Część III - Pomorze Dagestańskie

Lezgini – Kumter-Kale - Podanie o piaskowej górze - Pogrzeb Szamchała - Zasadzka kapczugajska – Temir-Chan-Szura – Kościół polski – Iszkarty i groby podziemne – Soliman-Bek – Góry – Pułk z górali – Chaństwo mechtulińskie – Wyprawa Moskali – Okrucieństwa Łazariewa – Widoki Pomorza – Charakter ludu – Ucmejstwo kajtachskie- Wytępienie rodziny Ucmejów – Walka szelagińska – Derbent - Pomniki dziejowe – Cmentarze – Bestużew – Merliński – Miejscowe zasługi Polaków i Polek – Przystań morska – Drogi, poczty i przeprawy przez Samur.

Już przed nami góry, właściwy Dagestan, zamieszkały przez Lezginów '1, między któremi osiadłe są i inne plemiona. Lezgini są tu bardzo dawnym ludem, którego przyjście w te strony należy do czasów, mrokiem przeszłości zasłoniętych. Lud ten nazywa się między sobą Lekzi. Podzielony jest na bardzo wiele plemion, rządzących się dawniej monarchicznie, albo według pojęć republikańskich.

Progiem z tej strony Dagestanu jest wieś Kumter-Kale, zbudowana nad wąwozem, w którem bystry ruczaj płynie. Jak każdego człowieka obejmuje wrażenie, gdy pierwszy raz puszcza się na przestwór morza, tak również pierwsza podróż w góry unosi jego wyobraźnią, skupia ducha w sobie i nastraja do nowych myśli, jakie mu się nigdy w życiu nie przesunęły. Na morzu głębie, w górach niedostępne szczyty upokarzają go i bądź co bądź szepcą mu o jego nicości wobec Boga, o nicości wobec natury i o rzeczywistych jego obowiązkach.

Kumter-Kale, zamieszkała niegdyś twierdza kamienna, wegetuje dziś życiem biernym, na równi z innymi aułami podbitego Dagestanu. W podaniach tylko miejscowych zachowuje pamięć swoich świetniejszych czasów i panowania swego. Jedno z tych podań cechujące się charakterystycznością, a odnoszące się do złotopiaskowej góry '2, z drugiej strony wąwozu pozostało mi w pamięci.

W Kumter-Kale mieszkała kiedyś nadzwyczaj piękna sułtanka, pani rozległego plemienia, wielbiona przez wielu rycerzy. Jednak nie każdy z nich ośmielał się o nią dobijać, ledwo znalazło się dwóch takich, co swe zamiary i swą miłość wypowiedzieli. Ale serce sułtanki nie mogło zrobić łatwego wyboru, bo obaj byli jednakowo piękni, obaj byli olbrzymami woli i ogromu ciała. Wyrwać drzewo z korzeniem, przerzucić skałę z miejsca na miejsce, było dla nich zabawką. Rzekła więc do nich: „Bardzo się niepokoję nieurodzajem jaki Bóg dopuścił w poddanym mi kraju. Dla braku deszczów i w ogóle dla braku wody spadło to nieszczęście na ukochany mój lud. Temu więc z was oddam się, który mi w kraju tem sprowadzi wodę z bystrego Kojsu, co aż do zbytku użyźnia sąsiednią a nieprzyjazną mi awarską krainę.

Wyszli rycerze z zamku i dumali nad sposobami przyprowadzenia wody nowym korytarzem z awarskiej rzeki. Dumali i dumali. Potem jeden z nich udał się nad brzegi rzeki i rozcinał skalistą górę przy wsi Mijatki, a drugi poszedł nad brzegi morza nabrał w poły odzienia piasku złocistego z tą myślą aby zatamować w jakim bądź miejscu dawny kierunek wody i zwrócić go w dziedzinę czarownej sułtanki. Pierwszy rycerz wykonał prędzej swój pomysł; przeciął górę i spuścił wodę między nieznane jej wąwozy i nowe doliny i upojony szczęściem, otrzymał rękę Lutanist. Drugi, dowiedziawszy się o tem szczęściu współzawodnika, nie doniósłszy piasku do miejsca, z rozpaczą wytrząsł go blisko zamku Lutanist. Gromada tego złocistego pisku uformowała dzisiejsza na pół mili długą Piaskową górę.

W górach każda wieś, ma swoje podanie, bo ma historię. Wszędzie są grobowce obrońców niepodległości, wszędzie pomniki zwycięstwa lub klęsk [3]. Najnowsze dzieje z czasu podboju moskiewskiego, ileż to dostarczają nowych pereł do tej tak już drogiej skarbnicy ludowej!

Oto na drodze spotykamy Kapczugaj, wieś ubogą niewielką, w której przebywało ognisko kozaków i partyzantów moskiewskich, wybranych z apszerońskiego pułku [4], dla plądrowania okolicznych wąwozów. I ten nawet mizerny Kapczugaj zdobył sobie wspomnienie chlubne, które wyrosnąć może z czasem w olbrzymią bajkę narodową.

Było to przed wojną krymską, gdy górale pomyśleli ukarać tych partyzantów, trapiących dokoła mieszkańców. Zebrali się w parę set koni i ukryli się w wąwozie kapczugajskim. Kilku z nich podjechało ku wsi, napastowało pastuchów na polu i zabierało im owce na konie. Zrobił się alarm; cała sotnia kozaków wypadła na rabuśników, popędziła za nimi w głąb wąwozu i wpadła na przygotowaną zasadzkę. Ani jeden z kozaków nie wrócił prócz tego, który, mając chromego konia, nie zdążył za swoimi. Wszyscy w pień wycięci zostali, a broń i ładunki zabrane.

Podobnych potyczek, większego lub mniejszego znaczenia, ileż naliczyć można od Czarnego do Kaspijskiego morza! Każdy rok, każdy miesiąc, a nawet każdy dzień, stawał się od wieków nowym epizodem w krwawym dramacie kaukaskim. Ale tam nie były tylko walki na pięście, prowadziły się i boje zasad wielkiej doniosłości na Wschodzie.

Jednym z wodzów tych walk o zasady był Abu-Muslim-Chan, pan szamchalstwa tarkowskiego, przecięciowo szerokiego na dziesięć a długiego na dwadzieścia mil. Walczył z miurydami i ze swoją ludnością, chcącą przeprowadzić równość stanów; opierał się o Moskwę i kłonił do niej wszystkie domy chańskie, a głównie mechtuliński i awarski, jako z nimi spowinowacone.

Długie jego życie pełne było przejść dramatycznych, w których tak kierował rzeczy aby z czasem zostać niezależnym władcą przy pomocy Turcji. Nie chciał więc oddawać i syna swego Szamsudina na wychowanie do Petersburga, choć o to bardzo był naglony; ledwo zgodził się na oddanie go do Tyflisa [5]. A nawet spostrzegłszy, że go namiestnictwo zbytkami otacza, nie dozwalał mu i tam długiego pobytu.

Po zburzeniu przez miurydów w roku 1840 jego rezydencji Tarki, przeniósł on swoją siedzibę do aułu Kafyrkamyk za Kapczugajem, pod moskiewską fortecą Szurą [6].

Zbudowała tam na stromej skale zamek kamienny, z jednej tylko strony przystępny. Ciągłemi wydatkami zubożony, przyjmował chętnie pensję jako jenerał-adiutant carskiej służby. Ubóstwo to rzucało się w oczy zwiedzającym zamek wewnątrz. Cały przepych stanowiło kilka sztuk dawnej broni, kilka pancerzy i szyszaków. Ugoszczenie też, jakie sprawił gościom moskiewskim zawsze było bardzo skromne.

Umarł ten 70-letni starzec w drugim roku po wojnie krymskiej. Moskale z paradą i muzyka przystąpili do pogrzebu. Nieboszczyk owinięty był w worek cienki, wyszyty z boków ozdobami i poniesiony na cmentarz. Rodzina cała i dom mechtuliński szła boso za marami, ze zwieszoną głową, w kożuchach wywróconych do góry wełną. Za chańskiemi domami postępowali wassale i beki (szlachta) według stopnia godności i pierwszeństwa. Za niemi dopiero postępował cały tłum. Płaczki rwały włosy i kaleczyły sobie piersi aż do krwi. Gdy kondukt przyszedł już na cmentarz, czterej grabarze stali u dołu bez czapek, rąbali się kindżałami po głowach i piersi kaleczyli. Posadzono w grobie trupa twarzą na wschód i rozległ się płacz ogromny w całym tłumie, który się powiększył jeszcze przy zasypywaniu go ziemią. Na drugi dzień wyprowadzono ze stajni konia wierzchowca, należącego za życia do nieboszczyka i oprowadzono go po wsi z oberżniętemi uszami i z obciętym ogonem. Płaczki znowu godzinę płakały na grobie, co przez pół roku obowiązane były spełniać, a nawet i wtedy wywodzić swoje narzekania, gdy ktoś wspomniał Abu-Muselim-Chana.

Za Kafyr-Kumykiem pokazują się pomniki poległych Moskali, wał otaczający miasto, bramy warowne i ośm baszt, z których wyglądają działa spiżowe. Na wzniesionej zaś skale, nad urwiskiem, powiewa chorągiew forteczna i porusza się, gdy sprzyja pogoda, telegraf dający znaki do najbliższej forteczki. To Temir-Chan-Szura [7], a po polsku Żelazna Chańska Fabryka, dziś mająca żelazo na krajowców, ale go nie wyrabiająca u siebie po wypędzeniu mieszkańców przez najazd.

Miejsce to będąc długi czas sztab-kwaterą licznych wojsk i rezydencją Naczelnika sił zbrojnych w Dagestanie, bardzo prędko i ładnie się zbudowało. Wielu kupców różnych narodowości tu osiadło i korzystnie wychodziło na handlu.

Książe Argutyński (Argutos), Ormianin, po zwiedzeniu Europy w r. 1852, podziemnym kanałem sprowadził wodę do wnętrza twierdzy i osuszył zgniłe obok jezioro, które nabawiało ciągle załogę szkorbutem i febrą.
Są tu cztery nowe kościoły, prawosławny, gregorjański, katolicki i mahometański. Najporządniej z nich był utrzymywany kościół katolicki [8], stojący na głównej ulicy, prowadzącej z rynku do publicznego ogrodu. Wybudowany on jest w czworobok z wielkiemi oknami i z wieżyczką upiększoną malowidłami, wyobrażającemi czterech ewangelistów. Napis nad wielkiemi drzwiami wzięty jest z pisma św. “Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli, u Łukasza św. W r. 11”.

Do cmentarza kościelnego przylega ogródek z chatką o dwóch izbach; w jednej z nich mieści się służba kościelna, w drugiej biblioteka pism duchowych i świeckich, jakiej brak wszystkim parafialnym kościołom u nas. Ogródek pielęgnowany od lat kilku osobistem staraniem kapelana i jego pensjonarek różnych wyznań, stał się miłą przechadzką dla ludzi, nielubiących gwaru i pragnących odetchnąć czystem powietrzem. W cieniu winogradu, powojów i topolek, śród pięknych krzewów, tulipanów, gwoździków, astrów i innych kwiatów. Tu ksiądz Pruszkowski pozwolił się zbierać rodzinom, ale z tego pozwolenia korzystała tylko oficerska klasa; żołnierze zaś dla unikania ciągłego czapkowania w swobodnym dla nich czasie, to jest w święta i niedziele, woleli przechadzać się po cmentarzu, wysadzonym również w trzy rzędy topolami i obsianym kwiatami pod parkanem i pod sztachetami, oddzielającemi cmentarz od ogródka. Po nabożeństwie tylko oczekiwali zwykle w gromadzie przed frontem kościoła księdza dobrodzieja i, odpowiedziawszy mu na pochwalenie “ na wieki wieków amen”, udawali się gromadnie do ogródka i pili wodę ze studni, której żywioł uważali za uświęcony.

Obejrzyjmy wnętrze kościółka. Po kamiennych dwustopniowych wschodach wstępujemy przez drzwi olejno pomalowane do kruchty. W kruchcie widzimy przed sobą drzwi szklane, z lewej strony inne drewniane drzwi prowadzą na chór; z prawej strony w niszy stoi krzyż z wyobrażeniem Zbawiciela, kropielnica ze święcona wodą i puszka. W samym kościele nic smaku nie razi, nie krzyczy niestosownością. Ołtarz jest jeden. Nad nim obraz ukrzyżowanego Zbawiciela, wymalowany na murze przez ziomka Domagalskiego, któremu się zresztą całe upiększenie kościoła zawdzięcza. Nad Zbawicielem błyszczą wota srebrne i śliczny wizerunek Boleśnej Matki, oprawiony własnoręcznie prze porucznika Kalickiego, w srebrną sukienkę i w srebrne ramy. Z boków ołtarza nad dwojga drzwiami, prowadzącemi do zakrystji, niedawno jeszcze były wymalowane insygnia papieskie i biskupie, dziś na nich zawieszone obrazy św. Kazimierza i św. Stanisława. Pierwszy przysłany z Wilna, drugi wykonany przez Juljana Surzyckiego. Okna pozawieszane czerwonemi firankami, a w dnie żałobne czarnemi. Na murach między oknami mieszczą się wielkie obrazy apostołów i ewangelistów, a nad amboną wizerunek Piusa IX. Sufit upiększony także malowidłami: nad wielkim ołtarzem umieszczone tablice Mojżesza i Ewangelia, dalej ku chórowi na przeciw kazalnicy Dych św. W postaci gołąbka, na promieniach jasności którego promienią się języki. Między kolumnami, podpierającymi chór, umieszczony portret głównego fundatora jenerała Kluki-fou Klugenan, Węgra, zmarłego w r. 1847 nad Wisłą. U dołu zaś kolumn wypisany kolorowemi głoskami psalm 65 tłumaczenia Karpińskiego. Kilka pięknych i drogich chorągwi, artystyczne urządzenie ołtarz, przyczyniają jeszcze do miłego widoku wnętrza kościoła. Zakrystia co do wartości sprzętów i odzieży jest stosunkowo bogatą. Bo prócz dość drogich kielichów, monstrancji, ampułek i t. d., warte były obejrzenia ornaty, stuły, narękawki, zapas firanek i przykrycia do kielicha. Robiły je Polki w Ojczyźnie i przysłały tutaj na intencją swych ojców, mężów, braci i synów. Ich dary były jedynemi oznakami sympatii, jakie odbieraliśmy z kraju.
W Temir-Chan-Szurze długo przebywała po powrocie z niewoli w r. 1855 branka Szamilowa, potomka królów gruzińskich, frejlina carowej, młoda wdowa po księciu Eljaszu Orbeljanie. Przybyła ona z Petersburga przez Tyflis z swym synkiem Jerzym i z księżniczką Baratówną także Gruzinką.

Niewiasta ta piękna i wyższego wykształcenia kobieta, zyskała sobie sympatją u ludzi, a jeden wypadek zjednał jej głęboki szacunek myślących ludzi.

Śród rozwoju demoralizacji powszechnej, Temir-Chan-Szura była gniazdem zepsucia, które jenerał Kluki-fou Klugeman chciała nakryć jednym dachem i nazwać “domem rozpusty” '9. Musiał on mieć podstawę do takiego odezwania się o wszystkich familjach tamtejszych, gdyż mężowie i żony, prowadząc między sobą kłótnie, z różnych intryg wzrastające, nieraz wytyczali przed nim sprawę i prosili go o wyrok. Otóż i po tym naczelniku wojskowym już w dziesięć lat mieszkała w Szurze biedna rodzina urzędnicza, zaledwo mogąca się utrzymać. Na domiar biedy jedna z córek, młoda dziewczyna Katja, uczuła się matką, więc po długich tajemnych naradach domowych postanowiono aby odstąpiła od swego macierzyństwa, a ofiarowała je swej matce. Dziecię ochrzczone zapisane zostało do ksiąg metrycznych jako siostra Katji i oddane na mamki.

Starsza siostra Katji, Aksenja, uległa wkrótce takiemuż samemu nieszczęściu. Rozgniewana matka wygoniła Aksenję za próg. Aksenja chodziła z domu do domu i prosiła, aby ją przyjęto do służby.

Jakże tu przyjąć dworjankę? Każdy się zapytał, przyjąć jej nie chciał, chociaż nie jeden jej obiecał dawać miesięczny zasiłek. Kilka dni przebyła Aksjenia u żołnierek, a gdy jej ostatnia kopiejka wyszła, postanowiła iść do księżnej Orbeljanowej. Gdy ją wpuszczono na pokoje, Aksjenia upadła jej do nóg i ze łkaniem wyrzekła:
- O księżno! Ratuj mnie podłą, matka mnie wypędziła, nie mam kąta na ziemi, zdradził mnie niegodziwiec.
- Dla czegoż cię zdradził? Rzekła księżna.
- Bo niegodziwy, obałamucił mnie, przysięgał, że się ze mną ożeni, a teraz nie chce.
- To może ja ci pomogę, może ja mu wyperswaduję; nie płacz tak.
- O księżno, ja go nie chcę już, ja gardzę tym potworem, nie mogłabym z nim żyć.
- Więc przyjdź potem, ja się poradzę, a może ci pomogę... każę cię zawołać.
- Aksjenia zbierała się do wyjścia i myślała gdzie pójdzie. Księżna zaś zapytała.
- A gdzie mieszkasz teraz?
- U żołnierek byłam, ale umieram ze wstydu więc pójdę siedzieć pod skałę.
- Poczekał, rzekła księżna ja się namyślę jeszcze... powiedz mi, dodała po chwili, czy nie znasz kogo, co by cie kochał?
- Znam takiego, kocha mnie N., junkier z artylerji, ale mu dowódca baterji nie pozwala się żenić.
- A wyszłabyś za niego?
- O Boże, chętnie bym się zgodziła.
- A czy on wie o twojem położeniu?
- W płaczu powiedziałam mu wszystko.
- Więc zostań u mnie dopóki cię za mąż nie wydam...
Księżna pomówiła z mężowskim bratem Grzegorzem Oberljanem, który po Arguhosie dowodził siłami wojennemi w Dagestanie, wytłumaczyła mu swój postępek i historyją Marji Magdaleny, wpłynęła na dowódcę baterji, obmyśliła środki do utrzymania nowożeńców, przygotowała wyprawę ślubną i w dwa tygodnie Aksjenia została żoną junkiera artylerji, który niebawem został oficerem. Postępek ten księżnej zdziwił ogół. Za wysoki to był czyn, aby go społeczność szuryńska ocenić mogła.

Na zachód o dwie mile od Szury zbudowany jest wysunięty ku większym górom fort Iszkarty, miejsce ostatecznie zdobyte przez Moskali w roku 1843, a połączone z Szurą drogą przez dwa parowy prowadzącą i linją telegraficzną. Drogę tę osłania reduta wzniesiona na wysokim pagórku, gdzie zarazem mieści się pośredniczący telegraf, który w czasie mgły nie mógł żadnej usługi oddawać. W czasie pogodnym co dzień podawał znaki przez wywieszenie latarń różnokolorowych, zawieszonych wyżej lub niżej, w nocy zaś latarnie te były oświecone. Znaków wszystkich liczyło się dwadzieścia kilka, które zmieniały swoje znaczenie według umowy komendantów twierdz.

Okolica cała ogromnie została opustoszoną przez walczące strony. Lasy wytrzebione, wsie popalone i żadnego ruchu ludzkiego dookoła nie widać, prócz w dnie w które okazja przychodzi. Sklecone od niedawna na nowych miejscach trzy auły góralskie, świecą jeszcze biedą i zaledwo uprzytomniają się po utraconem mieniu swojem. Stan ten wydatnieje bardziej w jesiennej lub zimowej porze, gdy ziemia ogołocona zostanie z trawy, gdy pożółkną drzewa i gdy strome wzgórza pokryją śniegiem wierzchołki swoje. Wtedy bladawe promienie słońca, otoczonego szmatami porozdzieranych chmur, wtórują posępnością swoją żałobie mieszkańców, a szelest skrzydeł wronich lub orlich szepce im do ucha wieść o długiej niedoli. Więc i oblicze górala smutne, zniechęcone i cierpkie. Serce jego łączy się z Szamilem, mus przykuwa go do szamchała, służącego Moskwie.

Znałem Soliman-Beka ze wsi Sulejman-auł, który przeszedł potem do miurydów. Wskazując im na Iszkarty, kiedym pierwszy raz się tam udawał:
- Zobacz powiedział, co teraz tu jest. Jest tu fort moskiewski. A przed laty gdy ich tu nie było, był tu auł na pół mili długi. Był to szachauł (miasto) bogaty i ludny. Wiele było w nim ulic i domów, a prawie wszystkie piętrowe. Dziś śladu tego nie ma, ani domów, ani ludzi, ani pięknych sadów, wszystko wycięte i obalone!... Źródła, które przodkowie nasi ocembrowali płytami kamiennymi, ugaszają pragnienie naszych nieprzyjaciół; ziemia, która wspaniałe czynary (buki), dziś płodzi dla nich kapustę.
- Powiedz, Sulejmanie, rzekłem, z jakich powodów były Iszkarty tak bogatemi, przecież to nie była żadna stolica wasza?
- Nie była stolica, ale był szachał handlowy. W nim kilkuset kupców mieszkało, a bogatych bardzo. Kilkaset sklepów, z kamienia szerokiego stawianych, i paręset składów przechowywało materjały handlowe, idące do Persji albo na północ. Żadna karawana nie mogła ominąć tego miejsca, bo tu była zamiana wszelkich towarów. A z resztą i z gór zwożono tu towary i zamieniano.
- A czy dzisiaj tutejsi mieszkańcy nie mają handlowych stosunków z góralami?
- Maja ale pokryjome. Dozwolonych jarmarków bardzo jest mało, a odbywają się one pod gołem niebem, tam na zachód za Iszkartami, na tym szczycie, co widzisz. Ludność się tam schodzi z dwóch stron granic i zamienia płótna, sukna, sól, skóry, czasem i zboże na buraki, dywany i różne przedmioty.
- Ciekawy byłbym widzieć ten jarmark.
- O zapewno warto mu się przyjrzeć, bo na nim głównie robią porozumienia tajemne obu stron; ale też nie każdy życzący sobie, może się udawać na podobny jarmark. Nikomu z podejrzanych iść tam nie pozwalają, a każdemu wojskowemu to wzbronione, aby nie wywołać kłótni i bójki. Ale warto żebyś tam był na owym szczycie. Z niego ujrzałbyś olbrzymie góry, jakich jeszcze nie widziałeś. Zobaczyłbyś zaraz u stóp swoich w wąwozie auł Gumry (Gimry) '10, miejsce urodzenia zajmujących cię żywo jak i mnie, Kazi-Mułły i Szamila, i grób pierwszego.
- Czemu Moskale nie pokusza się o to tak bliskie miejsce?
- Gimry były już dwukrotnie w ich ręku, ale powstania nowe wypędzały ich stamtąd. Wspominałeś mi o kapitanie Begizardowie. Otóż on właśnie może opowiedzieć ci scenę, której był świadkiem, jaka się działa przy ostatnim powstaniu. Gdy Awarja '11 cała wypędzała załogi najezdników i gdy zwycięskie hufce biegły ku Gumrom, mieszkańcy aułu odezwali się do Urusów (Moskali), aby ich ziemie opuścili i nigdy nie wracali. Strwożone wrogi czym prędzej zbierali się do marszu i właśnie zdążali po drodze ku Iszkartom, wdrapując się pod górę po stromej i wąskiej ścieżce, gdy działo, które ze sobą mieli utrudniało im tę ucieczkę. Gimryńcy sami pomagali im wyciągnąć z wąwozu owe działo i osłonili ich od niechybnej zguby. Górale myśleli tym czynem dać dowód swojego spokoju, ale wrogi z nich się śmieli potem, zabijali wszędzie każdego Gimryjczyka, gdzie się im zdarzyło.

Przerwała się nasza rozmowa u bramy fortecznej. Od razu zwróciła moją uwagę czerstwość zdrowia załogi. Iszkarty słynne były ze zdrowego klimatu, jako miejsce podniesione tylko o kilkaset stóp nad poziom morza i zasłonięte od gór śniegowych górami niższego rzędu. Wpływ na zdrowie przypisywano zarówno wodzie tutejszej, wielkiemi strumieniami ze źródeł bijącej. Jedno duże źródło dostarcza zimną wodę nieco ługowato siarczaną.

Opowiadania Solimana mocno mnie zajęły i ciekawie sprawdzałem na miejscu podanie o Iszkartach. Przekonałem się, że nic przesadnego mi nie mówił. Było to istotnie i jest miejsce wiekowych pamiątek, a oryginalnych w swoim rodzaju. Przy budowie fortecznych murów, przy stawianiu murowanych koszar, kopiąc fundamenta, kierujący robotami porucznik, Wacław Bobrowski natrafił pod zburzonym świeżo aułem, na stary auł, w całości zachowany. Wielkie koszta nie pozwalały mu obszerniejszych robić odkryć, ale i to co spostrzegł, godne jest uwagi.

W jednym miejscu żołnierze kopiący ziemię, uwiadomili Bobrowskiego, że natrafili na płaski kamień, pod którym za uderzeniem próżnia się odzywa, i zapytali, co mają robić. Bobrowski kazał kamień okopać i podnieść. Żołnierze sądzili, że natrafili na jakie skarby zakopane, ale po podniesieniu kamienia, na płytę obrobionego ujrzano sklep [12] kamienny, głęboki na parę sążni, z której z jednej strony znajdował się otwór. Wielu widzów się zbiegło z komendantem fortu i ze światłem spuszczono się do tej podziemnej kryjówki. Za otworem ujrzano sale, z których każda miała pięć sążni kwadratowych obwodu i każda była także przykrytą płytami kamiennymi długiemi na sążeń, a szerokiemi na dwa łokcie, podpartemi słupami wykutemi z kamienia. W salach tych o dziwowisko! Leżały koście, trupy, obok siebie położone; w jednej sali same dzieci leżały. Na rękach ich i na szyjach zachowały się wielkie korale niekształtnie obrobione, szklane bransolety, kolczyki, pierścienie, amaliowe robaty i łańcuszki, które odesłane zostały do Tyflisu, a część z nich zabrał jenerał Jewdokimow.

W innych podziemnych budowlach poznajdowano stosy kościotrupów, pieniądze w naczyniach, rzymskie i nieznane; poznajdowano i późniejsze monety arabskie, perskie i pieczęć hebanowa z napisem: ”L Erksaju Kadi-Elbedowi”, rok mahometański 1248, więc niedawną. Kilkanaście sztuk z tych wykopalisk i skamieniałości przywiozłem do kraju.

Na płytkim gruncie w całym forcie jest również pełno kości górali pomieszanych już z moskiewskiemi. Na cmentarzu tem działa się tu rozpusta, jakiej nigdy dostrzec nie można było. Człowiek świeży, nielubiący nurzać się w tym ścieku zwierzęcości, nieszczęśliwym był, jeżeli sam sobie nie wystarczył, bo tu rzadko kiedy znalazłby istotę, co by odpowiedziała usposobieniu jego duszy i serca.
W wąskich uliczkach fortu czuł się ścieśnionym, brak mu było powietrza, duszno mu się jakoś zrobiło w tej atmosferze, a domy, góry i chmury tłoczyły mu się na głowę. Jeżeli zaś chciał uciec od tego i wybiegał za bramę forteczną do ogrodu, nieraz zapędzony stamtąd bywał kulą zaczajonego gdzie bądź mściciela górali.

Powtórnie przebywając w Iszkartach w lecie 1856 roku i korzystając z półbatalionowego konwoju, ochraniającego koźbiarzy pułku dagestańskiego, zaprosiłem Soliman-Beka do towarzyszenia mi do spustu gumryńskiego. Chętnie zgodził się na to góral i ze zdradzającem go ogromnem przywiązaniem do ziemi swej, okazywał mi po drodze miejsca, pamiętne krwawemi wydarzeniami
- Ta pochyłość góry, opowiadał, którą wznosimy się po naszemu Czapczach. Tu wielokrotnie były boje i utarczki, które Urusom, posiłkowanym siłą Szamchała na korzyść wypadły. Ale i po tych czasach tysiące ich znalazło tu grób. Widzisz oto na lewo kurhan nazwany Moroskinych. Mógłbyś myśleć, że tam leży jaki wojownik Moroskin. Wcale tak nie jest. Moroskin żołnierz zabił na tym kurhanie jelenia i jenerał Jewdokimow od jego nazwiska kazał tak kurchan nazywać. Jednak pod nim leżą rzeczywiście dwie kompanie żołnierzy, przed kilku laty koszących tu siano, a których gumryńcy ze sztabs oficerem w pień wycięli. Widziałeś zapewne kurhan z lewej strony drogi jadąc, ze Szury do Iszkartów, nazwany karasjewym; tam zasadzka góralska wypadłszy z parowu, zabiła kupca Karasjewa z domownikami i uwiozła w góry ośmioletnią dziewczynę, którą wydano krewnemu jej kupcowi Azarowowi za kilka tysięcy rubli [13]. A te słupy kamienne, co widzisz na Czapczachu porozrzucane, to są ludzie skamieniali, niezgodą kiedyś żyjący. Możni oni byli za życia i zapaleni gniewem na siebie. Słupy te są ruchome. Zauważono, że gdy górale biorą przewagę, one się oddalają od siebie, a gdy nieprzyjaciel jest górą, one się zbliżają ku sobie.

Gdy stanęliśmy u szczytu wzniesienia, Soliman na znak podziwu masy gór, jedne na drugie wyrosłych, klasnął językiem i zawołał: “Allach!” zsiadł z konia, rozesłał burkę, usiadł na niej i długi czas przebywał zatopiony w modlitwie. Potem odtroczył od siodła dzbanuszek z wodą i odprawił namaz, obmywanie. Wsiadł znów na konia i rozpatrywał się długo w górach i dolinach.
Co to za strona rzekł do mnie. Doliny, auły, lasy skały góry. Za temi górami inne góry, na nich jeszcze góry! Tu pod nami w kotlinie głębokiej nad burzliwym Kojsu są Gumry, a jakie warowne! Domy z kamieni stawiane, mury do koła z kilkoma basztami. Trudno Urusom teraz kusić się o Gumry... święte to miejsce, na nim bowiem objawił się cud po śmierci Kazi-Mułły. Tego miejsca bronić będą nie tylko Gumruńcy, ale i cały kraj Kojsubaliński, a ludność jest z ośm tysięcy.
- A tam dalej na zachód, za ziemią kojsubulińską, co to za góry widać? Rzekłem.
- Tam, odrzekł, widać góry Andyjskie. Z południa ich siedzą Czeczeńcy, a naib Duba broni najdzielniej kraju. Z północy siedzą Awarowie, bitne bardzo plemię, od którego okupywała się Gruzja, dając haraczu rocznie po cztery tysiące tumenów, a Urusy dawali siedem, około 70.000 złr. – Ale Numot-Chan, lat temu 54, pokonanym został przez ostatnich i hramota wasalstwa wydana została następcy jego Achmed-Chanowi. Miurydzi potem wytępili prawie do szczętu trzymającą się z wrogiem rodzinę chańską i od lat 14 zajęli Awarję.
- Powiedz mi Solimanie czy Awarowie są odmiennem plemieniem od innych Lezginów? Dlatego się pytam bo w naszych frańkistańskich krajach jest pamięć o Awarach rozbitych przez Ugrów już temu trzynaście wieków [14], zajmującą wówczas Panonią nad Dunajem i nad Cissą. W naszych księgach jest również wspomnienie, że inni Awarowie, naciśnięci później przez tureckie poruszenia, z nad Donu wrzucili się w góry Kaukaskie.
- Ja nie wiem, jak było u was, rzekł Soliman, my tylko wiemy, że nas i ojców naszych Bóg stworzył na tej ziemi, którą od początku świata zajmujemy. Że u nas są różne języki i ludy, nic dziwnego, bo są i różne gwiazdy na niebie. Mowa awarska jest różna od naszej a nasza różna od kumuchskiej i od achtyńskiej. Awarowie mają dźwięki krtaniowe, przyklaskiwania językiem, prawie nie podobne dla nas do wymawiania, ale wiele ich i naszych wyrazów jest jednakich.
- Ale przecież i ze zwyczajów, z rysów twarzy i z popędu przyjaznego można było to ocenić?
- Nie wiem jak ci powiedzieć. Czasem co wieś to inny zwyczaj, a ty chcesz aby kraj do kraju, ludzie do ludzi byli podobni [15].

To też gdy widzisz u nas ludzi śniadych, z czarnemi albo orzechowemi oczami, wielu z przypłaszczonemi nosami, między Awarami powszechnie zobaczyłbyś twarze białe, głowy duże, oczy orzechowe ale często i niebieskie, nosy ciągłe, podbródki długie, piersi szerokie, chód więcej zamaszysty jak nasz, energia żywsza od naszej [16]. Jest ich z dziesięć tysięcy ludności, a do nich najwięcej zbliżeni mową i podobieństwem twarzy są Sułatawcy, także ze siedm tysięcy ludności mający, którzy tu na północ od Sułatu zajmują góry.
- Dlaczego oni nie składają jednej krainy?
- Niezgody ich rozdzielały, dopóki wszystkich ich nie połączył wróg z północy. Wszelako dzielniejsi Awarowie gardzą nieraz z Czerkiejczyka i z Sałatawji. Nie raz dziewczyna awarska zaśpiewa:

Ty ci nie masz oka,
A twój koń ogona.
Siodło na nim skrzypi,
A ty na nim tchórzysz.

Bóg dajby cię dotknął,
Bóg dajby cię zabił
O czerkiejski jeźdźcu!

Słuchałem uważnie Soliman-Beka, zawiesiwszy słuch swój na gwoździu uwagi, jak to się mówi na wschodzie, tem bardziej, że była to dla mnie najsympatyczniejsza istota w okolicach Iszkartów. Choć stosunki nasze ograniczały się więcej na znajomości jak na przyjaźni, choć oba nie wyjawiliśmy uczuć naszych wydobywanych z głębi serca, i choć myśli nasze przykrywaliśmy tajemniczą tkanką osłony, jednak przeczuwałem w nim człowieka obowiązku...
- Słuchaj Matus-Beku mówił do mnie jednego razu, ty mnie jeszcze nie dowierzasz, ale dowiesz się, że ja dobry człowiek
Powróciliśmy ku wieczorowi do fortu; Soliman odprawiwszy modlitwy i namaz zaraz pojechał do Solejman Aułu. Księżycowa tarcza rzucała później blade światło na pochyły placyn frontowy, a na Mechtulińskim horyzoncie z południowo zachodniej strony paliło się światło trzema długiemi na milę pasami. Łuna biła o stropy wyższych niebios i ubrała je w sukienkę blado różową. Widok nad widokami czy złudzenie? Wybiegła ludność z domków, oficerowie, ich żony i dzieci powiedzieli:
Górale wypalają trawy na górach, alby lepiej rosły na rok przyszły.
Później jeszcze po północy, żołnierz nad brama północną czatujący, dał ognia do przemykającego się drogą jakiegoś jeźdźca. Zaalarmowana załoga stanęła pod broń i oczekiwała napadu, ale nic się nie stało. Jeździec samotny puścił się ku Gimrom, a w dwa tygodnie za hufcem Abreków [17] (wychodźców) niepokoił drogę z Szur do Iszkartów. Tym jeźdźcem był Soliman Bek.

Pierwsze z nim spotkanie mieli jeźdźcy pułku dagestańskiego konno-nieregularnego złożonego z samych wychodźców z gór. Zawiązkiem tego pułku byli wychodźcy aułu Czoch [18], którzy rozbici i wypędzeni zostali przez Szamila w roku 1843 z ich domów obronnych. Nie ośmielając się wracać pod zarząd Imama, składali z początku dwie setki konnej Czochskiej milicji, do której przyłączali się później i inni wychodźcy z gór. Jenerał Argutyński w roku 1852, po zatwierdzeniu swojego projektu, organizował z tej milicji pułk nieregularny z płacą każdemu jeźdźcowi po 20 gr. dziennie na żywność i odzienie; a oficerowie wybierani spomiędzy nich i spomiędzy pułków moskiewskich, odbierali żołd zwyczajny, podwojony na Kaukazie. Musztra tego pułku odbywała się w języku turkmańskiem, nazywanym zwykle tatarskim. Setni w pułku liczono sześć ale nie zawsze były one kompletne, gdyż wielu jeźdźców spodziewając się w górach przebaczenia za popełnione przewinienia, które były przyczyną ich ucieczki, wracali do domów nie tylko pojedynczo, ale nawet gromadkami.

Z jeźdźcami w pułku obchodzono się bardzo względnie, tak dla przywiązania ich do strony moskiewskiej jak również ze względu na porywczość ich do zemsty

Za większe przestępstwa, za odgróżki, za swarliwość i za hardość wysyłano ich do wojska w Moskwie na 15 lat ze zwykłem zastrzeżeniem, że jako pochodzący z nieprzyjaznych gór, po wysłużeniu przypisanej liczby lat, powinni być wysyłani na osiedlenie do Syberji. Pułk ten miał kwaterę swoją w wielkim Dżengiutaju, w mechtulińskiem chaństwie, sąsiadującem z tarkowskim szamchalstwem.

Dżengutaj jest rezydencją domu chańskiego, posiadającego tam wielki zamek. Dom też jest bez żadnego politycznego znaczenia, osobliwie od czasu Ali Sułtana, który przed wojną krymską w imieniu maleńskiego Inrahim-chana rządząc prowincja przez intrygi pułkownika Łazarewa został wygnany do Woronieża [19]. Łazarew później, rządząc długi czas mechtulińskiem chaństwem stał się straszną plagą dla tej krainy, zamieszkałej przez kilkotysięczną ludność, składającą niegdyś całość z tarkowskiem szamchalstwem.

Kilka strasznych scen odmalował mi w ten sposób mój towarzysz wygnania Jan Chranicki.

We wrześniu 1854 r. po trzymiesięcznem obozowaniu na górach Kuliszy, wojsko rozeszło się na zimowe leże do rozmaitych aułów lub do swych sztab-kwater, drugi zaś batalion apszeroński, do którego byłem przydzielony, przeznaczony był na zimę do pobliskiej wsi Kuliszy. Przez cały miesiąc spokój nasz niczem nie był naruszony, gdy pewnego wieczora dało się słyszeć strzały z działa, umieszczonego we wsi na wysokiej skale, panującej nad całą okolicą. Chwyciliśmy za broń, stanęliśmy na punkcie zbioru, a jeden z nukierów (przyboczny jeździec) Łazarewa przygalopował, aby nam służyć za przewodnika. Zaraz też pędem, ile sił starczyło wybiegliśmy na dość stromą górę i po trzygodzinnym marszu dotarliśmy do gergebilskiego wąwozu. Rozstawiono czaty a batalion otrzymał rozkaz zachowania się w największej cichości. Noc była jasna, zimno okropne nam dokuczało, gdyż nikt w popłochu nie miał czasu pomyśleć o odzieży, a każdy wyszedł w czem był, albo w płaszczu albo w mundurze.

Po godzinie naszego zaczajenia się dał się słyszeć coraz bliżej tętent koni, a potem ogień z placówek. Znowu ogień się przerwał, a zaczęły się krzyki, których zrozumieć nie można było, gdyż górale i Moskale w niebogłosy razem krzyczeli. Kolumna poruszona naprzód zobaczyła ku wielkiemu zdziwieniu swojemu 25 jeźdźców rozprawiających z trzema żołnierzami, domagających się widzenia z naczelnikiem oddziału i upominających stojących z boku żołnierzy, aby nie strzelali. Dowodzący batalionem, kapitan Purgasów, kazał góralom zsiąść z koni i potem kazał im powrozami skrępować ręce. Jeńcy dowodzili, że nie są miurydami, ale milicją z podległego Moskalom aułu Ajmamaki i że wysłanymi zostali do pilnowania drogi kikuńskiej, którą …mięli miurydzi pędzić odbite tej nocy trzody z Kurach. Tłumaczenie to przyjęto za kłamstwo, uznano jeńców za nieprzyjaciół i traktowano ich po barbarzyńsku, a nad trzema rannymi pastwiono się. Nie szczędzono ani brutalskich wyrazów ani nachajek dla nieszczęśliwych, sobie nie szczędzono radości ze zwycięstwa i marzeń o krzyżach i stopniach, jakie spłyną z Petersburga. Jeden z jeńców, silnie zbudowany, widząc nieludzkie obchodzenie się Moskali z jego towarzyszami, upomniał oficerów, aby powściągnęli żołnierzy, gdyż oskarży ich przed władzą. Słowa te jeńca uznano za bunt i jeszcze z większą wściekłością rzucano się na nieszczęśliwych, bijąc ich i kalecząc pałaszami, a osobliwie złość wywarto przeciw ich obrońcy. Praporszczyk Wasilkowskoj dał mu kilka cięć w kark i w plecy, drugi oficer Koryckoj tak silnie uderzył go w głowę podkową z długiemi gwoździami, że uszkodził mu czaszkę. Jeniec przewrócił się w znak wydając boleśne jęki, a gdy ktoś uderzył go nahajką w twarz i wybił mu jedno oko, nieszczęśliwy porwał się w strasznym bólu, zerwał krępujący go rzemienny pasek i chwycił za nahajkę, którą go bito. Ruch ten uznano za wielki już bunt, kazano jeńca przebić bagnetem. Rozkaz zaraz wypełniony został przez jednego żołnierza i po godzinnej męce, brocząc we krwi ofiara umarła. Moskale krzywo patrzyli na tych, którzy prosili o łaskawsze obchodzenie się z góralami, i jeszcze zamordowali trzech ludzi na drodze przez rezerwę złapanych. Dla wszystkich złapanych wykopano duł i pogrzebano ich na miejscu, a rannych i całych z triumfem odprowadzono do Kutiszy.

Okazało się, że rzeczywiście jeńcy byli milicjantami ajmmakańskimi, więc kazał ich Łazarew puścić do domu i naśmiał się z omyłki Purgasowa.

Łazarew satrapa, na pół dziki, mający cząstkę Kaukazu pod swoim zarządem z prawem życia i śmierci, dopuszczał się okrucieństw na jakie Moskwa łatwo zdobyć się może. Nie było tygodnia w którym nie padła jaka ofiara z jego rąk. Czynił to bez uniesienia się, owszem zachowując krew najzimniejszą. Obok jego domu było więzienie sekretne, w którem zwyczajnie pojmanych miurydów trzymano. Zwykle pomiędzy 10 a 11 godziną z rana wychodził Łazarew ze swego mieszkania, otoczony kilku kozakami, posyłał jednego do więzienia. Gdy więzień stanął już, przechadzał się Łazarew koło niego, prowadził z nim nieraz godzinna rozmową o tonie zupełnie poufałej gawędki, a gdy nieszczęśliwy rozjaśnił czoło, ciesząc się z dobrego usposobienia do siebie okrutnego pułkownika, Łazarew, czekający na to wykrzyknął wtedy do kozaków “sto” albo “dwieście”. Sam wrócił do swego mieszkania, a kozacy ofiarę oprawiali z tyłu domu i wtrącali znowu do więzienia.

Niestety dwieście znaczyło nieraz zabicie na śmierć. Jednego z podobnych więźni, kozacy porzucili za domem naczelnikowskim, a gdy jego jęki stłumione sprowadziły kilka lamentujących kobiet lezgińskich, rozpędzono je natychmiast i dopiero nazajutrz, gdy skonał, pozwolono im było zabrać ciało i pogrzebać. Niekiedy Łazarew sprowadziwszy więźnia przed siebie kazał go kozakom trzymać przy ścianie, a sam dobiwszy parę pistoletów, które cięgle za pasem nosił, zabijał z własnych rąk biedaka. Drugie więzienie było pośród wsi, w którem trzymano podejrzanych mieszkańców o udział w przestępstwach politycznych. Raz gdym zastąpił na wartę, opowiadał J. Chr., spostrzegłem w więzieniu staruszka siwego bez zębów, leżącego na barłogu i wzywającego Boga na pomoc. Ponieważ nie dano mi o nim szczegółowego polecenia, kazałem mu zdjąć kajdany z nóg opuchłych, za co nieszczęśliwy nie wiedział jak mi swą wdzięczność okazać.

Zaledwie zamknąłem drzwi więzienia, gdy żołnierz na zewnątrz wartujący dał znak, że idzie komendant. Po odraportowaniu mojem, Łazarew kazał wyprowadzić z więzienia owego starca i pomówiwszy z nim kilka minut po turkomeńsku, uderzył go tak silnie w twarz, że staruszek się wywrócił i odsłonił swobodne nogi. Tego wypadku właśnie obawiałem się, bo Łazarew w uniesieniu zawołał:
Jak to bez kajdan?
Kazałem je zdjąć, pułkowniku, rzekłem, bo on jest chory i nogi ma opuchłe.
Co ci do tego, krzyknął satrapa, a potem z przekąsem dodał: a wiem... pan Polak lituje się nad podobnym sobie buntownikiem. Zakłuj go!
Osłupiały stałem jak wryty w ziemię
Zakłuj go bagnetem! - krzyknął znowu.
Nie mogę panie pułkowniku – rzekłem.

Nie wiem na czem by się ta tragikomedia skończyła gdyby nie zastąpił mnie stojący obok żołnierz, który podskoczywszy tak silnie uderzył w piersi starca kolbą, że mu krew ustami się puściła i przygotował mu kilkudniową męczarnię po której skonał.

Ileż by to w Dagestanie i w Czeczni naliczyć można było Łazarewów, chociaż mniej wyrafinowanych morderców [20]. Lecz nad nich wszystkich okrutniejszy był w Czeczni jenerał kozacki Bakłanów, a nad nich wszystkich znakomity jenerał Jermołow, najsławniejszy liberał moskiewski z Mikołajewskich czasów, który przedziesiątkował ludność w stronach, w których mu stawiano opór, i naobrzynał tyle nosów i uszów, że i do dziś dnia pamiątka tego rodzaju jego cywilizacyjnej misji na Kaukazie pozostała. Nie jeden rozumiejący rzeczy na Kaukazie wołał: zachowaj Boże ludy od Moskali, a szczególnie od ich liberałów!!...

Górale prowadząc wojnę, gdy uczuli swą przewagę, wycinali nieraz do szczętu moskiewskie szeregi, lecz nigdy nie czynili tego podstępnie. Moskale przeciwnie nieraz otoczony hufiec góralski nakłonili do złożenia broni i potem dopiero bezbronnych ludzi mordowali. Jeden z takich wypadków stał się w chanacie mechtulińskim, w pobliżu Ibrahim Dady, gdzie około 200 ludzi oddziału Dzemał-Eddina po złożeniu broni zakłuto bagnetami w 1857 roku.

Lecz na pewien czas odwróćmy oczy od tych okrutnych widowisk. Nowe krwawe sceny ujrzymy jeszcze później, gdy nam wypadki Kaukazu karzą się im koniecznie przypatrzeć, aby poznać tak zwanych mieszkańców gór i tak zwanych ucywilizowanych Rosjan. Teraz zaś przypatrzmy się nadbrzeżnym okolicom Kaspijskiego morza w Dagestanie, ich mieszkańcom i ludziom, co nad niemi panują.

Jedna z podróży w tych stronach przypadła mi w roku 1857 w miesiącu marcu, który zaczyna budzić martwą naturę do życia.

Podróże tu odbywały się drogą pocztową, zasłonięta przed niemi fortami i licznemi wojskami od napadów wolnych górali, jednak liczne wypadki nieszczęść, sprowadzanych przez partyzantów szamilowskich, były powodem do wielkiej ostrożności i konwojowania podróżnych przez dońskich kozaków. Nawet pocztampy postawiono we wsiach warowne, a każdy otoczony murem ze strzelnicami. Oprócz tych posterunków codziennie stała straż na starych basztach, po cyplach wzgórz porozrzucanych i strzegła bezpieczeństwa swoich stadnin na polach.

Pod tąż zasłoną oracze pruli tłustą ziemię na rolach, pługami zaprzężonemi w cztery lub pięć par wołów i posuwały się po drodze niekiedy ode wsi do wsi skrzypiące arby (wozy), wiozące albo przedmioty żywności, albo kobiety jadące do swych rodzin, tęskniących za niemi. Wtedy orszak konnych jeźdźców otaczał arbę i śpiewał improwizowane pieśni.

Wsie po tej drodze, czasem co mila, czasem co dwie, a nawet i co trzy mile, są oddalone od siebie, ale prawie wszystkie mają zewnątrz malownicze widoki, zmieniające się w czasach mgły, dymów, w porze wschodu i zachodu słońca. Z nich najpiękniej się rysuje na wzgórzu auł Gilli, odległy o trzy mile od Szury, a szczególniej Kara-Buda-Kent, który nawet w porze zimowej wydaje się bardzo strojnym. Gęstwa morwów, rozłożyste buki, wysoko rosłe topole wieńczą u spodu okrągłe wzgórze, na którem dookoła piętrzą się, w amfiteatr, wysokie, białe kamienne domy. Na szczycie wzgórza stoi piękny maczet z wysokim, podniesionym ku chmurą minaretem, który jest pychą ludu Kara-Buda-Kętskiego. Pomiędzy morwami i brzozami ze skał spadają w jedno koryto liczne strumienie źródlanej wody i wartko obracają kilka kół młyńskich.

Nad tą wodą zbierają się z aułu wolni od pracy ludzie na kiejf (spoczynek) i siadłszy z założonymi pod siebie nogami, dają zupełne wytchnienie ciału i duchowi, nic nie robiąc i nic nie myśląc. Po ocknieniu się z mile uśpionych funkcyj życia strużą patyki przez całe godziny, słuchają opowieści starców o raju, o pięknych w świecie kobietach, o sławnych koniach i dalekonośnej broni. Tylko nie słyszą opowiadań o bohaterskich czynach wolnych górali bo Szamchał tego zabronił a Sybir jest starszym!.. Lecz w duszy każdego Lezgina jest nienawiść ukryta do sprawców jego smutnej niedoli i dosyć najmniejszej sposobności, aby ten ociężały na pierwsze wejrzenie człowiek stał się najczynniejszą istotą.

Gdy w umyśle Lezgina osiędzie myśl, gdy piersi jego ogrzeje uczucie, staje się podobnym do burzy. Lubi słoty, zachmurzone niebo, wiatr ostry, a w zachwycenie wpada od nawałnicy, gradu piorunów i podoba sobie w zniszczeniu. Wtedy nie zraża się pracą mechaniczną, jego duchowe wysilenie do zenitu sięga, strony uczucia jego wysilają się do niebezpieczeństwa. Nieraz aby dojść do celu, Lezgin rujnuje siły swoje, nadwyręża umysł, uczucie rozdziera mu umysł na szmaty i wtedy pada już i oddaje się znowu czasowemu lub wiecznemu kiejfowi.

Nad wodą zbierają się jeszcze dzieci i podrostki i bawią się w różne gry, najczęściej szykują się w dwa hufce i kamieniami z łuków puszczanemi i kindżałami wypędzają siebie z zajętych pozycji. Czasem trudno oderwać oczu, patrząc na dziatwę zaciekłą w boju a rączo wspinająca się na skały z chorągiewkami i z krzykiem odnosząca mniemany triumf. Każdy z nich już trafnie strzela, na koniu siedzi jak przyszyty i każdy wprawiony do harców bojowych jak do tańca.

Nienawiść w tych dzieciach do Moskali już jest wcześnie rozwinięta i nieraz żołnierze na marszu byli we wsiach napastowani i bici kamieniami, małe dziewczątka stojąc na dachu, pluły na nich. Z nich to wyrastali owi dzielni partyzanci, którzy jak lisy omijali niebezpieczeństwa, a jak wilki wpadali na wdzierających się do ich siedlisk Moskali.

Auł bujnacki stoi na granicy południowej Szamchalstwa Tarkowskiego. Niegdyś do bujnaków przybijały statki kupieckie, lecz po zburzeniu przez Moskali dolnej części aułu, zaledwie łódka rybacka zawinęła tu do brzegu. W górnej części aułu zachował się jeszcze zamek, w którym długo przebywała odsunięta od łaski żona Szamchała Abu-Musslim-Chana. Przewiezienie jej do Turków nastąpiło dopiero po odbiciu jej z dziećmi od Miurydów, którzy wobec rozłożonego w aule batalionu Moskali cichaczem opanowali zamek w r. 1846.

Za Bujnakami, do ziemi Kazi-Kumuchskiej z zachodu, do Tabassarani z południa i do morza Kaspijskiego ze wschodu przedstawia się nam kraj obfity w lasy i coraz gęstsze wsie. Jest to Kajtach (Kajtak). Ludność mniej piękna niż w Szamchalstwie Tarkowskim i jednolita. Mieszkańcy są przeważnie Turkamenami, ale wiele jest wsi czysto lezgińskich a nawet żydowskich i arabskich. Moskale oprócz punktów pocztowych zajmują dwa ważne punkta na pograniczach t.j. w mieście Derbencie i w ufortyfikowanej osadzie Iszkarty, gdzie Julian Surzycki własnem staraniem zbudował katolicki kościółek.

Kraj ten ze stutysięczną ludnością kilkakrotnie już był w posiadaniu Moskali, a ostatni raz już od lat kilkudziesięciu w ich ręku pozostał, pomimo licznych wysiedleń górali i powstań miejscowych do wypędzenia wrogów. Przed ostatniem przyjściem Moskali, Kajtach dzielił się na dwie osobne krainy; jedne składała część nadmorska zwana Terekame (Tercheme); druga zaś część górzysta zwana Kara-Kajtach.

Terchemska kraina rządziła się monarchicznie i miła swoich chanów, nazywanych Ucmejami [21], rezydujących w Barszli, pięknym aule, otoczonym wzgórzami, wielkiemi sadami i winnicami.

Stosunki między Ucmejami a podwładnymi w części były oparte na wzajemnej ufności a każdy Ucmej był wychowankiem ludu. Od dawna bowiem był zwyczaj, że ucmejskie dzieci płci męzkiej oddawano do wychowania na wieś i każde z tych dzieci mając swego opiekuna, uważało się za członka jego familji i za krewnego jego krewnych.

Zwyczaj ten praktykujący się dawniej na Kaukazie najdłużej przetrwał u Czerkiesów. Po poddaniu się Ucmeja Mahmy w r. 1799, któremu Moskwa wyznaczyła roczną pensję 2000 rubli, Tercheme wkrótce uznawało się znowu krainą niepodległą aż do r. 1820.

W tym czasie właśnie jenerał moskiewski ks. Madatów przybył do Derbentu, wszedł w stosunki z Ucmejem Adel-Chamem i namową i groźbą zmusił go do lennictwa Moskwie i wymógł na nim oddanie na zakładnika starszego syna jego Machmed-Chana. Adel-Chana miał jeszcze dwóch synów; Dżamow-Beka i Ustar-Chana. Rodzona zaś siostra Ucmeja była za stryjecznym ich bratem Murtuzalim, który miał znowu czterech synów: Bała-Chana, Emir-Chamzę, Bej-Bała-Beka i Eldar – Beka. Moskwa, chcąc powaśnić całą rodzinę, porwała synowca Ucmeja Bała chana, wywiozła go do Sybiru i rozgłosiła, że Ucmej go oskarżył o nieprzychylność do rządu moskiewskiego. Tym czasem Adel-Chan nie tylko nie był szczerym lennikiem Moskwy, ale unikał wszelkich z nią stosunków i syna, będącego w zakładzie w Derbencie, skrycie namawiał do ucieczki. Moskale dowiedziawszy się o tym projekcie, podwoili wartę przy zakładniku, ale w następnym roku żeby potępić wobec rodziny Ucmeja oddali mu syna jako nagrodę za usługi rządowi. Ucmej zaś, wydostawszy z rąk Moskali syna, zabrał całą familije swoją i wyniósł się w góry do Awarii, gdzie Słutan Achmed przyjął go gościnnie i dał mu w posiadanie wieś Bałkany. Książe Madatow odebrał od niego list następującej treści:

“ Nie sądź, że ja przyjeżdżałem do Derbentu aby się uniżyć przed tobą. Celem mego przyjazdu było wyrwać syna mego, pierworodnego z rąk waszych i dokazałem tego. Teraz zabierz sobie moje posiadłości; porzucam je, gdyż nie chcę mieć was nad sobą.”

Po usunięciu się Adel-Chana władza Ucmejska została zniesiona, a rządy Kajtachu oddane synowcowi jego Emir-Hamzie, bez tytułu Ucmeja i pod nadzorem Welikentskiego prystawa. Emir-Hamza, zupełnie oddany Moskwie, biernie zarządzał krainą, a myślał tylko o zemście nad Adel-Chanem za mniemaną zdradę brata swego Bala-Chana. Lezgin zbiegły z Sybiru przyniósł mu jeszcze od brata list proszący go o zemstę i wręczył mu dwa krzemienie, co znaczyło konta (krew za krew). Adel-Chan chciał się porozumieć z synowcem Emirem Hamza i zaproponował mu zjazd wspólny.

Emir z radością przyjął tą propozycją, naznaczył miejsce widzenia się i w zemście za brata zdradliwie zabił starego Ucmeja. Przy Adel-Chanie będący syn jego Machmet-Chan, zabił znowu dwóch towarzyszy Emira i ratował się ucieczką w góry.

Po śmierci Adel-Chana, rodzina Ucmeja wpadła w niedostatek i przyprowadzona prawie do nędzy udała się do Machti-Szamchała Tarkowskiego z prośbą o wyjednanie u Moskwy swobodnego powrotu i zwrotu majątków.

Jenrał Jermołow pozwolił jej wrócić do swej ziemi, ale dał jej w posiadanie tylko jedną wieś, której dochody były za szczupłe na utrzymanie ucmejskiej rodziny.

W owym czasie (w r. 1823) przebywał w Kajtachu sławny partyzant Abduła Bek, syn tabassarańskiego kadjego [22]. Cały Dagestan czuł jego siłę i z chlubą głosił jego czyny. Jermołow nie mogąc go zwalczyć ani ująć naznaczył cenę na jego głowę. Mahomet-Chan były zakładnik, stojący na czele rodziny ucmejskiej powziąwszy zamiar przypodobania się jakim czynem Moskwie i uzyskać przez to jej względy, podjął się zgubić sławnego partyzanta a upatrzywszy sposobną chwilę, wysadził go prochem w powietrze z domem i całą jego rodziną, złożoną z 17 osób. Lecz otrzymawszy za to pieniężną nagrodę, łask sobie za to żadnych nie wyjednał. Gdy w końcu 1826 r. w wyprawie na Tabassarań przywodzący milicji Emir-Hamza zginął, zarząd prowincją przeszedł na jego braci bej-Bała-Beka i Eldar-Beka. Ich przychylność i całkowite oddanie się Moskwie sprawiło, że brat ich Bała-Chan uwolniony został z Syberyji w r. 1831. Nie długo jednak cieszył się powrotem, gdyż po roku nagle umarł, a za nim skończył życie i Mahomet-Chan.

Wówczas w Dagestanie słynęła z piękności Taszymat, córka Dżumi-Ubach-Beka. Eldar -Bek zakochał się w niej i ożenił się, poprzysiągłszy na koronie, że nie weźmie nigdy więcej innej żony [23]. Po śmierci Bej-Bała-Beka, cała kraina przeszła na Eldar-Beka, który nie pamiętając na przysięgę ożenił się z Pachu-Beki, wdowa po bracie swoim, także słynąca z piękności i rozumu. Taszymat uciekła do domu, a bracia jej poprzysięgli zemstę. Nie czując się jednak na siłach występować przeciw rządcy prowincji, udali się do Ustar-Chana, najmłodszego syna po Adel-Chanie.

Młodzieniec ten pomny na śmierć ojca swego z radością zgodził się na udzielenie im pomocy. Długo wyszukiwał zręczności spotkania się z Eldar-Bekiem, ale jej napotkać nie mógł. Przełamanie tej trudności wziął już na siebie prystaw Welikentski (komisarz moskiewski) zaprosiwszy w roku 1836 do wsi Welkentu obu zawziętych na siebie stryjecznych braci na święta wielkanocne pod pozorem powinszowania urzędowego.

Wobec licznego zbioru znakomitych bekóld (szlachty) spotkali się przeciwnicy oko w oko i zemsta w nich zawrzała.
W wyprawionej rzezi zginęło 13 osób, ocalał tylko Bacham nukier (kozak) Ustar Chana. Iskander-Bek, krewny Eldar-Beka, konając od ran, rzucił w konwulsyjnych drganiach kindżał w pułap i wbił go wedle podania miejscowego aż po samą rękojeść.

W krótkim czasie intrygami wymordowawszy prawie do szczętu ucmejską rodzinę, Moskwa ostatecznie z ziemi tarchemskiej zrobiła powiat Derbentski, zostawiając ślady zarządu jedynemu potomkowi całej rodziny Dzamow-Bekowi, mając go na baczności i używając go do knowań swoich przeciw Kara-Kajtachowi.

Moskwa nie cofała się przed żądanemi środkami, któreby ich panowanie rozszerzyć mogły. Środki te nazywała środkami politycznemi albo moralnym podbojem. W tym też względzie jenerał Passek pod tytułem: “Sposoby ułatwiające zdobycie oręża i środki moralnego podbicia” przedstawił swe rady zaborcze i powiedział: “ Siłą oręża można ukorzyć każdy kraj, lecz ukorzyć materialnie; moralne zaś ukorzenie osobliwie dzikich plemion góralskich, którym obce są nasze wszelkie pojęcia o wygodach spokojnego bytu, powinno się odbywać środkami politycznemi. Jedynie podobne środki są w stanie zlać podbijających z podbitymi i ułatwić materialne ukorzenie.”

Moskwa nigdy nie nazywała zaboru kraju podbojem, lecz upokorzeniem przed carem, który jedynie prawowitym jest władcą na świecie. Wielu jeszcze żołnierzy nosi medale z napisem: “Ukorzcie się narody, albowiem z nami Bóg”.

Moskwa okalając wojskami pobrzeże Dagestanu, zostawiła w długiej niezależności razem z Tabassaranią zachodni Kajtach (Kara-Kajtach), rządzący się prawami gminnemi. Chociaż krainy te nieraz przyjmowały hufce góralskie albo o własnych siłach broń podnosiły, były jakoby forytowane przez wrogów, i po zwycięstwie dopominając się tylko ich neutralności w obok toczonych walkach, traktowano z nimi jako z niepodległym ludem.

W roku 1838 zażądała jednak Moskwa lenności od Kara-Kajtachów i po opanowaniu głównego aułu Kara-Gurisz uzyskała gramotę poddaństwa z warunkiem aby Moskale nie utrzymywali załogi na ziemi wolnego Kajtachu.

Kraina opłacając haracz, czekała sposobności do zrzucenia dotykającego ją już jarzma i wchodziła w tajemne stosunki z wolnymi góralami. W roku 1851 deputacja ludowa zażądała od agentów Szamilowskich pomocy wojennej, skarżąc się, że ani lud ani zebrania jego nie mają swobody. Niegdyś, mówiła ona nasze jazdy na Samsa były liczne, drogami od Wilikentu i od Medżalisa jechała rada narodowa; a teraz nie ma kogo słuchać, bo każdy boi się mówić [24]. Niech więc przyjdą bojownicy z gór, a my poddamy się Szamilowi. Hufiec wojowników z 200 ludzi złożony przyszedł w lutym 1852 roku i pod dowództwem Bug-Mahomy zajął wieś Szelagi.

Moskale tym czasem nie dając się ufortyfikować góralom, po dwudziestodniowym boju w dwa tysiące ludzi zdobyli wieś, ogarniętą płomieniem, i wzięli do niewoli pływającego we krwi Bug-Mahomę. Jenerał Czaplic, bohater szelagiński a dawniej ostrołęcki, przystąpił do Bug-Mahomy, na noszach leżącego i wyrzucał mu żądzę krwi:
Czyż wy się nigdy nie uspokoicie, rzekł, żeby aż w te strony przychodzić i narażać się na takie straty?
Ja się już niedługo uspokoję, odrzekł góral.
Uspokoisz się bo umrzesz, albo cię powieszę jako wychodźcę; ale po coś tu przychodził?
A ty po coś tu przychodził?
Mnie posłała władza.
I mnie posłała władza.
Czaplic zamilkł.
Bug-Mahoma na trzeci dzień umarł w Derbencie i pochowany w tajemniczym miejscu a Kara-Kajtach odtąd już i cienia niepodległości nie zachował.
Główny trakt od Bujnaków przez Kajtach prowadzi w pobliżu morza do kończyn odnogi górskiej, wyrosłej w kierunku wschodnio-zachodnim. Płaszczyzna ćwierćmilowa, oddzielająca górę od morza, zbudowana jest przez miasto ze starymi meczetami i z nową cerkwią, obwarowane wysokiemi murami i olbrzymiemi basztami, zbudowanemi z ogromnych kamieni.

Nad tem długim a wązkiem jak wstęga, bo średnio tylko 500 sążni szerokości mającem miastem, groźnie się wznosi cytadela, na której powiewa chorągiew z dwugłowym czarnym orłem. Nad brzegiem koszary obronne grożą miastu i morzu. To imponujące miasto, przecinające drogę nadmorską, Arabowie nazywali Wab-ulab-wad, brama bram, a Turcy Temir-Kapysi, żelazna brama.

Właściwie zaś nazywa się Derbent. Ludność miejscowa właściwie cała zajęta handlem, niecierpiąca wojen, składa się z 2000 głów. Urzędnicy z garnizonem powiększają ludność o drugie 2000.

Po olbrzymich murach miasta najciekawszym i najosobliwszym zabytkiem Derbentu są jeszcze szczątki muru, który miał być przeprowadzony przez grzbiety gór na 60 mil długości do górnej rzeki Alazań, gdzie teraz widne są szczątki zwalisk.

Rzeczywiście zaś istnieją dotąd mury na dwunastomilowej przestrzeni, opatrzone we wklęsłościach gór basztami, z których się jeszcze 43 zachowało.

W różnych punktach tego muru nazywanego Dagbary, czyli górnego muru a przeznaczonego do zaporu przeciw napadom północnych ludów na południowe prowincje, pozostały ślady wielu bram. Mury te wedle podania ludowego miał budować Iskander (Aleksander Macedoński) badania zaś dziejowe przypisują te prace synowi Sassanickiego władcy Kabada, Nuszyrwanowi Sprawiedliwemu w VI wieku.

Derbent od najdawniejszych czasów był punktem, do którego się dobijały walczące strony, a od czasów Naszywana [25] był zawsze rezydencją namiestników, którzy czasem wyłamywali się z pod władzy królów i głosili się niezależnymi chanami. Chazarowie a potem Persowie wieki o te strony walczyli, nie dopuszczali Rzymian, a potem łamali hufce Arabów, Turków Seldźuków i dopóki sił im starczyło sprzeciwiali się Moskwie. Ale najwięcej zachwiała się ich potęga przez wystąpienie Arabów. W r. 661 Ratiat-ul-Bali dostał się z wojskiem 40-tysięcznym pod Derbent, lecz spotkawszy tu połączone siły Greków i Chazarów, do szczętu pobitym został. W 23 lata potem nowe wyborowe siły, z 30 tysięcy wojska złożone pod wodzą Muslimeha zdobyły przecież nie tylko Derbent ale i całe pogórze południowego Dagestanu aż do Darjalskiego wąwozu. Po upadku Arabów Persowie walcząc z Turkami znowu zapanowali nad Derbentem i nad pogranicznemi ziemiami. W r. 1722 Piotr W. po obaleniu sił Szamchała i Ucmeja kajtachskiego Imana-Kuli-Beka namiestnikiem swoim z tytułem chana i z rangą jeneralską, ale potem Moskwa musiała się zrzec tych stron na rzecz Persji.

Osłabiona wojnami Persja, musiała znieść cierpliwie wyłamanie się z pod władzy Szacha nie tylko Szeika (chana) derbentskiego, ale również bakińskiego i kobińskiego, co znowu ułatwiło Moskwie wtargnięcie w te strony. W r. 1796 jen. Zubów obległ Derbent z lądu i z morza i zmusił miasto do poddania się, a jen. Glazena zmusił w r. 1806 zwyciężonego Szeika Szych-Ali-Chana do ucieczki do Persji. Kilka późniejszych miejscowych poruszeń i wysilenia górali nie mogły już odebrać Derbentu z rąk Moskwy.

Oprócz murów miasto posiada wewnątrz jeden szczególnie piękny i ciekawy meczet-szyitski [26], przy którym gmachy piętrowe przez długi czas były przytułkiem kształcącej się młodzieży i uczącego ją duchowieństwa. Sławny jest jeszcze cmentarz derbentski (kirklar)[27] poza murami miasta, na którym się znajdują wielkie mausolea dla uczczenia 40 męczenników muzułmańskich. Podanie mówi, że byli oni zamordowani przez chrześcijan. Zdaje się jednak, że grobowce te wystawili Arabowie swoim żołnierzom, poległym w walce z krajowcami, wypędzającymi ich z miasta. Do tych grobowców w pewne dnie schodzą się ludzie z okolicy na modlitwy i, założywszy nogi pod siebie i złożywszy dłonie na piersiach, patrząc w niebo lub spuszczając oczy ku ziemi, szepcą pacierze i czołem biją o ziemię. Nikt żadnego roztargnienia nie dojrzy na ich twarzy, i zdaje się jakby każdy z modlących się był w zachwyceniu. Muzułmanie modlącego się człowieka niegdy nie napadają, choćby był żydem lub chrześcijaninem.

Cmentarz prawosławny nie posiada dotąd żadnego historycznego pomnika, jednak jeden nagrobek z napisem “żertwa lubwi” ofiara miłości przypomina o pobycie tu moskiewskiego przestępcy politycznego z roku 1825, Bestużewa, który uwolniony z Syberji i zaliczony do wojska kaukaskiego, napisał śliczne ustępy o stronach tutejszych, kilkakrotnie wydane pod nazwą “Opisania Kawakaza Marlinskawo”. Nie był on jednak tym Bestużewem, o którym wspomina wieszcz Adam w wierszu swoim “Do braci Moskali”.

Gdy Bestużew dosłużył się rangi oficerskiej i przeznaczony był do garnizonowej altyreli w Derbencie, poznał i pokochał namiętnie córkę żołnierza, którą sam chciał wykształcić i ożenić się z nią. Koledzy ceniący jego zdolności pisarskie i uważający związek takowy z dziewczyną, poprzednio źle się prowadzącą, za niewłaściwy, przedkładali mu niestosowność jego zamiarów. Gdy jednak przedstawienia te żadnego skutku nie odniosły, koledzy, zmówiwszy się zrobili zakład z Bestużewem, że mu dowiodą przeniewierstwa dziewczyny.

On utrzymywał inaczej. Po paru dniach najbliższy przyjaciel jego poprowadził go wieczorem do domu jednego z kolegów i przez szpar okiennicy ukazał mu między innemi kobietami i interesującą Bestużewa dziewczynę, siedzącą przy stole biesiadniczym. Bestużew na ten widok strasznym gniewem zapałał, nie chciał wejść między biesiadników, lecz wrócił do domu i w niespokojności go pożerającej trawił długie godziny; potem nabił pistolety i gdy usłyszał szelest sukni kobiecej za drzwiami, siadł na łóżku z pistoletem w ręku. Nieszczęśliwie dziewczyna ukazała się na progu, a widząc zmięszanego Bestużewa zawołała:
Co wam jest?

Bestużew zamiast odpowiedzi, kulą w głowę zadał jej śmiertelną ranę i sam poszedł do komendanta oświadczając, że zabił mu niewierną dziewczynę. Zabójca osadzony został na odwachu. Lecz ci co byli przyczyną tej katastrofy, postanowili ocalić kolegę. I dokazali, że pierwsze protokoły o zbrodni zostały zniszczone, a inne bardzo zręcznie na jego korzyść zostały podsunięte. Napisano, że nie Bestużew, ale dziewczyna w jego domu nieostrożnie oglądając pistolety była powodem swojej śmierci; że umierając sama to wobec rodziców wyznała. Istotnie umówiona dziewczyna umierając tak zeznała za zgodą rodziców, których oficerowie ułudzili pieniędzmi.

Na ten protokół tylko sam Bestużew nie chciał się zgodzić; ale gdy się dowiedział o podstępie kolegów, z których jeden zaprosił ich w jego imieniu, zgodził się już łatwo na fałszerstwo i powodowany żalem wystawił swej kochance kamienny pomnik.

Bestużew przeniesiony potem na służbę nad czarne morze, wedle wspomnień Wojciecha Potockiego, zamieszczonych w Atheneum, w jednej bitwie z Czerkiesami został posiekany na kawały.

Moskale wewnątrz murów zaimprowizowali sobie dwa pomniki historyczne. Jednym z nich jest otwór w murze byłego zamku chańskiego a obecnie domu komendantskiego, który niby miał wykłuć własnoręcznie Piotr Wielki, aby dogodniej mógł patrzeć na morze i wyglądać flotylli astrachańskiej, mającej go wesprzeć w działaniach przeciw południowym prowincjom Kaukazu.

Drugim pomnikiem została lepianka nad morzem, w której ten monarcha miał się niby zatrzymać, odwiedzając swój obóz.

Co do okna trudno powiedzieć. Czy dziwactwo Piotra rzeczywiście wydrążyło w zamku chańskim jaki otwór, bo i bez niego mógł dawać baczenie na ukazanie się marynarki.

Co do lepianki śmiech i smutek ogarnia prawego człowieka, patrzącego na ludzi zmyślających historyczne kłamstwa i podrabiających fakta dziejowe. Tem smutniejszemi są te wymysły, że zawsze kosztują wiele pieniędzy i pracy. Gdy kapitan Herszelman przed przyjazdem carewicza w 1851 r. doniósł gubernatorowi Minkwitzowi o swojem ważnem odkryciu – którego prawdziwości żaden z mieszkańców zaprzeczyć nie śmiał, bo nie żył za Piotra, kazał odświeżyć lepiankę, obwieść ją żelaznemi łańcuchami i przystawić ciągłą wartę wojskową. Strzeżenie tej lepianki najbardziej niecierpliwiło żołnierzy, z których w tem czasie było jeszcze kilku pamiętających, jak ją sami przed 20 laty stawiali wśród kapusty i ogórków na strażnicę dla ogrodników garnizonowych.

Moskalom nie chodziło o prawdę, ale o dowód dawności swego panowania nad Kaukazem!?

Społeczeństwo derbenckie złożone z 2000 Persów, Turkomanów (Turkmenów), Ormian i Żydów i z 2000 rodzin urzędniczych i załogi moskiewskiej, nie przedstawiało między sobą żadnej solidarności. Pojęcia religijne i dążenia polityczne w różne strony je wiodły a w obec powagi moskiewskiej, ludność innych narodowości oddawała się wyłącznie sadownictwu, handlowi i rzemiosłom. Za najwięcej młodych na duchu, za najwięcej zniewieściałych, uważano tu jak i w innych miastach ku południowi, przesiedleńców perskich. Całem ich zajęciem było zbieranie pieniędzy i pilnowanie żon swoich [28].

Załoga Moskiewska w Derbencie była mniej rozpustną niż w innych fortach. Żony oficerów i urzędników były moralniejsze niż zwykle na Kaukazie. Może wpływ główny takiego odróżnienia się niewiast Derbenckich należy przypisać jednej z naszych rodaczek, Z.S., która była przykładem poświęcenia się dla męża swego, wygnańca. Zacne popędy serca i jasne cnoty tego anioła, błogo odbijały się na każdej z otaczających ją osób, a najprzód na Polce Ł. Która zrodzona i wychowana na moskiewskiej ziemi, potrzebowała ojczystego tchu i owionienia aby uniknęła kosmopolityzmu w dzisiejszem znaczeniu, aby stała się rzetelnym czynnikiem ludzkości. Pani Ł nie zdobyła się jeszcze na wyższe pojęcia, na szersze rozumienie obowiązków kobiety, jednakże moralnością swoją, świeża a naiwna duszyczką potrafiła sobie zjednać sympatię prawych ludzi i również dać moskiewkom prawy przykład niewieściego postępowania.

Z przebywających tu polaków, najwięcej trzech ludzi pozostawiło pamiątki i dobre wspomnienia u krajowców. Telesfor Szparkowski zbudował wiele gmachów w całej prowincji, Julian Surzycki główny fundator kościółka deszlagarskiego sprowadził z gór wodę do miasta i podał plan do zbudowania mostu na szerokiej i bystrej rzece Samur, Gerard Lohynowicz znajomością i poświęceniem się dla sztuki lekarskiej słynął w całym Dagestanie i po za obrębem tej krainy. Każdy chory oddawał mu się z wiarą, a nawet Turkomany i Persowie przedkładali go często nad swoich chakimków (lekarzy). Wszyscy trzej podziwiani byli głownie przez mieszkańców z niesłychanej między Moskalami bezinteresowności.

Przed wieki brzeg morski Derbentu musiał być dalszy niż w teraźniejszych czasach. Dość daleko sięgające w morze przedłużenie murów obronnych, zamieniają te przypuszczenia w fakt rzeczywisty. Napływ ten morski ku Kaukazowi zmienić musiał znaczenie wielu portów, a między niemi i derbenckiego. W Derbencie zmiana ta wypadła szkodliwie, gdyż nadbrzeżne skały, dziś zalane wodą stały się przeszkodą do przybywania statków i niebezpieczeństwem żeglarzy w czasie burzy morskiej. Książę Worońcow w 1853 r. zwrócił uwagę na tę niedogodność i według planu kapitana Herszelmana, kazał zbudować nową przystań. Wykonane jednak roboty pierwsza burza jesienna rozbiła i więcej jeszcze niedogodnym port uczyniła.

Z produktów i wyrobów miejscowych najwięcej wysyłano do Astrachania i dalej Wołgą na Niżnij Nowogrod i dalej do Moskwy marzannę, tytoń, kawior, kobierce i jedwabne materje. Z Astrachania przywożono najwięcej mąkę żytnią dla wojska, cukier, herbatę, świece stearynowe, wyroby bawełniane, sukna polskie i rzeczy zbytkowe [29].

Jak niedogodnym jest port tutejszy dla statków, tak niegodziwe są wszelkie trakty łączące Derbent z innemi punktami Dagestanu i z południowemi prowincjami.

Jadąc do chaństwa kubińskiego, droga w wielu miejscach nawet rowami nie jest oznaczoną. W czasie roztopów wiosennych i jesiennych liczne kałuże, topieliska, zaś w porze zimowej liczne wyboje, utrudniają podróż wozową i pieszą. Jazda pocztą w porze suchej odbywa się nadzwyczaj szybko. Woźnice ujęci datkiem, puszczają nieraz luźne ogniste konie, trzymane w ciemnych stajniach i mgnieniem przelatują dwu lub trzymilową przestrzeń.

Zwalniają tylko bieg koni spuszczając się ze wzgórza w parowy, a przeciwnie wjeżdżając na pagórki puszczają swobodnie lejce, i wykrzykami, przygwizdywanie i smaganiem zachęcają konie do wytężenia ostatnich sił w biegu. Zdarzało się, że puszczone konie kurierskie paromilową przestrzeń id stacji do stacji przebiegały galopem.

Wieś żydowsko-arabska [30] Arbach i piękna wioska Kutar ze spacerowym ogrodem przy stacji pocztowej migają wtedy niepostrzeżenie prawie. Szybkość jazdy, świeże powietrze zawiewające z rąbka lasów kajtachskich napełnia wyobraźnią myśli jadącego. Tak jeszcze i za Kutarem między gajami na gęstych mostkach, na częstych strumieniach aż do Samuru...

Rzeka Samur o 5 mil za Derbentem oddziela Kajtach od chaństwa kubińskiego. Nowy most na tej szerokiej a bystrej rzece stał się wielką dogodnością dla mieszkańców i dla podróżujących [31]. Przez całe półwiekowe panowanie Moskiewskie w tej okolicy, podróżni przebywający w bród rzekę, narażali się nieraz na utratę życia i mienia a zawsze na wielką stratę czasu. W porze letniej, gdy nastaje wezbranie wody, mieszkańcy okolicznych wiosek, zamiast służenia w milicji, obowiązani byli do wskazywania brodu i przeprowadzania poczt i transportów rządowych, a nadto do oddawania podobnych usług i prywatnym osobom, za pewnem wszakże wynagrodzeniem. Przewoźnicy ci rozebrani do naga, opatrzeni w drągi, konno i pieszo otaczali wąwozy, zręcznie je podpierali przeciw biegowi wody i konie prowadzili za cugle. Bywały jednak przypadki, że przewodnicy i podróżni razem tonęli. - Teraz to niebezpieczeństwo przecież usunięte!

Przypisy

[1] Mianem Lezginów, czyli etnonimem jednego z dagestańskch etnosów zamieszkującego dziś południowy Dagestan nazywano często wszystkich górali dagestańskich, szczególnie tych mówiących językami kaukaskimi (w odróżnieniu od ludów turkojęzycznych). Również dzisiaj w języku potocznym np. w Gruzji mieszkańców Dagestanu określa się mianem Leki (nazwa własna Lezginów). Nazwa ta wzbudza postrach gruzińskich dzieci, straszonych “okrutnymi Lekami” na pamiątkę licznych najazdów dagestańskich górali na gruzińskie wioski.

[2] Ową złotopiaskową górą jest barchan Sarykym (czyli “żółty piasek”). Barchan ma 262 m.n.p.m i znajduje się w rejonie bujnackim, 25 km na północny-zachód od Machaczkały. Wchodzi w skład Dagestańskiego Parku Narodowego. Jest to najcieplejsze miejsce w całym Dagestanie (średnia roczna temperatura wynosi ponad 20 C).

[3] Mieszkańcy Dagestanu (i wielu innych regionów na Kaukazie) również dziś nie zapominają o swoich przodkach . Nie sprawia im problemu wymienienie imion swoich pra pra dziadków kilka wieków wstecz. Pamiętają również o ważnych wydarzeniach w historii swojego aułu lub regionu. Dziś jedne z bardziej zadbanych miejsc w każdej wsi to pomniki bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, na której z prawie każdego dagestańskiego aułu zgineło po kilka lub kilkadziesiąt osób.

[4] Pułk apszeroński (nazwany od Półwyspu Apszerońskiego w obecnym Azerbejdżanie) istniał od 1700 do 1918 roku. Odegrał ważną rolę w wielu wydarzeniach Wojny Kaukaskiej (np. szturmie Achulgo, zajęciu Gunibu, pochodzie na Andi i Dargo) oraz stłumieniu powstania w Dagestanie i Czeczenii w 1877 r.

[5] Tbilisi

[6] Szura, od Temir-Chan-Szura (dzisiaj Bujnack).

[7] Nazwa znaczy tyle co “Jezioro (szura) Tamerlana” i najprawdopodobniej pochodzi z czasów gdy wojska Tamerlana stacjonowały nad znajdującym się w tym miejscu jeziorem (później osuszonym) w 1396 r. W 1922 nazwę Temir-Chan-Szura zmieniono na Bujnack w cześć rewolucjonisty Ułłubija Bujnackowo.

[8] W czasach radzieckich kościółek wpierw zamknięto a następnie zburzono, stawiając na jego miejscu dom handlowy. Wielu Polaków mieszkających w Bujnacku rozstrzelano lub represjonowano, szczególnie w czasach stalinowskich. Ich potomkowie, choć w większości nie mówią już po polsku, pamiętają o swoim polskim pochodzeniu i polskich przodkach; obchodzą święta według kalendarza gregoriańskiego. Nie jest ich wielu; nie tworzą zwartej wspólnoty, Od czasu zburzenia kościoła w Bujnacku nie ma również rzymsko-katolickiej świątyni w całym Dagestanie. Więcej o Polakach w Dagestanie http://www.polacywdagestanie.kaukaz.net

[9] Dzisiaj podobnie się mówi się o stolicy Dagestanu Machaczkale, upatrując moralnego zepsucia we wpływach zachodnich i rosyjskich. Jego “zewnętrznymi” wyznacznikami w oczach “tradycjonalistów” są m.in. krótkie spódnice, obcisłe spodnie, spotkania z płcią przeciwną w miejscach publicznych przed ślubem, “wewnętrznymi” natomiast odchodzenie od wiary przodków, brak poszanowania dla starszych. Nadal jednak trudno spotkać w Machaczkale dziewczynę w mini, czy z papierosem (nie mówiąc o piwie!) idącą z chłopakiem pod rękę. Studiującym dziewczętom z porządnego domu rzadko pozwala się samotnie mieszkać w akademiku w mieście, starając się zapewnić im mieszkanie (i kontrolę) u krewnych. Wyznawców islamu również nie ubywa, szczególnie wśród ludzi młodych.

[10] Gimry nie tylko podczas wojny kaukaskiej przysparzało Rosjanom problemów. Pod koniec 2007 roku na ponad pół roku ogłoszono Gimry “strefą operacji kontrterrorystycznej”. Auł okrążono wojskiem i Omonem, zablokowano tunel – jedyną drogę prowadzącą do Gimrów, wpuszczając tylko “sprawdzonych” mieszkańców... oraz tych którzy za przejazd “zapłacili” jadąc w górskie regiony Dagestanu i nie chcąc tracić dwóch godzin na objazd.

[11] Regiony zamieszkałe przez Awarów, czyli środkowo-zachodnia część górskiego Dagestanu.

[12] ros. krypta

[13] Porwania nie były w Dagestanie rzadkością. Porywano dla okupu lub do pracy w charakterze niewolników. Terenem częstych najazdów dagestanskich górali (wespół z czeczeńskimi) były np. wioski gruzińskich górali. Z napadanych wsi porywano kobiety w celu ożenku (to dlatego - jak głosi nieco seksistowska anegdota – w Gruzji niewiele dziś ładnych kobiet) oraz mężczyzn do pracy w charakterze niewolników, którym z czasem darowywano wolność. Dali oni początek rodom o charakterystycznych gruzińskich nazwiskach. Mają one niższy status niż rody dagestańskie i po dziś dzień ożenek z osobami z tych rodów traktowane są jako mezalianse. Popularność porwań dla okupu wzrosła po rozpadzie ZSRR (szczególnie na terytorium Dagestanu, Czeczenii i Inguszetii) i była formą zarobkowania bandytów a później również bojowników.

[14] Mowa tutaj o Awarach, koczowniczym ludzie pochodzenia ugro-ałtajskiego, który pojawił się na terenie Europy w VI wieku tworząc na obszarze części obecnych Węgier, Słowenii i Austrii Kaganat Awarski, który istniał do IX wieku. Zasłynęli najazdami na Bizancjum oraz... wiązaniem włosów w dwa warkocze. Słowianie nazywali ich Obrzy, skąd dzisiejsze słowo olbrzym. Zbieżność nazw z dagestańskimi Awarami jest raczej przypadkowa. W języku rosyjskim współcześni mieszkańcy Dagestanu to Awarcy, a koczownicze plemiona Awary, stąd grupy te nie są mylone.

[15] I w dzisiejszych czasach nierzadko mieszkańcy sąsiednich wsi, choć formalnie należący do tego samego etnosu, mówią ledwie zrozumiałymi dla siebie dialektami. Powszechnie znanym językiem komunikacji wewnątrzetnicznej jest rosyjski, choć nierzadko mieszkańcy wieloetnicznych regionów znają po kilka języków swoich sąsiadów.

[16] I dziś nierzadko można usłyszeć teorie o białogłowych i niebieskookich Awarach, Czeczenach i innych, których “zanieczyściły” przekoczowujące ludy pochodzenia tureckiego i mongolskiego. Zastanawiającym jest jaki wypływ na tak silne przetrwanie owych teorii miał kolonializm.

[17] Abrek – człowiek składający przysięgę Bogu na wybrany okres (do 5 lat) w ciągu którego obiecywał wykazać się męstwem i nieustraszonością w boju oraz unikać wszelkich życiowych przyjemności; Na ten czas zrywał więzi z rodziną i przyjaciółmi, opuszczał rodzinny auł. Po zakończeniu Wojny Kaukaskiej słowo zaczęło oznaczać górala uczestniczącego w walce przeciwko carskim wojskom i administracji.

[18] Czoch – auł w dzisiejszym rejonie gunibskim Dagestanu. Do połowy XIX w. był nikomu niepodlegającym aułem wchodzącym w skład konfederacji Andalal, skupiającej jeszcze 19 innych aułów, które jednoczyły się w obliczu niebezpieczeństwa. W okresie wojny kaukaskiej Czochińcy szybko przeszli na stronę Moskwy, za co okrutnie zemścił się na nich imam Szamil doszczętnie niszcząc osadę.

[19] Miasto położone około 500 km na południe od Moskwy.

[20] Powyższy opis mimowolnie przywodzi na myśl tzw. obozy filtracyjne na terenie Czeczeni, w których w równie wyrafinowany sposób torturowano zarówno bojowników jak i cywilów czeczeńskich. Więcej w książce Anny Politkowskiej pt. Druga Wojna Czeczeńska, Kraków, 2006.

[21] Z arabskiego ucmej – władca, naczelnik.

[22] Sędzia

[23] Również zgodnie z szariatem można zawrzeć małżeństwo w którym mężczyzna zrzeka się możliwości poślubienia innej kobiety. Na Kaukazie gdzie wielożeństwo nie jest uwzględniane w państwowym prawodawstwie, ślub z pierwszą żoną jest zwykle oficjalnie rejestrowany w aktach Urzędu Stanu Cywilnego (ZAGS), natomiast z kolejną odbywa się jedynie wg prawa islamskiego (jest to tzw. mahar) w obecności mułły. Według szariatu druga żona jest równoprawną spadkobierczynią męża, co oczywiście nie ma odbicia w prawie FR.

[24] I dziś nie na wszystkie tematy łatwo porozmawiać z mieszkańcami Dagestanu, którzy boją się nieraz otwarcie wyrażać swoje poglądy, jeśli różnią się one od wizji propagowanej przez republikę. Mało kto przyzna się choćby do biernego wspierania bojowników czy sympatyzowania z tzw. islamem radykalnym. Trudno się dziwić. Podejrzenia o “wahabizm” kończą się w najlepszym wypadku przeszukaniami, w gorzszym aresztowaniami lub prześladowaniami.

[25] Chodzi zapewne o szacha perskiego Nadira, zwanego Nachszirwanem, który w 1741 r. najechał Dagestan. Mimo większej i lepiej uzbrojonej armii został pokonany przez górali w jednym z wąwozów koło Sogratla (w dzisiejszym rejonie gunibskim).

[26] Chodzi o Dżuma-meczet – najstarszy meczet na Kaukazie zbudowany przez Arabów w VII w. Ze względu na jego bazylikański charakter funkcjonują teorie o istnieniu wcześniej bazyliki w tym miejscu (do VII w wpływy chrześcijaństwa w południowym Dagestanie były duże), jednak bardziej prawdobodobne jest to, że budowla powstała od razu jako meczet, inspirowany architekturą podbijanych przez Arabów ludów chrześcijańskich. Obecnie w meczecie modlą się razem szyici i sunnici. W kwietniu 2005 doszło tam to masowej bójki z wyznawcami tzw islamu salafickiego wokół sporu dotyczącego wyboru nowego imama.

[27] Chodzi o stary cmentarz muzułmański Kirkylar.

[28] Dziś taką opinię mają w Derbencie Azerowie, którzy podobnie jak na całym Kaukazie uważani są za zniewieściałych lub “kochajacych inaczej” (co jest na Kaukazie jedną z największych obelg pod adresem mężczyzny), zapewne ze względu na rozpowszechniony np. w Azerbejdżanie zwyczaj trzymania się mężczyzn za ręce. Przytoczmy jedną z popularnych anegdot o Azerach.
- Achmed, pora się żenić. Może z Mediną z sąsiedztwa, albo naszą krewną Patimat?
- Nie Mamo, ja ich nie kocham.
- A kogo kochasz?
- Mamo, ja kocham Tolika.
- Bój się Boga Synku! To przecież Rosjanin!

[29] Przez Derbent prowadził niegdyś fragment Jedwabnego Szlaku.

[30] Obecność Arabów na tych terenach w XIX w jest dość wątpliwa, ale być może mieszkali tam ich potomkowie, którzy zachowali pamięć o przodkach. Nie jest również wykluczone, że mianem Arabów mieszkający tam Żydzi określali wyznawców Allacha. Derbent i okolice zamieszkiwało bowiem wielu Żydów Górskich, którzy choć wyznawali judaizm przejęli wiele zwyczajów od swoich muzułmańskich sąsiadów. Większość Żydów Górskich w latach 90. XX wieku wyemigrowala do Izraela. Dziś w całym Dagestanie pozostało ich około 2 tys.

[31] I dziś most na Samurze dzieli Azerbejdżan i Dagestan, mając opinię najbardziej skorumpowanej granicy na całym Kaukazie. Niestety granica ta jest zamknięta dla obywateli spoza b. ZSRR.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury