Część Druga

PŁASZCZYZNA KUMYKSKA

Wzmianka o Czeczeńcach. Drogi przez płaszczyznę. Kumycy, ich urządzenie i obyczaje. Władza chanów i ograniczanie jej przez Moskali. Raport jenerała Passeka. Hassaw-jurt. Czyr-jurt. Pułk dragonów niżegrodzkich. Temirgojska pustka. Podanie o kamieniu i zdroju. Oreń Pilatowski i Jakubowski. Kozacy astrachańscy. Goście chańscy. Tatarzy nadwołżańścy. Petrowskoje. Żołnierze. Rodziny Palaków i inne. Błota petrowskie. Burze kaspijskie.

Opisując okolice stannicy Czerwlonnej, wspomnieliśmy o Czeczeńcach przybyłych na pomoc starowiercom. Teraz na wstępie do ziemi wiekowych bojów musimy uczynić obszerniejszą o nich wzmiankę.

Jak dawno Czeczeńcy a właściwie Kisty [1], na swych ziemiach przebywają, trudno dziś odgadnąć. Stare dzieje o nich nie mówią, nowe zaś, wyprowadzają ich od razu z lasów i wzgórzy do walk z Moskalami; do owych sławnych bojów, któremi mianowicie w r. 1785-1786 wyparli najezdników z Darjalskiego [2] wąwozu i odcięli im drogę do Gruzji. W r. 1791 zwalczony wódz Szach-Mansur [3] musiał pokutować za swą waleczność w Sołoweckim monasterze, na Białem morzu a kraj cały wpadł pod zwierzchnictwo Moskwy.

Powstania z r. 1830 i z 1842 na wiele lat oderwały ten kraj od Moskwy i stawiły go w zapasy z ciągle nadchodzącemi siłami Moskwy.

Moskiewski jenerał Passek udatnie w swym raporcie do władzy scharakteryzował owe zapas: „My, powiada, palimy wsie, a Czeczeńcy w temże miejscu wznoszą nowe; my zadajemy im nowy cios, niszczymy na polach zboża i tratujemy łąki a oni uciekają do lasów, stawiają tam chruściane lepianki, karczują gęstwiny i urządzają sobie nowe pola i łąki. Gdy się cofniemy, oni swobodnie spędzają stada swoje na opuszczone przez nas stanowiska, a zapasy żywności i mienia unoszą w dalsze górzyste strony; gdy znów się ku nim zwrócimy, nigdzie nie możemy spotkać ani ich, ani ich dobytku; jednak na dowód, że okolica ta nie jest zupełnie opustoszałą, nadarzy się nam gdzieś w głuszy trafić na zbłąkane, skubiące trawę bydle, na postawioną stertę zboża, albo na świeżo opuszczone chatki. Ciągły ogień z palnej broni, utrzymywany z tajemniczym wrogiem potwierdza nawet, że ziemia ta drogo jest cenioną przez posiadaczy, mszczących się za zrobione już spustoszenia.” Jenerał Passek napisał to zdanie w roku 1842., po strasznej klęsce w czeczeńskich lasach i czakeryńskich, zadanej jenerałowi Grabbe [4] przez haiba Sznaib-Mułłę, a na trzy lata przed klęską Dargińską, poniesioną przez główno-dowodzącego ks. Woroncowa.

Ziemia Czeczeńców, nazwana może od słynnego z waleczności aułu Czeczen nad Argunem, zawarta między zagięciem górnego Tereku, między strumieniami, wpadającemi do Simży [5] i między Humbetlskiemu górami dzieli się topograficznie na część dolną i górną [6]. Z bogactwem roślinności swojej nazwaną jest śpichrzem gór; ma obfitość lasów i pastwisk, poprzecinanych rzeczkami i strumieniami, ma urodzajne pola i czyste a zdrowe powietrze. Krajobraz tej ziemi jest również pięknym widokiem, opierającym się z południa o śnieżne szczyty, a z północy niknący w bezgranicznych stepach. Szamil po wywiezieniu go do Wołogdy, gdy spojrzał z więziennego okna na okolicę, gdy zobaczył faliste wzgórza i lasy szerokie, w smutnem uniesieniu zawołał: „Boże, to Czecznia!” A Czecznia przecież nie była jego rodzinną ziemią, a uważał ją za raj Kaukazu.

Ludność cała o niemal półtoratysiączna jest dumna ze swego urodzenia i ze swej godności osobistej. Każdy Czeczeniec uważa się za uzdenia to jest za potomka, pochodzącego ze szlachetnej rodziny tajpów, i dla utrzymania swojej wyższości rodowej aż do czasu miurydyzmu Czeczeńcy między sobą tylko zawierali związki małżeńskie. Jednak w społeczności ludność cała rządziła się demokratycznie prócz wychodźców, osiadłych na ziemiach kabardyńskich, którzy ulegali prawom arystokratycznym na równi z Czerkiesami i Turkmenami. Zarząd Czeczni skupiał się w gminach (tukum). Do czasu miurydyzmu każda wieś, składająca gminę, uważaną była za związek jakoby familijny, rządzoną autonomicznie przez wybraną starszyznę. Wedle podania niejaki Turło, przed wiekami z gór wezwany do Czeczni na wodza, miał zaprowadzić taki porządek społeczny, którego mieszkańcy do ostatka bronili.

Długo Czeczeńcy nie znosili żadnej narzuconej im władzy. Jeśli toczyli boje z Moskalami, długo nie chcieli uznać Szamila za Imama i pragnęli widzieć na tym urzędzie krajowca swego a słynnego z rozumu i waleczności Taszawa-Hadżi.

Czeczeńcy po skończonych wyprawach na nieprzyjaciół oddawali się pracy domowej albo polnej, i pilnowali rodzinnego ogniska. Pasterstwo i rolnictwo utrzymywało ich w ciągłej czynności, robiło ich skrzętnymi, zwinnymi i rzeźwymi. Dostatek chleba, korzystne zbywanie góralom płodów surowych, czyniły ich wesołymi, a ciągłe walki wyrobiły z nich bitnych ludzi. Niewiasty czeczeńskie dbały niezmiernie o czystość swoich wylepianych gliną domków drewnianych, które w improwizowanym porządku, śród ogrodów zielonych lub pośród lasów malowniczo się przedstawiały oku, znużonemu monotonnemi widokami siedlisk moskiewskich. W używaniu pokarmów Czeczeńcy są nadzwyczaj umiarkowani i w tym względzie nie ustępują góralom. Pomimo tego a może i dla tego są silni i niestrudzeni w pracy. Kawałek placka z kawałkiem sadła baraniego albo sera, kilka klusek (chinkał) stanowią całą żywność dzienną. Źle odziani, nieraz bez ciepłego pokarmu i bez gorących napojów, jakoby nie znali znużenia ani chorób. Ci Czeczeńcy co mają styczność z Moskalami, nadzwyczaj lubią wódkę i mogą ją pić szklankami. Wina nie używają wcale, z powodów religijnych jednak wyrabiają słodki napój zwany Czabon, bardzo lubiany przez nich. W miejscowościach gdzie nie ma winnic wyrabiają z prosa upajający napój buzę, bardzo nieprzyjemnego smaku dla cudzoziemca. Wedle obyczajów miejscowych są oni gościnnym ludem, jednak trudniej u nich zyskać prawo gościnności niż u górali. Jak mężczyźni są wysocy, smukli, dorodni, tak kobiety a szczególniej na dolinach są kształtne i ładne. Zdarzało się, że starszyzna moskiewska nawet wchodziła w związki małżeńskie z piękniejszymi brankami. Młodzież wychowują w zupełnej swobodzie, prawie wedle praw natury. Do kilku lat żadne obuwie ani odzienie nie krępuje ciała dziecka.

O Czeczeńcach jeszcze nie raz będzie mowa, a teraz przejdziemy na ziemię kumykską.

Gdy przed rokiem 1853 jedyna tylko droga przez Kiźlar łączyła linją kaukazką z Dagestanem, to po tym czasie, po zbudowaniu stałego mostu na Tereku pod szelkozawodską stannicą utworzyła się nowa komunikacja gór ze stepami przez Chassan-jurt [7]. Ale jak starą tak i nową drogą nie można było ruszyć taborowi bez siły wojskowej. Bliskość niepodległych górali nakazywała tę przezorną ostrożność. Dobosze biją w bębny. Na powtórny znak, etapy, wolni podróżni, powozy, wózki, arby, wojskowe furgony ściągają się do mostu nad Terekiem i czekają konwoju. Za trzecim obębnieniem występują z pieśniami dwie lub cztery kompanie piechoty, ciągną się z niemi działa polowe i jadą kozacy dońscy. Wojsko szykuje awangardę i ariegardę [8], karawana staje jako zasłonięty korpus i postępuje do marszu.

Droga do Kiźlara na milowej przestrzeni prowadzi przez zarośla i trzciny, w czasie powodzi zalane wodą, a w czasie suszy zajęte przez partyzantów. Szelkozawodska droga od razu wchodzi na szeroki jeszcze step, klinowaty ale urozmaicony, odcięty od kaukazkiego korytem Tereku. Na obu drogach stoją forty trzymające w podległości krainę kumykską.

Kumyki są z pewnością potomkami Turkmenów, zdobywczego ludu na Kaukazie wieku XVI. i XVII. Ich współplemiennicy zajmują jeszcze miejscowości od zachodu między Czerkiesami, a w południowym Dagestanie około Derbentu wyłącznie zajmują krainę Terekamek. Na płaszczyznach i w górach natrafić można wiele wsi przez nich wyłącznie zamieszkałych. Język ich nazywany tatarskim, w stosunkach międzyludowych powszechnie jest używany. Tyle pozostało tylko z potęgi Turkmenów. Lud cały jest osiadły, zajmuje się rolnictwem, rybołowstwem i pasterstwem. Rządzili się osobnemi książętami. Innego szczepu Turkmeńskiego Nogajcy, przeważnie prowadzący dotąd koczujące życie na stepie kaukazkim, żyją między nimi obok Kałmuków w przenośnych jurtach swoich.

Kumykcy zawsze podlegali władzy chańskiej w osobie Szamchała z Tarków, pana części Dagestanu i zawsze dzielili losy z tarkowską ludnością. Wspólnie walczyli przeciw Waregom, którzy im Tarki zburzyli w r. 969 – (Semender) [9]. Wspólnie choć napróżno odpędzali od rzeki Sułak (Dolne Kojsu) wojska Teodora Iwanowicza, nasłane od Astrachania. Moskale kusili się już wtedy o góry, a w roku 1604 założyli trzy nadmorskie forty, w Tarkach, w Bujnokach i na Tuzłuchu. Dopiero Kumykcy z Lezginami z pomocą krymskich Tatarów tak rozbili Moskali na stepie u terazniejszego Kazi-jurtu, że klęska ta na wiek z górą ochłodziła zapał najezdników do Kaukazu. W walnej tej rozprawie padł Okolniczy i Buturlin z synem, wojewoda Pleszczejew z dwoma synami, wojewoda Polew i siedm tysięcy trupa na miejscu zostało. Piotr W. dopiero z wielkiemi siłami wkroczywszy na ziemię kumykską i do nadbrzeżnego Dagestanu ujął sobie podstępnie szamchała tarkowskiego Adyl Gireja, a gdy ten nie chciał uznać jego zwierzchnictwa, został schwytany i wywieziony nad Białe morze w r. 1725. Odtąd już szamchałowie tarkowscy zostawali pod wpływem politycznym Moskwy, albo w zupełnej od nich zależności. Dopóki Moskwa nie czuła się zapewnioną co do zabranych prowincji, zostawiała zawsze u władzy panujące rodziny, wypłacając im pensje nazywane haraczem, a w zajem biorąc u nich zakładników (amanat). Poduszczała chanów na chanów, albo burzyła ludy przeciw władzy, dopóki w zamęcie sama korzyści nie odniosła. Ten system przeprowadzał się nawet między Nogajcami i Kałmukami. Uznawszy stosowną chwilę, Moskwa żądała zupełnej uległości, a naiwny chan dowiedział się że mniemany haracz był uważany przez cara za pensją dla swego służalca.

Wszelako wyzuciu z politycznej władzy chanowie długi czas korzystają z praw sądownictwa, wybierania podatków i w ogóle z praw administracyjnych. Wtenczas dopiero tracą te prawa, gdy Moskwa uzna iż obejdzie się bez ich pomocy. Zręcznie to się robi, bo zwykle lud, przeciążony pracą i podatkami, żąda opieki carskiej. Na dowód zaś, jak Moskwa jest systematyczną w stopniowem przeprowadzeniu niewoli, jak nie daje uczuć jarzma swego i jak to jarzmo wkłada dopiero, gdy oczy ludu odwróci od nieba a kark jego schyli się po zwierzęcemu ku ziemi, przytaczam w tłómaczeniu raport z r. 1843 wspomnionego już jenerała Passeka.

„Czynię wniosek, pisał on, że nie należy muzułmanom dawać znacznej politycznej władzy bez koniecznej potrzeby a posiadającym należy ją ograniczać stopniowo i mieć czujne na każdy ich krok baczenie.

„Mahometanie tak obcy nam z obyczajów i pojęć i tak przewrotni z natury swego azyatyckiego charakteru, czyż mogą szczerze życzyć u siebie spokojnego utrwalenia (wodworenia) rządu rossyjskiego, kiedy to zupełnie jest ich interesom przeciwne?

„Postępowanie chanów posiadających władzę najlepszym jest tego dowodem. Wszystko co złe przypisują oni Rosjanom, a wszystko co dobre, przypisują sobie. Wymierzanie kar, ściąganie nieprawnych podatków, nieprawne zabieranie majątków, wszystko przypisują wymaganiom naszego rządu, a opłaty za podwody i juczne konie i wsparcia biednych sobie samym przypisują.

„Zawsze starają się mieć bezpośredni wpływ na lud, ażeby na władzę rosyjską nie zwracał oczu i żeby nie przyzwyczaił się do niej.

Różnemi sposobami starają się obudzić podejrzenia władz rosyjskich przeciwko tym ze swoich poddanych, którzy są dla nich nieżyczliwymi a rosyjskiemu rządowi przychylność okazują.

„Intrygi takie przynoszą im potrójną korzyść:

„1) Pozbawiają się niebezpiecznego poddanego, a Rosjanie tracą przez to narzędzie zdolne do śledzenia ich czynów.

„2) Po wypędzeniu albo zesłaniu jakiej osoby znacznej, władający chan przez to rozszerza najprzód swą władzę; na Rosjan zwala całą niesprawiedliwość postępku, a poddanym swoim w ten sposób go objaśnia, że sam się z wszelkich zarzutów i podejrzeń oczyszcza, i tem większą obudza do rządu rosyjskiego nienawiść, że wytyka: „oto jak Rosjanie oceniają przychylność dla swego rządu”.

„3) Wypędziwszy osobę znaczną, albo zmusiwszy ją groźbami do ucieczki, lub do przejścia do nieprzyjaciela, a tem samem do walczenia z gorliwością przeciw nam, chan daje poczuć temi przykładami, że rząd rosyjski powinien ostrożnie postępować z jego poddanymi, a tem bardziej z nim, który potrafi rządzić takimi nieokiełznanymi ludźmi.

„Nadto ażeby dodać sobie więcej znaczenia, pozbawić nas środków do czuwania i wpływania na nich, chanowie starają się ukrywać i nie wynagradzać ludzi nam oddanych, spędzają to na niewdzięczność rządu rosyjskiego; przez to dopinają drugiego celu; oziębiają i oburzają na nas ludzi bardziej czynnych i najwięcej nam użytecznych.

„Nagrody zaś udzielają według swoich widoków, ludziom niezasługującym na takowe, i przez to okazują, że usługi im czynione zyskują zawsze nagrodę, kiedy przeciwnie służba dla rosyjskiego rządu nie przynosi żadnej korzyści.

„Ten tryb postępowania, zmusza wszystkich poddanych do szukania względów nie u Rosjan ale u nich, i do starania się o pozyskanie ich łaski, a do rosyjskiego rządu obudza obojętność i lekceważenie.

„Trzeba mieć wiele doświadczenia i bystrości, ażeby w ludziach wychowanych w przebiegłości odróżnić intrygę od – prawdy! Jedynie osobista znajomość panujących i wielu znaczniejszych obywateli, powierzchowne dla nich zaufanie, i baczny niezmordowany dozór nad każdą ich czynnością, mogą wykryć prawdę i ustrzedz zwierzchność od niesprawiedliwych i szkodliwych rozporządzeń.

„Rząd opiekuńczy pojmując zupełnie to złe, z egoizmu chanów wynikające, tak dla siebie, jak dla kraju i mieszkańców, uznał za zasadę jeszcze za czasów Jermołowa, aby usunąć ich od władzy przy pierwszej sposobności, nie pozbawiając ich jednakże dochodów prywatnych, a nawet dając niektórym pensję.

„Dla powstrzymania szkodliwych działań chanów, należałoby umieścić przy każdym z nich jednego sztabs-oficera z taką władzą, aby rząd za jego pośrednictwem mógł wiedzieć o wszystkich czynnościach chanów, i z surowym obowiązkiem donoszenia rządowi o każdym nieprawnym ich kroku.

„Sztabs-oficer powinien mieć swoich ludzi i środki, bo inaczej o każdej rzeczy w taki sposób się dowie jak chan zechce. Sztabs-oficer powinien być Rosjaninem a nie Ormianinem.

„Ormian naznaczają na komisarzy (prystawów), dając im pierwszeństwo przed Rosjanami, z powodu znajomości języka krajowego, nie zwracając uwagi na bardzo wielkie wady wrodzone Ormianom.

„Nieznajomość języka przy dobrem tłómaczeniu nie stanowi żadnej przeszkody; lecz oszukaństwo, chciwość i podłość niczem nagrodzić się nie dadzą.

„Nareszcie, gdzie można usuwać z honorem władających chanów, koniecznie należy z okoliczności korzystać, a zarząd poruczać miejscowej władzy, z prawami i godnościami większemi, aniżeli były prawa i godność prystawów.”

Myślałby kto, że Moskale takie pojęcie mają tylko o chanach muzułmańskich, stosują to jednak zawsze i do chrześcijańskich panów, których ujarzmiają!

Projekt jenerała Passeka nie był zupełnie nowy, praktykowany on był w innych krajach, podległych Moskalom na Kaukazie; tylko jego raport uświadamiał władzę o możności zastosowania już tego prawa arbitralnego na pomorzu kaspijskiem. Stosował się ten projekt przeważnie do domu Szamchałów Tarkowskich i do domu Kazanalipów, mających posiadłości na płaszczyźnie po lewym brzegu Sułaku. To też naprzód ci chanowie, przez wydane im dyploma, uznani zostali za książąt rosyjskiego państwa, dano im nowe nazwiska książąt Tarkowskich i Andrejewskich, dano im rangi wojskowe, jako naczelnikom milicji krajowej i postawiono przy nich prystawów, których przeważnym obowiązkiem było szpiegować chanów i mieszkańców. Prystawowie ci, zostając pod bezpośredniemi rozkazami wojskowych naczelników, liczyli się na listach pułków, w których poprzednio służyli, pobierali płacę odpowiednią do rangi i nadto po 280 r. s. 20 k. stołowych pieniędzy, a tłómacze przyboczni wybierani z mieszkańców za usługi swe pobierali po 10 r. miesięcznie.

Wzrost jednak sił górali długo tamował pochopy Moskali, którzy długo z wielką dyplomacją musieli umieszczać swoich prystawów, jako tylko pomocników przy chanach, a nawet do roku 1849 urząd prystawski gmin Andrejewskich, z dołączeniem części podległej Awarji pozostawał w ręki Gireja-Murtuzali-Adżi, a po nim w ręku starego chana Kazanalipa zabitego z rąk mścicieli.

Władza sądownicza do spraw cywilnych w ich też bezpośrednim ręku pozostawała.

Lud kumykski od półtora wieku pozostający pod wpływem lub jarzmem Moskali, stracił wszelką energią życia. Niemoc jego wybitnie się maluje we wszystkich stosunkach domowych i publicznych. Całe pragnienie jego ogranicza się na zdobyciu pieniędzy, choćby niegodziewemi środkami, i na zadowoleniu swoich namiętnych chuci. Tak ich powierzchowność, tak i ich wsie są nieczyste, zakłócone i zagnojone. Domy i podwórza bardzo chędogo utrzymują kobiety, bielą je i czysto wymiatają. Czy i dusze ich są tak czyste? Nie wiem. Izby w domach nie mają z sobą łączności, do każdej z nich wchodzi się oddzielnie z krużganku.

Tasz-kiezu i kilka innych jeszcze wsi są przeważnie zamieszkałe przez żydów.

Głównym warownym punktem utrzymującym w zależności płaszczyznę zachodnią, jest fort Hassan-jurt, który był zarazem sztabową kwaterą kabardyńskiego pułku.

Fort ten zabudował się pięknie. Figurują tu domy sztabu pułkowego i nowa cerkiew. Ks. Barjatyński będąc pułkowym dowódzcą, urządził porządną dla oficerów bibljotekę, której dogląd zawsze był poruczany Polakom. Przy bibljotece istniała resursa oficerska, w której bawiono się i tańczono po dwa razy na tydzień. Aptekę też za jego dowództwa pułkiem, postawił na porządnym stopniu Franciszek Pantoczek z Kielc. Towarzystwo wszelako polskie upadło tu nisko, chociaż znajdowała się śród niego Julja Cyrynowa, jedna z tych niewiast litewskich, co poświęceniem i cnotą jednała sobie szacunek powszechny.

Na Kaukaz przybyła z krewnymi i tu wyszła za mąż, za podoficera uwolnionego z kopalni sybirskich, odrzuciwszy propozycje kilku ludzi stopniem i dostatkami wyżej postawionych. Nieszczęściem w czasie pożaru Hassan-jurta, kobieta ta leżąc w łóżku po powiciu dziecięcia, dostała obłędu umysłu. Miała ona powszechny szacunek, i ona jedna ze wszystkich kobiet Hassan-jurtowskich zasługiwała na takowy. Gdy wyjednywała u Barjatyńskiego, już namiestnika, uwolnienie swego męża, znający ją pan ten, odrzekł: „dla pani nie znam odmowy”. Pani Cyrynowa miała troje dziatek, miłe jak aniołki, bo dbała o ich powierzchowność i ustrojenie duszy.

O reszcie towarzystwa, przytoczę list mego przyjaciela, który podróżując przez tę ziemię pisał do mnie. O bodaj to Dagestan i my w Dagestanie! Doprawdy nic a nic nie ma przesady w tym wykrzykniku. Takiego duchowego, myślowego życia między bracią, takiej spójności serc i dążeń i takiej miłości bratniej nie spotkałem na linji. R. w Hassan-jurcie jedenaście lat po polsku nie czytał i wyobrażenia nie ma, co się na bożym świecie robi. S. przestraszył mię swojem grubem żołdactwem i swoją o życiu teorją. Byłem dla nich obydwóch jakiemś zjawiskiem, z zapomnianego już przez nich świata, lub co nie daj Boże, za świata – w którym nigdy nie żyli”.

Od Hassan-jurtu na prawo ciągnie się wązki pas ziemi między rzekami Amat i Jaryk [10], poprzecinany wąwozami i lasami. W głębi tego pasa za aułem Jarysu-auch jest silna miejscowość zwana Heitermitowską bramą, gdzie Moskale doznawali porażek. Z lewej zaś strony droga obwarowana dwoma basztami, opatrzonemi w działa, prowadzi do fortu Czyr-jurt [11]. Baszty te były przedniemi czatami od gór, służyły za ochronę dla przechodzących perjodycznie dwa razy na miesiąc okazji, i w razie potrzeby wystrzałami z dział dawały sygnały do Hassan-jurtu i Czyr-jurtu o grożącym niebezpieczeństwie.

Czyr-jurt, ufortyfikowana pozycja na lewym brzegu Sułaku, posiada garnizon złożony z liniowego batalionu i artylerji. Na prawym zaś brzegu Sułaku, za mostem, leży osada pułku darguńskiego, tego samego, który J. Korzeniowski opisał w Tadeuszu Bezimiennym. Autor tak mistrzowsko skreślił skład tego pułku, jego utarczki i bitwy z góralami, że Piuszkin, Lermontow lub Maliński opisujący Kaukaz, powinni mu obrazu tego pozazdrościć. Dragoni zaś istotnie zyskali sławę z swych bojów z góralami, chociaż nieraz bywali w ciężkich tarapatach, osobliwie w walce z Hadży-Muratem, koło Szury w r. 1844 i w powstaniu tabasarańskiem w roku 1851. Wyłącznie był on złożony z Małorusinów i Polaków, z r. 1831, którzy mu wyborną organizacją nadali. Co zaś do prawdy historycznej stanę w sprzeczności z autorem, bo takich Tadeuszów pułk nigdy nie posiadał. Polak prawy choć na Kaukazie, wiedział zawsze, co winien Moskalom, a co się należy góralom. Jeżeli się i znalazła jednostka podobna do Tadeusza Bezimiennego, wzgardzona była od rodaków i nie mogła służyć za typ rewolucjonisty z r. 1831.

Jacy zaś byli nasi ziomkowie z czasów rewolucji, dość będzie przytoczyć znalezienie się prostego Mazura, podoficera dragonów.

W czasie przeglądu pułku przez cara Mikołaja w roku 1839, Mazur wspomniony jako pierwszy jeździec pułkowy naznaczonym był na posyłkę. Gdy służbowi oficerowie odsalutowali, Mazur spiął konia i jak piorun stanął przed carem. Pałaszem zrobił honory i zaczął z kiepska po rosyjsku raportować: „K Waszemu imperatorskomu weliczestwu od dragunskawo Jewo Wysoczestwa prynca” i niedokończywszy splunął, że mu się nie udaje raportowanie rosyjskie, zaraz po polsku głośno palił: „Do Waszej Cesarskiej Mości od dragońskiego ks. Wirtemberskiego pułku na posyłkę przysłany”. Dowódzca pułku ks. Czawczawadze zbladł jak trup, sądził, że zdegradowany będzie za znalezienia się Mazura, bo wiedział, jak Mikołaj miłował Polaków.

Tymczasem car raczył przebaczyć szczere strapienie Polaka, zostawując go bez kary i bez odpowiedzialności dowódzcę.

- A w jakim pułku służyłeś? – wyrzekł nawet po polsku.

- W drugim ułańskim WCMOść.

- I biłeś Moskali?

- Biłem WCMość.

I natem przestał.

Trzeba więc było Korzeniowskiemu milczeniem zbyć drogę, jaką się dobił Tadeusz dworjaństwa. Tajemnice są to boskie, jakiemi drogami nasi rodacy podostawali stopnie i tytuły. Karjera zresztą Tadeusza konsekwentnie wypłynęła. Urodzony z moskiewskiego jenerała i nierządnej kobiety, szedł za popędem krwi, zmazał winę rewolucjonisty i został czystym Moskalem. Ale nam takich typów nie potrzeba.

W pułku dragońskim prócz rewolucjonistów z r. 1831 było jeszcze dwóch członków Towarzystwa Filaretów wileńskich: Andrzej Janiewicz i Borkowski Franciszek, obaj już w stopniach sztabs-oficerów.

Gdy pułk ten w r. 1853 występował na granice Turcji, zostawały tylko rezerwowe szwadrony. Stajnie próżne zajął potem pułk niżegrodzki, dowodzony przez jenerała Kazimierza Gołębiowskiego, syna sławnego badacza narodowego Łukasza, a rodzonego brata historyka Seweryna.

Droga za Czyr-jurtem wije się u stóp wyniosłej góry, ciągnącej się ku Temir-goj [12] i ku wschodowi aż do morza, w które zagląda zawsze dość zdala od brzegu i zagina się mniej więcej równolegle od wód ku Bujnakowi i dalej. Droga prawie trzymilowa do Temirgoja przechodzi przez stepy zarosłe bujną trwaą i zajęte w części wylewami Sułaku. Liczne gaje przeglądają się w zwierciadłach wód, lub pysznią się krasą swoją śród nagiej płaszczyzny, Widok ten kończy się u reduty Temirgoj, w której piechota, kozacy i artylerja dają przytułek i bezpieczeństwo noclegów dla okazji i dla kurjerów wysyłanych z eskortami.

Za Temirgojem zaś, Boże zmiłuj się, co za okolica! Ziemia pusta, naga, gdzie niegdzie błotna, w dnie dżdżyste trudna do przeprawy. Odmalował ją wybornie nasz rodek Władysław Kamieński i w liście swoim przesłał mi podanie, które rozeszło się po ręku Polaków na Kaukazie.

„Po widokach Dagestanu, pisał mi, smutny, nagi, żółtobury step między Kumterkale i Temirgojem napełnił mnie nieopisaną nudą i tęsknotą, ale życiodawcza miłość i tę przeklętą i zapomnianą przez Boga ziemię zaludniła cudowną powieścią, uświęciła i ubłogosławiła żywym zdrojem czystej wody i czystszej jeszcze poezji, powieść nie długa, opowiem ją, jak mi siwy Bakir, mój woźnica opowiedział:

„Na lewo jadąc z Dagestanu, za temi wzgórzami są lasy, doliny i ogrody, szumiące kryształowe strumienie, uprawne pola i wsie piękne i bogate. Po wsiach siedzi lud prawowierny, najlepsze dżygity (rycerze) Szamila. Znacie ich po żółtych czochach, burkach długich, ostrych szaszkach i nigdy niechybiających gwintówkach. Siostry i córki tego ludu, wiotkie, smukłe jak topole, niby tygrysice zwinne i silne, kwitną zdrowiem i rumieńcem jak pełne róże na sianożęciach ich ojców. Byłem dwa razy w tym kraju, pięknie tam, zielono i cienisto; noga giaura nie splamiła mogił naddziadów, i są tam siwobrode starce, którzy was jasnowłosych na oczy nie widzieli. Nie oddałbym ubogich gór naszych, gdzie pszenica się nie rodzi, za owe plenne, złotokłose łany.

„Pawliniec (góral) rad ze swej doli, wszędzie i za wszystko chwali Allacha, czy pasąc stado białych owiec, rozciągnięty na pachnącej trawie, wpatrując się w śnieżne szczyty, po których wesołe słońce igra miljonami różnobarwnych ogni czy tuląc się pod skał urwiska, ze strachem wsłuchiwa się w ryk burzy i trzask piorunu tłukącego lodowate gór łona, czy goniąc okiem mętny i burzliwy potok, myślą rzuca się za nim w kipiącą, klekococą przepaść. Nie zna białych czureków (placków) i słodkich bizdyrdżanów, ale ze smakiem zajada prosiany kinkał (kluskę) z baraniną i ostro pachnący pindyr (ser), a jęczmienna buza lepiej mu służy, niż złoty na równinach narbek (rum). Kindżał nasz jednakowo ostry jak czeczeńska szaszka, a gwintówka zawsze trafia w szerokiego tura lub kosmatego niedźwiedzia. Jedna tylko rzecz jest na równinach, za którą Pawliniec oddałby głowę i grób swojej prababki. Jest to owe czarnookie dziewczę, smukłe jak topola, świeże jak dzika róża i jak tygrysica silne i zwinne.

„Dawno już, bardzo dawno, jeden z gór młodzieniec i dziewczyna z równin pokochali się wzajemnie. Ludzie zapomnieli ich nazwiska, wiedzą tylko, że ona była córką dumnego uzdenia (szlachcica), on prosty pastuch ubogi. Uzden myślał wziąść za córkę sto tumenów kałymu (1000 złp. wykupu), a góral nie miał ani jednego. Uciekł więc z gór z kindżałem u pasa, z gwintówką w ręku, w trzcinach nad Terekiem czyhał na zdobycz ... Allah mu poszczęścił. Ormianin z Kiźlaru objuczony złotem powracał do domu; z zarośli wychyliła się blada twarz górala, i oczy jak dwa węgle płonęły nadzieją. Paf ... i pies niewierny, jak tłusty dongus (wieprz) zakwiczał żałośnie ... jednym susem, jak bars (tygrys) rozjuszony, wyskoczył młodzian na drogę, kindżałem rozpruł plugawy brzuch giaura, schwycił konia i złoto i jak wiatr puścił się ku górom. Aż u wrót aułu zatrzymał się dopiero; odprawił namaz (nabożne obmywanie), ucałował gwintówkę i skrwawiony kindżał i zaczął liczyć pieniądze. Naliczył 99 tumenów ... jednego nie dostawało, tylko jednego – cóż ten jeden znaczył. Dumny i pewny siebie, wszedł do domu uzdenia i tuż przy salam-alejkum (pozdrowieniu), złożył mu u nóg pieniądze. Alejkum-salam, odrzekł uzdeń i na kwiecisty pałas wysypał błyszczące złoto. Układał kupki po dziesięć tumenów, każdą sztukę ważył we dwóch palcach. W kącie sahli siedziała dziewczyna i młodzian mógł liczyć uderzenia jej serca, tak silnie kołatało w łonie. „Jednego nie ma, - przynieś jeszcze jeden, a oddam ci dziewkę.” Góral stał zmięszany i blady. Uzdeń spokojnie zgartywał złoto, wsypał je do worka, zawiązał potem rzemykiem i schował do skrzynki. Młodzieniec machinalnie rękę poniósł do kindżała, w kącie sahli dziewczyna zakryła oczy białemi rączkami ... on spojrzał w tę stronę i twarz mu złowieszczym ogniem spłonęła. Allach! krzyknął nareszcie a kindżał po rękojeść w uzdenia piersi utopił. W godzinę potem, koń spieniony niósł po stepie kochanków; ona tuląc się do góralskiego łona gorzko płakała, on ciągle za siebie się oglądał i wklęsłe boki zmęczonego konia ćwiczył co miał siły. Nieszczęsne zwierzę coraz to ciężej dyszało – raptem zachwiało się i padło nieżywe. Noc na stepie zaścigła uciekających ... Ona, tuląc się do piersi gorzko płakała. On, ciągle jeszcze za siebie się oglądał. Nic jednak nie zobaczył... na stepie śmiertelna panowała cisza. Góral ucho przyłożył do ziemi i wstrzymując oddech słuchał uważnie... „nikt nas nie goni, spocznijmy” – rzekł. Noc tymczasem coraz szerzej rozścierała swój ciemny chałat (szlafrok) i z tajemniczego skarbca sypała perły kroplistej rosy. – Młodzian burką otulił dziewicę i namiętnie przycisnął do piersi ... godziny biegły w rozkosznem upojeniu, błogosławionym darze szczęśliwej młodości ... Ach, czemuż ziemskie rozkosze takie znikome i krótkie? Jeden jest wielki Bóg ... na jego łonie, w raju, z jego prorokiem, w objęciach wiecznie młodych i nigdy niepokalanych hurys prawowierny znajdzie prawdziwy spokój i szczęście.

Świeże tchnienie poranka rozwiało czarowne ułudy a rumiana zorza trwogą napełniła kochanków. Jakoś dziwnie spojrzeli po sobie; - ach wtem spojrzeniu nie było nadziei ... Dzień tymczasem z dalekich wzgórzy strząsał białawe tumany; para stepowych orłów nad zdechłym koniem krążyła, a na krańcach widnokręgu czerniało kilka ruchomych plamek. Młodzian spojrzał ku górom i cicho „pogoń” wymówił. Całe piekło rozpaczy zawrzało mu w piersiach i szatańskim uśmiechem wykrzywiło lice. Obłąkany jedną ręką wydobył kindżał, na którym krew uzdenia burą pianą zastygła, drugą, jak w kleszcze, uchwycił ramię dziewczyny ... Ale nie miał siły uderzyć. Ona tonęła we łzach, on opuścił ręce i czołem bijąc ku ziemi, drżąco i przerywanie zaczął powtarzać święte słowa koranu.

„W imię Boga litościwego i miłosiernego, chwała niech będzie Bogu samowładzcy w straszny dzień sądu... Litościwy i miłościwi Boże, Ciebie wielbimy, łaski Twojej żebrzemy! Prowadź nas po drodze sprawiedliwych, po drodze tych, których obsypałeś twemi dobrodziejstwy, a nie po błędnej drodze tych, którzy gniew Twój na siebie ściągnęli. W prochu i poniżeniu litości Twojej błagamy ... cudem Twoim wybaw duszę moją od naigrawania nieprzyjaciół i skrzydłem aniołów Twoich, ją niewinną, zasłoń od shańbienia.” Młodzieniec powstał z modlitwy i natchnienie głębokiej wiary świętą aureolą błyszczało mu z czoła. Ujął w objęcia kochankę i z spokojnem szyderstwem patrzał na kłęby kurzu, z pod kopyt pogoni bijące. Jeszcze kilka minut i pogoń naścignie ...” Ale Bóg wysłuchał modlitwę. Zdziwiony młodzieniec poczuł, że ciało płaczącej dziewczyny jakoś mu rzednieje w uścisku i z objęcia ucieka, chciał ją unieść, podtrzymać ... i bryzgi czystej zostały mu w ręku. Z pod stóp jego szepcząc ciche żale, krzyształowe źródło płynęło – dziewica roztopiła się we łzach ... zdziwiony, zachwycony młodzieniec nachylił się ku ziemi i w zwierciadle łez kochanki zobaczył, że sam w kamień się zamienił. – Ludzie zapomnieli nazwiska, kamień zaś zowią Pawlinem, a źródło łez krynicą.

Taka jest legenda o tym pochylonym białym słupie, który widziałeś zapewne na stepie, i o krynicy, z której wodę piłeś niezawodnie. Stary Bakir drzemiąc zaczął kiwać się na przedzie, głodne woły ledwie przebierały nogami, arba na suchej swojej osi wygrywała krótką, żałośliwą piosenkę: „nie męcz mnie, nie męcz mnie,” – ja otuliłem się w płaszcz o marząc o owem dziewczęciu krynicy, zasnąłem szczęśliwie.

Za nagim stepem ukazuje się mały fort Ozeński, łączący jeszcze drogi do Kiźlara, Pietrowska i do Dagestanu przez Kumter-kale. Jest on punktem gospodarskim apszerońskiego piechotnego pułku, gdzie składy siana na stepach nakoszonego, chronią się za wałem. Siła fortu tego składa się z jednej roty piechoty, z plutonu kozaków i dwóch armat. Gdy naczelnicy kompanji byli zarazem komendantami fortu, więc nieraz dowództwo takie przypadało na Polaków, z których o dwóch, to jest Pilatowskim i Jakubowskim, wspomnę w tem miejscu.

Porucznik Pilatowski był jeńcem wojennym z r. 1831 i w pewnym rodzaju typowym strzelcem, czyli łgarzem niewinnym. Przywiązanym był wielce do tytułu szlachectwa, był uczynnym człowiekiem maluczkiej nauki, ale wybornym kucharzem. Miał manję otaczać swoją osobę jakąś tajemniczością. Pod sekretem opowiadał, ale każdemu, że był adjutantem korpuśnych dowódzców, powstania, że nazwisko Pilatowski, nosi tylko przybrane, ale że rzeczywiście jest ks. Poniatowskim, że utrzymuje korespondencje z ks. Czartoryskim w Paryżu, że ten książę przysyła mu zawsze najświeższe gazety i wiadomości i że w ważnych wypadkach przysyła do niego zaufane osoby.

Jednego razu zamknął się w domu, nikogo nie wpuszczał. Po trzech dniach odwiedził kolegów, ciekawych, co się z nim robiło.

- Darujcie, rzekł, że was nie puszczałem do siebie, miałem odwiedziny ks, Czartoryskiego, przejeżdżał przez Kaukaz do Turcji, i umyślnie zjechał z drogi, aby się ze mną zobaczyć. To cała tajemnica, tylko na Boga nie mówcie o tem zdarzeniu nikomu.

Sądząc, że wszyscy wierzą jego opowiadaniom, starał się nadać sobie powagę i przed starszyzną moskiewską podnosił nieraz czoło ale znana jego dobroć serca znalazła zawsze uwzględnienie tych wybryków.

Miał przytem szczególny sposób wyrażania się. Razu pewnego zebrali się dowódzcy dywizji, brygady i pułku, wszyscy książęta, gdy wszedł pomiędzy nich Pilatowski, i wedle formy zdał raport o swoich czynnościach służbowych; zagadniony przez jednego z nich, czy otrzymał nagrodę za poprzednią ekspedycją w góry, odpowiedział im językiem łamanym polsko-rosyjskim.

- Wasze Sijatielstwo, jedno, drugie, trzecie, wskazując na nich palcem kolejno, wot co połuczyłem, i pokazał im zrobioną z palców figę.

Odpowiedź tak zabawiła wszystkich i była powodem do wyszukiwania różnych anegdot o Pilatowskim.

Zawiadomiony razu jednego, że głównodowodzący ks. Worońców, będzie przejeżdżał przez Ozeń, wysłał do Szury podoficera swego, aby zręcznie dowiedział się jakie potrawy lubi wysoki gość, i zastosował do tego urządzenie nakazanego mu obiadu. Zachwycał się książę, smakował, jadł i dziękował komendantowi. Przed wyjazdem adjutant księcia wręcza mu ruljonik pół imperiałów jako pamiątkę od księcia.

- „Jak to, wrzasnął Pilatowski, chcecie mi płacić za obiad? Powiedźcie Grafowi, że ja taki szlachcic, jak on, u nas w Polsce nie płacą za gościnę do czarta. On sobie Graf, a ja może i więcej jak Graf, rozumiesz pan?”

Gdy Worońcow dowiedział się o odpowiedzi Pilatowskiego, zapytał go osobiście, czem mu służyć może w dowód wdzięczności za jego usługi.

- „Oto puśćcie mnie, odrzekł, puśćcie mnie do rodziny, bo jużem wam się dosyć nasłużył.

Worońcow spotkawszy może pierwszy raz w życiu tak bezinteresownego oficera w moskiewskiej armji, sprowadził go do Tyflisa i oddał mu swój domowo-gospodarski ład pod jego kontrolę. Z dymisją jednak się nie spieszył, dopiero po dwóch latach wystarał się o uwolnienie go od wojska z pensją i dał mu posadę w dobrach swej żony z hr. Branickich na Wołyniu. Z posady tej jednak nie chciał korzystać, umieścił się w bernardyńskim klasztorze i tam wkrótce dokonał smutnego życia.

Kapitan Adolf Jakubowski zaczął wojskowość w Warszawie, zaciągnąwszy się do konnego pułku z korpusu litewskiego. W dniu pierwszym rewolucji kwaterował w konnych koszarach podchorążych od królewskiej ulicy. Hasło powstania wyrwało go na ulicę i od razu stanął w liczbie walczących za kraj. W pierwszych szarżach po za Wisłą, będąc rannym dostał się do niewoli i odesłanym był do rot aresztanckich do Bobrujska. Bosy i na pół nagi, cierpiący ale silnego zdrowia, wytrzymywał wszelkie trudy i głód wytrwale. Podał się jako podoficer Wiktor Jakubiński. Okuty, chodził na robotę aż do czasu powrotu wojsk rosyjskich z ponad Wisły. Okoliczności zrządziły, że pułk, w którym Jakubowski służył przed rewolucją, przechodził przez Bobrujsk. Zagrożony jeniec tą wiadomością i niepokojony obawą że może być poznany, postanowił udać się pod opiekę ówczesnego komendanta twierdzy, jenerała Korfa. Zmyślił denuncjacją i powiedział, że ma do opowiedzenia rzecz ważną komendantowi i że tej sprawy nikomu zdać nie może. Przedstawiony jenerałowi pod strażą, zastrzegł, że przy straży nic nie może powiedzieć. – Na rozkaz jenerała straż wyszła za drzwi i wtedy jeniec oświadczył, że zmienił swoje nazwisko bo za przejście do armji polskiej i udział w pierwszych poruszeniach czeka go śmierć i że nareszcie obecność pułku, w którym służył wystawić go może na niebezpieczeństwo. Jenerał Korf, rodem Kurlandczyk, zafrasował się tą okolicznością, ale obiecał opiekować się młodym Adolfem. Poradził mu więc zaraz, żeby się podał za chorego i żeby poszedł do szpitala. Na drugi dzień Adolf był już w łożku szpitalnem, kiedy Korf wszedł zwiedzać chorych, a zobaczywszy go i innych Polaków, nahałasował na władzę szpitalną, że się dopuszczają niedorzeczności, że między zacnymi carskimi żołnierzami umieszczają i buntowników polskich i polecił ich natychmiast przenieść do piwnic pod magazynem. Gdy po kilku dniach, pułk i inne części dywizji wyszły z Bobrujska, Jakubowski znowu użyty został do taczek. Korf tymczasem zrobił przedstawienie do cara, że w Bobrujsku jest wielu jeńców polskich, od których można oczekiwać poprawy i że oni sami proszą o zmazanie winy krwią z nieprzyjaciołmi Rosji na Kaukazie. Car skwapliwie zgodził się na to przedstawienie i kazał wszystkich jeńców z Bobrujska posłać na Kaukaz, a za nimi i resztę Polaków powysyłał na krańce Syberji i Kaukazu. Na Kaukazie Jakubowski pod nazwiskiem Jakubińskiego dosłużył się po wielu latach rangi kapitańskiej i orderów; był kasjerem i adjutantem przy ks. Orbeljanie. Szanowany i lubiony powszechnie znalazł jednak zdrajcę. Jakiś oficer – Niemiec – dowiedziawszy się o istotnem nazwisku Adolfa, rozgniewany, że mu pożyczki po czwarty raz zaciągnionej bez zwrotu udzielić nie chciał, denuncjował go przed dowódzcą brygady. Gdy atoli ks. Kudaszew pismienną tę denuncjacją włożył pod sukno, denuncjator przedstawił rzecz tę głównodowodzącemu, ks. Woroncowowi. Jakubowski oddany pod sąd w Stawropolu, zawyrokowany został na śmierć lub do Sybiru do kopalni. Na przedstawienie zaś władzy bliższej, ks. Worońcow prosił cara, by w drodze łąski po zdjęciu orderów pozostawił Jakubowskiego przy randze. Wyrok przez cara napisany był niezrozumiały. Kazano kapitanowi zdjąć mundur oficerski i włożyć aresztancki z łatką na plecach. Już był gotów do podróży na Sybir, gdy przejeżdżający koło odwachu naczelnik sztabu kaukazkiej linji jenerał Tilipson, zobaczył go.

- Co to znaczy panie Jakubowski? rzekł.

- Idę na Sybir do kopalni jenerale.

- To omyłka, pan jesteś przy randze.

Zatrzymano go i wytłumaczono rezolucję cara na korzyść aresztowanego.

Powrócił wkrótce do pułku pod podwójnem nazwiskiem Jakbubowskiego i Jakubińskiego. W ciągu lat kilku odzyskał ordery i skasowanie sztrofu, naostatek, w skutek świadectwa lekarskiego o słabości zdrowia uwolnionym zupełnie został ze służby z rangą majorską i powrócił do kraju.

Idąc na wschód do Ozenia przez trzymilowy bujny w trawę step, na wyniosłem wzgórzu ukazują się wędrowcowi baszty forty petrowskiego, z których najwyżej sięga wieża z latarnią morską. Forteczka ta z załogą tysiąca ludzi i kilkunastu działami, jest już odwiekowym punktem dessantów moskiewskich. Siły nagromadzone w Petrowsku [13], zawsze mogły i mogą oskrzydlić klinem wklęsłe tu góry na dwudziesto-milową rozległość, za zachodu do rzeki Sułaka a z południa do aułu Bujnak. Po nad brzegiem morskim, u stóp fortu, będącego zarazem cytadelą, leży miasteczko Petrowsk, wybudowane w długie dwie ulice z koszarami dla wojska. Opodal wznoszą się budynki z warsztatami bataljonowymi, do których użyci są stolarze, cieśle, kowale, krawcy, szewcy i inni robotnicy. Obok nich stoją stajnie i obory wojskowe dla koni i bydła. Na Kaukazie każdy pułk, każdy bataljon linjowy, ma podobny punkt stały na kwatery, w których prowadzi się gospodarstwo, dla zaradzenia wszelkim potrzebom. Za budynkami ze strony pola, od wielu lat założone bataljonowe ogrody warzywne, winnice, sady owocowe, z kwiaciarniami i altanami bluszczem porosłemi. Tam czasem grywa muzyka, puszczają fajerwerki, a nawet tańczą w dnie uroczyste.

O kilka staj ku południowi pozostały ślady dwóch wałów równolegle od siebie usypanych od morza do gór. Te nowo-trajańskie wały, miały być wzniesione przez Piotra W. gdy kusił się o zdobycie tutejszych prowincji. Ani zaprzeczyć, ani wiary takiemu podaniu dawać nie można, ze względu fałszowania faktów przez Moskali.

Na pochyłościach góry wznoszą się trzy auły z obszernemi sadami i winnicami. Jeden z tych aułów Tarki, był rezydencją szamchałów tarkowskich, przeniesioną potem głębiej o milę w góry, do Kafar Kumyku. Tarki były kilkakrotnie burzone przez nieprzyjaciół, pozostał tam jednak zamek, w którym zamkniętą była wzgardzona pierwsza żona szamchała Aba, Muselin Chana z rodu Chanów Kiuryńskich.

Za mego pobytu w r. 1856 w Petrowsku, przebywała tam rodzina tego pana u kąpieli morskich. Szamsudin-Chan, młodzieniec dwudziestoletni, jedyny syn jego liczący się oficerem w lejbgwardji kozaczym pułku, przybył z 13 lub 14 letnią żoną swoją i krewną z domu Chanów Mechtalińskich. Oboje państwo młodzi byli bardzo przystojni. Nic ująć nie można i bratu Szamsudinowej, także oficerowi lejb-gwardji kozaczego pułku, Ibrahim-Chanowi. Szczególniej ładnym on był na koniu, w swym karmazynowym ubiorze czerkiewskim. Ale najpiękniejsza z nich była stosunkowo ich krewna, żona podpułkownika Ali-sułtana Mechtulińskiego, wygnana na lat dziesięć do Woroneża. Wszyscy jako bliscy sobie krewni, umieścili się w jednym obszernym domu, z liczną asystencją dworzan honorowych i ciżbą innej służby.

Widziano dwór ten na wieczornym przejażdżkach i na wizytach w znaczniejszych oficerskich domach. Kobiety jechały w powozach lub dorożkach, mężczyźni konno konwojowali swoje piękności. Na baliku w ogrodowej altanie Szumsudin i Ibrahim zgrabnie tańczyli z Moskiewkami kontredansa, zachwycająco walcowali i polkowali, a Ibrahim górował w wynajdywaniu figur w mazurze. Niewiasty też góralskie zajmujące jeden kąt altany, zgodziły się na pląsy, zagrano lezginkę.

Występowały one pojedyńczo do tańca, aż do najwyższej. Dwie tylko nie tańczyły, stara matka Ibrahima i Ali-Sułtanowa, kobieta wielkiego talentu i wielkiego szacunku u ludzi. Oczekiwała ona tu księcia Orbeljana, naczelnika kraju, z prośbą o uwolnienie jej męża z wygnania.

Męskiej świcie dworskiej podobały się europejskie tańce, tylko nie mogli pojąć, jak Moskale pozwalają tancerzom brać za ręce swoje żony i siostry.

Gdy Szamsudin i Ibrahim wyruszyli na wezwanie do pochodu z swemi milicjami, ich niewiasty natychmiast zmieniły swój tryb postępowania. Zamiast przejażdżki w powozach z odkrytemi twarzami, przejeżdżały przy świcie pieszej z mężczyzn i kobiet złożonej w drabiastych arbach, ciągnionych parą wołów. Niekiedy wieczorami siadywały w czadrach, z odkrytemi jednak twarzami przed domem, a słudzy wyrabiali różne figle i łamane sztuki dla zabawy pań swoich. Figle różne wyrabiano i nad brzegiem morskim, gdy panie odwiedziały kąpiele.

Śród miejscowych mieszkańców uwijała się wtedy grupa, złożona z kilkudziesięciu Tatarów nadwołżańskich, wynajęci oni byli do przenoszenia prowiantu ze statków morskich, przeznaczonego do magazynów wojskowych. Miesięczna płaca prostych robotników wynosiła po 9 rs. Miejscowi Turkmeni, nazywani także Tatarami, nie mogli łatwo ich mowy zrozumieć. Różniła ich wielka odmienność dyalektu, a z rysów twarzy żadnego pobratymstwa między nimi nie można było wnioskować. Nadwołżańscy okrągłemi twarzami, wydatnemi policzkami, więcej by nawet przypominali Kałmuków niż Turkmenów. Wielu z nich mówi dość dobrze po moskiewsku, ale wielu wcale nie rozumie tego języka. Lud ten mocno jest zbudowany, zdrowy, krępy i przenosi na sobie ciężary ważące koło trzech centnarów. Jedzą za to niezmiernie i piją wiele. W czasie świąt swoich, które odbywają z hałasem, włączą się kupkami najobrzydliwiej pijani, łają się między sobą po tatarsku i pożyczanemi z rosyjskiej mowy ostremi i dobitnemi wyrazami. Ton i melodje ich, żywcem są też same jak i u moskali, - odnoszą się do powinowactwa mongolskiego. Słyszałem jedną pieśń nabożną, bardzo zbliżoną do melodji łacińskiej litanji, śpiewanej w karmelitskich klasztorach.

Na oko lud ten mało jest rozwiniętym umysłowo, a daleko mu do sprytu, uczucia własnej godności i w ogóle do tego wypolerowania wschodniego, jakie posiadają Kaukazczycy. Ubiór ich ciężkiego jest kroju, składa się z długiego, białego płóciennego chałatu, kamizelki jaskrawej, podobnej do noszonej u nas dawniej przez żydów, koszuli długiej z krótkiemi rękawami i z kapelusza białego. Dozorcy ich chodzili w kolorowych chałatach, krótszych i watowanych, i w czapkach baranich, podobnych do mazurskich, ale niskich i bez kokard.

Zastałem tu także nadwołżańskich, czyli astrachańskich Kozaków, także różniących się bardzo od Kozaków kaukazkich z fizjonomii charakteru i zwyczajów, a nawet z nadanej im formy odzieży, ale wielce zbliżonych do Kozaków dońskich. W ubiorze z ostatniemi tem się różnią, że zamiast czerwonych noszą żółte wypustki i lampasy. Lud w ogóle rosły, zdrowy, a bywając wciąż na wodzie i poświęcając się rybołowstwu, zrobił się sprytnym do wiosła i łodzi, za to mniej przyzwyczajonym do konia. Wojsko to posiada oficerów więcej ukształconych, niż mi się zdarzało widzieć pomiędzy innymi kozakami. Pułków astrachańskich liczy się wszystkiego trzy, a ten który był w Pietrowsku, był zbiorowym czyli wybranym po trosze ze wszystkich. Odbywał tu służbę pieszą, wyręczając dwie kompanje linjowego bataljonu, wykomenderowane na przednią linją do Czyr-jurtu.

Po skończonej wojnie z Turcją polecono im wrócić do domów, oczekiwali więc przybycia parostatku, który miał ich zabrać. W jeden jasny dzień z południa ukazał się na morzu punkcik biały, który wyrósł w żagiel, pod żaglem zaś zarysował się później statek.

Znowu po wznoszącym się dymie, poznano parostatek ciągnący za sobą barkę. Ale niewiadomo było, w jakim celu przybywa! Nadzieja Kozaków wzrastała a niepewność ich męczyła. Zbliżył się przecież parostatek, zatoczył poważne koło i z prującym powietrze piskiem wypuścił resztę pary.

Łódka rządowa odbiła od brzegu, powitała nowego gościa, a natomiast takaż, tylko strojniejsza zmierzała od statku do brzegu. Na niej poznano wioślarzy, byłych majtków Sewastopolskich i kilku oficerów. Lud jak procesja sunął się z ulic ku brzegowi, kupieckie statki salwowały rządowemu, przez wywieszenie flag, okolica przybrała suknię świąteczną.

Wyszedł z łodzi kapitan parostatku, wydobył pakiet zapieczętowany i wręczył czekającemu nań dowódzcy kozaków. Ten rozpieczętował, przeczytał i wyrzekł do otaczających oficerów: „jedziemy”. Podchwycili to słowo kozacy z największą uciechą, ruszyli z miejsca do koszar, rzucali się sobie w objęcia, całowali się, płakali z radości, lub wyskakiwali by dzieci.

Patrząc na nich nie jeden z Polaków zachwiał się w swojej rezygnacji i oko mu łzą zaszło, bo i on miał rodzinę, a nawet dalej niż tamci. I on przywiązany był do domu, do ziemi swej, do drzew, do kamieni, do wody i powietrza, tak jak oni, a nadto zrośnięty był duchem z wielką ideą przeszłości i przyszłości pokoleń.

W parę godzin bawiący wówczas w Petrowsku ks. Orbeljan z swym sztabem i znakomitszemi damami, odprawił się na łódce do parostatku, a za powrotem kilka salw przeprowadzało do brzegu jenerała. Na drugi dzień z rana, kozaków już nie było w Petrowsku, prócz kilku pozostałych w szpitalu.

Mieszkańcy Petrowska składają się z dwóch głównie stanów: wojskowego i kupieckiego. Do pierwszych liczą rodziny oficerów i szeregowców, doktorów, urzędników szpitalnych, komisarjatskich i prowianckich, do drugich zaś handlarzy różnych towarów.

Petrowsk z swego społecznego ustroju, nie ma najmniejszego podobieństwa do miasteczek naszych, gdzie ludność rzemieślnicza, handlująca i rolnicza przeważnie w massie, bo chociaż tu w kilkunastu sklepach i kilku sklepikach widać kupczących Moskali, Żydów i Turkmenów, jednak osada ta jest czysto wojenną, bo i właścicielami domów są głównie tylko oficerowie i żonaci żołnierze. Ostatni mają dochód z wynajmowania pomieszkań miejscowym oficerom lub osobom przybywającym w lecie do wód morskich. Cena mieszkania dla tych ostatnich podnosi się we dwójnasób i za jeden pokój płaci się miesięcznie po złp. 20 i 30. Prócz najmu mieszkań, żołnierze zajmują się furmankami. W razie służby mężów, żony ich jeżdżą przy okazjach do Szury, Ozenia, Czyr-jurta i dalej. Kobiety jeszcze zakupują u Turkmenów owoce, arbuzy, melony, winogrona, wypiekają bułki i kołacze i sprzedają na bazarze. Dochód mają i z ziarn słoneczników, które niższa klassa w Rosji, w czasie gdy nie jest zajęta robotą koniecznie gryść musi [14].

Pranie bielizny dostarcza niektórym żołnierkom pewny sposób utrzymania się.

Zresztą każdy żołnierz, a osobliwie zarobkujący z rzemiosła, w czasie swobodnym, niesie swój grosz ziomce, lub znajomej dla uczęstunku. Te uczęstunki bywają niekiedy zbytnie i nie sprzyjają bynajmniej moralności. Moralną też, bez zarzutu żołnierkę niepodobna nawet spotkać.

Dowiedziawszy się o dwóch rodzinach żołnierskich z Ponadwiśla, uprosiłem poznanego tu podoficera Polaka, aby mnie do nich zaprowadził. Nie zastawszy jednych poszliśmy do Franki.

Familijne domy żołnierskie nie nazywają na Kaukazie po imieniu lub nazwisku męża, lecz po imieniu żon, bo one głównie są przedstawicielkami i głowami rodzin. Mężowie niezależni od siebie, mają tylko tyle czasu, aby się przespać w domu przez parę lub kilka godzin.

Gdyśmy podchodzili do domu Franki, a była to niedziele i po obiedzie, głos skrzypiec uderzył o nasze uszy. Wygrywano kujawiaka. Mężczyźni silnie przytupywali w tańcu, wesołość panowała w całem zebraniu. Po pozdrowieniu towarzystwa, mój znajomy prosił grajka, żeby mu zagrał, jak się wyraził owego owczarka, co to rak opuszcza, kołysze i przytula do tancerek głowy poważnych kmieci naszych. Ale grajek odrzekł, że tylko dwa kujawiaki umie, bo on rodem aż z pod Łysej góry. Tańczyli więc weseli dwa kujawiaki, a w zabawie tej przypominała by się karczma nasza, gdyby nie to, że na dziesięciu prawie chłopaków, jednak tylko była Franka, a i ta na wpół pijana, i nosząca na twarzy piętna rozpustnego życia. Wyszliśmy po życzeniu im przyjemnej zabawy, a mój towarzysz zamyślił się nad losem, który tysiące ludzi rzuca corocznie w ten odmęt różnorodnego życia kaukazkiego i mięsza go z osadami moskiewskiego plugastwa.

Kiedy żołnierze Polacy bawią się przy skrzypcach i butelce, hasając sobie aż do zmęczenia, Moskale rozkoszują wyłącznie przy butelce, a gdy zaleją sobie mózgownice, śpiewają przez całe noce rozciągłe swe pieśni. Oficerowie bawią się w szynkach i grywają w bilard.

Rodzin oficerskich jest z górą dwadzieścia; w stosunku do innych batalionów bardzo wiele, za to też towarzystwo ich jest milsze, nawet mniej jest rozpusty niż gdzie indziej.

Oprócz wód morskich, Petrowsk posiada jeszcze o ćwierć mili za miastem, błota mineralne, sławne w swoich skutkach w leczeniu romatyzmu, liszai i skórnych cierpień. Żołnierzy i oficerów cierpiących na podobne choroby przysyłają tu z całej prowincji. Oprócz tego z błot korzystają wojska egzystujące w Petrowsku i w bliskich punktach, rodziny oficerów i urzędników i w ogóle mieszkańcy przesiedleni z Rosji i krajowcy.

Gdy słońce w czerwcu dostatecznie już ogrzeje błoto, rozbijają się koło niego namioty i straż wojskowa się sadowi, na wypadek potrzeby obrony od napadu górali.

W błocie gorącem nurzają się chorzy po samą szyję, a po godzinie, a nawet po dwóch opłókują się letnią wodą i wdziewają na się odzież ciepłą w namiocie, aby wiatr, ani raptowne zimno nie miało przystępu do ciała. Dla oficerów długi czas kopano dołki w namiotach i narzucano błota, ale ta metoda zmienioną została. Krajowcy inaczej się leczyli. Po wysiedzeniu się w błocie, zagrzebywali się w żółty obok leżący piasek, rozpalony promieniami słońca, a ostygnąwszy rzucali się w morze. Ten sposób przekazany im od dziada, pradziada, nie był przyjętym przez moskiewskich lekarzy, którzy po przyjęciu kilkunastu wanien błotnych, dopiero pozwalali używać kąpieli morskich, niektórym nawet po kilka razy na dzień.

To igrające jezioro Kaspijskie na dwie stopy wyższe od powierzchni morza Czarnego, które dla swej obszerności i dla słonej wody przezwane morzem, pochłania wiele ofiar, a osobliwie w początkach każdej wiosny i w jesieni [15]. Corocznie słyszeć można o licznych nieszczęśliwych wypadkach z tymi, których burza zastała na skalistem morzu. Ale troska, powszedni kawał chleba, zmusza biednych żeglarzy, których tu nazywają Mazurami, do niebezpiecznych przedsięwzięć. Tysiące ludzi zajmuje się rybołowstwem, lub służy na kupieckich okrętach, przewożących z jednego brzegu na drugi zboże, żelazo, różne surowe produkta, albo wyrobione z nich przedmioty. Wciąż płyną statki z Astrachania, aby zabezpieczyć potrzeby bliższych morza wojsk na Kaukazie, a natomiast wywożą ztąd materje jedwabne, kobierce, tytoń, niektóre owoce, marzanę do farbowania materji i t.p.
Od r. 1850 między Astrachaniem a wschodnim brzegiem Kaukazu, zaczęły perjodycznie kursować dwa pocztowe i pasażerskie statki.

Burza wielu mórz nie może się porównać z burzliwością wód kaspijskich. Widok to straszny chociaż i wspaniały! Człowiek uśmierzyciel zwierząt, pan przestrzeni lądowych i wodnych, milczy niemy wobec wielkości przyrody, gdy mu ta swą moc zniszczenia okaże!

W porcie tutejszym wystawionym na wiatry, strwożone statki, opuszczone przez marynarzy, kołyszą się pośród bałwanów pianistych, zrywają kotwice i uderzają o skały. Łamią się maszty, pękają liny i cała budowa kruszy się w okamgnieniu. Za chwilę szczątki statków toną w głębiach i wzlatują na szczyty bałwanów.

Po burzy zawsze na brzegu morskim zostaje masa ryb pokaleczonych lub pozabijanych!

Przypisy

[1] Kisty (Kistowie) to nazwa gruzińskich Czeczenów, którzy zaczęli napływać do wąwozu od XVII wieku (głównie przybywali jednak w XIX). Książęta gruzińscy zgadzali się na ich osiedlenie na wolnych ziemiach w zamian za ochronę przed rabunkowymi napadami z Dagestanu i Azerbejdżanu. Więcej o Kistach na www.pankisi.org.
Gralewski przebywał jednak na terytorium Czeczenii właściwej, więc raczej chodzi mu o wszystkich Czeczenów, a nie tylko te rody, które zdecydowały się na przesiedlenie do Pankisi (Majstowie i Melchowie).

[2] Wąwóz Darialski – wąwóz, którym biegnie sławna Gruzińska Droga Wojenna, położony w obecnej Osetii Północnej, niedaleko Władykaukazu.

[3] Chodzi nie o Szacha a Szejka Mansura. Z jego postacią wiąże się pierwszy etap walk przeciwko rosyjskiej kolonizacji. Szejk Mansur (Uszurma) żył prawdopodobnie w latach 1760-1794. Pochodził z czeczeńskiego tejpu (patronimii) Elistanżchoj, urodził się w wiosce Ałdy, miał żonę i troje dzieci. Nauki pobierał najprawdopodobniej w Dagestanie u nauczycieli sufickich tarikatu Nakszbandija. Wyróżniał się majestatyczną posturą, darem krasomówstwa, prowadził ascetyczny tryb życia, przestrzegał sufickiej praktyki „odosobnienia” (halwa), posiadał dar czynienia cudów. W swoim nauczaniu występował przeciwko obyczajowi zemsty rodowej, nawoływał do jedności muzułman. Pod wpływem jego nauczania nawet starcy poddawali się obrzezaniu. Władze carskie nieraz próbowały schwytać szejka Mansura. W lipcu 1785 r. oddział dowodzony przez płk. Pieri spalił jego dom i całą wieś Ałdy. Jednak w drodze powrotnej oddział Pieri został rozbity wspólnymi siłami mieszkańców Ałdów i ich sąsiadów. To wydarzenie Czeczeni potraktowali jako znak wyjątkowej przychylności Allacha wobec szejka Mansura. Od tej chwili stał się on działaczem politycznym znanym nie tylko w Czeczenii, ale na całym Kaukazie Północnym. W lipcu 1787 r. po odniesieniu kilku porażek szejk przeprawił się za Kubań, a następnie wraz z czterema towarzyszami udał się do Anapy, będącej w owym czasie twierdzą turecką. Pozostał tam aż do jej zajęcia przez wojska rosyjskie 22 czerwca 1791, wzywając mieszkańców Kaukazu do wspólnego wystąpienia przeciw Rosji. Szejk cieszył się tak wielkim autorytetem, że, jak twierdzą świadkowie walk, jego obecnośc podczas oblężenia twierdzy zastępowała siłę kilku tysięcy bojowników. Szejk Mansur został wzięty do niewoli 6 lipca 1791 r. i przewieziony do Petersburga. Według jednej wersji został zesłany do klasztoru na wyspy Sołowieckie, według innej - osadzono go w twierdzy Szlisselburskiej „na wieczne przebywanie”, gdzie zmarł w kwietniu 1794 r. na skutek choroby. Źródło:

[4] Paweł Grabbe (1789-1875) – jeden z najbardziej znanych XIX-wiecznych rosyjskich generałów. Urodzony w miejscowości Keksholm pod Petersburgiem. Brał udział w wojnach napoleońskich, wojnie z Turcją (1829-30), kampanii polskiej (1830-31), wojnie kaukaskiej oraz tłumieniu powstania węgierskiego 1849 r.

[5] Choć o rzekę Sunżę, największy dopływ Tereku, drugą co do wielkości rzekę w Czeczenii.

[6] Dziś geograficznie wyróżniamy w części nizinnej: nizinę tersko-kumską i Przedgórską Równinę Czeczeńską a w części górskiej: Wyżynę Tersko-Sunżańską oraz tzw. Górską Czeczenię.

[7] Chassawjurt, miasto w Dagestanie na granicy z Czeczenią, 82 km na północny-zachód od Machaczkały. Ok. 120 tys. mieszkańców.

[8] Chodzi o ariergardę czyli pododdział stanowiący ubezpieczenie głównych sił, idący z tyłu za nimi. Ariergarda stanowi zwykle o1/4 do 1/3 sił głównych.

[9] Semender (Tarki) to nazwa stolicy tzw. Kaganatu Chazarskiego (630-650), około r. 800 stolica została przeniesiona do Itil (ujśćie Wołgo do Morza Kaspijskiego). Chazarowie to lud koczownicy, nie ma jasności co do ich pochodzenia, jedne teorie głoszą, że byli pochodzenia tureckiego, inne że ugro-fińskiego, jeszcze inne wywodzą ich rodowód od Bułgarów lub Gruzinów. Chazarowie w VI wieku zajęli północny Dagestan. Okres świetności państwa Chazarów przypada na lata 600-940, gdy ich ziemie rozciągały się między Morzem Kaspijskim (Bahr-al-Khazar czyli Morze Chazarów.), Dnieprem i Kamą. Chazarowie w latach 965-969 zostali rozbici przez Światosława, zniszoczny zostal zarówno Itil jak i Tarki. Ostatnie wzmianki o Chazarach pochodzą XIII w z opisu wojski Batu-Chana. Więcej http://www.1911encyclopedia.org/Khazars

[10] Jaryk-Su

[11] Czirjurt – auł w Dagestanie w okolicach Kizyłjurtu, po wschodniej stronie Sułaku.

[12] Temirgoje – miejscowość w Dagestanie w rejonie Kumterkalskim, na wschód od Kizyłjurtu. Położona na linii kolejowej Machaczkała-Chassawjurt-Grozny.

[13] Dzisiejsza Machaczkała

[14] Ten zwyczaj zachował się do dziś i rozpowszechnił we wszystkich krajach b. ZSRR. Ziarna są zwykle prażone i sprzedawane na każdym rogu ulicy. Łupinki od słonecznika stały się plagą wielu miejsc publicznych. t.j dworce, parki czy pociągi.

[15] Morze Kaspijskie i dziś pochłania wiele ofiar wśród nieostrożnych pływaków, głównie ze względu na duże fale i silny prąd wsteczny.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury