiały rozstrzygnąć w Petersburgu dalekim, postanowili bronić się uporem. Zabołockij ten upór nazwał buntem i wyprawił do wsi piechotę, kozaków i dwa działa. Chłopi wystąpili gromadnie, bezbronnie, ale słuchać nie chcieli wezwania naczelnika siły zbrojnej do posłuszeństwa. Naczelnik więc, polegając na energicznym rozkazie gubernatora, kazał wytoczyć działa i sypać kartaczami. Około dwustu z nich położono trupem, lub okryto ranami. Pozostali od dzikiego wytępienia chłopi, musieli oddać się z żonami i dziećmi w poddaństwo Kałautarowa. Namiestnik Kaukazu ks. Worońców za ten mord, nazwany czynem energicznym, drukiem oddał publiczne pochwały przywódzcy rzezi i rozporządzeniom gubernatora. Za zmianą namiestnika chłopi udali się do przejeżdżającego na nową posadę jenerała Murawiewa Karskiego, który w obec toczącej się wojny wschodniej, nakazał nowe przeprowadzenie sprawy. Śledztwo podejrzywało, czy też wykryło przekupstwo wyższych urzędników, których Murawiew kazał wypędzić ze służby i za niedołęstwo wydalił z urzędowania jenerała Zabołockiego. Czy i jakie chłopi otrzymali wynagrodzenie klęsk swoich, wcale nie wiem. Między liniami stannic, obok siół obywatelskich i rządowych na stepach wolnych, wyrastają jeszcze co rok i przenośne jurty kałmuckie. Jurty te składają się z kilkunastu, z kilkudziesięciu albo i więcej namiotów, w kształcie półkuli z otworem u góry, z grubego wojłoka zbitych. Namioty te, zwane kibitkami stoją obok siebie, w porządnym szeregu, a przy każdym są wbite pale z żelaznemi kółkami dla uwiązywania koni i stoi wóz na dwu wysokich kołach, nazywany arbą albo nawet i kibitką. Każda jurta ma swego naczelnika, każdy gospodarz kibitki jest głową swojej rodziny [8]. Życie patryarchalne, pasterskie, gościnne a ubogie, jest znamieniem koczowników. Otwarta przyroda, nieścieśnione powietrze, nieścieśnione niebo, przestwór lądowy tak im potrzebny jak chleb i woda. Naturę i ziemię mają według swoich pojęć za matkę, którą szanują i czczą, a której nie chcą wyzyskiwać i boją się ją wysilać pruciem jej łona. Unikają pługa, unikają wieczystych siedlisk; chcą jako czasowi pątnicy spędzić życie na prawdziwej wędrówce.

W wnętrzu, na środku namiotu pali się ogień, nad którym na drągach zawieszone kotły gotują z mlekiem kałmucki czaj, napój z suszonych stepowych ziół, bardzo lekki, posilny i zdrowy [9]. Niekiedy, z boku ogniska, na rożenkach, opiekają się kawałki baraniny a nad tem wszystkiem, wiszą wędzone połcie koniny. Jedna strona namiotu prawie do połowy zajęta siodłami, uprzężą, kołdrami, kożuchami, naczyniami i zwierciadłami. Kilka kutych butów leży przygotowanych do polowania na wilki i zający. Dzieci zupełnie nagie, bawią się niemi albo wywracają kozły dokoła ognia.

Gdy gospodarz rozłoży tapczan na ziemi i zaprosi gościa siadać, gdy podstarzała niewiasta częstuje go mlekiem kobylem, jednak z młodych dziewcząt sadowi się przed nim milcząca i omytemi palcami ściągając z rożenka upieczoną baraninę, naiwnie wkłada mu kąski w usta. Za gościnność gościnnością się płaci. Dzieci a nawet dziewczęta przyjmują podarunki, przyjmują i pieniądze na buty z cholewami, na czerwoną rogatą czapeczkę lub na żupanik jaskrawy. Kożuchów nigdy im nie zabraknie, bo mają dużo owiec.

Wszystek lud kałmucki nosi jednaką odzież. Płeć pomiędzy niemi można jedynie odróżnić po gołej twarzy kobiety, lub po obrosłej brodzie mężczyzny. Dziewczyna nosi kilka splecionych warkoczy opuszczonych na plecy i na ramiona. Chłopcy i starzy chodzą z ogolonemi głowami.

Kwadratowe, czerwono-oliwkowe twarze z małemi zaklęsłemi w płaskie nosy oczami, niemiłe robią na obcych wrażenie, choćby to była najpierwsza piękność kałmucka. Wszelako nie należy przesądzać poczucia piękna ... de gustibus non est disputandum ... wiele z kozaków podobało sobie w kałmuczkach i pożeniła się z niemi.

Opuszczając Georgiewsk i jego okolice, podróżny na dalszej drodze spotyka coraz większe ożywienie. Czujność kozacka podwojona, a każdy przejezdny ściśle opatrywany i badany. Między stannicami po drodze nie ma już białych słupów, któreby służyły do orjentowania się górali; ale stoją coraz częstsze i coraz silniej wzmocnione wyżki. Oko kozaka stojącego na pokładzie spartym na czterech słupach, strzeże wszelkiego bezpieczeństwa. Kilku lub kilkunastu ludzi i tyleż koni osiodłanych jest zawsze gotowych do dania pomocy, lub do zrobienia alarmu. Opodal każdej wyżki sterczy słup okręcony wysmoloną słomą, która się zapala na znak trwogi.

Droga, stannice i wyżki zginają się na południe ku rzece Małce i w tem na linji najbardziej wysuniętem ku górom miejscu zbudowano było miasto Jekaterynograd, zamienione w r. 1822 na stannicę kozacką. Zachowuje się tam dotąd wymurowana przez Potemkina wielka brama tryumfalna na wjazd carowej Katarzyny II, a przy szpitalu istnieje dom kwarantanny od dżumy.

U mostu rzuconego przez Małkę łączą się dwie drogi: wojenno-gruzińska na południe i kiszlarska ku wschodowi. My z etapem poszliśmy po ostatniej, a przebywszy kilka znowu stannic, znaleźliśmy się w Mozdoku, który uwagę naszą dłużej zatrzymał.

Mozdok, będący dawniej jednym z uzbrojonych punktów na linji kaukazkiej, jest teraz miastem powiatowem, liczącem kilka tysięcy ludności, składającej się przeważnie z Ormian trudniących się wyrobem wina i handlem. Obecnie istnieje w nim kilka kościołów prawosławnych i Ormiano-gregorjańskich i jeden kościół katolicki.

Ten drewniany kościół katolicki zwraca na siebie uwagę z powodu swojej wyłącznej struktury, odbijającej w miniaturze kościół św. Piotra w Rzymie, już z powodu poczestnego [10] miejsca, jakie zajmuje między innemi kościołami wznosząc się między krzewami róż i stuletniemi bukami na jedynym a wzniosłym pagórku. Każdy myślał, że kościół ten mogący swobodnie pomieścić kilkaset osób, jest domem modlitwy dość licznej parafji, gdy tymczasem parafją tę składa zaledwie trzydzieści kilka familji ormiańskich, za nadto ubogich, aby podobny budynek swoim kosztem podnieść mogli. Zastanawia to każdego, jak również i to moskiewskie uwzględnienie, ustępujące katolikom dominującego w mieście pagórka. Żywe jednak jeszcze podanie o tej budowli wyjaśnia nam tę zagadkę.

Jak tylko za Katarzyny II ojcowie teraźniejszych parafjan przenieśli się w te strony, zaraz ukazał się pomiędzy nimi niejaki ojciec jezuita, utwierdzający gromadkę Ormian w wierze katolickiej. Za tym księdzem ukazał się drugi, a podobno trzeci i czwarty. Nie zawsze oni chodzili w sutannie, ale przejąwszy odzienie tutejszych mieszkańców, przebywali pomiędzy nimi i puszczali się w dalsze okolice do koczujących i osiadłych Muzułmanów i do sekciarzy moskiewskich. Wpływ swój i działalność rozprzestrzenili pomiędzy góralami i wielce pomagali włoskim kapucynom, których prace duchowne w górach i w Gruzji dość znaczne były. Za ich to wspólnem staraniem, podobnie jak w Astrachaniu i Tyflisie wyrósł ten kościół na wyniosłym pagórku.

Moskale zmiarkowawszy powodzenie Jezuitów na stepach i w górach, ścieśnili ich działalność różnemi formami administracyjnemi, zabronili im wiązania się w kongregacje a natomiast otworzyli w Mozdoku w celach propagacyjnych prawosławną komisją duchowną, która głównie zajęta stosunkami z Osetynami, przeważnie chrześcijanami, przygotowywała Moskwie ułatwienie przejścia przez góry do Gruzji.

Jezuici jednak nie ustawali w swej propagandzie religijnej, i widocznie w Mozdoku zamierzali przygarnąć do kościoła katolickiego lud sekciarski, zbiegły lub wysłany z gubernji moskiewskich. Wszystkie kościelne obrazy w ołtarzach i na chorągwiach, malowidła ścian i upiększenia wnętrza kopuły wykonane są podług wzorów bizantyńskich, wszystkie zaś napisy są w języku słowiańskim. Prace ich wszelako były stanowczo zerwane za Aleksandra I., gdy jezuitów ostatecznie zniesiono w Zabranych prowincjach polskich i nadkaspijskich. Z jezuitami wydalono i kapucynów, których rząd uważał także za przebranych jezuitów.

Po jezuitach polscy kapelani wojskowi pełnili tu obowiązki proboszczów, a niektórzy Ormianie wyuczywszy się pisma polskiego, w czasie nabożeństwa śpiewali dotąd wraz z Polakami pieśni polskie, a obok tego łacińskie i ormiańskie. Należący do chóru kościelnego i starcy siadają w ławkach, inni zaś wszyscy stoją w czasie nabożeństwa. Kobiety, okryte czadrami białemi, sadowią się na podłodze pokrytej kobiercami.

Ostatnim za mego pobytu tutejszym kapelanem był bernardyn ks. Hygin Antonowicz, kapłan wielkiej prostoty ducha i niezwykłego wpływu na ludzi. Przyjęty serdecznie przez urzędników i oficerów, a przez żołnierzy powitany z takim zapałem rzewnego uczucia, jakie tylko może wywołać niedola, oddalenie od stron rodzinnych i ciężka poniewierka, ks. Hygin od razu przeczuł miejscowe duchowe potrzeby rozrzuconej swej parafji. Miał bowiem religijne obowiązki nie tylko dla garstki Ormian i urzędniczych rodzin w Georgiewsku, ale i dla dwóch tysięcy z górą katolików, zostających na przodowych linjach w kabardyńskim i w kiuryńskim pułku, oraz w kilku odległych od siebie linjowych bataljonach.

Mozdok [11] był środkowym punktem tych odległości, ale był na uboczu od pułków, gdzie najliczniej znajdowali się Polacy. Najkorzystniej byłoby aby ta kapelanja umieszczoną była w ich sztab-kwaterach, w Andrejewskiej albo w Groźnej. Istniejący jednak od dawna kościół w Mozdoku był powodem głównego w nim przebywania kapelanów, corocznie raz tylko w czasie wielkiego postu mogących objeżdżać parafją dla spowiedzi.

Gdy ksiądz Hygin ukazał się między oczekującymi go w fortach żołnierzami, przeświadczał się zawsze o wielkiem ich przywiązaniu do siebie. Całowali jego ręce, nogi i habit, którego nigdy nie zrzucał z siebie, chociaż wszystkim zakonnikom na kapelajnach wolno było nosić suknie świeckie i chociaż wszyscy z tego prawa korzystali.

- A ojcze kochany, wołali żołnierze, Bóg cię z nieba spuszcza dla nas opuszczonych.

- O dziatki, odpowiedział ks. Hygin, a toć że was Bóg pocieszy, ma on więcej niż rozdał. Oj dziatki, dziatki! ...

I łzy się bernachowi zakręcały w oczach. Tej właśnie łzy wyglądał dla siebie każdy żołnierz, a pocieszony nią, podnosił się moralnie. Radował się, że kapelan zapłakał nad jego niedolą .... więc miał nadzieję, że i Bóg uznaje go za ofiarę, czuł, że choć zgięty siłą fizyczną, powinien moralnie walczyć z otaczającymi go wszędzie przeciwnościami.

Ksiądz Hygin po swojemu wyłożywszy jeszcze żołnierzom naukę chrześcijańską, popartą przykładami z życia dawnych Polaków, wywiedziawszy się jeszcze o materjalnych potrzebach ludzi i wsparłszy prawdziwą biedę, wywiedziawszy się o waśniach i zakończywszy je zgodą, udawał się w dalszą drogę do następnej forteczki na nogajskiej lub tatarskiej arbie i wszędzie nauczał, pomagał i łączył.

Od przyjazdu swego na Kaukaz, powziął on postanowienie wyrestaurowania kościoła, odświeżenia ołtarzy i chorągwi. W tym celu, co mu zostało grosza od czynów dobroczynności, wszystko składał, aby tylko kościół odnowić. Chociaż każdy z kapelanów miał utrzymanie bardzo wystarczające na wygodne życie, bo około 400 a dochodami kościelnymi i do 800 rubli sr., jednak ks. Hygin żył tak nędznie, że ostatni szeregowiec nie mógł mu zazdrościć dostatku. Oszczędzał ciągle, mieszkał w podpartej drągami plebanji o dwóch izbach. W pierwszej z nich mieścił się stary inwalida Polak, który pełnił obowiązki dziadka kościelnego, zakrystyana i organisty; w drugiej zaś mieszkał on sam. Izba inwalidy była uboga, lecz druga ks. Hygina jeszcze uboższa. W niej niektóre szyby papierowe w oknie zastępowały szklanne. Zbita z szerokich desek ława była jego łożem. Sienniki i poduszka wypchane słomą, nakryte grubem berdnardyńskiem suknem, były jego pościelą. Na czterech słupkach przybita gwoździami deska, to był znów stół. Trzy deszczułki u ściany uwiązane sznurkiem, zastępowały szafę bibljoteczną. Stojący w jednym kącie przy drzwiach stołeczek podłużny zajęty był konewką, garnuszkiem i miseczką do umywania, stojący zaś w drugim kącie samowarek i parę szklanek z cynowemi łyżeczkami stanowiły już niejako zbytek potrzen ks. Hygina. Prawda jeszcze ks. Hygin miał skrzyneczkę z nad Wilji na kłódkę zamykaną.

Choć myślał on ciągle o kościele, pozostawiając plebanją i sprzęty domowe na uboczu swych myśli jednak oszczędzone pieniądze rozchodziły mu się dla potrzebujących. Postanowił tedy zrobić objazd parafjalny i w jesieni 1856 r. wybrał się na kwestę. Kwesta na Kaukazie źle iść nie może, czasem i prosty żołnierz ofiaruje rubla. Zbierał więc ks. Hygin fundusz, a w czasie jego podróżowania, trafiło się mu ciekawe zdarzenie.

W okolicy Groźnej kilkunastu Czeczeńców bardzo mu się przypatrywało, zaciekawieni jego ubraniem, na pół ogoloną głową i jego czapicą białą, którą się niby pysznił. Kto on jest taki, myśleli sobie, ale gdy nic wymyślić nie mogli, zbliżyli się i zapytali go po moskiewsku:

- Kto ty jesteś i jakiej narodowości?

- A zgadnijcie, rzekł ks. Hygin.

- Trudno wiedzieć. Nie jesteś ani Rus, ani Czeczeniec, ani Kałmuk, ani Nogaj, ani Ormianin, ani Gruzin. Nie wiemy, kto ty jesteś.

- A znacie Polaków?

- Znamy.

- Otóż ja jestem Polak.

Zaśmiali się Czeczeńcy, a jeden z nich przemówił.

- Nie oszukasz nas, bo my znamy Polaków; oni nie chodzą w takim ubiorze.

- Bo ja jestem księdzem.

- I księdza polskiego widzieliśmy kilka lat temu, z Mozdoka, a ubrany jak wszyscy tylko w długim czarnym chałacie.

- A to był ksiądz zwyczajny, a ja jestem zakonnik, człek poświęcony Bogu, wyrzekłem się świata i czarnych chałatów.

- A więc ty jesteś derwisz [12] z Polski?

- Jestem derwisz z Polski i jeżdżę tutaj, żeby Polacy o Bogu nie zapominali i żeby się wreszcie uczciwie zachowywali.

Czeczeńcy spojrzeli po sobie i wedle muzułmańskiego obyczaju [13], złożyli zaraz pieniądze i ofiarowali je księdzu.

Wszak ty mówisz, że jesteś derwiszem? odrzekł jeden z nich; więc złożyliśmy ci pieniądze.

- A to dobrze, rzekł ksiądz, Bóg zapłać. Pieniądze te zdadzą się na kościół polski w Mozdoku, a o wasze dobro odprawi się nabożeństwo.

Zbierał ks. Hygin pieniądze, ale nie wypadło mu odnowić kościoła. Drogi odbywał niewygodne, śród słoty zbyt się narażał. Namawiano go aby nie jeździł na trzęsących arbach, przekładał mu to i ksiądz Pruszkowski z Szury ale wedle przyzwyczajenia – gdy co miał z namysłem – wyjął tabakierkę z rękawa, zażył tabaki, otarł nos chustką w kraty i odrzekł: „Gdy mię arba bardzo trzęsie, to złażę z niej i idę piechotą.” Istotnie zaś nie chciał sobie bryczki kupować ani pożyczać u nikogo. Namawiano go aby nosił cieplejszą odzież, aby posilniejsze jadło miewał. Uśmiechał się na to i odpowiadał: „Inni i tego nie mają, co ja mam”. Takie wyrzeczenie się siebie samego dla dobra braci przyprawiło go o chorobę z przeziębienia i o śmierć.

Żaden podobno z księży kaukazkich nie zasłużył sobie na taki szacunek i miłość, jaką on posiadał a śmierć jego uważali miejscowi Polacy za klęskę swoją.

Ksiądz Hygin pochowany w Mozdoku. Cześć jego pamięci.

Wracając do przygód mojej rekrutskiej wędrówki, Mozdok był punktem, w którym rozstałem się z Siecińskim i Maciejowskim, przeznaczonymi do Andrejewskiej i do Groźnej i poszedłem już sam dalej ... w świat ciemnej przyszłości.

Kozacy około Mozdoka w mekeńskiej, naurskiej, iszczorskiej i kaluczajewskiej stannicy od wieku prawie, bo od roku 1769, osiedleni byli pod nazwą mozdokskiego kozackieog pułku. Odróżniają się w domowych zwyczajach swoich od poznanych już kozaków, lecz ta różnica jest w porównaniu z osiadłymi za nimi ku Kizlarowi grebieńskimi kozakami. Kozacy ci starowiercy, będący tu przed półtora wiekiem zawiązkiem ustroju wojskowego osiedleńców moskiewskich, przez swoje związki rodzinne z Tatarkami, z Nogajakami, z Kałmuczkami a głównie z Czeczeńcami tak się wyróżnili w obyczajach i zwyczajach, że nic w sobie prawie nie mają moskiewskiego prócz języka pomieszanego z wielu wyrazami tatarskiemi i czeczeńskiemi a śpiewającym akcentem oddanego.

Aby zatrzeć z tych starowierców [14] odrębną cechę, rząd kolonizował przy nich kozaków prawosławnego wyznania i włączył do jednych pułków. Te zamiary źle usposabiały starowierców dla rządu i były powodem częstych zajść z narzuconą im prawosławną starszyzną. Rząd zmuszony był nakoniec do neutralizowania tych stosunków i poruczał wyższe komendy Polakom i Niemcom, a robił to ze względu na czarnomorskich kozaków, potomków Zaporoźców, którzy niechętnie patrzyli na czystej krwi Moskala.

W celu zniechęcenia i zohydzenia odszczepieńców (rozkołu) rząd dawniej tolerował wszelkie przykrości wyrządzane starowiercom przez szeregowców regularnego wojska, rozlokowanych u nich na kwaterach. Skargi kozaków nie zjednywały żadnego uwzględnienia, a szczególnie skargi o palenie w izbach tytoniu, którym się starowiercy z religijnego zapatrywania bardzo brzydzili, zdejmowali obrazy ze ścian a po usunięciu kwaterunku omywali ławki i ściany i okadzali je święconem zielem.

Gdy mnie w Naurze prowadzono do podobnego starowierca na kwaterę, powiedział mi jeden z zapędzonych tam wiarusów kiuryńskiego pułku.

- A nie pal u nich fajki, bo całą łaskę stracisz.

Usłuchałem tej rady nawet z konieczności, bo w moim rekrutskim kapszuku już ani proszka tytoniu nie było. Nie paliłem więc fajki. Lecz naraziłem się wcale z innego powodu.

Odpocząwszy na ławie po długim marszu, chcąc ugasić pragnienie, zaczerpnąłem wody z konewki miseczką drewnianą, jaką zwykle piją na linji. Nie doniosłem jeszcze napoju do ust, gdy chłopiec siedzący na piecu krzyknął:

- Nie pij!

W jednej chwili podbiegła kozaczka, wyszarpnęła mi z rąk miseczkę i wylawszy wodę, w przerażeniu opuściła ręce.

Siedzący u stołu kozacy, częstujący się winem własnego wyrobu, przerwali rozprawy moje o niesłusznem rozdawaniu nagród przez dowódców i wpatrywali się w gospodynię, która przyszedłszy do przytomności wyrzekła:

- To szczęście, że malec zobaczył, bo byłby się napił! ...

Zdziwiony tym przestrachem wszystkich, wyrzekłem:

- Ja chcę się napić wody.

- Trzeba ci było powiedzieć, ozwał się gospodarz, a dalibyśmy ci inne naczynie. Sam nie dotykaj misek. Może się napijesz wina?

Podziękowałem za wino i z góry przeprosiłem za moją obrazę.

- Gdzie się podziała pohana czaszka? zapytała kozaczka.

Gdy chłopiec zlazł z pieca i szukał owej pohanej czaszki, ja z nowem zdumieniem czekałem, co mi to za naczynie dadzą. Jednak zobaczyłem miseczkę zwykłą, którą gospodyni spłukała i swoją miseczką nalawszy w nią wody, podała mi do picia.

Domyśliłem się dopiero o przesądzie wszędzie dawniej praktykowanym między sekciarzami chrześcijańskimi, którzy z jednego naczynia ani jeść ani pić z różnowiercami nie chcieli. Aby jednak poznać cechę ich pojęcia w tym względzie, zapytałem kozaków o wyjaśnienie ich postępku.

- A widzisz, rzekł gospodarz, myśmy starowiercy i tylko ze starowiercami jemy i pijemy, a dla żołnierzy i przechodniów trzymamy osobne naczynia, które nazywają się pohanemi (paskudnemi albo pogańskiemi może)[15].

- A dla czego?

- Bo tak trzeba.

Innego wyjaśnienia dać mi nie potrafili, czy też nie chcieli.

Szczególniejsza rzecz, że starowierka, wychodząca za mąż za prawosławnego i mająca z nim dzieci, za nic nie będzie z nim jadła ani piła z jednego naczynia. Takowy dziwny rozdział rodzeński niejednokrotnie spostrzegać mi się dawał.

Naurska [16] stannica a głównie czerwłońska stare gniazdo grebieńców [17], sławią się najpiękniejszymi kobietami na linji kaukazkiej. Dla przypatrzenia się dzielnemu kozactwu, najlepiej zaprawionego do harców z góralami, oraz dla ich siostrzyc, nazywanych mamukami, nie jeden słysząc o nich dziwy, zbacza w te strony, nie wyłączając najwyższych dygnitarzy państwa.

Jak każdy grebieniec jest rosły, marsowaty, lekki, zwinny, tak każda grebienka jest delikatną, melancholijną i tajemniczą. Po białem ciele, po czarnych oczach, po długich brwiach i rzęsach znać w niej przerodzenie wschodnie. Po rozlanej na obliczu smętności znać dumy i pełne przygód opowiadania nadterekskie, które je do snu w dziecięcych latach kołysały.

Zwyczajny ich ubiór jest bardzo malowniczy, jakoby wzięty z wzoru uczt rzymskich. Czysta, biała, fałdzista a długa podciągnięta za spinający ją pasek koszula jest w domu i przy pracy polnej całą jej odzieżą. Idąc w gościnę i do domu modlitwy, stroją się w bardzo zgrabne żupaniki czeczeńskiego kroju i okręcają głowy jedwabnemi chustkami.

W dnie świąteczne w poobiednich chwilach dziewice zbierają się po ulicach i w koło i ze śpiewami obchodzą chorowody. Zaraz z wiosną, gdy trawa zazielenieje i gdy drzewa się rozwiną, chorowody przenoszą się do przyległego lasku i ciągną się, przeplatane tańcami, do późnego zmroku. Młodzież towarzysząca tym zabawom, słysząc tęskne, rzewne śpiewy dziewcząt, śród szmeru liści, brzęczenia pszczół i much leśnych, i widząc je w białych jak śnieg, niekiedy w przeźroczystych koszulach śród zieloności lasu, nad fałdzistemi falami Tereku, rozigrana nieraz wyobraźnią, wpada w czarujący ją chór i rozrywa koło. Spłoszone dziewczęta uciekają gromadkami do wsi, ale czasem jedna, dwie, trzy, wpadną w ręce rozmarzonych junaków i muszą im przyrzec swoją miłość.

Jak grebienki są dbałe o czystość ciała i odzienia, tak również troszczą się o chędogość mieszkań. Podłogi i sprzęty, ściany i obrazy omywają i oczyszczają przynajmniej co tydzień. Co do czystości obyczajów, wystawione będąc na najpotężniejsze pokusy, mają zawsze oparcie w swem starowierstwie. Ale dziwne pojęcie o niewinności rozgrzesza je także. Poddają się łatwo gwałtowi, składając z siebie winę, co się nazywa swalnyj grjech.

Domy grebieńców stawiane na wysokich przyciosach z krużgankami. Wewnątrz dwie izby przedzielone sienią, w której pod jedną ścianą po góralsku pełno leży materaców i poduszek ułożonych jedne nad drugiemi. Wedle potrzeby pościel wnosi się na noc do izby gospodarskiej lub gościnnej. Izby oprócz mnóstwa obrazów przyściennych, prycz, ławek i stołów nic więcej nie mają. W braku przejezdnych gości, izba gościnna przeznacza się na kuchnią lub bywa zajmowaną przez część rodziny.

Cerkwi nie wolno im było stawiać, nabożeństwo więc odprawiano w skromnych drewnianych budynkach bez wierzyc i dzwonów, do których niezmiernie tęskniono. Popów wybierają z ludzi pismiennych i znających się na obrzędach cerkiewnych. Nie mając seminarjów, przymują za duże wynagrodzenie seminarzystów prawosławnych, lub popów rozstrygów, to jest odsądzonych z duchowieństwa prawosławnego.

W braku ludzi z potrzebnemi kwalifikacjami wybierają między sobą lektorów, ale obrządki przez nich spełniane mają czasową wagę. Lektorzy chrzczą tylko z wody i błogosławią nowożeńców, ale dopiero rzeczywisty pop czyni chrzest i daje śluby według przepisów sekty.

W czasie przedłużającej się mojej wędrówki, - już w miesiącu styczniu 1845, - z powodu silnego upierania się grebieńców przy starowierstwie wynikło w Czerwlonnej dramatyczno-tragiczne zajście, które o mało nie wywołało wielkiej burzy dla Moskali.

Półkowy dowódzca grebieńców działał już dość oddawna w widokach rządu, by zniewolić swoich podkomendnych do prawosławia. Namawiał ich do golenia brody, kazał uczyć dzieci śpiewu cerkiewnego, stawiał cerkiew prawosławną w stannicy; aby zaś ten czyn zamaskować pozormi, kolonizował między niemi prawosławnych. Szemrania na to były tylko ciche i nieśmiałe, bo występować jawnie starowiercy nie odważali się, że ich było wszystkiego kilka tysięcy w kilku stannicach. Przecież ich cicha protestacja podrażniła ambicją dowódzcy i popchnęła go do stanowczego kroku.

Uzasadniając się na pozwoleniu władzy, kazał w domu schwytać popa jako niby podejrzanego i zbiegostwo z Syberji i odesłać do przez Kiźlar do Urala. Do czynu tego przywołani zostali kozacy dońscy, którzy sprawie urządzili owo porwanie i o świcie wywieźli popa już ze stannicy, zakrytego w kibitce. Tymaczasem grebieńcy, u wrót stanniczych wartujący, domyślając się o więźniu i przekonawszy się, że do w domu nie ma, zrobili alarm. Zanim dowódca dowiedział się o zręcznem pochwyceniu ofiary, już połowa Czerwlońców była na koniach i puściła się za Dońcami. Koniec co lepsze wysuwały się naprzód, inne je dościgały, pianą się oblewając. Krew wrzała w obrońcach i w zapale rzucała się na rzeź. Trzeba jednak było godziny czasu, nim do spieszących się Dońców dotarli. Kilka gwintówek dało ognia; reszta zaś pogoni nie tracąc czasu, z dobytemi pałaszami rzuciła się na przeciwników. Dońcy migiem rozprószyli się po stepie i zostawili popa z kibitką na drodze.

Wprowadzenie popa do stannicy stało się śród dumy zwycięzców i śród oburzenia ludności na władze urzędowe.

Pułkownik zarządał gotowości regularnego wojska, poprzednio umyślnie tu sprowadzonego. Dwie kompanie kiuryńskiego pułku i artylerja wystąpiły; przechodzącej komendzie etapowej również wydano broń. – Kobiety, uzbrojone w pistolety i w kindżały, otoczyły dom popa i zagroziły śmiercią każdemu z obcych, ktoby się tylko zbliżył. Grebieńcy schodzili się po domach i naradzali się; a im było bliżej ku schyłkowi dnia, tem więcej oburzenie rosło. Pułkowy adjutant otrzymał w ramie cięcie kindżała; kapitan zaś piechotny, którego w zmroku wzięto za pułkownika, postrzelony został w rękę.

W nocy warta kobieca zamioną była przez męską. Kobiety jednak nie strudziły się, biegały z domu do domu, a zachęcały do oporu. Moja gospodyni, zapalona starowierka, mówiła do swoich synów: - Niech wam lepiej głowy pospadają, niż macie pozwolić sobie brody zgolić.

Do mnie zaś jako do Polaka mając zaufanie i propagując mię dla wrzącej sprawy, otwarcie wyrzekła:

- Ty nie ruskij trzymaj się nas, to lepiej wyjdziesz jak z tymi bezbożnikami.

Czeczeniec z za Tereku, będący u niej w gościnie, namawiał mnie jednocześnie, abym przeszedł na stronę górali i obiecywał mnie przeprowadzić.

Radowała mnie ta zawierucha, ale więcej ucieszony byłem wiadomością, że Grebieńcy uradzili udać się pod opiekę Szamila i zażądali jego pomocy dla przesiedlenia się z rodzinami i z dobytkiem w góry. Wiadomo, że Szamil protegował odszczepieńców moskiewskich, wybudował im cerkiew w Dargo, a potem nową w Szubucie. Oczekiwano więc hufców czeczeńskich. Pułkownik też dobrze poinformowany o tych zabiegach czerwlońców, został wzmocniony przez nowe wojska, które zajęły i sąsiednie wsie starowierców.

Po trzech dniach trwoga przeszła. Odważono się nawet wyprawić etap pod silną eskortą do szczedrińckiej stannicy. Lecz zaledwośmy tam stanęli, dobosze uderzyli na trwogę. Wojsko i kozacy wystąpili w pole, nam zaś kazano wrót pilnować. Starcia krótko trwały i ograniczyły się na kilkunastu wystrzałach.

Na drugi dzień, w drodze ku Kiźlarowi, dowiedziałem się, że jednocześnie taki sam manewr odbył się ku Naurowi, a głównie pod Czerwlonną. Ale czeczeńcy zobaczywszy, że stannice są zasłonięte regularnem wojskiem i artylerją, i że starowiercy nie dają znaku walki z Moskalami, cofnęli się bez boju.

Tak się tylko zakończyła ta katastrofa, groźne rozmiary przybierająca. Gdyby nie obecność piechoty, artylerji i dońskich kozaków w przeważnej sile, a kilka tysięcy bitnych starowierców, oddanych góralom, popsułoby już i tak nadwerężone szyki Moskali.

Różnie, ze stanowiska swego widzenia, rozpowiadali żołnierze o tym wypadku. Jeszcze bardziej wzrosły te opowiadania i przybrały formy dziwolążne, gdyśmy stanęli na odpoczynku marszowym w reducie kozackiej i gdyśmy zastali tam etap w przeciwną stronę idący.

Zamyślony o niepowodzeniu starowierców i zziębnięty od niezwykłego w tych stronach mrozu, zatuliłem się w płaszcz i dla zasłony od wiatru, siadłem pod okopem splecionym cierniem. Wydostałem z torby kawałek chleba, czy też garść sucharów, które ze smakiem zajadałem. O parę sążni przedemną paliło się ognisko, przy którem ogrzewał się nudzący się oficer, a stary żołnierz opiekał mu kurczaka. Oficer ten skinął na mnie i gdym stanął u ognia, zapytał mnie o wypadkach czerwlońskich. Opowiedziałem rzecz trochę niezrozumiale, a więc zaczął wypytywać jak, co, zkąd i dokąd idę? Dowiedział się, żem zesłany, a wnioskując, że kiedym się wdał w politykę, to powinienem być szlachcicem, więc pozwolił mi ogrzać się u ogniska, a potem zaprosił mię do kurczęcia.

Sługa jego był Polakiem, starym wiarusem z r. 1831, który gniewnem okiem patrzał na mnie, a krając bułkę i podając mi widelec i nóż, ciągle mruczał coś pod nosem. Zauważywszy też, żem się nie dobrze wyrażał po moskiewsku, służył mi za tłómacza i dziwnie mnie odrekomendował oficerowi.

- On jest akademik, wasze błahorodie. Oni nam biedy narobili i ciągle gotują biedę ludziom.

Zmarkotniałem taką ujemną usłużnością rodaka, z goryczą przemówiłem.

- A jakąż ci biedę zgotowali akademicy?

- Jak to jaką? odpowiedział. Ja i całe tysiące cierpimy, pędzą ciągle rekrutów na Kaukaz, a tu kto przyjdzie, bywaj zdrów, już nie wróci do domu chyba tysięczny.

- Mój ziomku, odrzekłem łagodnie, przecież to nie wina akademików, dla czego napadasz na nich? Gdyby tak było, jak oni chcieli, pewniebyśmy się obadwaj u tego ognia nie spotkali.

- A któż im ma za złe, rzekł wiarus. Ja wielu akademików znałem, poczciwi chudzięta. Ale czego się dorabiacie? Ładnie to nam teraz w tem burem ubraniu. Czego to się porywać z motyką na słońce. Tylko was pędzą, a nas starych jeszcze dłużej trzymać będą.

Mówiąc to w zapomnieniu, że obok siedzi jego pan, wydobył bułki z jego podróżnego pudła, przekrawał na dwoje, smarował masłem, a potem owinąwszy je w papier wraz z kawałkiem kurczęcia wpychał w moją torbę.

Łzy mu świeciły w oczach, a westchnienia wydobywały się z piersi wezbranej. Poczciwy wiarus nie umiał sobie wytłumaczyć ani powstania, do którego należał, ani tych bitew, w których walczył, nie umiał ocenić ich znaczenia. Ale jak sercem służył niegdyś ojczyźnie, tak teraz w mojej osobie sercem podejmował akademików. Wypytywał o Polskę, o Warszawę, o cytadelę, której się bał bardzo, aby z czasem nie zburzyła miasta.

Zabębniono. Stary mnie pożegnał krzyżem na drogę. Rozeszliśmy się i więcej już nie widzieliśmy się nigdy.

W takim duchu rozmawiały nie raz ze mną i inne jeszcze wiarusy. Powszechnie nie mieli oni pojęcia o celu i przejściach powstania i w ogóle wszyscy żałowali, że ks. Konstantego nie zatrzymano i nie ogłoszono królem polskim. Nadziei w byt Polski zupełnie nie stracili, ale pojęcie ich nie wystarczało na myśl, żeby Polska sama przez się mogła walczyć z Moskwą.

Pod wrażaniem różnych zdarzeń i rozmów z wiarusami, szedłem z etapem drogą po nad Terekiem. Okolica już zupełnie zmieniła swój charakter. Oko coraz więcej napotyka drzew, krzewów, lasów i szuwarów, a góry tak bliskie w Mozdoku, coraz się w mgły usuwają, coraz bardziej nikną na prawo. Za stannic jedna szełkowodska zwraca na siebie uwagę, z powodu Ormian musem zapisanych do kozaków, ludzi dotąd oddających się wyłącznie gospodarstwu domowemu, winnicom i jedwabnictwu. Przez zbudowanie szełkowodskiego obronnego mostu na Tereku, urządzenie szpitala, magazynu i postawienie załogi, stannica ta od lat kilkunastu coraz więcej wzrasta w ludność i wygląda na miasteczko.

Kiźlar datuje swoje istnienie od półtora wieku, wznosi się na jednej z odnóg rozlewającego się Tereku na niskim piaszczystym gruncie. Dla zabezpieczenia miasta od powodzi, biją się nadbrzeżne tamy i sypią się groble. Dla uniknienia zaś spustoszenia, jakiego doznało to miasto w wojnach z góralami w r. 1725 i w r. 1830, miejscową warownią wzmocniono.

Chociaż Szełkowodsk przez budowę stałego mostu i przez otwarcie nowej drogi ku Dagiestanowi, odebrał Kiźlarowi znaczenie poprzednie, jednak miasto to mieszcząc w sobie dykasterje powiatowe, garnizon wojska i znaczny handel wina wyrabianego na miejscu, powoli wzrasta w ludność i upiększa się ładnemi gmachami. Ludność kilkunastotysięczna, składa się z Ormian, Gruzinów i Tatarów (Turkomanów). Kościołów ładnych wznosi się kilka i kilka obok nich meczetów.

W jesieni i na wiosnę przybywa tu rok rocznie po kilka tysięcy górali z Dagestanu dla zarobku w tysiącu sadach, winnicach i na fabrykach jedwabnych. Opowiadają jakoby Kazi-Mułła i Szamil, hetmani ostatniej wojny góralskiej, zarabiali sobie niegdyś w Kiźlarze na chleb powszedni. Niezbijając tego twierdzenia, można jednak utrzymywać, że ci dwaj wodzowie, przed wybuchnięciem wojny, chyba dla rozpoznania położenia Kiźlara a niepoznaki o sobie, mogli bardzo krótki czas poświęcić się dziennemu zarobkowi. Mieli oni utrzymanie stałe i pewne, a zajęciem ich było dążenie do wiedzy.

W załodze miejscowej, w r. 1845 bardzo wielu liczyło się Polaków, między którymi znalazło się sporo i grochowskich wiarusów. Dowiedziawszy się o mojem przybyciu przez Żebrowskiego, który wówczas pełnił obowiązki pisarza komendanckiej kancelarji, zgłaszali się do mnie, wywiadując się o moim i towarzyszów moich losie, o położeniu kraju i o nadziejach.

Z powodu, że dalszy pochód mój do Dagestanu, wstrzymany został na całe dwa tygodnie, to jest aż do czasu wyjścia z Kiźlara konwoju wojskowego, czyli tak zwanej okazji, więc dostatecznie mogłem się nagadać z wiarusami i udzielić im mnóstwa wiadomości, których potrzebowali. W tych opowiadaniach, czegóż się nie poruszało z życia Polski? Cytadela warszawska, wysyłki emigrantów, rekrutacje, wyprawa Zawiszy, śmierć Konarskiego, były tłem naszej gawędy politycznej. Przystępne dla każdego, a tkwiące mi w pamięci ustępy Mickiewicza, Bohdana Zaleskiego i piosnki innych wieszczów, a szczególnie pieśni Janusza, były ustną lekturą naszą. Opowieści o mojem rodzeństwie i o znajomych, wyświecały stronę zwyczajową i obyczajową narodu.

Moje opowiadanie wywoływało inne któregoś z wiarusów, albo młodego Żebrowskiego. Słuchaliśmy jeden drugiego, wzdychaliśmy do lepszej doli narodu, ożywiając się nadzieją.

Serdeczność gdy szczerze opanuje ludzi, musi się ujawnić i zewnętrznie. Nie dość więc było wiarusom, że okazywali mi słowem swoją życzliwość i że przymawiali się o długą pamięć, ale widząc mnie w tak przykrej drodze bez obuwia prawie, bez grosza, a osłabionego z ogłodzenia i jeszcze ze znakami na ciele od kajdan, nie żałowali poczęstunku i swej pomocy materjalnej. Jeden z podoficerów przy aresztanckiej rocie, co doba na cały dzień wychodzącej do robót, wziął mnie do swego kąta ciepłego na mieszkanie. Inny podjął się wyporządzić mi pozwiązywane sznurkami buty, inny dał skórę na to; inny na czas reperacji użyczył swoich butów; inny znów mający przystęp do kotłów i do ognia, pożyczył mi koszuli i wyręczając mnie zajął się wypraniem moich koszul. Słowem byłem po rodzeńsku przyjęty i hojnie jak na wspólną biedę podejmowany.

Po kilku dniach, gdy etapowych żołnierzy zapędzono do różnych robót około koszar i gospodarstwa, mnie Żebrowski wyjednał zajęcie piśmienne, kazano mi bowiem prowadzić tylko listę przechodzącej komendy i utrzymywać regestra rozdawanego prowiantu. Dozorujący żywnością etapową niepiśmienny podoficer, którego wyręczałem we wspomnianej robocie, udzielił mi gęstszej krupy, a czasem i dodał kawałek mięsa. A gdy mu wiarusi powiedzieli, że ja nie jestem zwyczajny rekrut, przepuścił mnie nawet do swego stołu i – opowiadał wtedy, że i on nie jest zwyczajnym podoficerem, ale że jest jednodworzec ze smoleńskiego, a więc że kiedyś jego przodkowie byli także polską szlachtą.

We dwa lata po moim pobycie w Kiźlarze usłyszałem rzecz okropną, ale potwierdzoną w rozkazie korpusowym. Żebrowski został zaćwiczony rózgami przez komendanta! Nie znam powodu tego barbarzyństwa, ale musiała to być jedna z tych namiętnych pasji do bicia, jakie się praktykowały w wojsku moskiewskiem. Opowiadano, że skazany na rózgi Żebrowski nie chciał się poddać rozkazowi komendanta, tłumacząc się mu, iż jest szlachcicem, chociaż jeszcze nie wylegitymowanym.

Komendant jeszcze bardziej rozgniewany tem tłómaczeniem się zawołał:

- Wszyscy wy jesteście szlachta, jak was bić potrzeba. Dopóki twoja legitymacja nie nadejdzie, ja cię co dzień będę ćwiczyć, dopóki ci nie wypędzę buntowniczego ducha.

A gdy Żebrowski znowu nie chciał przystać na bicie, komendant krzyknął na żołnierzy:

- Bierzcie go, sukiny syny, a mocno go duście.

Żołnierze powalili broniącego się Żebrowskiego na ceglaną posadzkę, a głowę i piersi tak kolanami stłoczyli, że krew puściła mu się ustami. Bity prętami nazywanemi rózgami, omdlewał parę razy, ale wodą oblewany przychodził do przytomności. Nareszcie gdy trzeci raz omdlał, kazał go komendant otrzeźwić i puścić. Zbity Żebrowski nie mógł się ruszyć z miejsca i odniesiony został do szpitala. Tam pomimo najlepszego starania lekarzy umarł w cierpieniach.

Główny doktor szpitala, Polak, wziął do serca tę sprawę i ze stanowiska swego urzędowego, przedstawił raport o tym wypadku. Kniaź Woroncow oddał komendanta pod sąd i przedstawił go carowi do degradacji i do przeznaczenia do robót aresztanckich. Car zgodził się na ten wyrok i okuty zbrodniarz, wysłany został do kijowskiej twierdzy.

Rzadki to jednak był wypadek, żeby karano lub ujęto się za żołnierzem. Wszelkie nadużycia podobnego rodzaju, nazywano nieuniknioną potrzebą dla utrzymania w wojsku dyscypliny. Trzymano się zasady W. K. Michała Pawłowicza: „dziewięciu zabij, aby dziesiąty był dobry żołnierz”.

Dla dopełnienia wspomnień moich o ziemi między Donem a Terekiem, dodam, że cała ta prowincja obecnie nosi nazwę gubernji stawropolskiej, że oprócz kozaków z rodzinami zostających pod wyłącznym zarządem, liczy się całej ludności około 200 tysięcy. Ludność tę składają: Nogajcy, Kałmyki, a przeważnie Moskale, z których do 30 tysięcy wypada na starowierców, duchoborców [18], bezpopowców [19], pomorców [20], sobotników, małakanów [21], skopców [22], skitników i innych sekciarzy moskiewskich, od wielu już lat zbiegłych w te strony przed prześladowaniam rządu, lub później przez rząd w te strony wypędzonych.

Zajęcie zaś tej płaszczyzny przez Moskali odnosi się do wieku XVI. Po podbiciu Astrachania Iwan Groźny zmusił zaraz do posłuszeństwa koczujące między Wołgą a Donem nogajskie ludy, a potem nałożyć haracz na ludy tiumeńskie i besztaniskie, ukazujące się na widowni miejscowych dziejów nad Terekiem i nad Małką pod nazwą Czerkiesów. Dla utrzymania zaś w ciągłej zależności tych ludów, jak również sąsiednich im z południa Kałmyków zbudował w r. 1566 warownię Terek przy ujściu Tereku.

Piotr W., posiłkując w r. 1722 szacha perskiego i podbijając ludy nad Kaspijskiem morzem, zburzył Terek a załogę przeniósł do nowo wzniesionej twierdzy Swiatyj Krest, o kilka mil ku zachodowi. Znowu w r. 1736 garnizon przeniesiony został do Kiźlara, silnie wzmocniony w r. 1758 w czasie wyprawy na górali.

Carowa Katarzyna zbudowała nad Terekiem [23] nową jeszcze twierdzę w Mozdoku. Po uzyskaniu zaś na Turkach Anapy [24] w r. 1791, usypano linją warowni od Kaspijskiego do Czarnego morza tak dla zapewnienia sobie już zdobytych prowincji, jakoteż dla mocnego oparcia wojennych sił na czas projektowanych wypraw przeciw górom. Pomiędzy warowniami linji kaukazkiej opatrzonych w działa i w żołnierza regularnego, stawiano coraz liczniejsze stannice obronne a zamieszkałe przez lud kozacki, sprawny do podjazdowej wojny.

Pierwszą myśl usadowienia kozaczyzny na Kaukazie powziął Piotr W. Dowiedziawszy się o ludzie zbiegłym z Moskwy przed prześladowaniem a osiadłym nad Sułakiem jeszcze z czasów Jermaka, wedle zaś innych z czasów rzezi Stienki Rjazina [25], posłał im przebaczenie i wezwał do osiedlenia się na lewym brzegu Tereku i do obrony granic cesarstwa. Lud ten nazwany grebieńcami, od grebniów, czyli grzbietów gór, powiązany już stosunkami familijnemi z Kumykami i Czeczniami, przyjął propozycję carską lub raczej jenerała-admirała Apriskina, który sformował z nich wojsko kozackie, nazwane grebieńskiem. Grebieńcy w liczbie kilkutysięcy dusz obojga płci składali wyłączne kozactwo kaukazkie aż do r. 1769. Dopiero Katarzyna carowa powiększyła tę liczbę wysyłając w kilku partjach na linją kilkaset rodzin nadwołżańskich i cztery tysiące rodzin dońskich, a jeszcze paręset ochrzczonych Kałmuków oraz wielu zbiegów góralskich.

Po zajęciu płaszczyzny nadkubańskiej w r. 1783, z której zaraz mieszkańcy emigrowali, Katarzyna dała początek czarnomorskiemu kozackiemu wojsku, wysławszy w te strony z nad Dniepru, zaraz po zdobyciu Anapy, resztki Zaporożców.

Dońcy i Małorusini odtąd corocznemi, licznemi partjami byli wcielani do miejscowego kozactwa z wyjątkiem czarnomorskiego, które zawsze gorliwie pilnowało swojej odrębności.

Każden z kozaków dla wyżywienia swojej rodziny oraz dla utrzymania w gotowości bojowej konia otrzymywał od 30 do 60 diesiatin ziemi. Popi mieli po 150, niżsi oficerowie po 200, wyżsi oficerowie od 300 do 600 diesiatin: prócz tego na stepie wolne były pastwiska i dozwolone koszenie siana. W czasie wyprawy jednak kozacy otrzymują żołd, żywność i furaż na konia.

We względzie administracyjno-wojskowym kozacy podzieleni byli na trzy różne grupy. Pierwszą stanowili kozacy czarnomorscy, zajmujący półwysep tamański do Łaby i ziemię między Manyczem, Kubanią i Azowskiem morzem. Mają oni 12 konnych pułków, liczących po 720 do 900 ludzi, na 6 sotni podzielonych. Tyleż mają bataljonów piechoty, wynoszących każdy około 1000 ludzi. Posiadają i trzy baterje artylerji konnej. Drugą grupę składali kozacy kubańscy, między Małką, Kubanią a Łabą. Liczyli 7 pułków zdwojonych czyli podwójnych a oznaczonych Nr. 1 i 2 i posiadali dwie baterje artylerji konnej. W trzeciej grupie kozacy kaukazcy nad Terekiem podzieleni byli na 10 brygad. W każdej brygadzie liczył się 6 pułków po 500 do 800 ludzi, a artylerja wynosiła 5 lekkich baterji konnych. Kubańskich i kaukazkich kozaków nazywano jeszcze linjowem kozackiem wojskiem. Później podział ten zamieniony został na prawe i lewe skrzydło kozackie i tym sposobem czarnomorscy kozacy pomimo oporu zaczęli tracić swoją odrębność.

Niegdyś kozacy stanowili sami starszyznę swoją przez wybory; później zostawiono im to prawo do niższych oficerskich stopni a nareszcie i to usunięto. Obecnie wszystkie stopnie nadaje car a na wyższe posady przeznacza oficerów z wojska regularnego. Najwyższym stopniem kozackim jest nakaznyj ataman, odpowiadający randze jenerał-porucznika. Pułkownicy dowodzą brygadami, podpułkownicy pułkami, wojskowyje starszyny(majorzy) dwoma sotniami, essauły (kapitanowie) sotnią, sotniki i chorużowie plutonami, urjadnik dziesiątkiem. Służba kozacka liczy się od 20 do 60 lat wieku, to jest w służbie czynnej lat 22, a w miejscowej 18. Ludzie młodsi od 20 do 25 lat składają urlopowe, czyli lgotne pułki.

Każda stronnica ma swój zarząd (stanicznije prawlenie), który, będąc słabego znaczenia razem z sędziami wybieralnymi rozstrzyga drobne sprawy kwestji wojskowo-organizacyjnej, cywilnej, ekonomicznej i policyjnej. W szkołach pułkowych uczą młodzież czytania, pisania, arytmetyki i śpiewu cerkiewnego.

Z kozakami, których opis tu przecinamy, zdarzy się nam jeszcze nie raz spotkać w krwawych stosunkach z góralami.

Przypisy

[1] Od „makiawelizm” czyli potocznie wszelkie działania w myśl zasady „cel uświęca środki”. Słowo to pochodzi od nazwiska Niccolò di Bernardo dei Machiavelli, włoskiego filozofa pisarza autora traktatu o sprawowaniu władzy pt. Książę.

[2] Stawropol i dziś zachował wiele z XIX wiecznej architektury, będącej obecnie w dość opłakanym stanie. Nie da się jednak ukryć, że niewiele się różni od innych, średniej wielkości miast rosyjskich – co prawda nie za sprawą, jak u Gralewskiego XIX wiecznego charakteru tamtejszych miast, a raczej typowej zabudowy i organizacji przestrzeni z czasów ZSRR.

[3] Szablą

[4] Nazwa sobotników pochodzi od uznawania przez nich soboty za dzień święty. Sobotnicy znaleźli się na Północnym Kaukazie w wyniku zsyłki Katarzyny II walczącej z nieprawowiernymi sektami zamieszkującymi centralną Rosję. Od XIX w mieli liczne kontakty z Żydami Aszkenazyjskimi i Karaimami, nieraz wspólnie z nimi zamieszkiwali, tworzyli wspólnoty, przejęli szereg obyczajów. Subotnicy bardzo różnili się od siebie w zależności od regionu. Ich wspólne cechy to: nieuznawanie Trójcy Świętej, nieuznawanie ikon i kleru, obrzęd obrzezania. W latach 80.-90. większość Subotników wyemigrowała do Izraela.

[5] Iwan Paskiewicz, dowodzący armią rosyjską podczas tłumienia Powstania Listopadowego, późniejszy (1832) namiestnik Królestwa Polskiego.

[6] Miasto na tzw Azowsko-Mozdockiej linii obronnej, założone w 1777 roku. Tutaj podpisano 1783 r słynny traktat zwany Georgiewskim między Rosją i Gruzją, według którego Gruzja oddawała się dobrowolnie pod protektorat Rosji, która miała jej bronić przez Turkami i Persami. Doprowadziło to de facto do utraty niezależności Gruzji.

[7] Girej – dynastia krymskich chanów rządząca Krymem od początku XV w. do momentu włączenia do imperium rosyjskiego w 1783 r. Założycielem dynastii był Hadżi I Girej, któremu udało się wyzwolić Krym od Złotej Ordy.

[8] Dziś jurt już w stepie raczej nie spotkamy. Mieszkańcy stepu przez większość roku prowadzą życie osiadłe. W okresie wypasu zamiast jurt używane są namioty.

[9] Kałmucki Czaj, rodzaj herbaty z mlekiem; popularny napój na śniadanie w wielu miejscach na północno-wschodnim Kaukazie – przyjął się nie tylko w stepie ale i w górach. Zaparzany z zielonej herbaty z dodatkiem ziół stepowych bądź wysokogórskich oraz mleka i (zwykle) soli.

[10] Zasłużonego

[11] Nazwa Mozdok znaczy w języku kabardyjskim „gęsty las”. W chwili obecnej miasto znajduje się na terytorium Osetii Północnej Alanii.

[12] Derwisz – wędrowny, ascetyczny mnich muzułmański, czasami żebrzący oraz członek muzułmańskiego bractwa religijnego o charakterze mistycznym, np. bractwa sufickiego. Takie bractwa były i są popularne na Kaukazie Północnym, szczególnie w jego wschodniej części w Dagestanie i Czeczeni.

[13] Jednym z 5 filarów wiary muzułmańskiej jest jałmużna (zakat).

[14] Na początku XX w. w Rosji było około 20 mln Starowierów, odegrali oni ważną rolę w formowaniu państwowości rosyjskiej.

[15] Pogański

[16] Regiony Naurski , Sunżeńskij, Nadtereczny, Szelkowskij były do lat 90-tych XX w zamieszkałe przez Kozaków. Większość z nich podczas rządów Dudajewa nieprzychylnego Kozakom oraz wzrostu tendencji nacjonalistycznych wśród Czeczeńców a następnie I Wojny Czeczeńskiej opuściła te tereny.

[17] Grebieńcami nazywano początkowo Kozaków Terskich od Terskiego Grzbietu, koło którego w XVI wieku stacjonowali. Oficjalnie kozactwo istnieje od 1577 roku, Za swoją stolicę Kozacy Terscy uważają Władykaukaz. Od początku charakteryzowała je wieloetniczność – oprócz Rosjan najliczniejszą grupą są Osetyńcy. Bliskie sąsiedztwo z góralami, udział górali w kozackim wojsku oraz małżeństwa mieszane sprawiły, ze wiele elementów kultury przejęli oni od górali (np. papachy, burki, kindżały). Wielu kozaków znało również języki górali.

[18] Duchoborcy – grupa religijna która oddzieliła się od prawosławia w XVII/XVIII wieku odrzucając autorytet władzy świeckiej, duchowieństwa i kult ikon uznając Biblię i Jezusa Chrystusa za jedyny autorytet. Nie praktykują chrztu, odrzucają ideę Trójcy Świętej, piekła i raju. Wierzą w naturalną dobroć ludzi. Głosili pacyfizm chrześcijański, za co byli prześladowani i przesiedlani. Za Aleksandra I przesiedlono ich na Zaporoże (skąd najprawdopodobniej znaleźli się na Kaukazie Północnym), a następnie m.in. do Gruzji. Pod koniec XIX 2/3 duchoborców wyemigrowała do Kanady. Obecnie około 30 tys duchoborców mieszka w Kanadzie i tyle samo w Rosji. Unikają używek i mięsa, nie biorą udziału w polityce.

[19] Bezpopowcy to powstała w XVII w jedna z dwóch głównych grup staroobrzędowców, która całkowicie odrzuciła hierarchię kościelną. Uważają oni, że Kościół Prawosławny na skutek wprowadzenia reform utracił Łaskę Bożą i podlega szatanowi. Prowadzenie modlitwy, spełnianie kultu Bożego powierzają wybranym przez siebie nastawnikom (głównie mężczyznom, ale w niektórych grupach również kobietom). Każdy wierny może tez udzielać chrztu, który nie jest uważany za sakrament.

[20] Pomorcy to inna nazwa bezpopowców. Nazwa ta oznacza również rosyjskich osadników nad Morzem Białym (w tej okolicy powstały pierwsze gminy bezpopowców, stąd nazwa), ale Gralewskiemu chodzi zdecydowanie o grupę religijną.

[21] Mołokanie to niewielka chrześcijańska grupa, która odłączyła się od kościoła prawosławnego na początku XVII wieku. Jak sama nazwa wskazuje źródła słowa należy szukać w mleku, które to owa grupa spożywała w czasie postu. Tak określili ich duchowni prawosławni. Mołokanie z kolei wolą o sobie mówić jak o tych co "piją mleko duchowe" Mołokanie nie uznają księży i innych pośredników między człowiekiem a Bogiem i tym bardziej odrzucają zwierzchnictwo władzy świeckiej w kościele. W pewnym sensie w ogóle odrzucają władzę świecką (np. sądy), dominację jednych nad drugimi, uważając, że wszyscy ludzie są równi. Ponadto nie uznają chrztu z wody (podczas chrztu czyta się po prostu odpowiednie fragmenty Biblii), ikon, świętych, relikwii, świec oraz kościołów. Niedziela to u mołokanów prawdziwie świąteczny dzień (na całym obszarze poradzieckim ciężko bowiem odróżnić niedzielę od innego dnia tygodnia)- nie wolno wówczas pracować, jest to czas poświęcony na wspólną modlitwę, śpiewanie psalmów, czytanie Biblii.

[22] Skopcy (ros. rzezańcy, kastraci) ruch religijny o charakterze ascetycznym powstały w drugiej połowie XVIII w. Sekta głosiła, że grzechem pierworodnym jest pożądanie i stosunek seksualny a jedyną ucieczką przed nim jest „oczyszczenie”. W czasach późniejszych po śmierci założyciela sekty tzw. nowoskopcy nie byli już tak radykalni. Dozwalano posiadanie dwójki dzieci, niektórzy zażywali roskoszy seksulanych bez umiaru do czasu kastracji, pozwalali również swoim żonom na stosunki seksualne z innymi mężczyznami. W chwili obecnej niewielkie wspólnoty skopców znajdują się na Kaukazie Północnym, gdzie byli zsyłani jeszcze za Mikołaja I, w Serbii oraz Bułgarii. Więcej http://pl.wikipedia.org/wiki/Skopcy

[23] Terek – płynie przez terytorium Gruzji i Rosji (Osetia Północna, Czeczenia Dagestan). Wpada do Morza Kaspijskiego.

[24] Miasto w Rosji, w Kraju Krasnodarskim nad Morzem Czarnym.

[25] Stieńka Riazin (Stiepan Timofiejewicz Razin) – ur. około 1630 roku w stanicy Zimobejskiej, kozak doński, przywódca powstania przeciw carskiej biurokracji w 1670 r, bohater folkloru rosyjskiego.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury