Część Jedenasta

POLACY NA KAUKAZIE

Początki wysyłania Polaków. – Trudne przejścia wiarusów z 1831 r. – Młodzież wileńska i kijowska. – Cierpienia i badania. – Młodzież warszawska. – Zajęcia naukowe. – Nadzieje w 1848 r. – Denuncjacja Sołłohuba. – Aresztowania i śledztwa. – Ucięmiężenia religijne. - Skład dekanatu kaukazkiego. – Ostrożności najezdników. – Aresztowany Francuz jako Polak. - Rozdział Moskali i Polaków za wojny wschodniej. – Domacanie się zasad liberałów moskiewskich. – Hołowinskoj. – Korowajew. – Podejrzenia i pogróżki moskiewskie.

Prześladowania urzędowe. – Kahał żydowski z Polaków. – Przewidywanie krwawych scen. – Pokój. – Prawa moralne zesłanych. – Oporne stanowisko. – Niekorzystanie z okoliczności. – Amnestja. – Powrót zesłanych.

**

Wiadomo jest, że już od 1778 r. w zabranej części rzeczypospolitej polskiej, Moskale rekrutowali i pędzili w kaukazkie strony lud nasz zdolny do broni. Wiadomo, że w 1783 r. carowa Katarzyna przesiedliła tu z nad Dniepru resztki Zaporożców. Następnie po powstaniu Kościuszkowskiem, z obszerniejszego zaboru Polski, spędzano tu corocznie gromady Polaków. Wojny napoleońskie dostarczyły też niewolników polskiej narodowości, z których jednego, jeszcze w 1856 r., widzieliśmy w Petrowskim linjowym bataljonie. Był to starzec ośmdziesięcioletni, ogłuszony, oniemiały i bezwiedny prawie o sobie.

Sprawa Filaretów wileńskich przypominała tu się w osobie Franciszka Borkowskiego i Andrzeja Janiewicza, przebywających w Czyrjurcie w Niżegorodskim pułku dragońskim.

Nim nastał 1831 rok, już setki tysięcy ludzi zrodzonych na polskiej ziemi, przybyło, żyło tu i skonało.

Potem, oprócz kolonizowania stepów kaukazkich ludem z Wołynia, z Podola i z Ukrainy, obficiej jeszcze zapełniano Polakami kadry wojskowe. Większą część powstańców z 1831 r. zabranych z pola, z domów, ze szpitalów i tych których ułudną amnestją ściągnięto z Galicji i z Prus, tutaj spędzano. Słowem od razu kilkanaście tysięcy ludzi z tych co się bili przeciw carowi, przypędzono tutaj pod bagnetami, aby się bili za niego.

Mieli oni jednak wstręt do podobnej walki, owszem jedni na wstępie zaraz wiązali się z Gruzinami – którzy w owym czasie ostro się postawili przeciw rekrutowaniu u nich ludzi – drudzy pałali chęcią przerzucenia się na stronę walczących Górali. Nowe te objawy ducha powstańców, wywołały prześladowania dowódzców i nienawistne zajęcia koszarowe. Przychodziło z nich nie tylko do kłótni, ale i do gromadnych bójek, kończących się śmiertelnemi nieraz z obu stron wielu ranami. Żolnierze powstańczy nieznoszący brutalnego z nimi obchodzenia się, zabijali także nieraz w uniesieniu, znęcających się nad nimi oficerów, za co podlegali katowaniu i rozstrzeliwaniu. Rozdział w szeregach doszedł wtedy do tego, że w niektórych pułkach Polakom z osobnych kotłów jeść dawano.

W miarę przedłużania się tak ciężkiego położenia, wielu z naszych powstańców dostało obłąkania umysłu, a wielu samobójstwem skracało sobie tęskne do kraju a nieznośne życie. Nareszcie w 1835 na 1836 rok, wiarusy w całem żołnierskiem uzbrojeniu zaczęli się przedzierać gromadkami do Turcji, do Persji, lub w góry, stosownie blizkości granicy od punktów, w których zostawali. Gromadki te z kilku, z kilkunastu lub z kilkudziesięciu ludzi złożone, nie w jednem miejscu musiały sobie karabinem torować przejście. Jedna gromadka do szczętu rozbiła oddział kozacki zastępujący im drogę za Szuszą. Krok ten jednak nie powiódł się.

Gromadki które się przedzierały do Turcji częściowo ocalały, ale te co przeszły do Persji, po podstępnymrozbrojeniu, wydane zostały. Te także co dążyły w góry, bez mała wszystkie zdradliwie pochwytane zostały przez nastraszonych groźbą moskiewską zależnych krajowców i odstawiona do najbliższych załóg.

Całe bataljony na kilku placach kaukazkich egzekwowały potem kijami kolejno wyroki sądów wojennych. Pastwiono się osobliwie nad tymi zrozpaczonymi dezerterami, którzy przed sądami wojennemi wręcz odmówili wierności dla cara.

Chociaż zamiar uciekających wiarusów nie powiódł się powszechnie, ale krew przelana przyniosła zaraz pewien owoc. Lecz niestety ten owoc, stał się potem trującym gromadę polską.

Rząd petersburski pzeląkł się następstw swego postępowania. Dano nowe rozkazy. Jenerałowie tak zmienili od razu ton swojej mowy, że trudno było uwierzyć czy on pochodził z ust, które niedawno poniewierały polskiem imieniem. Jenerał Fłorow przeglądając pułki swojej dywizji w te słowa odzywał się do soładatów:

- Wiem co się tu u was dzieje. Wiem maszenniki (oszusty) jak dokuczacie Polakom, wiem że wy niechlujni jak świnie nie dopuszczacie ich do wspólnych kotłów. A nie wiecież wy podlecy, że car każdego swego żołnierza jednakowo ceni, czy on Ruskij, czy Polak, czy Tatar. Jeżeli nie wiecie, to ja was sucze synypałkami nauczę. Gdy usłyszę jeszcze o waszej niesforności, gdy się dowiem, że Polaków będziecie nazywać bezmozgłymi, albo polskiemi mordami, albo buntowszczykami, że oni Warszawę na kartoflach przespali, albo że będziecie śpiewali pieśni ich obrażające, wtedy was na śmierć zaćwiczę rózgami.

Tak groził Moskalom jen. Fłorow i po tej przemowie awansował wielu Polaków na podoficerów.

Gdzieindziej podobnie się działo, a jen. Weljaminow rozdając krzyże dla kabardyńskiego i kuryńskiego pułku, połowę ich nawiesił na piersi samych wiarusów.

W 1839 r. kilkudziesięciu współuczestników sprawy Konarskiego, przeważnie studentów z akademji wileńskiej i z uniwersytetu kijowskiego, przysłano na Kaukaz. Zesłani ci osadzeni zostali najprzód w fortach linjowych, ale nie za długo. W drugim zaraz roku po ich przybyciu robiono u nich rewizje, przeglądano książki i papiery i prowadzono śledztwa o tajne ich porozumiewanie się. Powstańca z 1831 roku Stanisława Luberadzkiego w tymże czasie ściągano z nad Czarnego morza do Tyflisu. Potem ich wszystkich porozsyłano do czynnych pułków i baterji artleryjskich.

Otwarte niezgody między Polakami a Moskalami wówczas już przycichły; znaczna też liczba Polaków otrzymała stopnie oficerskie. Okoliczność ta ułatwiająca bliższe zapoznawanie się ze starszyzną moskiewską, przypuściła studentów do biór wojskowych, do szkół kantonistów i do kierunku naukowego dzieci oficerskich, przy rodzicach będących.

Jenerał Kluki-fon Klugenau, rodem Węgier, cały swój sztab złożył z samych prawie Polaków, przez co zwrócił uwagę ministra wojny Czernyszewa, który go wezwał do tłumaczenia się. Klugenau odpowiedział, że chcąc się otoczyć zdolnymi oficerami, trafem przyszedł do takiego składu, ale że wyłączny wybór Polaków do obowiązków szczegółowych, nie leży w jego systemie. Car jednak całego tego składu nie zatwierdził i kazał ministrowi wydać ogólne polecenie, aby żaden z zesłanych za polityczne sprawy, pomimo ułaskawienia i awansu, nie był dopuszczany do posad sztabowych.

Rozporządzenie takie cieszyło rodowitych Moskali, poczynających narzekać, że im obcy zagradzali drogę do dostojeństw i wykrzykujących że dla uzyskania lepszej posady potrzeba było im się rodzić Niemcami, Polakami albo co najmniej Małorusami.

Klęski ponoszone od Górali zwłaszcza od 1840 roku, zmusiły cara do wysłania zasiłkowych bataljonów z 6go korpusu, rozłożonego koło m. Moskwy, które wcielone zostały co czynnych pułków. Wysłanie jeszcze kolejne dywizji 5go korpusu powiększyły znacznie liczbę Polaków na Kaukazie. 5ty korpus przeformowany właśnie został z b. korpusu litewskiego, który car Mikołaj, napakowaniem weń massy Moskali, chciał dodna zmoskwicić. Przed wysłaniem tego korpusu, robiąc przegląd, zapowiedział mu: „że jeżeliby podejrzywał w kimkolwiek, że ma jeszcze w sobie jedną żyłkę polską, zarazby ją kazał wypruć.” Po krótkiem istnieniu, tylko kadry powróciły z tego korpusu, w których nie kazał car pozostawić Polaków, ale polecił ich wcielać do pułków kaukazkich.

Zaprawdę Polakowi, który przeszedł zgniły Jegorłyk, trudno było wracać. Nie uwalniała go ani choroba, ani kalectwo.

Gdy miejscowe władze na zasadzie świadectw lekarskich przedstawiły zesłanego Sobolewskiego z Podola, już oficera, do uwolnienia do ziemi rodzinnej jako obłąkanego na umyśle, otrzymano polecenie z Petersburga, aby go wysłać do Saratowa, jako do miejsca, w którem klimat odpowiada podolskiemu. Gdy znowu z Saratowa podobne przedstawienie zrobiono, przewieziono obłąkanego Sobolewskiego do Jekaterynosławia nad dolnym Dnieprem i wkrótce umarł.

Ociemniałego studenta kijowskiego Edwarda Milewskiego uwolniono z wojska, ale nie dozwolono mu wyjeżdżać z Kaukazu.

Z Petraszkiewiczem nieco względniej postąpiono, o czem pisma z 1845 roku tak podały: „Z kaukazkiej grnadjerskiej artleryjskiej brygady, bateryjnej Nr.$ baterji, fajerwerker 4tej klasy Ksawer Petraszkiewicz, który w 1839 r. oddany do służby wojskowej z liczby studentów uniwersytetu św. Włodzimierza za należenie do towarzystwa tajnego, a teraz za Najwyższym dozwoleniem zdawał w pomienionym uniwersytecie egzamin i otrzymał dyplom na stopień kandydata 1go oddziału fakultetu filozoficznego, z Najłaskawszego względu ku ciężkiej ranie odniesionej przez Petraszkiewicz w bitwie z Góralami od kuli w dolną część żołądka, i na poświadczenie zwierzchności o dobrym sposobie myślenia i odznaczonej gorliwością służbie Petraszkiewicza, Najjaśniejszy Pan w dniu 23. maja raczył rozkazać zatwierdzić go w randze 10tej klasy, na zasadzie świadectwa uniwersyteckiego o zdanym egzaminie.”

Grodecki takim też sposobem po wyjściu z pułku dragonów uzyskał dyplom lekarski w Charkowie, z obowiązkiem wszakże wrócenia na Kaukaz.

To zamknięcie między skałami, śród tłumów obcych ideą, śród niewolników z wychowania i tradycji – ten brak własnego powietrza i swojskiego żywiołu, niejednokrotnie brak nadziei powrotu – ogarniał niekeidy duszę Polaka cierpieniem.

Jeden Wołynianin nie znajdując w umyśle rozwiązania zagadnienia tych swoich i ogólnych narodu cierpień, przemawiał do góry Kaz-beg:

„Powiedz mi, powiedz, o starcze wyniosły
Co głową bijesz w te błękitne stropy !...
Tyś tyle widział !... Jak pod twemi stopy
Wieki niejedne wzrosły i przerosły,
I zaginęły. – Jak wielcy tej ziemi
Byli i znikli. – Całe pokolenia
Za twej pamięci, krokami spiesznemi
Biegły, dobiegły do wrót zapomnienia !
Tyś tyle słyszał ! o twe chłodne skały
Szpieg twój huragan co chwila roztrąca
Pieśń ułożoną z akkordów tysiąca,
Co z piersi tyla stworzeń się wybrzmiały
Ile jest stworzeń …
A czołem, o starcze !
A czołem siwem, tyś nieba sąsiadem !
Ty zda się toniesz w tym lazurze bladym.
Tyś jak w zwirciadło, na księżyca tarczę
Wpatrzył się niemy i dumasz. – Do ciebie
Mrok niedowionie, co tu ćmi w nizinach !
Powiedz, co o nas mówią tam na niebie,
O naszych wielkich pomysłach i czynach :
Czy naszych wieszczów górne uniesienia
Którym posągi stawiam i ołtarze,
Słyszą niebianie ? Czy widne tam cienia
Naszych olbrzymów, i w jakim rozmiarze ?
Zali dolata do siedzib aniołów,
Różny, zwikłany chór ziemskiego głosu,
I jak dolata, muzyką chaosu,
Niestrojnym wrzaskiem zmąconych żywiołów,
Lub hymnem wielkim, jednym co do treści,
Hymnem głoszącym – o Bogu zbawienia ?
Czy słowa grzechu, od modlitwy pienia
Echo tam dzieli ? Czy krążą tam wieści,
Że my przemożni nadzieją i duchem,
Świat oplątali myślą jak łańcuchem,
I śmieli wtargnąć za światy widziane ?
Powiedz, te gwiazdki tam pozawieszane,
Na toż się tylą osnuły promyków,
Tylą błyskotnych roziskrzyły wieńców,
By nas oświetlić światła zwolenników,
By służyć dla nas, Bożych ulubieńców ? …

**

Potem powiada, że na te pytania:

„Milczał i milczał pierwszy syn potopu,
Smutno migocąc tłem ze sfer odbitem,
Snać się zapatrzył w dal sinego stropu,
Snać się zasłuchał z milczącym zachwytem
W muzykę spiewów …
A jam już nie pytał
Wielkiej przyrody o wielkie Jestestwo,
Jam w jej milczeniu odpowiedź przeczytał,
Straszną odpowiedź, straszną jak nicestwo!...

Kijowjanin znowu, dosadnemi słowy maluje osobistą
Walkę z otaczającemi go okolicznościami i zlewa się
Z wszechogólnym duchem świata. Zaczyna od pytania:
„Czy znacie co jest piekło ! O, kto nie był w piekle,
Ten w całej wyobraźni nie ma dlań znaczenia.
Czy znacie co tęsknota ? znacie ją z w idzenia
Coście jak ja nie czuli … tak dziko, tak wściekle…
To piekło tu na ziemi.
Znacie co to jest piekło ? To ten ogień wielki
Uczuć, boleści, wspomnień i pragnienia,
A w sercu ni pociechy, ani odrętwienia
Palącemu pragnieniu ni rosy kropelki …
Znacie co to jest piekło ? To dążność ku niebu.
Którą jeszcze w kolebce zapaliły duchy;
W całej swej sile, żywcem pchnięta do pogrzebu;
W sile woli okuta przemocą w łańcuchy.
Ta wola godło duszy, jej życie, jej tchnienie
Ta wola, cecha człowieka godności,
Co go do Boga wznosi – ciśnięta w więzienie,
Jest piekłem poniżenia, piekłem bezwładności !
Kto pełnem życiem, nadzieją niesiony
W przyjaznem kole druhów i rodziny
Zasnął letargiem i nagle zbudzony
Znalazł się w trumnie ofiarą cmentarza,
Pierś jeszcze tchnącą toczy bryła gliny,
Pierś jeszcze tchnącą ciężkie wieko gniecie…
A już przy grobie nie słychać grabarza…
Próżna usilność, wołania i jęki !...
Któż jego rozpacz pojmie, jego ziężkie męki !...
Lecz ciężej temu kto żyjąc na świecie,
Na świecie jeszcze żywcem pogrzebiony !
Żywe uczucia, myśli i tę dzielność,
Co jak ciężarna matka musi płód swój rodzić,
Co na czole człowieka pisze nieśmiertelność,
Grobem milczenia, śmierci przywalony.
Równie go ciężar przemicy ugniata,
Równie nikomu z więzów oswobodzić,
Lecz ciężej jeszcze, bo żyjąc u świata,
U świata jeszcze żywcem pogrzebiony”.

**

Rzuciłem strony mej ojczystej ziemi !
Od swoich, swoim okrutnie wydarty;
W dalekij Azji górami zaparty,
Obcy sam sobie, pomiędzy obcemi,
W żelaznych szponach wielkiego Kaima,
Bez żadnej ulgi, bez żadnej nadziei,
Błądzę samotny śród tej dzikiej kniei !...
Nikt mnie nie czuje, nikt mnie nie rozumie,
Nigdzie pierś moja echa sobie nie ma
W tym przestraszonym niewolników tłumie;
Tylko na głos dziki żalów
Przedrażnienie tylko słyszy,
Skał i lasów i szakalów,
Mych szczęśliwych towarzyszy !...
Gdzie cele moje, gdzie moje dążenia,
Nauki, prace, do których przybity –
Duszą w nadziemne latałem błekity,
Gdzie pierś moja pełne piła tchnienia,
Gdziem się uczył człowieka wolne cele cenić,
Widzieć cuda zwierzone genjuszów kluczom…
Teraz jak dziecko stąpać mnie tu uczą,
Jak machiną wracają te same machiny,
I chcą mnie, mnie człowieka w machinę przemienić!...
Cóż memu żądłu wyrówna tęsknoty …
Moje złote widzenia zgasły błyskawicą,
Moje cele przecięte, moich dążeń loty
I życie moje jak liść zwity gąsięnicą !...

Jeszcze myślałem śród tego rozbicia,
Jeszcze się przyda cząstka mego życia
Na tym padole, śród tych obcych ludzi.
Jeszcze myślałem, że te głupie ściany
Kiedyś ożyją, kiedyś się oswoją :
Lecz choć ich tłuką nadęte bałwany,
Jęczą i nieme i bez ruchu stoją :
Już i ta teraz nadzieja nie łudzi !
Lepiej jest umrzeć. Trup do swego wątku
Wróci użyźniać ziemię zestarzałą,
Przyniesie pokarm mnogiemu żyjątku,
Ta choć do swego zdąży przeznaczenia !
A tu … tu na nic i dusza i ciało ;
Tu na nic myśli i czucia i chcenia,
Tu ani kroku związanemu ruszyć …

**

Za cóż się pali ten ogień w mej duszy !
Na co Bóg wszczepił tę dążność, te czucia,
Kiedy jak wulkan podziemne, okucia
Ciężkich pokładów nie może rozkruszyć,
I niszczy wnętrzą, sam w sobie się trawi !?...
Czyliżby większyć doświadczyć katuszy ?
Bo jeszcze mało zewnętrznych pocisków,
Bo jeszcze mało strat, klęsk i ucisków.
Bo jeszcze mało w łzach braci się pławi ?...

Może mnie filozofji chłośnie kto przestrogą,
Lub radą cierpliwości zbroić się wędzidłem ?
Filozofja – cierpliwość … naprzeciw naturze !...
Ptak z uszkodzoną latać może nogą,
Lecz każ mu latać z wyłamanym skrzydłem,
Każ piorun zgasić w zapalonej chmurze !?...

Lecz ja nie skarżę, - a jeśli mym głosem
Wylewam bole, serca powierniki,
Dość mam sił jeszcze przetrwać cios ten dziki,
Nie cofnę kroku przed moim złym losem.
A jeśli czuję, czuciem jestem dumny;
Ono to godnie byt człowieka ceni.
Kamienie tylko nie czują i trumny
I podli ludzie gorsi od kamieni.

**

Wylałem gorycz tęsknoty, wygnania,
Wylałem jak jednostka, samotna, jedyna,
Jak gałązka odcięta, jak czuła roślina
Na obcej ziemi. Obce niebo nie osłania,
I obca rosa życiem nie napawa.
Dług ciała wypłaciłem. Ma ono swe prawa.
Ogniwo przyrodzenia nie spęka się snadnie,
Serce trudno oderwać, a gdy i odpadnie
Długo się na niem jeszcze piętni blizna krwawa !...
Lecz człowiek wyższych światów jest mieszkańcem,
Dalszem ogniwem dalszego łańcucha …
Tam gdy wzleci, i pozna dążność swego ducha,
I cel bytu na ziemi – i za świata krańcem,
On już nie jest jednostką, już nie jest wygnańcem !...

**

Inni znów z punktu filozoficzno – dziejowego zapytują: Czy dla dobra ludzkości Polacy tu przybywają?

Czy przedtem apostolstwo wolności nie wymagało polskiego udziału w sprawach Kaukazu?

Czy polacy obecnie nie są zmuszeni prądem dziejowym do pracy, której za swej niepodległości nie dopełnili?

Czy cierpieniem i przelaniem krwi swojej nie zrodzą pożytku dla przyszłości Polski i Kaukazu?

Czy tylko burza pochodu dziejowego przerzuca ich w te strony jako mieszaninę ras i pojęć?

Czy jedna z nich, czy połowa, czy też wszystkie powyższe przyczyny sprowadziły tu Polaków?

Jedni odpowiadali na te zagadnienia, że sięgając okiem myśli człowieka, trudno jest dopatrzeć przestrzeni i toni myśli Bożej i że z poddaniem się należy iść po drodze, ma której ich Opatrzność postawiła.

Drudzy odpowiadali, że drogi któremi narody przechodzą, mają swoją dziejowąlogikę; że postęp zakreślony prawami odwiecznemi jest niezmienny, - a chociaż go w pewnych okresach i u pewnych narodów można zwichnąć lub obejść, ale za to w następnych czasach musi on odzyskać moc swoją, nawet zprocentowaną; - że więc i Polacy nie dla żadnych chymer dziejowych, ale z potrzeby postępu i dla przyszłej korzyści swojej i korzyści ludzkości, sprowadzeni tu zostali przez konieczność historyczną.

Niektórzy zaś porównywali gromadę polską z Prometeuszem przybitym do skały kaukazkiej. Widzieli oni w bajce mitologicznej tło teologiczno – dziejowe i przenośnią polityczną. Czyż nie tak samo, mówili oni, Polacy pragnęli braterstwa i lepszej doli ludzkości jak i Prometeusz, który wykradzionym ogniem z nieba chciał ją ożywić, objaśnić, oczyścić i uszczęśliwić ? Czyż nie tak samo jak Polacy odważają się powstawać przeciw potędze carów jak i Prometeusz przeciw Jowiszowi ? Czyż nie tak samo i nie tem samem miejscu są oni męczeni dla miłości ludzkości jak ów olbrzym ? Czyż nie tak szarpie ich straszna boleść, jak sęp szarpał wnętrzności jego ?... Dodawali potem, że i rozwiązanie bajki spełni się w tem samem znaczeniu na Polakach, jak się spełniło na Prometeuszu, że chociaż przewagą zostali skuci i unieruchomieni, jednak siłą ognia – uczucia przez nowych Dekaljonów i przez nowe Pyrry, poruszą do życia ludzkość przez carów do martwoty sprowadzoną.

Tym sposobem gdy jednych duch religijny, gdy drugich pojęcia filozoficzne lub dziejowe, a innych uczucia człowieczeńskie, pobudzały do badań; lot myśli wszystkich namaszczony cierpieniem, wedle sił wzbijał się na wyżyny i zagłębiał się w otchłanie i szukał tam wyrazu przeznaczeń. Niektórzy nie znaleźli go wcale, inni go odgadywali lub przeczuwali, inni powiedzieli że go wyraźnie dojrzeli, że tym wyrazem jest „posłannictwo”.
Ci ostatni uczuli się apostołami idei polskiej, za którą poddani zostali cierpieniu i uznali się cząstką gromady spełniającej tę misją na obcej ziemi. Każdemu więc tam z Polaków przyznawali apostolstwo w większym i mniejszym zakresie.

Najnieruchomszego rodaka, choćby przez samo zajęcie przez niego stanowiska, już uważali za jedno z bezwiednych czynników zbliżających do celu tej idei narodowej.

Pojęcie tego posłannictwa znalazło potem wielu wyznawców między tymi, którzy w liczbie kilkudziesięciu zesłani byli z Kongresówki w 1844, 1845 i w 1846 roku.

**

W każdem normalnem społeczeństwie literatura odbija siłę moralną ogółu. Nie mogła ona jednak przedstawić pełnego obrazu gromady polskiej na Kaukazie. Obraz ten może się dopiero utworzy, kiedyś … w dni szczęśliwsze, wolniejsze.

Dotąd z ogłoszonych pism lub przygotowanych do druku, zwrócili na siebie uwagę: Władysław Strzelnicki i Ksawery Petraszkiewicz jako poeci, zaś Michał-Butowd-Andrzejkowicz jako historyk. Poza nimi szli Tadeusz Łada Zabłocki, Leon Janiszewski, J.Z., Wincenty Dawid, Kalinowski, Wojciech Potocki i Hipolit Jaworski. Niektóre ustępy ich pism umieszczone były w Rocznikach Podberskiego w Petersburgu, w Atheneum Kraszewskiego w Bibljotece Warszawskiej, w Gwiazdce Kijowskiej Dołęgi, w Rubonie inflanckim Bujnickiego, i w Gazecie Codziennej; inne wyszły w osobnych wydaniach. Gedeon Giedrojć wydał swoje wspomnienia we Lwowie. Żal nam, że dotąd nie wydane są w komplecie pisma śp. Wł. Strzelnickiego, których zbiór we dwóch tomach, przed kilku już laty, przygotowany do druku widzieliśmy.

Do najważniejszych jednak prac zaliczyć należy ogłoszone w Bibljotece Warszawskiej „Obrazy Dagestanu” Juljana Surzyckiego i tłómaczenie z gruzińskiego „Tygrysiej skóry”, z dodaniem naukowego wstępu, przez Kaz. Łapczyńskiego.

Specjalnym naukom poświęcał się Wincenty Sapalski, lekarz Minkiewicz i drugi Gerard Łohynowicz, naturalista Heliodor Pęczyński, geolog Strutyński, a przedewszystkim dyrygujący tryangulacją Józef Chodźko, który w sierpniu 1850 roku, po dwutygodniowym wysileniu, z jednym tylko z towarzyszów wyprawy zdołał dostać się na szczyt Araratu, wzniesionego na 16.953 stóp ang. nad poziom morza. Wszyscy oni, nie wliczając innych, bądź to w polskich artykułach, bądź to w moskiewskich urzędowych sprawozdaniach, dali odznaczające świadectwo o swojej pracy i nauce. – Zacha olbrzymie prace nad językami miejscowemi, jak również Lisowskiego znakomite badania przyrodnicze, a osobliwie o botanice kaukazkiej zaginęły z ich nagłą śmiercią, bo pierwszego potok zalał, drugi zmarł od cholery.

Śp. Łada Zabłocki powziął zamiar wydawania zbiorowego pisma kaukazkiego, któreby zapoznawało rodaków w kraju z ziemią przenaczoną na mogilnik ich braci. Drukarnia namiestnictwa, która w kalendarzu urzędowym, na kilkunastu stronicach, wytłaczała corocznie po polsku wykaz świąt katolickich, mogłaby była wystarczyć czcionkami dla takiego przedsięwzięcia; ale wzgląd na cenzurę, i przewidywanie nacisku władzy najezdniczej na drukowanie fałszów, wstrzymało ten piękny pomysł. Projektował później Zabłocki, co byłoby może więcej wykonalnem, wydawać takie pismo w jednej z drukarń kijowskich, lecz gdy się tam ukazała”Gwiazdka”, zaczął on myśleć o zrobieniu jej organem kaukazkich pisarzy. Pismo to jednak po wyjściu kilku poszytów, wzbronionem przez cenzurę zostało.

Żałować należy, że wzmiankowany projekt specjalnego pisma o Kaukazie, nie przyszedł do skutku. Bo chociaż cenzura nie przepuszczałaby rzetelnych sprawozdań o istniejących bojach, ani rzetelnych wyjaśnień miejscowej historji z ostatniego wieku, jednak Polacy rozsiani po różnych zakątkach wąwozów kaukazkich, między różnorodnemi plemionami, podając w jednem piśmie chociażby i niewprawnem piórem, wiadomości o językach, obyczajach, zwyczajach, przesądach, pieśniach i bajkach i podając owe na tysiące liczące się a piękne podania miejscowe, złożyliby prześliczny pamiętnik, drogocenny dla badaczów dziejów, a uzupełniający i wyjaśniający wielkiego znaczenia w świecie naukowym dzieło Jana Potockiego: „Voyage dans les steps d’Astrakhan et du Caucase. Paris 1829.” Uboga nasza literatura w rodzaju krajopisów, pomimo pobytu Polaków na całym świecie, nabyłaby tym sposobem przyczynek uzupełniający próżnię przynajmniej jednego mało nam znanego kraju, a który nie tylko że nie powinien być obojętnym, ale powinien mocno obchodzić Polaków. Rozrzucone zaś ustępy po różnych pismach, nie kierowane żadną przewodnią myślą spółki piśmienniczej, muszą zniknąć bez właściwego pożytku.

Zajmując się pracami umysłowemi, zesłani poczęli myśleć o sprowadzeniu książek polskich, których zupełny był brak na Kaukazie. Młodzież kijowska dała najpierwszy popęd urżądzania składkowych bibljoteczek w miejscach, gdzie kilku zesłanych gromadziło się. Ubóstwo jednak stawiało nie małe temu przeszkody. Zbierano przecież ile się dało. Z kopiejkowych ofiar i z kopiejkowych kar za dopuszczenie się błędów językowych w mowie, składały się sumki po kilka, potem po kilkanaście, a nareszcie po awansach niektórych i po kilkadziesiąt rubli. W 1847 r. kilka punktów Kaukazu, dobrze już było zaopatrzonych w książnice polskie, liczące nawet po kilkaset tomów. Między dwoma albo trzema najbliższemi sobie punktami, zawsze się przed sprowadzaniem książek porozumiewano, aby jednych i tych samych dzieł nie nabywać. Po przeczytaniu książek w jednym punkcie, przesyłano je czasowo do drugiego i wzajemnie. Dieła tylko wielkiej wartości starano się mieć w każdej bibljoteczce.

Wyjątkowym zdarzeniem starzec Augustyn Serwiński b. urzędnik akademji wileńskiej, przywiózł ze sobą do Kusar, jedną skrzynię książek naukowych. Były między niemi dwa dzieła, odnoszące się do Kaukazu, jedo wileńskiego profesora zoologii Astmusa, zapomnianego już przezemnie tytułu, a drugie Dra Edwarda Eichwalda z 1831 r. : „Plantarum novarum cognitarum quas in itinere Caspio-Caucasico observavit.” Dzieła te po wyjeździe zacnej pamięci Serwińskiego na egzamin oficerski do Moskwy, przeszły na własność ogólną.

Myślano jeszcze w późniejszym czasie o dostaniu i właściwem zużytkowaniu ważniejszych dzieł z bibljoteki seminarium prawosławnego w Astrachaniu, w której przypadkowo jeden z wykomenderowanych do tego miasta rodaków, odkrył wiele ksiąg i manuskryptów za zbiorów Stanisława Augusta. Zbiór ten miał być w depozycie złożony przez króla, a według innych miał być darowany przez cara Pawła mohylewskiemu prawosławnemu biskupowi Anastazemu Bratanowskiemu, który będąc potem przeniesiony do Astrachania, przekazał go testamentem tamecznemu seminarium. Zawsze wszakże wyprawienia jednego z nas w tej drażliw- dyplomatycznej misji do księży prawosławnych, odłożony został do chwil sposobniejszych, - które … nie nadeszły.

Dowódzca pułku szyrwańskiego Placbek-Kokum, uwzględniając prośby Polaków, umieścił w katalogu książek zagranicznych żądanych w 1847 r. przez ogół oficerów i „Gazetę Wielkiego Księztwa Poznańskiego.”

Naczelnik dywizji Kluki fon Klugenau zatwierdziwszy przedstawiony katalog, niezmierną Polakom wyrządził usługę. Albowiem chociaż tej urzędowej gazety niezmiernie obcinanej, albo całemi numerami wstrzymywanej, wyrzekli się Polacy, jednak na jej miejsce zażądali urzędowego „Tygodnika petersburskiego” spodziewając się tam dobrych odcinków literackich. Gdy jednakże i Tygodnik nie odpowiedział najmniejszym wymaganiom, a była już możność sprowadzania pism wprost z Warszawy, odważono się żądać „Gazety Warszawskiej” i „Bibljoteki Warszawskiej”, które prenumerowano z sumy bibljotecznej przez ogół oficerów składanej. Przykład ten pobudził Polaków i w innych pułkach do podobnego żądania, które im uwzględniano …. Do czasu.

**

Gdy nastał rok 1848, wiadomość o upadku tronu Ludwika Filipa jak grom uderzyła w wojska kaukazkie i od razu podzieliła je na dwa odrębne polityczne obozy. Moskale wsłuchiwali się czy car nie poszle wojska na ratunek zbiegłego króla.

Jeden z dowódzców kompanji, kapitan Karganow, zainteresowany tą sprawą, wzwał podkomendnego mu wtedy szeregowca Władysława Kamieńskiego, na dyskusję polityczną.

- Dziwi mnie b ardzo, rzekł, że nasz hosudar (panujący) pozwała buntować się Francuzom.

- Francja jest niezałeżną, odrzekł Kamieński, car nie ma żadnego prawa do wtrącania się w obce sprawy.

- Jak to jest niezależną, zawołał kapitan, przecież Francja należy do cara.

- Bynajmniej. Francja tak jest niezależną, jak i Rossja.

- Cóż wy wygadujecie ! przecież Aleksander I. Błogosławiony był pod Paryżem?

- Był.

- I wziął szturmem Paryż?

- Wziął.

- A więc Paryż należy do cara, a król francuzki zależny był od niego.

- Wcale nie. Według traktatu wiedeńskiego…

- Ot zaraz będziecie mnie tumanić i po waszemu wyjdzie na wasze; a u nas każdy Ruskij wie, że car Aleksander Błogosławiony zdobył Paryż i że Francja jest podbitą tak samo jak Polska.

Zamilkł Kamieński, aby z powodu tej drażliwej materji nie zostać razem z Francuzami winnym buntu przeciw carowi.

Podporucznik Pirogow, który nadszedł na tę dyskusję przemówił:

- Bądź co bądź, jednak nie może ulegać żadnej sprzeczce, że Ludwik Filip był bardzo mądrym królem.

- I dlatego car zatwierdził go na króla, rzekł kapitan.

- A że był lubiany przez cara, dodał podpułkownik, dowodzi to, że jego wielkość prowadził z nim własnoręczną korespondencję!

Moskale mieli wtedy przeczucie, że z wojen rozlanych po Europie nie podlegną żadnemu ubytkowi ziem zabranych. Słuchając i czytając o powstaniu w Poznańskiem, a potem i o legjonach polskich na Węgrzech, zbywali te wieści jedynie przekąsem mającym cechę żartu.

Przeciwnie Polacy byli przejęci radością. Nadzieja na bujnych skrzydłach unosiła ich w rodzinne strony i stawiała im ten niepodległy ustrój krajowy, który wykołysali w swej duszy. Ufali oni przedewszystkiem współczuciu ludów, w których imieniu poetyczni politycy z uniesieniem odzywali się.

Każdy okrzyk wolności ludów, odbity echem od skał kaukazkich, napełniał gromadę polską szczęściem. Głos trąby bojowej wzywającej do walki o niepodległość, cuda sprawiał. Umarli z grobów powstawali. Widziałem krew już zastygłą, naraz w żyłach odżywioną. Widziałem ramię przedtem paraliżem niewiary bezsilne, naraz podnoszące się w górę. Widziałem usta w zwątpieniu zaniemiałe, wymawiające słodkie imię Ojczyzny. Widziałem serca tych wszystkich zmartwychwstańców przedtem unikających słów o Polsce, błogosławiących teraz rodaków, noszących za nią po Europie życie swoje w ofierze… Obcy też widzieli i poszanowć musieli to, pomimo woli, wyjawiające się uczucie, nad które dla Polaka nie ma żadnego niebezpieczniejszego, ale też i milszego na ziemi.

Podchodził wtedy złamany nieszczęściami życia stary wiarus do młodszego od siebie zesłanego i zapytywał:

- Cóż tam słychać na świecie, pono się już Moskal bije z Węgrem?

- A bije się, odpowiadał zesłany, i na początek został już wypędzony z Hermansztadtu i z Kronsztadu.

- Słyszałem. Ale podobno Moskal trzyma się za rękę z Austjakiem; jeśli to prawda, to Węgier nie wytrzyma.

- Węgrom pomagają Polacy z pod Karpat. Jest tam Bem, Dembiński, Wysocki i inni.

- Bem to tęga sztuak, pamiętam…

- Zapewno, ale i tamtym nic nie brak.

- Jak też pan myśli, co będzie z tego?

- Musi być dobre, tak zostać nie może.

- Ach, bodaj ono dobre nastało raz w życiu, żebym chociaż kości swoje zaniósł do Polski. Niech panu Bóg da zdrowie za pocieszenie…

Gdy taka promieniejąca tęcza wolności błyszczała nad Polakami, jednocześnie wpijały się w nich dolegliwe okowy, bolącą rzeczywistością.

Zaraz po wybuchu rewolucji w Paryżu poczyniono liczne rewizje i aresztowania Polaków w fortach na Kumykskiej płaszczyźnie i w pólnocnym Dagestanie. Na płaszczyźnie aresztowano Szymanowskiego, Franciszka Pantoczka, Bolesława Maciejowskiego, Konstantego Siecińskiego, Wincentego Dawida, Sicińskiego, Rudzińskiego. W Dagestanie uwięziono Kazimierza Łapczyńskiego, Telesfora Szpadkowskiego, Władysława Witkowskiego, dwóch oficerów Łozę i Kielczewskiego i innych. Księdza Pruszkowskiego objeżdżającego forty dla spowiadania katolików, pojmano w drodze i pod eskortą przywieziono do Temir-Chan-Szury.

Wypadek ten pociągnął za sobą najrozmaitsze domysły i baśnie, które nabierały wagi z powodu zawiadomienia z Petersburga, że nie kazano już nadal wysyłać na Kaukaz skompromitowanych Polaków. Głoszono, że odkryty został szeroko rozgałęziony spisek, mający na celu wymordowanie starszyzny moskiewskiej, i że już jeden jenerał i kilku oficerów w Szurze, padło ofiarą tajemnej zmowy.

Jednocześnie dano także rozkaz z Petersburga, aby w ogóle posad sztabowych nie poruczano Polakom i aby na pisarzy do kacelarji bez wyjątku nie używać żołnierzy z Królestwa, ani tych z zabranego kraju, którzyby byli podejrzani o nieprzychylność do rządu. Polecono aby w żadnej osadzie, ani w forcie wojennym, nie dozwalać jednoczasowego pobytu chociażby dwóm zesłanym, a jeżeliby gdziekolwiek to się praktykowało, żeby ich w przeciągu 24 godzin odosobnić przez wysłanie w inny punkt miejscowości.

Nakazano aby jeżeli któremu z zesłanych przesyła rodzina znaczniejsze pieniądze, żeby mu na ręce nie wydawać więcej nad 30 rubli miesięcznie. Zabroniono im noszenia płaszczów i czapek z cieńkiego sukna i butów z cieńkiej skóry, oraz uczęszczania do oficerskich lub czynownickich domów, a osobliwie zajmowania się w nich nauką młodzieży. Naostatek zalecono baczność na ich stosunki z wojskowymi niższych stopni i na przeglądanie wszystkich listów do nich adresowanych. Gdyby który dowódzca znalazł coś podejrzanego przeciw rządowi, obowiązany został każdy taki list wprost i natychmiast odsyłać do 3go wydziału przybocznej carskiej kancelarji, a osoby skompromitowane jednocześnie aresztować.

Rozkazy te wydane do wykonania pod najsurowszą odpowiedzialnością dowódzców, najprzód spełnione zostały co do rozłączenia wszystkich zesłanych. Zatrzymano jednych w sztabkwaterach na linjach bojowych, innych przeznaczono do pogranicznych fortów. Zjawienie się nagłe ludzi tej kategorji w niewłaściwych im częściach wojska, sprawiało między bojaźliwszymi pewien popłoch i rodziło obawę w stosunkach z nimi.

W szeregach zaczynała się znowu wykłuwać sprawa kotłowa. Sołdactwo odzywało się : „że choć wilka karmisz, a wilk zawsze w las patrzy.” Grzecznie jednak wtedy postępowanie dowódzców z zesłanymi, wstrzymało wybuch sołdackiej nienawiści.

Obawa Polaków rosła w miarę przedłużania się aresztowań w Groźnej i w Temir-Chan-Szurze. Dopiero później przebieg tej sprawy został wyjaśniony. Początek jej ciekawy i zarazem jest oburzający.

Jeszcze w 1846 roku w szeregach wojska moskiewskiego, służył w Władykaukazie niejaki junkier Sołłohub, człowiek młody a zepsutych obyczajów. Nie mając dosyć funduszów na częste hulanki, dopuścił się kradzieży, która poczęła się ujawniać. Z obawy sądu wojennego i degradacji, zbiegł on do niepodległych Górali. Sprzykrzywszy sobie znowu w górach, w których pośród twardego życia ludzi nie mógł sobie znaleźć odpowiednich swemu usposobieniu rozrywek, opuścił je. Będąc zawsze sprytnym, potrafił przejść wielką przestrzeń cesarstwa i dostał się aż nad Dniepr. Dopiero baczna policja pod zarządem jenerał-gubernatora Bibikowa, podejrzywając w nim polskiego emisarjusza, ujęła go i osadziła w fortecy kijowskiej. Wtedy Sołłohub wniskując z badań, że może podledz bardzo ciężkiemu wyrokowi, wolał przyznać się do zbiegostwa z wojska kaukazkiego. Wyznając zaś tę winę, powiedział zarazem, że wie o rozgałęzionym spisku Polaków na Kaukazie, którego centrum miało się znajdować w firtecy Groźnej. Dodał jeszcze, że szczegółów tego spisku dostatecznie nie zbadał, ale że jeżeli przebaczoną mu będzie jego wina i dozwolony mu będzie powrót na Kaukaz, że on jako znający język polski, w krótkim czasie wykryje całą tajemnicę.

Przedstawiony protokół tej sprawy naczelnikowi żandarmerji i ministrowi wojny zrobił wielkie wrażenie. Car w nieopowodzeniu wojska swego, podejrzywał już zdrady i stosunki Polaków z Góralami. W tajemnicy więc wielkiej wysłano Sołłohuba z Kijowa; aby zaś ułatwić jego rolę, zmieniono mu nazwisko i tytuł przybycia. Napisano o nim w urzędowym papierze, że jako Nowicki, student uniwersytetu kijowskiego, zsyła się za polityczne przestępstwo do wojska i że przez wzgląd na jego młodość dozwala mu się zacząć służbę w stopniu junkierskim.

Oprócz naczelnika żandarmów okręgu tyfliskiego, jedynie przypuszczony był do tajemnicy kniaź Worońcow, jako namiestnik. Worońcow będący w nieszczerych stosunkach z ministrem wojny i z Bibikowem, czuł się obrażonym za dopuszczoną myśl o jego nieprzezorności i za narzucany mu sposób wykrywania spisków, w kraju mu poruczonym. Nie czynił więc żadnych ułatwień nazwanemu Nowickiemu, chociaż też się krępował z swej strony jego stosunków.

Nowicki od czasu przybycia w połowie 1847 r. do Groźnej, starał się wejść w najbliższą zażyłość z zesłanymi tak Polakami. Narzucająca się jego znajomość, mowa jego nie czysto polska, stopień junkierski, a nareszcie zbijające jedne drugie podawane przez niego wiadomości o składzie uniwersytetu kijowskiego, zrodziłu ku niemu pewną nieufność.

Po kilku miesiącach czasu danego Nowickiemu do szpiegostwa, otwarcie go potem wezwała żandarmerja do udowodnienia rzucanych na Polaków podejrzeń. Nowicki więc w akcie oskarżenia zarzucił Polakom: tajmene stosunki między sobą, utrzymywanie kompromitującej korespondencji, a co najgłówniejsze, prowadzącą się między nimi a Szamilem zmowę, w celu oddania Góralom kilku fortów moskiewskich. Jako głowę tego przedsięwzięcia wskazał zesłanego z Warszawy Szymanowskiego podoficera, a jako najczynniejszego współdziałacza, również zesłanego z Kielc, aptekarza Pantoczka, także podoficera. Ten ostatni według Nowickiego, miał przygotowywać jakąś ciecz, za pomocą której miało się ułatwić zapalenie wszystkich prochowni w fortach i jaszczyków artyleryjskich.

Po aresztowaniu więc w Groźnej, w Hassa-jurcie, w Iszkartach i w Temir-Chan-Szurze, kilkunastu ludzi i po zabraniu wszystkich u nich papierów, wyznaczono komisje śledcze, jedną w Groźnej, a drugą w Temir-Chan-Szurze.

Sprawa ta jak drasnęła miłość własną kn. Worońcowa, tak również dotknęła i naczelników lewego skrzydła i Dagestanu, którzy otrzymywali znaczne fundusze na szpiegowskie cele i mieli dostateczną liczbę płatnych agentów obok siebie w górach. Pewni o nieistnieniu żadnego spisku, wyznaczając z woli wyższego rozkazu komisje śledcze, ustnie zalecili ich prezesom, aby po zbadaniu formalnem stosunków z Szamilem, resztę kompromitujących okoliczności uważali za rzecz podrzędną.

Komisje te względne, do których za tłumaczów przystawiono wyższej rangi Poaków ochotników, cechowały się jak najgrzeczniejszem obchodzeniem się z uwięzionymi. Dowiedziały się te komisje tylko o jednym zesłanym przebywającym w górach, który żadnego tam wpływu nie miał i któremu zagrożono, że jeśli choć słowo wyrzeknie przeciw Szamilowi i jego urządzeniom, że mu natychmiast głowa spadnie. Po kilkotygodniowem badaniu komisje złożyły raporta, że nie tylko żadnego między oskarżonymi nie wykryły spisku, ale i nic takiego coby ich mogło kompromitować wobec rządu: że schadzki nazwane tajemnemi były cichem łączeniem się młodzieży wzajemnie usługującej sobie nabytkami nauki; że znalezione książki, notay i rysunki techniczne stały się jednym z dowodów powyższego twierdzenia, i że w ogóle zachowanie się ich polityczne na żadne nawet podejrzenia nie mogły komisji naprowadzić. Dowódzcy też wojskowi lewego skrzydła i Dagestanu, złożyli z swej strony raporta , że po najskropulatniejszem śledzeniu przez agentów mających stosunki z Góralami, nie okazało się najmniejszego śladu związku oskarżonych z Szamilem.

Po otrzymaniu takich raportów, Worońcow aż do dalszej decyzji kazał zwolnić rygor więzienny aresztowanych, którzy byli strzeżonymi z osobna na odwachach, w koszarach, lub w prywatnych mieszkaniach. Aresztowanym pozwolono już odtąd przechadzać się pod strażą, wolno ich było nawet odwiedzać, tylko im broniono widywać się z sobą.

Po miesiącu decyzja z Petersburga nadeszła. Car dalsze załatwienie sprawy Polaków oddał w ręce namiestnika, który udając się wtedy przez Dagestan na ekspedycję do Czeczni, kazał uwolnić wszystkich uwięzionych w Temir-Chan-Szurze, a księdza Pruszkowskiego sam osobiście przeprosił. W Groźnej kazał jeszcze naocznie sprowadzić Nowickiego z Szymanowskim. Badanie to ostatecznie prowadził w komisji naczelnik sztabu, jen.Kotzebue.

Nowicki ciągle wmawiał w Szymanowskiego, że z ust jego słyszał o projektach oddania fortów linjowych Szamilowi; Szymanowski zaś twierdził, że nigdy podobnej myśli nie miał, a więc że mu i mówić o tem nie mógł. Gdy żadnym dowodem nie mógł denuncjant poprzeć oskarżenia, wtedy Kotzebue zapyatł:

- Czy dawno się panowie znacie?

- Od czasu przybycia Nowickiego do Groźnej, rzekł Szymanowski.

- A dawniej go pan nie znałeś, zapytał Kotzebue.

- Dawniej nie.

- Ale przypatrz mu się pan dobrze … tylko dobrze, pan go musiałeś znać.

Po długiem wpatrywaniu się w twarz przeciwnika, ozwał się Szymanowski:

- Podobnego mu wprawdzie znałem nieco z widzenia, ale tamten był junkrem we Władykaukazie, a nazywał się Sołłohub.

- Cóż się stało z tym Sołłohubem? Zapytał Kotzebue.

- Nie wiem, słyszałem, że pono uciekł w góry, a dalszych o nim wiadomości nie miałem.

- Własnie ten Nowicki jest Sołłohubem, rzekła Kotzebue. On was denuncjował. Za niesłuszne oskarżenia będzie powołany przed sąd wojenny. Pan odtąd i pańscy koledzy zostaniecie za kilka chwil uwolnieni. Winszuję wam.

Wkrótce Sołłohub wyrokiem sądu wojennego, potwierdzonym przez konfirmację kn.Worońcowa, skazanym został na pozbawienie go dworzaństwa i na wieczne osiedlenie w Syberji. Car rozgniewany, chcąc dać przykład kary za fałszywą denuncjację, dodał Sołłohubowi dwa lata ciężkich robót przed osiedleniem.

Wiedziano jednak, że gdyby władze kaukazkie nie były zadraśnięte w tej sprawie, los oskarżonych i wielu innych mógłby być odmienny.

Znajdowały się bowiem kompromitujące pisma, które w ciągu prowadzenia śledztwa znikły z aktów komisji, zapewne z ich wiedzą. Przypuścić także można, że Szymanowski mógł mówić przy Sołłohubie o rozmaitych kombinacjach wojennych, któreby szczęśliwy mogły mieć obrót dla Górali, a przytoczenie podobnych pomysłów, chociażby bez przyznania się Szymanowskiego, mogłoby jego i towarzyszów więzienia narazić na przykre skutki.

Ostre skazanie Sołłohuba było jednym z nowych dowodów, że wyżsi dowodżcy żadnych denuncjantów nie mogli znieść w podwładnych szeregach, z obawy aby i ich nadużycia nie były przez nich odsłaniane. Każdy dowodzca podobnych ludzi, czy oni byliby Polacy czy Moskale, żołnierze czy oficerowie, starał się zatracić (unicztożyt). Gdy kniaź Paszkiewicz wysłał i utrzymywał na koszcie funduszów królestwa junkra grenadjerskiej brygady Aleksandra Gałeckiego, który poprzednio w Warszawie zdradził kilkunastu kolegów, zesłanych następnie do bataljonów oremburskich i na Kaukaz, i gdy dowódzca jego dowiedział się o tem, publicznie na przeglądzie w te słowa odezwał się do niego:

- Słyszę, że pan źle się prowadzisz. Słyszałem, że i w Warszawie podobnie się prowadziłeś, i że niewinnych swoich kolegów zagubiłeś. Zapowiadam panu, że jeśli nie odmienisz swego postępowania ja pana zatracę.

Dowódzca ten groźbę swą wykonał wkrótce, albowiem gdy Gałecki dopuścił się kradzieży u jednego oficera, oddał go pod sąd, który go niezwyczajnie srogo ukarał. Był bowiem nie tylko zdegradowanym na stopień żołnierza, ale został przetranslokowany do wymierających czarnomorskich bataljonów i pozbawionym szlachectwa. Wieść o tym nikczemniku wkrótce zaginęła. Może był zabity przez Górali, może umarł, a może przyjął prawosławie.

**

Wiadomo jest, że Moskwa do środków wynaradawiania, zalicza i przyłączanie do prawosławia. Religja jest u niej także instrumentem, którym przyszrubowuje człowieka do caryzmu. Moskale zaś za prawdziwego carskiego poddanego uważają tylko tego, który jest prawosławnym. Z pod oka oni zawsze patrzą na inne wyznania, które cara za głowę swego wyznania nie uznają. Więc podstępem, pokusą, gwałtem, związkami małzeńskiemi, nagrodami, uwalnianiem zbrodniarzy od cielesnych kar kryminalnych, wciągają oni ludy podbite do prawosławia.

Na Kaukazie, nie licząc nawet ludzi z kraju zabranego, mieliśmy tysiące z Królestwa, którzy będąc unitami zapisani zostali na listę prawosławnych i zmuszeni do obrządków tego wyznania. Zesłani alumni z seminarjum unickiego z Chełmna, Szymański i Kalinowski nie chcąc należeć do prawosławia, od razu wymogli, że ich umieszczono na listę katolików. Aby nie wywoływać starć religijnych wobec prowadzącej się wojny, rząd okazał dla nich dyplomatyczne uwzględnienie. Szczygielski otoczony był większemi pokusami. Gdy go przedstawiano do stopnia oficerskiego, ministerjum wojny niejednokrotnie czyniło mu przeszkody i stawiało mu za warunek awansu: przyjęcie prawosławia. Szczygielski propozycję tą stanowczo odrzucił, woląc zostać szergowym, niż należeć do urzędowej wiary. W końcu jednak i on został uwzględniony, a w stanie służby kazano mu zminić wyznanie unickie na katolickie.

Widocznem się okazywało, że rząd moskiewski nie chciał w granicach cesarstwa ani cienia unji pozostawić i wolał kilku wytrwałych unitów porobić katolikami, niż pozostawić ich przy swem wyznaniu.

Jednak nie znaczyło to, że car był tolerującym katolicyzm na Kaukazie. Owszem wyznanie to opierające się o papieża, wszędzie było mu solą w oku. Nie mógł on znieść żadnej władzy, któraby jakiegokolwiek rodzaju miała wpływ w jego posiadłościach. Nie cierpiał on papieża, jak nie znosił i sułtana, głowy sunitów muzułmańskich. On naprzód powyrzucał z Kaukazu wszystkich obecnych misjonarzów, pozostawiając nawracanie religijne jenerałom, popom i kozakom.

Stawiając księży polskich jako kapelanów brygadnych, car ścieśnił ich swobodę i działalnośc. Kazał on przybijac na drzwiach kaplic i kościołów polskich pisma słowiańskie kirylicą drukowane, a według których miano się modlić za dom panujący; ale to do skutku przyjść nie mogło. Z jego polecenia przysłano reskrypt zabraniający księżom mówić kazania po moskiewsku (!?), co wcale nie było mu potrzebne. Dziwny ten rozkaz, według słów reskryptu, był spowodowany popędem niektórych prawosławnych w Petersburgu, do uczęszczania na kazania moskiewskie, do jednego z tamtejszych kościołów katolickich.

Znaliśmy w Kusarach żołnierza Michajłowa, który dzieckiem wywieziony z kraju, wychowany został w prawosławiu. Nic po polsku nie umiał i tylko pamiętał, że był z województwa kaliskiego i że jego ojciec był Michał. Znaliśmy w Iszkartach podobnej kategorji młodego oficera Ippolitowa. Był on synem nauczyciela Bielawskiego, z Warszawy, uczęszczał do gimnazjum na Lesznie i porwany był z ulicy. Wywieziony następnie do szkoły kantonistów w Kazaniu, zniewolony razem z kilkunastu chłopcami podobnej kategorji do prawosławia, musiał zmienić i nazwisko swoje z Bielawskiego na Ippolitowa, z tej jedynie zasady, że ojciec jego nosił imię Hipolit. Odbierał on listy od ojca pod właściwym nazwiskiem, bo nie miał odwagi uwiadomić go o dopełnionych na nim gwałtach.

Baczono tu, aby oni lub inni prawosławni nie uczęszczali do kościołów i gdy jeden pisarz pocztowy, były unita z Podola, chodził na nabożeństwa katolickie w Temir-chan-Szurze, pop miejscowy oskarżył go o to i wyjednał na niego ostre piśmienne zagrożenie.

Jednak łudzące pozory tolerancji rekigijnej Moskali, trafiały się czasem. Ksiądz Aleksander Grodzki przedstawił raport żadający upoważnienia go do ochrzczenia branki czeczeńskiej dziewicy Chanunm która okazała życzenie przyjęcia katolickiego wyznania. Syanod prawosławny przez wladze cywilne kazał zapytać Chanun, czyby się ona nie zgodziła na przyjęcie panującego wyznania. Gdy odmowna odpowiedź jej nadeszła do Petersburga, ministerjum nareszcie po dwu latach pisaniny po róznych dykasterjach, nadesłało żadane upoważnienie do przyjęcia jej do katolicyzmu. Znudzona wszakże temi korowodami mahometanka, wyrzekła się wtedy chrześcijaństwa.

Z pewnym żydem z Warszawy, w pułku dagestańskim podobnie postępowano, ale ostatecznie został katolikiem. Najwięcej miał on do przebycia z swoim dowódzcą pułku, którego w końcu rozgniewał swojem rozumowaniem.

- Jakbym ja wyglądał, rzekł, gdybym do Warszawy powrócił. Nie będąc ani żydem, ani katolikiem, niktby się tam do mnie przyznać nie chciał. !...

Przestaję na tych kilku przytoczeniach.

Wszyscy katolicy na Kaukazie, którzy składali się przeważnie z dwóch tylko narodowości, ormiańskiej i polskiej i jeszcze małej liczby Chaldejczyków, u stóp góry Ararat zamieszkałych, należeli według podziału z 1848 r. do dyecezji teraspolskiej, a później do nowo utworzonej dyecezji saratowskiej, która zarządzał biskup Ferdynand-Helan Kahn. Wszystkich kościołów liczyło się 47, oprócz kaplic. Podziały na dwa dekanaty, kaukazki i zakaukazki, nie stosowały się wcale do terrytorjów, lecz do narodowości, chociaż przy paru kościołach obsadzeni byli razem księża polscy i ormiańscy.

Księża polscy na wezwanie rządowe wysyłani tu bywali jako kapelani brygad wojskowych, z klasztorów litewskich i rusińskich. Pełnili oni przy kościołach obowiązki proboszczów i pobierali pensje odpowiednie gaży kapitanskiej.

Dziekanem i proboszczem w Tyflisie, mianowanym później wizytatorem stolicy apostolskiej był ks. Maksymiljan Orłowski. Starszym kapelanem przy wojsku i proboszczem w Białym-Kluczu, był ksiądz Franciszek Starewicz; kapelanem i proboszczem w Gori Józef Skaczkowski; we Władykaukazie Iwo Zawadzki; w Pityhorsku Ferdynad Sienkiewicz; w Stawropolu Hipolit Stokliński; w Temir-Chan-Szurze Teofil Pruszkowski; w Kusarach Aleksander Grodzki; w Mozdoku i Groźnej Hygin Antonowicz; w Bomborach Wincenty Dudorowicz; w Noworossyjsku Zeno Kalinowski; w Carskich Kołodcach Wiktor Żyźniewski. Mężczyzn katolików Polaków prawie wyłącznie służących w wojsku było w 1848 r. około 26.000, kobiet zaś do 2000.

Po ostrych, prawie corocznie powtarzających się postanowieniach, które ścieśniały swobodę nawet wyznania religijnego Polaków, gdy car Mikołaj nie dowiedział się o żadnej kompromitującej ich sprawie, na przedstawienie kn.Worońcowa, w 1850 r. to jest 25-letnią rocznicę wstąpienia swego natron, poczynił ulgi zesłanym na Kaukaz. Wielu z nich awansował na podoficerów, a będących już podoficerami dozwolił przedstawiać na oficerów, na zasadzie praw szlachectwa, albo za odznaczanie się w boju. Awansowani następnie na oficerów, mieli używać wszelkich praw oficerskich z tem wszakże ograniczeniem, że krzyża św.Jerzego za 25-letnią i orderu św.Włodzimierza za 35-letnią nieskazitelną służbę, nie mogli potem otrzymywać, i że każdy z nich obowiązany był przesłużyć 10 lat w oficerskim stopniu na Kaukazie. Urlopy dla nich nie miały się dozwalać na wszystkie strony, z wyjątkiem Petersburga, Moskwy, Zabranego kraju i Królestwa.

Te ograniczenia powiększały się i ścieśnieniami dawniejszych rozporządzeń. Zaprawdę byli to oficerowie, jacy tylko mogli istnieć w armji carskiej. O nich na równi z szeregowymi zesłanymi, szły miesięczne i tercjalne raporta z komór i z portów, że przez nie w danym czasie nie przejeżdżali. Z pułków i z baterji przedstawiano jednocześnie wiadomości o ich zachowaniu się politycznem i t.d. Im nakoniec jako dozorowanym nie oddawano także listów wprost z poczty, ale z pod cenzury dowódzców. Dopominanie się u wyższych jenerałów, na półrocznych przeglądach, o usunięcie tej kontroli, spóźniającej o parę tygodny niekiedy odbiór listów, spełzły na niczem. Ci jenerałowie, na drodze urzędowej nawet, traktować o tym przedmiocie nie chcieli, czy też nie odważali się.

Podejrzliwość ciągle trwała i zawsze czegoś się obawiano. Chodziły okólniki o jakimś Polaku, który pod imieniem księcia Albańskiego, i o jakiejś Polce, która pod nazwą hr.Potockiej, mieli przebywac granicę turecką, udając się na Kaukaz w celu zwichnięcia wierności wojsk dla cara. Podejrzliwość ta kompromitowała nieraz samych Moskali, ale pomimo tego zawsze i wszędzie szukali tajemnych sprężyn polskich.

W Derbencie, na początku 1851 r. zjawił się przejeżdżający, a udający się do Persji Francuz. Nie znając języka moskiewskiego, a tembardziej lezgińskiego lub turkomańskiego, wsutek rekomendacyjnego listu zatrzymał się u ogrodnika Niemca. Wedle ordynku zarządzonego po miastach i po fortach kaukazkich, za przyjezdnym wszedł zaraz do domu dozorca policji po odbiór paszportu, dla przedstawienia go komendantowi miasta. Komendant przejrzawszy paszport, uznał za rzecz potrzebną jeszcze posłac wyższego policjanta, dla sprawdzenia tożsamości osoby. Zdarzyło się właśnie, że dwaj z naszych zesłanych odwiedziwszy ogrodnika i zastawszy tam owego francuza, zawiązali z nim krótką znajomość, obiecując obszerniejsza pogawędkę do dnia następnego. Przy wyjściu zobaczył ich agent, a potem wchodząc do mieszkania ogrodnika spostrzegł Francuza spiesznie przechodzącego do innego pokoju. Zdając więc raport o tem komendantowi, uczynił uwagę czy ów podróżny mieniący się Francuzem nie jest czasem polskim emisarjuszem ? Komendant pobiegł do gubernatora Minkwitza, z wyrażeniem także swego podejrzenia. Gubernator kazał obywatela ówczesnej rzeczypospolitej francuzkiej aresztować, zabrać mu i przedstawić sobie wszystkie jego paiery, a na Polaków mieć szczególną baczność. Papiery i listy rekomendacyjne do poselstwa francuzkiego i moskiewskiego w Teheranie, dostatecznie go legitymowały. Ustne nareszcie badania, po trzech dniach kozy, i egzamin językowy prowadzony przez samą gubernatorową, kilka lat w młodym wieku przebywającą we Francji, przekonały miejscowe władze, że był to czystej krwi Bretończyk, udający się do Persji w celach przemysłowych. Uwolniono go więc i według moskiewskiego obyczaju bardzo grzecznie i cywilizacyjnie przeproszono. Podejrzliwośc ta moskiewska wzmocniła się bardzo od chwili rozpoczęcia wojny wschodniej w 1853 r roku. Wojna ta od razu streściła cały przebieg nienawistnych objawów Moskali do Polaków, od razu te dwie narodowości, okolicznościami politycznymi w jednym obozie skupione, naprzeciw siebie postawiła. Obustronny instynkt przeczuwał wielką chwilę dziejową, w której miały się zaważyćlosy ich narodowości. Nieufność z obu stron zrywała nawet wszelką zażyłość prywatną. Nie mogły jej podtrzymać zmoskaleni Polacy, którzy wyczekiwali na Turków i odosabniali się od swoich. Pogardzani przez ogól rodaków, uznawani oni bywali i przez Moskali za ludzi bez żadnej powagi. Stosunki utrzymywały się jedynie węzłami rygoru wojskowego.

Wiara opanowała obustronne umysły. Polacy wierzyli w potęgę ził cywilizacji zachodniej, w dzielność żołnierza francuzkiego, marynarza angielskiego i w wyższość naukową ich wodzów. Sądzili oni, że wkroczeniem cząstkowych sił do ziem polskich, poprą oni wielkie powstanie, które było do przewidzenia. Moskale znowu wierzyli w nieomylność cara, nieochybność jego obliczenia się, nareszcie w siłę półtora miljonowej armji swojej. Wykrzykiwali oni: „niech nie tylko Francja i Anglja pomaga Turkom, niech im pomaga cała Europa, a nawet wszechświat (wsia wsielennaja), nic to nie pomoże, Rossja górą być musi.”

W chwili tej zesłani polscy spostrzegali, że liberali moskiewscy poczęli ich odstępować, nie wyjmując tych nawet, co faktami przedtem dowiedli, że starali się o ulgę ich losu.

Zrobiliśmy to spostrzeżenie Wasilemu Hołowińskiemu, zesłanemu ze sprawy petersburskiej z 1849 r. Wskazywaliśmy mu zmienność opinji jego współrodaków w chwili, gdy teorję wypadnie w czyn wprowadzić.

- My nie zmieniamy opinij, rzekł Hołowińskoj, my patrjotycznie czynimy występując przeciw zachodowi, który chce popierać Turków prześladujących chrześcijan.

- Ale czyż ty nie widzisz dobrze, że carowi nie chodzi o chrześcijan, ani o klucze kościoła jerozolimskiego; czyż nie widzisz, że carowi chodzi jedynie o zabór ziemi, którą tak będzie krzywdzić jak Polskę chrześcijańską, może najwięcej chrześcijańską w świecie?

- Dziwię się znowu, rzekł Hołowinskoj, że wy nie rozumiecie, że w sprawie wschodniej ma interes nie tylko car, ale cała Rossja, że nasza misja cywilizacyjna prze nas w te strony, że każdy Russkij tak samo jak i car jest nią zainteresowany.

- Mówiłeś niedawno, był głoś z naszej strony, że Rossja ma interes zająć prowincję amurską, aby mieć port dogodny na Spokojnym Oceanie, że jej misją jest zająć Azję Środkową, a Indję oswobodzić od jarzma angielskiego; jakaż znów misja pcha was do Carogrodu, chyba że taka sama misja zdobyczy ?

- Nie, lecz jedynie aby los inny zapewnić chrześcijanom, odpowiedział Hołowinskoj.

- Lecz oni mają los lepszy od losu Polski i od losu Gruzji nawet, która jest pod carską władzą.

- Co do Polski, rzekł Hołowinskoj, powtórzę wam com mówił, że gdyby się zrzekła swej odrębności, gdyby zgodziła się na federację z nami, cała Rossja by ją poparła. Przyjdzie nawet ta chwila, że gdy Rossja będzie wolną, gdy pozbędzie się cara, da wam wolność od siebie, ale jako federacyjnej części. Jednak wtedy Litwa i Ruś jako prowincje dawno rossyjskie, do rossyjskiej całości należeć muszą.

- Więc wy w tej chwili macie misją oswobodzić chrześcijan z pod jarzma tureckiego i wcielić ich do Rossji.

- Nie wcale nie, nie wcielić a przyłączyć, to jest różnica.

- Słuchaj Hołowinskoj, byłeś skazany na karę śmierci za myśl oswobodzenia włościan, ale widzimy że obecnie jesteś wielkim zwolennikiem cara.

- Jak to zwolennikiem cara! Nie jestem i nie byłem zwolennikiem caryzmu, ale zwolennikiem cara Mikołaja jestem, byłem i będę. Bo czyż Mikołaj nie dąży do zniesienia przewagi dworzaństwa, czy on nie myśli o oswobodzeniu chłopów? Z pewnością jest on pierwszym demokratą w Rossji, i gdyby mi było pozwolono w czasie badania stanąć przed nim i gdybym mu wypowiedział myśli swoje i gdyby poczuł on tętno krwi mojej, z pewnością jak ojciec syna przycisnąłby mnie on do swojej piersi.

- Zaprawdę z tego co mówisz, wtrącił jeden z nas, widać że car omylił się skazując was na śmierć. Nie wiedział on zapewno żeście takimi jego wierno-poddanymi. Może poznał się następnie, gdy was ułaskawił …

- Swoboda chłopów przedewszystkim … rzekł Hołowinskoj, rozumiecie, a dalej rzeczy pójdą…

- Jaka swoboda? przerwaliśmy, wyrwanie chłopa z pod bojara, a poddanie do pod cara, to według ciebie jest swobodą? Zobaczysz i bojary i chłopi będą razem carskiemi mużykami.

- Potrzeba równości…

- Dosyć, dosyć, rzekliśmy. Wstyd nam za was postępowych. Okłamaliście, obałamuciliście świat swoją sprawą. Przywdzialiście owczą skórę na siebie. Dosyć…

O kilku kolegach Hołowińskiego, jacy pokutowali na Kaukazie, zapewnie za to, że chcieli się podzielić z carem jego ideą i władzą, nie ma co mówić. Byli to ludzie tak samo czysto po moskiewsku myślący, a mniej od niego wykształceni i wyrobieni.

Pozostał jeszcze jeden Mikołaj Korowajew, który zdegradowany i skazany był na Sybir za zamiar wypuszczenia z więzienia Konarskiego. Odznaczał się on przyjaźnia do Polaków i wyłącznemi prawie z nimi stosunkami. Nauczył się on dobrze po polsku, czytywał i przepisywał nasze dzieła zabronione, udzielał je Polakom do czytania i zawsze był przez nich lubiany. Więc trzeba było porozumieć się jeszcze z Korowajem, aby mieć chociaż jedną duszę moskiewską w spółce ze sobą.

Ostrożne go wymiarkowanie przekonało nas niestety, że i Korowajew co do polityki w Azji i w Turcji był jednego pojęcia z Moskalami, z Hołowińskim i z carem.

Ze zdziwieniem wszelako spostrzegliśmy, że zdanie jego i co do Polski było takie same jak Hołowińskiego, jakby je z ust tamtego wyjmował. Cóż więc myśleć wypadało o uwalnianiu przez niego Konarskiego ? Było to wielkiem dla nas zagadnieniem. Zapytaliśmy go pewnego razu, aby nam opowiedział historję tej sprawy.

Z toku tego opaowiadania, dowiedzieliśmy się, że gdy postępowanie z więźniami komisji śledczej, a osobliwie kniazia Trubeckiego, było takiej natury, że wywoływało powszechne oburzenie, więc on należał do koła kilkunastu oficerów, których patrjotycznem zadaniem było, w czasie wart kolejnych, nieść ulgę uwięzionym, ułatwiac im korespondencję pomiędzy sobą i z miastem, aby przez to zmniejszać owo oburzenie; aby okazać Polakom, że chociaz koła rządowe ich prześladują, że jednak sa Moskale, którzy pragną utrzymać z nimi harmonją.

- Dalej, opowiadał Korowajew, byłem proszony przez hrabinę o., której mąż był uwięziony, abym go wypuścił. Dla nadania temu osłony politycznej, żądała abym wypuścił i Koanrskiego. Zgodziłem się na to.

- Jakież pobudki posuwały cię do takiego kroku? zapytaliśmy.

- Miłość, odpowiedział. Kochałem hrabinę i ona właśnie za dowód mej miłości żądała wypuszczenia dwóch więźniów. Mieliśmy wyjechać za granicę. Pewność podróży była zabezpieczoną. Mieliśmy we czworo uciekać. Wiecie jak się potem stało.

- Więc cię nie sądzono jako sprzyjającego sprawie polskiej, ale jako nadwerężającego porządek militarny.

- Tak jest, rzekł Korowajew. Sąd dobrze wiedział, że czyniąc ulgę więźniom, ja i moi koledzy mieliśmy tylko przeciwdziałać nieprzychylnemu wpływowi, jaki wywierał kniaź Trubeckoj na Polaków. Kochaja Rossję, chciałem aby szał jednego kniazia nie osłabiał węzłów, które jako tako wiązały Polskę z Rossją.

Po takiem wyraźnem wyspowiadaniu się Korowajewa, utraciliśmy w nim ostatniego przyjaciela Moskala. Pozostaliśmy sami.

Pozostalismy z przekonaniem, że najprzyjaźniejsze nasze stosunki z najliberalniejszymi Moskalami pękają gdy chodzi o niepodległość naszą. Kto powiadał, że znał Moskali przychylnych dla polskiej sprawy, z pewnością się mylił. Nie zrozumiał on tych liberałów, którzy nieraz swoim powierzchownym współudziałem, ludzą nas, wyzyskują i mącą naszą sprawę. Kierunek ich działalności pozornie sprzeczny z caratem, jest z nim jednakowy w dążności do panowania, chociaż w innej formie, nad Polską, nad Słowiańszczyzną, nad Azją i nad całym światem. Rząd carski, który potrafi się w potrzebie godzić ze wszystkiemi rządami i ludami, postępowymi i reakcyjnymi, kupczącymi i filozofującemi, posługuje siętymi liberałami najotwarciej i najniebezpieczniej dla ludzkości.

Jedna liberałka, pani Czekinowa, w kole innych niewiast, najszczerzej wyraziła pewnemu zesłanemu, to ogólne w owym czasie dla nas usposobienie.

- Jednej rzeczy załujemy w panu – rzekła.

- Jakiej naprzykład?

- Zgadnij pan.

- Może że nie tańczę?

- O wcale nie. Tylko tego, żeś pan Polak – rzekła.

- Więc chcecie żałować, że jestem z pięknego i zdolnego plemienia Słowian?

- Cóż z tego, żeś pan Słowianin – rzekła inna. Wolałabym żebyś pan był Anglik, Niemiec, Francuz, Żyd czy Cygan, by nie Polak.

- To są uprzedzenia wasze, rzekł rodak, boście dostatecznie nie poznali Polaków.

- Każdy z was moi panowie, zakończyła pierwsza, każdy z was pojedynczo miły i przyjemny, ale zbiorowo… bac się was tylko potrzeba. Wy nie macie szczerości do Ruskich… Wy nam na drodze zawsze stawacie…

Przykre choć naturalne stanowisko Polaków, w jakie ich stawiała wojna wschodnia, powiększało się jeszcze ciemnotą wojska. Nikt nie zaprzeczy, że Moskale mają zdolnych urzędników i oficerów, ale ich liczba niezmiernie jest ograniczona. Ogół zaś ich, jak przytaczaliśmy dowody, tak jest bezwiednym o stosunkach społecznych i politycznych, że istotnie z litością nieraz trzeba było patrzeć na tych cywilizatorów wschodu.

Oto znowu porucznik Iwanow, kwatermistrz pułkowy, wdaje się z jednym z zesłanych w rozmowę poufną i zapytuje go:

- Czy też pan, gdyby tu przyszli Turcy, przeszedłbyś na ich stronę?

- Rozumie się, że przeszedłbym, z uśmiechem odpowiedział zesłany, niby też żartobliwie.

- Pan żartujesz, ale gdyby przyszli Polacy albo Francuzi, tobyś pan niezawodnie przeszedł?

- Zapewne, że powinienbym przejść, bo oni mi bliżsi od Rossjan.

- O, pan ciągle niby to żartujesz, ale ja wiem, że wszyscy Polacy przeszliby i tylko czekają na sposobną porę. Ale dajmy pokój temu. Ja tylko się dziwię, że Francuzi i Anglicy pomagają Turkom i wtrącają się do rzeczy za którą bardzo odpowiedzą, bo co to jest występować dzisiaj przeciw Rossji, której nie podoła nie tylko cała Europa, ale i świat cały!

- Ja sądzę, rzekł zesłany, że to będzie zależeć jak od siły fizycznej tak i od moralnej stron walczących. Jeżeli Turcja wypowiedziała wojnę, pewno się czuła na siłach lub ufała pomocy państw zachodnich. Te ostatnie występując do walki, pewno też czują swoją moc.

- Powiedz mi pan czy Francuzi mają artylerję, zapytał Iwanow.

- Jakto, ja pana nie rozumiem – powiedział zesłany.

- Pytam się pana, czy Francuzi mają armaty, powtórzył Iwanow.

- Ja doprawdy pana nie rozumiem…

- Cóż tu jest nie do zrozumienia – dodał Iwanow, przecież Szamil ma armaty, mogą je mieć i Francuzi.

Dotąd mówił nasz zesłany z tym człowiekiem, jako z oficerem poborowym, który ukończył kilkuletni kurs naul w korpusie kadeckim i sądził że on żartuje. Gdy się jednak przekonał, że to co mówi, mówi z całą szczerością, aby nie podpadać pod odpowiedzialność za rozpuszczanie szkodliwych wiadomości, zbył go tylko temi słowami:

- Tak, Francuzi mają armaty.

- A zkąd je mają i ile? znowu zapytał Iwanow. Może je uprowadzili z Rossji w 1812 roku ?

- Mają armaty z różnych odlewalni i więcej mają niż Szamil, zakończył zesłany.

Cóz tu potem dziwnego, że tacy oficerowie słuchali jenerałów i powtarzali, że flota czarnomorska wpłynąwszy na Dunaj, rozbiła armję Omer-Baszy i posiłkową francuzką!?... Dlaczeóż nie mieli opowiadać, że Ameryka przesłała carowi w podarunku 30 okrętów szrubowych, które przewieziona przez Syberję na saniach, pod eskortą dwunastu statków !? Dlaczegóż nie mogli się cieszyć szczerze, że część Krymu oberwała się w morze, i że związkowa armja zatopiła się!?...

Nie przytaczam kłamanych w gazetach opisów bitew, ani kłamanych wiadomości o bohaterskich odznaczeniach się wielu żołnierzy, bo wiem, że wszędzie niestety kłamią. Ale uczynię tę psychologiczną wzmiankę, iż dowódzcy pisząc z nakazu te anegdoty, sami im potem wierzyli i powtarzali je w kołach za istotną prawdę. Gdy jednak te bajki wystarczały tylko do pewnego czasu, gdy wojsko dowiadywało się o strasznych klęskach ponoszonych od sprzymierzonych, wtedy ratując dumę narodową, przerzucono się do nowego rodzaju kłamstw.

Opowiadano z kolei, że Polacy sprowadzili wszystkich nieprzyjaciół; że armja Gorczakowa dla tego musiała się wracać z nad Dunaju, iż oficer jeneralskiego sztabu Tarnowski, Polak, przesłał plany Omerowi-Baszy; że nad rz. Białą na Krymie, zdradził jenerał Sierzputowski, Polak; że emisarjusze polscy podburzali plemiona czerkieskie, rozrzucając medale z popirsiem Napoleona i ks. Czartoryskiego, i t.d….

Naraz wszystko zamilkło!... Umarł car Mikołaj. Oniemieli, potracili głowy Moskale!... Śród licznych klęsk, zdało się im, że nadszedł czas ich upadku. Sztaby i szeregi zwątpiły w siebie. – Trzeba było patrzeć na to co się działo!... Z początku nie wierzyli papierowi z okropnem dla nich doniesieniem; nie chcieli nawet przypuszczać możności śmierci istnego cara, w chwili tak ważnej …

Gdy jeden feldfebel apszerońskiego pułku, przy raportowaniu wieczornem odezwał się do kapitana, że cicho mówią iż car umarł, kapitan skoczył do niego, uderzył go kułakiem w zęby i krzyknął:

- Milcz suczy synu, jeszcze o tem rozkazu nie wydano.

Uwierzywszy patrzali nam Moskale w oczy i zgadywali myśli nasze i znajdywali je smutnemi. Rzeczywiście większość zesłanych była zmartwiona śmiercią cara Mikołaja. W chwili tak ważnej, wielu Polaków pragnęło zdrowia i życia tego tyrana, bo wielu było przekonanych, że miłość jego własna narazi kraj cały na największe straty, a nie podda się poniżającemu go traktatowi. Wielu było przekonanych, że wystawiając ciągle nowe siły i stawiając niezłamany upór, Mikołaj zmusi sprzymierzonych do wkroczenia na ziemie polskie, a przez to ułatwi narodowe tam powstanie.

Nie darmo Moskale niezmiernie cenili Mikołaja, był on bowiem ideałem cara, był wyrazem całej Moskwy. Całą srogość, wszystką dzikość, wszystke pozór cywilizacji, streścił on w sobie. Nikomu nie pozwolił dzielić z sobą władzy. On oskarżał, sądził, karał i pobłażał sam jeden. Złych i dobrych potępiał, jeśli objawili sprzeczne z nim zdanie. Była to wcielona w jednej istocie Moskwa: groźnie patrzał na omdlały świat, deptał nogami, co mógł deptać; całem życiem krzywdził Polskę i swoją śmiercią srodze jej zaszkodził.

Sztabowi i artylerzyjscy oficerowie, już nam serdeczną rękę wyciągali, już godzić się z nami zaczynali. Na ulicy starsi stopniami kłaniali się nam pierwsi i odwidzać nas poczęli. Bo i jakże być inaczej miało, gdy im się zdało, że zesłani uczcili smutkiem śmierć ich idealnego cara!?

- Rzeczywiście, mówili do siebie, wielkość pociąga ku sobie. Nieboszczyk car był wielki panujący, gdy i Polacy noszą po nim szczerą w sercu swem żałobę. Nie spodziewaliśmy siętego, trzeba to wynagrodzić i zbliżyć się do nich.

Wystąpili też zaraz z wielką otwartością.

- Jesteście, rzekli, ludźmi sprawiedliwymi, oddajecie co się komu należy. Smutek wasz ze śmierci cara Mikołaja, przejął nas do żywego. Z tego faktu poznajemy, że jednakie myśli i uczucia nas przejmują.

- Rzeczywiście, odpowiedzieliśmy, smutno nam, że car Mikołaj umarł.

- A co z nami teraz będzie? rzekli sztabowcy.

- Skońcczy się niedługo wojna, odpowiedzieliśmy.

- Skończy się… ale jak się skończy. Wiecie dobrze czem jest Aleksander. Nie obiecuje on nam żadnej energji. Gdyby to jeszcze Konstanty Nikołajewicz!... Jenerałowie wszyscy nasi duraki!... Boimy się wielkich katastrof dla Rossji.

- Zobaczycie, że będzie pokój niedługo, rzekliśmy.

- Otwarcie wam powiadamy, że w przerażeniu jesteśmy, rzekli sztabowcy. Niechby jeszcze sprzymierzeni, co Boże uchowaj, wzięli Sewastopol, może być wielkie nieszczęście dla Rossji.

- Pod Sewastopolem, zakończyliśmy, wysilą się sprzymierzeni, a car Aleksander łatwiejszy też będzie do układów niż car Mikołaj.

Ale to łączenie się było tylko chwilowym błyskiem zgody.

W kilka tygodni po śmierci Mikołaja, kilkunastu ludzi zbrojnych zatrzymano nad rz. Samur. Byli to Sekińcy, którzy objechawszy konno góry szekińskie, usiłowali dostać się do środkowego Dagestanu. W jakich celach ? zostało tajemnicą. Zapewno w celach partyzantki. Gdy wieść się o nich rozeszła, szmrano, że bylioni emisarjuszami polskimi w konfederatkach, przykryci kolczugami i zbrojni od stóp do głów. Ale gdy śledztwo okazało, że całe to grono składało się z samych Szekińców, powszechna opinja moskiewska mieć chciała, że między nimi było dwóch przywodzących Polaków.

W Temir-Chan-Szurze, sztab wojska dagestańskiego dopuścił się gwałtownego aresztowania oficera, zesłanego J.S., który przybył za urlopem, wydanym mu na dwa tygodnie przez dowódzcę pułku samurskiego Kesslera. Zastępujący dowodzącego wojskiem, jen. Maniukin za podnietą naczelnika sztabu Miszczenki, zawołał go do siebie i zapytał: - Po coś tu pan przyjechał.

- Przyjechałem odwiedzić znajomych, rzekł J.S.

- Wiem, rzekł Maniukin, co znaczą wasze odwiedziny. Aresztuję pana do dalszej decyzji. Zostaw pan szaszkę i idź na odwach.

- Ja mam, jenerale, należyty urlop, powiedział J.S.

- Pułkownik Kessler nie miał prawa wydawać go wam, zakończył Maniukin.

Nazajutrz, komendant fortecy z placadjutantem, dopilnowali wyjazdu J.S. pod eskortą kozaków, nie dawszy mu czasu ani na posiłek, ani na pożegnanie się z rodakami.

Zapewno musiały być nowe obostrzające rozkazy, co do stosunków zesłanych Polaków, które trzymano w wielkiej tajemnicy. Zapewno nie oddawano ich do biór właściwych z powodu że nimi zarządzali i Polacy, a których po trzeci pono już raz, po przybyciu na namiestnictwo jen. Morawjewa-Karskiego, wielu usuwano bezzwłocznie. Nietaktowne wszelako i hałaśliwe postąpienie Maniukina z J.S., ośmieliło tam wielu oficerów do coraz otwartszego występowania przeciw Polakom. Strata jeszcze Sewastopola rozpaliła nienawiść tych oficerów do tego stopnia, że poczęli oni w domach, na ulicach i na placach, głośno rozprawiać; „że póty nic dobrego nie będzie, póki się szubienic nie wystawi i nie wywiesza się zesłanych przynajmniej Polaków.”

Oskarżano zaraz tamtejszych Polaków, że założyli stowarzyszenie pod nazwą kahału, do którego wyborowi tylko członkowie należeli. Nie było to jednak żadne stowarzyszenie, ale chwilowa koleżeńska rozrywka, która powstawszy z nadawanego nam przez Moskali miana żydowskiej jedności, wyrobiła improwizowane koło na podobieństwo rzeczypospolitej babińskiej. Koło przyjmowało do obywatelstwa osoby wyłącznie prawe i godne i ponadawało im urzęda i tytuły, które były krytyką jakiego czynu, albo przyzwyczajenia. Ten albowiem, który obiecał kupić szafę dla bibljoteki, a na przyrzeczony termin jej nie dostawił, został stolarzem Srulem. Ten który miał zwyczaj odwiedzania kolegów zrana, tylko w dwa dni tygodniowe nazwany został cyrulikiem Janklem. Tym sposobem wyrośli w kahale patrjarcha, rabin, podrabin, szkolnik, furman, arendarz, pachciarz i t.p. Cztery kobiety Ester, Sora, Siora, Ryfka, przedstawiały płeć niewieścią.

Najciekawszą stroną tego kahału, była sympatja dla niego przywędrowanych dla handlu żydów. Na dowód tej życzliwości, w czasie świąt żydowskich, przysyłali oni członkom kahału mace, kugle, a nawet ryby i o powodzenie pyatli.

Dla oburzenia ogólnego puszczono pogłoskę, że Polacy szampanem spijali zdrowie wojsk sprzymierzonych zdobywających Sewastopol i zdrowie Napoleona III. Zaczęto sprawdzać fakt. Dopytywano się kupców, czy u którego z nich nie skupowano owego szampana, a mianowicie czy nie odsyłano go do domu :eopolda Kociejowskiego. Na szczęście, że zesłani szampana nie pijali. Pomimo tego rozdrażnienie stosunków do tego stopnia rosło, że Moskale otwarcie już dopuszczać się poczęli obelg i urągań.

Osobiście draśnięty takim wypadkiem kapitan inżynierów Folkenhagen, Wołyniak, który jako ochotnik zostawał w wojsku, udał się do ks. Orbeljana przedstawiając mu całą rzecz.

- Uprzedzam Wasza K.Mość, dodał, że jeśli groźby na nas nie ustaną, my pomyślimy o obronie własnej.

- Co to jest, co pan gadasz? zawołał Orbeljan.

- Zmuszony jestem powiedzieć, rzekł Folkenhagen, że w oczach W.K. Mość krew się lać będzie, bo za daleko posuwają się pogróżki. Nie wszyscy i nie zwasze mogą być cierpliwi.

Wystąpięnia Folkenhagena wielkie wrażenia zrobiło na Orbeljanie, który jako dowódzca sił miał odpowiedzialność za utrzymanie karności wojskowej, a jako Gruzin nie pragnął pewno krzywdy Polaków. Z pospiechem więc wdał się w sprawę. Zgromił ober-audytora sztabowego, zgromił popa pułku apszerońskiego jako hersztów niepokoju i zagroził im sądem wojennym; plac-adjutanta zaś Leblego, szczerego ochotnika do wieszania pomimo wstawień się komendanta twierdzy, zrzucił z urzędu. Zapowiedział nawet komendantowi, że i on będzie usunięty od obowiązku, jeśli jeszcze jakiekolwiek groźby przeciw Poalkom się okażą.

Umilkło więc wszystko, a spokoju i pewności życia zesłanych Polaków, przstrzegać miał odtąd, komendant podpułkownik Wasilew, właśnie jeden z najotwartszych naszych wrogów. Umilkła groza powierzchownie, ale zbierali się oficerowie u Leblego, uważanego już za ofiarę patrjotyczną i tam cichaczem na nowo i silniej występowali przeciw Polakom.

Wkrótce Leble naznaczony był na adjutanta pułkowego w miejsce zesłanego Andrzeja Szymańskiego.

Niebezpieczeństwo na jakie wystawiani bywaliśmy, znikało czasami; ale każda klęska moskiewska na jaw znowu je stawiała. Dzielna obrona Karsu, zajęcie przez Omera-Baszę Mingrelji i Imeretji, dało powód do nowego tajnego okólnika, aby wszędzie wojkso kaukazkie było gotowe do wymarszu, i aby za danem rozporządzeniem wszystkie moskiewki były naprzód odprawione do do stron rodzinnych. Było to powtórne przygotowanie do odwrotu z Kaukazu, a przynajmniej do cofnięcia się w kilka punktów nadmorskich.

Przewidywaliśmy że stanowcze hasło odwrotu, stanie się hasłem mordu Polaków. Kostromskie wypadki z 1847 r. powtórzyłyby się na ziemi kaukazkiej!. Wielu przwidywało własne nieszczęścia, ale pragnęło postępu sprzymierzonych.

Wtem nastało zawieszenie broni. Nastał potem i przewidywany przez nas pokój, ale nigdy nie przypuszczana, abym mógł być zawarty w tak poniżających Zachód warunkach.

Nie radzi byli wcale z nowych układów Moskale, ale pocieszali się oni prędkiem pokrzepieniem sił swoich. Polacy zaś mocno się zasmucili. Musieli oni na nowo swoje starania i ofiary zaliczyć do tek siejby krwi i potu, z której owoc dopiero w przyszłości zbierać się będzie – ale w tej przyszłości, która wytryskiem życia bije.

Bo czy ten wytrysk żywota objawił się dotąd, między tutejszymi Polakami? ocenumy sumiennie. Spojrzmy przedewszystkiem na zesłanych, którzy tu samą swą obecnością wyobrażali protestację idei narodowej przeciw caryzmowi, którzy stanowili jądro gromady polskiej i skupiali w sobie i obok siebie najwięcej żywiołów narodowych.

Czem ich życie tu się zarysowało?

Ot oni przedewszystkiem pielęgnowali mowę ojczystą, z którę się zapoznawali i obcy. Oni przechowywali uroczystości narodowe, które nieraz i kaukazki krajowiec obecnością swoją uczcił. Oni przeciwdziałali koszarowej propagandzie, w skutek której niejeden przelewca krwi nie brał już na cel dobijającego się wolności Górala. Oni hodowali naukę i starali się ją jak najbardziej rozszerzać. Oni między obcymi czując się przedstawicielami cierpiącego ludu, pilnowali godności własnej.

Nie jeden z nich będąc awansowany na oficera odzywał się:

- Zdaje mi się jakobym część mej siły duchowej i część godności sponiewierał, gdy mi szlify przypięto. Srom mnie obejmuje, gdy soładat moskiewski czapkę przedemną zdejmuje. Wydaje mi sięteraz, jakobym wszedł w porozumienie z carem i jakobym mu zrobił ustępstwo z moich zasad.

Kilku z nich wyrobiło się na ludzi wielkiego charakteru i wyrosło na żywe posągi niezłomnej woli. Wychowaniec korpusu, oficer jeneralskiego sztabu śp. Górecki, syn poety Antoniego, poznawszy takich ludzi, zawołał:

- Przez nich szanuję więcej pamięć ojca mego i więcej poznaję Ojczyznę moją.

Kobiety też, które za zesłanemi mężami tu przybyły, jaśniały jak gwiazdy poświęcenia. O ile one były chlubą wygnańczej gromady, o tyle też były ozdobą płci niewieściej. Podniesione w godności osobistej i promieniejące czystością życia, stały się one przez poświęcenie przedmiotem powszechnego uwielbienia. Kobiety innych narodowości, Gruzinki, Ormianki, Persjanki, Moskiewki nawet, wysoce ceniły ten stosunek. Życie naszych kobiet podnosiło imię Polski w tych stronach.

Takie moralne stanowisko zesłanych, nie mogło zostać w cieniu. Odbijało się ono pełnym blaskiem i poza Kaukazem. Wygnaniec A. A. N. z głębi moskiewskiej ziemi, pisał w 1852 r. do przebywających w Kusarach:

„ ………. Rozumiem was. Mniejsza więc o to, że się nie znamy. Nie koniecznie bowiem trzeba zjeść z sobą beczkę soli aby się zwać przyjaciołami. Ja nawet myślę, że niekoniecznie trzeba się widzieć, aby się znać, kochać i rozumieć. Gdy kiedyś za lat wiele , jeśli suchoty człeka na pastwę robactwu wkrótce nie dadzą, jeśli kiedy powiadam, za lat wiel, robiąc w myślach przegląd przeszłości – nasuną się dni ubiegłej młodości, - jeśli zechce się wyliczać przyjaciół i tychże dzielić na gatunki, lepszych, dobrych, najlepszych; doprawdy zawsze was do swych przyjaciół liczyć będę, bo właśnie z wami umiałbym żyć i znośniej pędzić tęskne dni w obczyźnie. Znam was tak, jak was może nie znają ci z którymi zjedliście ową beczkę soli, - rozumiem wasze serca, dusze, umiem się wtajemniczyć w wasze marzenia, nadzieje, pragnienia i w to wszystko, za czem wasza myśl goni. Wszystko to podzielam i dla tego nazywam was swymi przyjaciołami. Niech te kilka słów zastąpią pierwszy ukłon przy zabieraniu znajomości zwykle czyniony. Jeśli kiedy losy nas zbliżą, podanie ręki wzmocni i utrwali te piórem zwarte związki.

„Nie myślę was przepraszać za narzucanie tych wierszy kilku bo już dawno wyparłem się czczych formuł światowości; dziś idę za popędem serca. Was spotkałem na ciernistej ścieżce i miło mi was powitać jakby jakich starych znajomych, a nie dla tego żeście Polacy i ja Polak, - przyznam się nawet, że bardzo często pogardzam Polakiem, ach! Bo mała liczba Polaków między Polakami. – Wasza sfera lepiej widzę kionserwuje ssane w Polsce mleko, tutejsze klima bardzo prędko osusza to wszystko, co w duszy Polaka być powinno. Ale to temat na który możnaby ryzę papieru zasiać mojem pismem, zwłaszcza w dzisiejem mego pióra usposobieniu!...

Tyle zasłużonych pochwał. Lecz z przytoczonego chronologicznie obrazu faktów, każdy głębszy umysł rozpozna, każde serce żywsze uczuje, że pomimo pięknych konturów stoicyzmu. Pomimo tęczowych farb namaszczenia, że brak temu obrazowi czegoś, że mu właśnie braknie wypełnienia tej całości, którą mogła dać reszta poświęcenia. Jednak prawie żaden z zesłanych, czy z rekrutowanej inteligencji nie powiedział sobie:

- Okręta za mną spalone, powrót mój niepodobny, tu więc tylko mogę służyć Ojczyźnie.

Jeżeli zaś sobie powiedział, to tylko party srogością i dokuczliwością wroga, jak to miało miejsce z wiarusami z 1831 roku i jak mogło było być w 1856 roku.

To też stanąwszy raz na zachowawczej drodze, i zapomniawszy, iż napisano jest, że tylko gwałtownicy posiędą królestwo Boże, nie mógł ogół dojść do wyższego celu. Zamącony duch stawiał go, choć liczebnie, na placu boju przeciw tym, w obronie których raczej powinien był zginąć.

Polacy przed 1830 r. rzadko stykając się z Kaukazczykami, mogli się tłumaczyć, że walki tych Górali podobne będąc do bójek granicznych nie określały jeszcze zapasów ludowych; ale po 1830 r., a osobliwie już za imamstwa Szamilowego, nie łączycsię z nimi, ale pozostawać w szeregach najazdu, chociaż bez mysli zabijania dobijających się wolności ludzi, było wiecej niż błędem, to było zaprzeczeniem na zewnątrz tej idei, którą przedstawiali.

Były niezawodnie osobistości, którym natchnienie wskazywało drogę włąściwą, ale nie poparte przez ogół, zmarnowały ten donośny objaw głosu Bożego.

Gdy oto jeden z zesłanych chciał przejść w góry w 1846 r., towarzysze jego których patrjotyzm on cenił, przedstawili mu bezpłodność jego dążności.

- Cóż z tego, że tam pójdziesz, mówili, będziesz tam niezrozumiany i bez pożytku dla nich, a zginiesz dla swej ojczyzny na zawsze. W razie podboju gór wystawisz się na nowe katowania Moskali, którzy cię już wtedy nigdy nie uwolnią. Pozostając zaś tu, będziesz miał możebność powrotu i złożenia nabytem doświadczeniem wojennem usług krajowi.

Gdy te i inne rozumowania nie przekonywały go, wtedy najbliższy przyjaciel łamał jego zamiary osobistemi prośbami. W końcu rzekł:

- Zrobiłem co mogłem, reszta nie do mnie należy. Powiem ci nawet, że jeżeli czujesz w sobie genjusz, jeżeli czujesz, że w sztuce wojskowej wyrównasz Napoleonowi, nie tylko że cię nie zatrzymuję, ale błogosławię cię nawet na nową drogę.

Na wymówione imię Napoleona złamał się młodzieniec, złożył hołd jego genjuszowi, namyślał się długie dni… i został z przyjacielem, rozgrzeszony.

W tymże czasie, w innej okolicy, drugi nie wdający się w rozumowania młodzieniec, dostał się odważnie w góry. Był tam rok, drugi i trzeci, ale wrócił rozczarowany… powiedział, że w górach nie ma nic do roboty, dla Polaków.

Mowa ta pochodząca niby z doświadczenia, uspakajała sumienia wszystkich, była niby stwierdzeniem poprzedniego doświadczenia, nabytego już przez wiarusów z 1831 roku.

Sąd ten wszakże był mylny. Wiarusy bowiem uciekając nie z obozów granicznych, ale z koszar, nie znając prostej drogi do miurydów, błądzili po aułach podległych Moskwie i chwytani byli przez jej miejscowe policje. Znowu też jeden młodzieniaszek polski, bez naukiteoretycznej i doświadczenia wojskowego i bez żadnego specjalnego fachu, nie mógł istotnie zaimponować Góralom, - chociaż złożył im to co miał, złożył osobiste mężtwo i zaniósł im zawsze ideę polską, która się wyraziła w posłaniu Sałtańczyków do namiestnika Worońcowa w 1847 roku…

Gdyby zaś nie jedna, nie dwie jednostki, - choć i te nie przeminęłyby marnie, - ale kilkunastu tylko zesłanych, a między nimi fachowi cludzie, jakich nie brak było, ukazali się w górach, sprawiliby tam bez zaprzeczenia przekonanie o ich wyższości naukowej, i bez genjuszu napoleońskiego potrafiliby byli przeprowadzić nie jedno urządzenie, a nawet uformować zawiązek legjonu, z części znajdujących się tam dezerterów i niewolników.

Gdyby muzyka grająca krakowiaki w górach, robiła silne wrażenie na Polakach, z pewnością na wiadomość o przejściu zesłanych, na widok jeszcze chorągwi polskiej i czerwonych czapek, gromadamiby przechodzili i w krótkim czasie złożyliby byli chociaz kilka bataljonów regularnego wojska, o posiadanie którego Szamil się troszczył, ale z miejscowych żywiołów wyrobić go nie był w stanie. Ze zaś Szamil temuby się nie sprzeciwiał, że nie trącałby wtedy nawet niczyjego sumienia religijnego, dowodzi wspomniana opieka, jaką miał nad żydami i nad rozkolnikami moskiewskimi.

Krok taki zasilałby Szamila, a osłabiałby Moskwę, bo ci nawet Polacy, którzyby nie poczuwali się do dezercji, odsuwaliby się do Moskali, nie strzelaliby do swoich braci i tym sposobem nie jedną bitwę przychyliliby na stronę Górali. Moskale zmuszeniby byli w konću wyrzec się wysyłania ludu naszego na Kaukaż, a przynajmniej dac ulgę tym, którzyby zostawali pod ich rozkazami, np. skracając im czas służby i t.p.

Prawdą jest, że legjon w górach uważaćby należało za stracony, ale czy tak czy owak Polacy musieli ginąć za Kaukazie. A czyżby nie godniej było, gdyby oni poległi za sprawę niepodległości, a nie za najazd, któremu setki tysięcy poświęcili.

Tak jest setki tysięcy ! Statystycznie obrachowano, że po 1830 r. w pierwsze piętnaście lat, korpus tantejszy zmieniał się co pięć lat, czyli że przeczęściowo co rok piąta część korpusu ginęła w bojach lub od epidemji, i że stosunek ten od 1845 r. zmniejszał się o połowę, czyli że co rok ginęła tylko dziesiąta część wojska. Ponieważ arnja kaukazka przeczęściowo składała się w pierwszym periodzie ze 100, a w drugim z 200 tysięcy regularnego tylko wojska, wypadnie więc, że ginęło rocznie 20 tysięcy, co potwierdza i statystyka Leroy-Beaulieu.

Uważamy dalej, że najazd dostawiał na Kaukaz tylko czwartą część prawdziwych Moskali, że jedną połowę tej armji dopełniał on ludem z guberni małoruskich, jak to z połtawskiej, jekaterynosławskiej, charkowskiej i woroneżskiej i nieco z prowincji nadbałtyckich, i że drugą całą połowę wojska zapełniał ludem różnego wyznania z ziem byłej rzeczypospolitej naszej, - co porównawczo obrachowane było przezemnie na formularzach kilku pułków, - wypadnie, że Polaków razem z Litwinami i Rusinami od 1831 roku zginęło około 300.000. Jeżeli zaś do tej przerażającej cyfry dodamy jeszcze tych, którzy od 1773 do 1831 roku poginęli w górach i na ościennych pobojowiskach perskich i tureckich i którzy padli ofiarą grasujących wtedy epidemji, a doliczymy się ogromnej liczby 500.000!...

Zapewne że ogół polski czuł te straty, boć one były bardzo dotykalne, ale nie wyrozumował on dość jasno i klęski duchowej, pochodzącej z tego biernego zachowania się swego.

Ten sam ogól nie przyczyniwszy się niczem także do sprawy wschodniej, - jako zawsze liczący na kogoś, a nie na siebie, - oczekiwał jednak od niej wybawienia. Liczenie Czerkiesów i Szamila na sprzymierzonych, chociaż ogromny udział w wojnie mieli, przyniosło im raczej szkodę niż pożytek. Nasi nieczynni prawie, chcieli niehistorycznego cudu!... Zawiedzeni, smucili się jak się rzekło, a w części łamali się na duchu.

Nadesłane niebawem urlopy i uwolnienia dla garstki Polaków, sprawiały znowu niejaką powszechną otuchę. Przysłane zaś bilety, pierwszy raz z tłómaczeniem polskiem, dla żołnierzy Królestwa podniosły na nowo pogłoskę o formowaniu oddzielnej armji polskiej, którą rząd moskiewski po utracie Sewastopola puścił na Kaukazie, dla wstrzymania Polaków od dezercji do zbliżających się Turków.

Manifest koronacyjny ogłosił poźniejszą amnestję, której zesłani z niecierpliwością oczekiwali. Ponieważ manifest ten był napisany tak, że go rozmaicie można było tłómaczyć, więc zostający w wojsku, a będący już oficerami, woleli za zwykłą opłatę od 25 do 100 rubli wyrabiać sobie świadectwa poszkodowanego zdrowia i na tej zasadzie prosić o uwolnienie. Ci tylko, którzy nie mogli być pod tą katerją, musieli się podawać pod punkta manifestu.

Mieli oni nadzwyczaj wiele kłopotu z przeprowadzeniem miejscowych formalności i z przeprowadzeniem zastosowania do nich owych punktów. Potem musieli odtrącać pokusy posad dochodnych, jakie im poczęto dawać, a nawet przy boku namiestnika. Dopiero po wytrwałem dopominaniu się, na przedstawienie bliższych władz, dano wielu uwolnienie. Ci, którzy w wojsku nie dosłużyli się stopni oficerskich, pozostali jeszcze w małej liczbie.

Kto był kilkanaście lat w dalekiej niewoli, tentylko może odczuć ową radość jaką sprawiła na zesłanych wiadomość o uwolnieniu. Czuli oni wtedy radość, która była nagrodą, w każdym razie, trudnego ich żywota; czuli oni szczęście, które mogło dać tylko sumienie czyste z wypełnienia swoich obowiązków. Wielu bowiem według ich przekonania politycznego, najświęciej je wypełniało, nie złamawszy się przeciwnemi okolicznościami i nie dawszy się skusić wrogowi. Mieli oni prawo do chwilowego wytchnienia na ojczystej ziemi, wśród rodaków, których na obczyźnie podwójną siła uczucia pokochali.

Ale to błogie usposobienie nie mogło trwać długo. Zakłócały je nawijające się smutne myśli. Trudnoć szczeremu Polakowi rozstać się wesoła z Kaukazem!...

Car bowiem uwalniając więźniów stanu, wymyślił ot zaraz, pod formą translokacji, nowe deportacje, wysyłając na ich miejsce od razu 63 oficerów Polaków z samej artylerji…

Węgier Bangya wylądowawszy oto na brzeg Czarnego morza, z hufcem posiłkowym, przeważnie złożonym z Polaków, przez swe podejrzające zachowanie się, wystawiał go na nieufność Czerkiesów!...

Odrywało się oto nareszcie serce od setki tysięcy żyjących jeszcze rodaków, a którym przeznaczenie wskazało – prawie wszystkim – zostac do śmierci, bez ujrzenia Polski, a choćby tylko matki lub dziecka własnego, kto je miał!...

Lecz dobrze, że te przykre myśli, w tej chwili im się nawijały. Bo nie jeden z nich jadąc do domu, gdyby nie widział za sobą krwią przesiąkłego Kaukazu, gdyby nie widział rozsianych tam po górach i wąwozach bielących się kości i tych mogił, które jeszcze wyrastać miały i gdyby nie spostrzegł przed sobą bolesnych kolców niewoli, mógłby upaść pod szczęściem!... Ujrzawszy Dniepr niebo i ziemię ojczystą, a na niej lud swojski – odzywający się do niego świeżym dźwiękiem mowy rodzinnej – mógłby on z całego szczęścia oszaleć, alboby mu serce pękło!..



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury