Część Czwarta - CHAŃSTWO KUBIŃSKIE

Widoki i klimat. – Gruzy starej Kuby. – Nowa Kuba. – Charakterystyka miasta. – L. Kociejowski. – Żydzi. – Rodzina potomków chanów bakińskich. – Kamieński, nauczyciel Achmeda. – Abbas Kuli. – Aga, poeta perski. – Zamęźcie Zejbeny i Thury. - Sprawa o grunta wiejskie. – Święto perskie. – Szach Hussejn. – Post mahometański. – Ramazan. – Osada Kusary. - Pułk Szyrwański. Ogólna niemoralność. – Bractwo polskie. – Położenie Polaków. – Maniukin. – Kniaź Wasilczykow. – Wasili Holowińskoj. – Kradzieże urzędników. – Lezgiński obrzęd weselny w Chazrach. – Obrzęd sprowadzania chmur.

**

Stanąwszy na prawym brzegu Samuru, w chaństwie kubińskiem [1], czyjeż serce nie zadrży uczuciem dziecka na widok wesołej natury, umilającej się do stworzenia uśmiechem kwiecia, ścielącej mu się pod nogi cudną zielenią trawy i patrzącej nadzieją rozwitych krzewów i drzew liściastych! ...

Jakież to rajskie te lasy dokoła! Nad dziesięciu rzeczkami, od zachodu do morza na wschód szybko płynącemi i nad stu prawie strumieniami spływającemi znowu do rzeczułek, rosną one zbytkownem prawie bogactwie. Obok wiekowych rozłożystych buków (czynarów) owiniętych chmielem, obok wspaniałych osin, którym na smugach przypatrują się najpiękniejsze róże, rosną pyszne wierzby, topole, morele, grusze, jabłonie, brzoskwinie, morwy, tereśnie, a między niemi jeszcze leszczyny, maliny, porzeczki. Jakby sady jakie, wyglądają te lasy w drugiej połowie maja, w kwietniu bowiem zaledwie wierzby rozwijają listki. Sąsiedztwo morza i bliskość gór śniegowych opóźnia rozwijanie się roślinności. W lasach tych, w trzcinach nad jeziorami i na południowem błoniu przesuwa się huk zwierzyny. Już nie pojedyńczo ale stadami przebiegają jelenie, sarny, dziki, zające i plączące się u wsi po nocach szakale.

Na polach śród bagien nadmorskich i nad drzewami przelatuje mnóstwo ptastwa, a największa z niego ilość gołębi, bażantów i kaczek.

Ryb i olbrzymich raków, o jakiż dostatek! Pastwiska szerokie wypasają nie tylko mniejsze stada koni, bydła i owiec, ale jeszcze wykarmiają w zimowej porze cały dobytek okolicznych górali... Lecz nie zazdrośćmy tej ziemi, bo nie miała ona szczęścia. Dawniejszego najezdnika nowy najezdnik wyganiał, a śmiertelna febra w niższych miejscowościach rok rocznie tysiącami zabijała ludzi [2].

Kamień pozostały od półczwarta wieku na cmentarzu wiejskim w Czychmazie [3], opowiada o pogrzebaniu tam w jednym roku pół tysiąca zmarłych. Liczne cmentarze po lasach świadczą o zniknięciu wielu starych siedzib ludzkich.

Za naszych też czasów wojna i mór niezmiernie wyniszczała ludność miejscową. Dla uniknięcia chorób wiele rodzin w czasie upałów wynosi się z nizin na górzyste miejsca, a pozostałe przebywały całe dnie w sadach i namiotach z wojłoku urządzonych. Górale ze swemi stadninami w lecie wynosili się do swych magałów (gmin) [4], a pozostałych śmiałków po większej części śmierć sprzątała.

Ostatniemi dopiero laty przekonano się o dwóch przyczynach tego moru. Pierwsza z nich jest: sąsiedztwo kilku jezior, które wysychają nagle przez rozkład ciał organicznych, zatruwają powietrze całej okolicy, drugą zaś używanie do picia wody z kanałów, przyjmujących ścieki z kilkudniowych nawodnień pól ryżowych (czałhyków).

Zbadanie tego przedmiotu i podanie łatwych środków do usunięcia klęsk miejscowych należy się Leopoldowi Kociejowskiemu, Podolaninowi, który po długich latach przebywania w szeregach wojskowych za karę przestępstwa politycznego naznaczonym był na naczelnika powiatu kubińskiego. Stał się on tedy w wielu względach dobroczyńcą tej prowincji i zyskał uznanie całej ludności, która mu przy powrocie do kraju serdeczne, nieurzędowne złożyła podziękowanie.

Ziemia kubińska, stanowiąca niegdyś z ziemiami lezgińskimi jedność społeczną, z powodu swego topograficznego położenia będąc łatwiejszą do zdobycia niż górzyste strony, była ciągle przez podbój odrywana i najdłużej zostawała pod przemocą Persów. Od Piotra W. gdy polityka moskiewska udając przyjaźne stosunki z szachami, protegowała odrywanie się od Persji prowincji kaukazkich i panowanie osobnych drobnych chanów, wtedy i ziemia kubińska w osobie rządcy perskiego uznała swego osobnego chana czyli szeika. Późniejsze niezadowolenie ludności z szeika Hussejna-Ali-Chana było powodem doi powstania i wyzucia go z władzy. Moskale zaraz korzystali z tej sposobności i wśród domowej wojny, torując sobie przyszły zabór, protegowali orężem syne jego Fecht-Ali-Chana [5], który dostał się do władzy.

Za ostatniego szeika Ali-Chana, Moskale w r. 1796 przeszedłszy Derbent, znowu podburzali przeciw niemu brata jego Hassen-Chana i wsparli go w walce. Ali-Chan utracił władzę, po którą potem w dziesięć lat znowu sięgał, ale Moskale przekonali jego dziesięciotysięczny zastęp, a zdobywszy stolicę kraju Kubę, miasto handlowe i przemysłowe w gruzy je obrócili. Na gruzach tych zbudowawszy szańce, długi czas w nich przebywali, aż z powodu niezdrowego klimatu straszliwie tępiącego wojska, zmuszeni byli do przeniesienia się do nowej osady o trzy mile ku południowi, której nadali nazwę Nowej-Kuby.

Gdy obecnie na gruzach obwiedzionej murem starej Kuby, na układającej się warstwie ziemi, porasta bujny chwast i tworzy się coraz obszerniejsze gniazdo gadów i owadów, Nowa Kuba dorasta już 10 tysięcznej ludności [6].

Chociaż i ona już w r. 1837 powstała przeciw Moskalom, ale klęska prócz poległych w boju, ograniczyła się na 40 powieszonych na ulicach i na placach mieszkańców miasta [7].

Dzieci i wnuki tych ofiar, nazywanych szegidami (męczennikami) [8], odkupują od rządu miejsca, na których ich przodkowie chwalebną śmierć ponieśli i płacą za nie wygórowane ceny. Stawiają na tych miejscach budynki, przeznaczone dla oka na mieszkanie lub na sklepy handlowe, a rzeczywiście przekazane dla drogiej pamiątki przyszłemu pokoleniu.

Nowa Kuba zbudowana nad głębokiem urwiskiem, w którem rzeka Kudjat-czaj (Kudinka) [9] przerzyna się po gruncie usianym kamieniami, naniesionymi z gór bystrym pędem wody, wzrasta żywo, a swoją wschodnią postać stroi w suknie europejskie. – Przy ulicach wyprostowanych i wybrukowanych stoją coraz nowe i ładne kamienice. – W r. 1845 kupiec Łazarew wybudował ładny kościół Ormiański z domem dla duchowieństwa i na szkołę. Parę nowych meczetów murowanych zbudował T. Szpadkowski na miejsce dawniejszych drewnianych [10].

Projektowaną cerkiew prawosławną, na którą już sporo funduszów uzbierano, pewno też już postawiono.

Szyici i Sunici, to jest Persowie i Turkmeny z Lezginami główną składają ludność [11].

Ormian liczy się kilkadziesiąt rodzin. Rodziny moskiewskie zajmują głównie mieszkania na przedmieściu połączonem teraz z miastem jednym okopem, od czasu kiedy wojna turecka zapowiadała działania na Kaukazie [12].

Za rzeką po za mostem u niższego jej lewego brzegu ukazuje się przedmieście nazwane słabodą żydowską zamieszkałe przez samych żydów, różniących się od naszych odmienną zupełnie mową, która jest jakąś mieszaniną języka hebrajskiego z chaldejskim [13].

Kiedy mianowicie żydzi osiedlili się na Kaukazie, powiedzieć tego nigdzie nie potrafią, świadectwa jednak historyczne wzmiankują, że w r. 720, za potęgi arabów, liczne ich tłumy jako niewolników przesiedlono na wschodni brzeg Czarnego morza do Lezgistanu [14]. Prawie wszędzie żydzi kaukazcy zajęli się rolnictwem. W Kubie od niedawna jak i w innych miastach zaczęli próbować zarobku w handlu, przy Persach, jednak a osobliwie przy Ormianach podnieść się nie mogą. Wyjątki niektóre jak Nazarewicz w Kubie lub Abrahim-Ogły w Derbencie, którzy znaczniejsze kapitały po kilkadziesiąt tysięcy rubli wynoszące zebrali, są tylko szczegółowe.

Kubińscy żydzi, za rządów krajem Leopolda Kociejowskiego, pewni, że wykrycie ich funduszów nie narazi ich na żadne straty, odważyli się stawić porządne murowane domy, na miejsce dawniejszych lepianek [15]. Za poprzednich zarządów, nie tylko żydzi, ale wszyscy mieszkańce miasta udawali zawsze biedniejszych niż istotnie byli, z obawy zdzierstwa urzędników, którzy pod rozmaitemi pozorami wyciskali z nich pieniądze. Partyzanci też miejscowi szarpiąc Moskwę starali się chwytać bogatszych ludzi dla wzmożenia na nich znacznego okupu. Taki sam wypadek stał się z Nazarewiczem w r. 1851, ale odbitym był zaraz w lesie przez miejscową milicją.

Kuba będąc na wielkim trakcie, łączącym północ z południem, przedstawiała zawsze ruch znaczny na swych ulicach. Nie mówiąc o przechodzących nieraz wielkich karawanach, za stu lub dwustu wielbłądów złożonych, - powiększających ruch ludności i straszących miejscowe konie, życie miasto samo przez się było czynne i oryginalne. Szewcy, krawcy, siodlarze, srebrnicy, kowale i inni rzemieślnicy, pracowali przy szeroko otwartych od ulicy podwojach, jednocześnie przedając swoje towary przechodniom. Obok nich cyrulicy golili łby; nauczyciele uczyli dzieci pisma i czytania, karcąc rzemieniem nieuków i nieuważnych; rzeźnicy opiekali szaszłyki (baraninę) dla smakoszów, piekarze piekli czureki (chleb). Śród przechodniów przemykały się osłonięte czadrami niewiasty, niosąc zdrojową wodę na głowach lub na ramionach, w miedzianych lub cynowych dzbanach. Przed niemi i za niemi sunęły się olbrzymie bawoły lub górskie małorosłe woły, ciągnąc naładowane skrzypiące arby, na wielkich niby młyńskich kołach. Na główniejszych ulicach nieraz derwisze czytali ulubione miejsca „Tysiąca nocy i jednej” i deklamowali z pamięci ustępy perskich poetów, głosili wielkość cara na widok moskiewskiego urzędnika, a po jego odejściu język mu pokazywali [16].

Ci z mieszkańców, którzy nie mieli żadnego w mieście zajęcia, udawali się za bramy miejskie na cmentarz swojej sekty szyitskiej i sunnitskiej. Ale szyici (Persowie) w mieście przeważali, mieli mnóstwo ozdobnych sarkofagów, przeniesionych z ciałami zmarłych, z cmentarza staro-kubińskiego. Wielki nagrobek jakiegoś znakomitego męczennika (szegida) ściągał obok siebie pobożnych [17].

Mężczyźni znosili białe kamienie, aby przechodnie w nocy ciemne, zwracali oczy w tę stronę; kobiety na grobie szegida wieszały szmaty jako oznakę modlitwy. Cześć wszystkich dla szegidów jest niezmierna, bo wszyscy są pewni, że męczennik ginący za wiarę najniezawodniej dostaje się do raju, gdy ludzie najświątobliwszego życia mogą być jeszcze tyle winni przed Bogiem, że się raj zakrywa przed nimi. Krew przelana w walce z niewiernymi według muzułmanów gładzi wszystkie grzechy. Na świeżych grobach nie raz rozpaczliwie płacze i jęki niewiast smutkiem przejmują obecnych.

Obok cmentarzów rosną cieniste sady, niektóre z altanami a niektóre i z grzędami kwiatów, z których najwięcej goździków, lewkonji, rezedy, astrów, lupinozów, skabiozów, maków, petenji i t. p.

W tych sadach nie raz muzyka przygrywa improwizacjom śpiewaków, nie raz ochotni do tańców wyskakują lezginkę, a żądający kiejfu (spoczynku) [18] wylegają lub przesiadują całe godziny na murawie pod drzewami.

Najpiękniejsze sady posiada perskiego pochodzenia rodzina Bakichanów. Oprócz niej prawie nie ma w chaństwie, nazwanem teraz powiatem, wyższych rodzin beków (szlachty). Dawni chanowie i beki znikli, słudzy zaś ich i Ormianie zajęli ich miejsca.

Ojciec teraźniejszej rodziny Bakichanów, był panem chaństwa bakińskiego pod imieniem Mirzy Mahomed-Chana II., który za opór wojskom moskiewskim w końcu zeszłęgo wieku podległ wydziedziczeniu z władzy i z dóbr swoich [19]. Uciekł wtedy do pokrewnego sobie domu chaństwa kubińskiego, którym znaczny majątek przypadł na jego żonę [20]. Obecnie Bakichanowie podzieleni na sześć familji, posiadają kilkanaście wielkich wsi dobrze zagospodarowanych i kilka domów w Kubie. Głową rodziny był najstarszy z pozostałych przy życiu braci, Dżafar-Kuli-Aga, w obecności którego bez jego zezwolenia żaden z jego braci nigdy usiąść się nie ośmielił [21]. Wszyscy oni służyli w wojsku, mieli wyższe rangi i pobierali znaczne pensje. Jenerał Dżafar-Kuli-Aga, major Mustafa-Aga i rotmistrz lejb-gwardji kozaczego pułku, przebywali długi czas w Polsce i wiele wspomnieć z niej wynieśli.

Dżafar-Kuli-Aga wyjednał u wyższej władzy wyjątkowe pozwolenie dla szeregowca Władysława Kamieńskiego, wykładania nauk najmłodszemu jego synowi Achmedowi. Gdy na wschodzie znaczenie nauczyciela jest wielkiej wagi, matka Achmedowa chciała osobiście poznać Kamieńskiego. Przedstawiony więc nauczyciel oglądany z za kotary, ale nie widzący osoby, której był przedstawiony, usłyszał te wyrazy zdziwienia o sobie: - O jakiż to szczupły i mały ten usta (uczony)[22]!

Pamięć jej o nim była ciągła. Przysyłała mu prawie co dnie owoce i łakocie, a niekiedy jedną drobną robótkę. Wywiadywała się o postępach syna, a temu kazała opowiadać czego się nauczył.

Urządzenie wnętrza domu jenerała bardzo mi się podobało. Gdy to zauważył w dobrym humorze, prosił mnie ze sobą do pokojów kobiecych, przy osobnym dziedzińcu umieszczonych, a w których przebywała żona jego z dwoma córkami i ze sługami. W uradowaniu myślałem, że przecież ja będę szczęśliwym i ujrzę zamknięte córy wschodu przy ich zwyczajnem zajęciu, czy też zabawie. Niestety, Dżafar-Kuli-Aga wezwał je do wyjścia i w wielkim salonie, oszklonym z góry i z boku różnofarbnemi szybami i zwierciadłami, ujrzałem na tapczanach tylko rozrzucone roboty, a między niemi piękne, złotem i srebrem szyte poduszki, kapszuki, igły, naparstki, nożyczki i różne przyrządy do roboty. Wielkie szklanne drzwi otwarte były do ogrodu, w którym śród kwiatów szumiała woda bijąca z wodotrysku [23].

Musiałem się zadowolić i z tego, a przypadek zdarzył, że nazajutrz rano wychyliwszy się z piętrowego okna, ujrzałem obie córki jenerała w koszulkach, boso przechodzące przez ogród. Dziewczęta te, ani ich matka pisać i czytać nie umieją. Prawda, że i sam jenerał pieczątką się ratował od znajomości pisma. On wierny dawnemu przykazaniu zwyczajowemu, jako potomek chanów, zajęcie się pismem uważał za ubliżenie swojej godności, mógł go używać jedynie tylko dla zabawki, dla siebie. Lecz gdy czasy się zmieniły, kazał Achmedowi nauczyć się nieco.

Dziwnem zdarzeniem najstarszy z tych braci, zmarły Abbas-Kuli-Aga, był nietylko pismiennym ale uczonym nawet mężem [24]. Jako człowiek fantazji i uczucia pisał poemata, jako człowiek badawczego umysłu, robił notaty historyczne o prowincjach sąsiednich. Nie gardził obcemi naukami, zwiedzał Turcją i Persją. Szach i sułtan zadziwieni jego nauką obdarzyli go orderami Lwa i Słońca i Nawtyhar. W Petersburgu i w Warszawie nauczył się moskiewskiego i polskiego języka. Zasmakował w polskiej literaturze, sprowadzał sobie książki i nie na jednej liście prenumeratorów pism polskich wydawanych w Petersburgu, mieści się jego imie z dodatkiem: „poeta perski”.

Miał on dwie córki: Zejban-Nizę-Bejgiuń i Tuhrę-Chamun. Przeciw zwyczajowi miejscowemu, chcącemu, aby kobiety sztuki pisania nie posiadały, aby nie mogły same żadne żadnych korespondencji prowadzić, nauczył je czytać i pisać a nawet starszej Zejbenie, chciwej nauki dał wyższe wykształcenie. Zejbena zna dobrze jeografją. stosunki międzynarodowe i nie jest fanatyczką. Przyjmując u siebie jedną rodzinę polską, zdumiała ją swemi wiadomościami o naszym kraju i swoim jasnym poglądem na rzeczy.

Abbas-Kuli nie znikł niepostrzeżenie między swojemi. Miał wpływ na wielu, miał szacunek ogólny i jakowąś miłość, która przeszła aż na jego córki.

Nie dziw, bo jego pieśni przeszły do ksiąg derwiszów i achundów [25], którzy głosili jego imie, jako wybrańca mowy rajskiej.

Opowiadają, że podróżując, gdy zatrzymał się w mieście perskiem Ardehil [26] i gdy wszedł do meczetu, usłyszał o sobie te słowa achunda:

- Teraz czytać będę wsławione pieśni w raju przebywającego, a przed wieki na ziemi naszej żyjącego, Abbasa-Kuli.

Achund później czytał ustępy z zajęciem. Słuchacze podziwiali pieśni, unosili się i zapalali. Poeta widząc to zapłakał, a lud to spostrzegłszy zwrócił się ku niemu. Achund zaś zapytał go:

- Czego podróżniku płaczesz, gdyś z nami powinien pić słodycz mowy i pożywać pokarm wiedzy z tej księgi?

- Ja płaczę ze szczęścia, rzekł poeta. Wy chwalicie tę księgę, a ja ją pisałem. Imie moje jest Abbas-Kuli, a jestem synem Mirzy-Mahomed-Chana.

Wyznanie to upojonemu pieśnią ludowi, wprawiło go w nowy zapał. Podróżny musiał w mieście dłużej zostać i był przedmiotem licznych owacji [27].

Wracając z Mekki w 1845 r., Abbas-Kuli zatrzymany przez muszeida [28] (naczelnika duchowieństwa szyitskiego), przy grobie jednego z szegidów, umarł i pochowany został w Bade-Tatma [29].

Ponieważ było we zwyczaju, że panujący chanowie z rodu perskiego, kazali sobie i członków swojej familji chować w miejscach świętych, przeto ciało poety, jak i zwłoki krewnych jego złożonych tymczasowo na kubińskim cmentarzu, oczekując przeniesienia do miasta Dedżeb w prowincji bagdadskiej, gdzie pochowany Ali, zięć Mahometa [30]. Po śmierci Abbasa-Kuli, namiestnik kniaź Worońcow, przejeżdżając przez Kubę, rozpatrzył jego bibliotekę i rękopisma, zostające w czasie małoletności córek pod zarządem Dżafar-Kuli-Agi, a za kilka wyproszonych egzemplarzy, ofiarował dla żony jenerała kolczyki brylantowe, cenione na 800 rubli.

Doczekawszy pełnoletności starsza córka poety Zejbena, objęła w swój zarząd majątek ojcowski, nie oddzielając go jednak od dóbr Bakichańskich i z prawa pierworodztwa, przyjęła na siebie opiekę nad młodszą siostrą Tuhrą. Stryjostwo Dżafar-Kulowie z powodów majątkowych, życzyli sobie połączyć je małżeństwem z ich synami Hassanem-Agą i Achmetem-Agą: lecz wykształcona Zejbena nie miała serca dla młodszego od siebie Hassana, wycieńczonego na zdrowiu i kompletnego niedołęgę umysłowego. Achmet więcej przypadał dla Tuhry. Przez baczność wszakże stryjowstwa długi czas żadne swaty do bogatych dziewcząt dojść nie mogły.

Dopiero w 1857 r. rządca sąsiedniego chaństwa kiuryńskiego, Jushuf-Bek, potrafił zgłosić się do Zejbeny, w zamiarze ożenienia z nią syna swego [31]. Zejbena słysząc już wiele pochlebnego o tym młodzieńcu zgodziła się na przysłanie swatów.

Te tajemne umowy doszły do wiadomości całej rodziny i Dżafar-Kuli, jako stryj i głowa całej familji powiedział, że się temu będzie sprzeciwiał, że może ona nie wychodzić za jego syna, ale że nie powinna domu swego łączyć węzłem familijnym z domem innego wyznania, że Jussuf-Bek jako sunita nie powinien także przyjmować do domu swego szyitki [32].

Cała liczna rodzina zerwała z Zejbeną osobiste stosunki, nikt jej zamku nie zwiedzał; lecz za to widziano jak nieraz siwy starzec w białej sukni, przepasany białym pasem i w białem czałmie, głowa miejscowego duchowieństwa, muszeid szeitów, Effendi-Hadżi, syn Effendego Ismaila, stukał nieraz do bramy i jak go do zamku wpuszczano.

Starzec ten napominał Zejbenę, aby postępkiem swoim obrazy Bogu, a sromu szyitom nie przynosiła. Przypomniał jej prochy ojca, które się poruszą w Bade-Tatma na wieść bolesną, którą mu wiatry z lasów kubińskich przyniosą.

- Mój ojciec – rzekła Zejbena – był prawowierny, ale on mnie nauczał, abym nie miała nienawiści religijnej.

- A czy ty chcesz być mędrszą od swojej matki i od swojej babki, o perło domów chańskich – rzekł muszeid. – Górę twojej wiedzy, gdy Bóg zechce, wiatr rozproszy. Gałąź twoja, gdy się oderwie od drzewa szyitów, uschnie w górach kiuryńskich. Bądź roztropną!...

Wdanie się do tej sprawy muszeida pociągnęło za sobą zajęcie się nią całej, a najliczniejszej w mieście ludności szyitskiej. Zejbena tylko garstkę sunitów miała za sobą. Wszyscy z niecierpliwością czekali rozwiązania tego dramatu.

Dżafar-Kuli dowiedziawszy się o wysłaniu od Jussuf-Beka swatów i posłów z listami i podarkami, posłał przeciw nim swoich uzbrojonych dworzan i nawerbowanych zapaśników, z zapowiedzeniem, aby się nie ważyli wstępować do miasta.

Naprawdę w mieście mogła się lać krew i muszeid zawiadomił Zejbenę o tem na co się zanosi. Wieścią tą przeszył jej duszę.

Zejbena rozpuściła w smutki włosy, a pełna żalu i niechętna przelewu krwi postanowiła iść tam, gdzie ją losy wiodą. Zaprosiła do siebie stryjenkę. Siadła przy niej na ziemi i płacząc przepraszała ją za swój upór. Prosiła aby się o nią nie bili.

- Ja wyrzekam się Jussuf-Bekowego syna, mówiła, ale przemieńcie koniecznie wojnę na spokój. Tuhra zgadza się być żoną Achmeda, a Hassan niech się ze mną żeni.

Posłów więc Jussuf-Beka dopuszczono tylko do mostu wiejskiego i na jego listy odpisano listem odmownym.

Odbył się zaraz czorek-kesti (obrzęd zmowin). Wysłani poważni swatowie, na znak przyjęcia przez dziewicę oświadczeń młodzieńców, przynieśli od nich chleb i sól pobłogosławiony przez muszeida.

Szyici bardzo radzi byli z takiego rozwiązania sprawy, a szczególniej cieszyli się Dżafar-Kulowie. Rozbiegli się jego dworzanie po mieście, roznosząc miłą nowinę znakomitszym osobom, nie wyłączając i wyższych urzędników moskiewskich, zaco według zwyczaju nagrodzeni zostali. – Kilku gońców wysłano w okolice do beków, a poczta powiozła jeszcze listy zawiadamiające krewnych i przyjaciół w sąsiednich krainach, a nawet w Persji, w tym wypadku.

Wzajemnie wszyscy zawiadomieni w mieście, pospieszyli osobiście do Dżafar-Kulego z powinszowaniem tej radości; z Szemachy zaś, z Baku, z Szuszy, z Derbentu i z Teheranu nadeszły listy napojone szczęściem z tej okoliczności.

W parę tygodni odbył się nizan (zaręczyny) Tuhry. Zejbena chciała opóźnić swój ślub, aby jako zastępująca matkę dla młodszej siostry, najprzód jej losem zająć się mogła. Jej zaś nizan odbył się dopiero w kilka dni potem.

Achmet i Hassan przez posłów posłali swym narzeczonym pierścienie, szale i materje na suknie, które zostały przez nie przyjęte. Dżafar-Kuli ugaszczał u siebie znakomitszego stanowiska ludzi, a biedniejszych obdarowywał peszkieszami (podarkami). Rozdano przychodzącym 450 głów cukru, 1600 funtów karmelków i 500 dukatów pieniędzmi. Dla urzędników moskiewskich wykupiono wszystko szampańskie wino ze sklepów, oprócz likierów i znacznej ilości wina kachetyńskiego.

Muzyka grała przed domem jenerała, a improwizatorowie do północy śpiewali pieśni. Cały rynek oświecony Muminacją i fajerwerki sprowadziły tłum ciekawego ludu, który sprawiał nie mało zgiełku i wesołego hałasu.

Po weselu Tuhry Zejbena nieoczekiwanie odłożyła swoje zaślubiny na parę miesięcy.

W czasie gdy trwały te zabawy w Kubie, działy się dochodzące do bójek spory graniczne we wsiach nadmorskich, należących do rządu jako skonfiskowanych i do Ormianina Chazarowa. Spory te chciał załagodzić głowa duchowieństwa sunickiego Kadi-Nasir-Ułła i brat jego Efiendi-Asad-Ułła, ale te starania nie otrzymały żadnego skutku, z powodu uporu Chazarowa. L. Kociejowski zjechał sam na grunt, zaprosiwszy z sobą wspomnianych duchownych, a nie mogąc stron pojednać, żądał zeznania całych wsi pod strogą przycięgą, którą Nasir-Ułła złożył w meczecie karadzałłachskim. Przysięgający przy podniesieniu ręki powtarzali słowa następujące:

„Ja niżej podpisany wedle czystości mego jestestwa, klnę się na rozdziale strasznej przysięgi Fi-fi-rydżał, wypisanej w księdze Boga wszechmogącego, że według powinności dam najsprawiedliwsze odpowiedzi na zadane mi pytania. Gdybym zaś wbrew przysięgi mojej stał się pobłażliwym dla jednej ze stron, w takim razie poddaję się karze oznaczonej dla krzywoprzysiężców. A na dowód sprawiedliwości moich odpowiedzi, całuję słowa koranu, w tej myśli, abym na strasznym sądzie mógł pragnąć i abym godzien był należeć do liczby rzetelnych (wybranych) ludzi.”

Poczem przysięgający dotykali czołem koranu na znak czci i całowali go.

Nim lud wezwany został do zeznań, Nasir-Ułła srogo upomniał miejscowego mułłę, ze widoczny brak jego staranności o meczet.

Mułła tłumaczył się, że dziesięciny regularnie nie odbiera i że ludność pokazuje mniejsze niż ma rzeczywiście dochody.

Nasir-Ułła zapytał dla czego tak robią.

- Dla trudnych czasów, odpowiedzieli.

- Trudne czasy nadeszły, odrzekł Nasir, boście nagrzeszyli i o meczetach nic nie pamiętali, ani o wdowach, ani o sierotach. Dawniej ptaki na naszych minaretach znajdowały sobie ziarno przez rolników niesione, a teraz odmawiacie dziesięciny, nakazanej przez koran. Czy obiecujecie iść za głosem proroka?

Schylili się ludzie, czyniąc pokłon Nasirowi, całowali jego szaty i suknie brata jego.

Sprawa graniczna po kilkudniowej pracy mogła być tylko tymczasowo załagodzona.

Muzułmanie oprócz dni piątkowych obchodzą jeszcze uroczyście kilka świąt do roku, na pamiątkę ważnych wypadków religijnych. Twierdzą, że Mahomet wybrał piątkowy dzień na odpoczynek, dla wyróżnienia świąt wiary swojej od żydowskich i chrześcijańskich. Mahometanie zaś powiadają, że święcą piątki dla tego, że je i prorok święcił, że on i Ali urodzili się w piątek, że Jezus z Nazaretu w ten dzień, na półtory godziny zatrzymał słońce i że nareszcie w piątek nastąpi wielki dzień sądu Bożego.

Jeżeli ważne są święta arbain jako dni wzajemnego sobie przebaczenia win; święta Eid–i–maulad jako dni podawania biednym pomocy i jałmużny; święta Biza i Barata jako dni zaduszek, w które wieczorami modli się duchowieństwo z ludem na cmentarzach; najdłuższe są jednak obchody świąt Mucharrema, Safara i Ramazana. Pierwszy z tych obchodów religijnych poświęcony jest u szyitów nowemu latu duchownemu i pamięci męczeństwa Hussejna, syna Alegi i Fatymy córki Mahometa [33].

Podanie mówi, że Hussejn urodził się w 4. roku chidżry, po sześciomiesięcznej brzemienności Fatymy; że cud ten oznaczył wyższość Hussejna, który wyprzedził wszystkie dzieci, mające się z nim razem narodzić; że w jego dzieciństwie anioł Gabrjel przepowiedział mu śmierć męczeńską i że z tego powodu całe życie był smutny.

Hussejn miał 8 lat, gdy umarł Mahomet, a 38 lat, gdy jego ojciec Ali był zabity [34]. Pozostałe życie Hussejna przez ciąg 20-letni, przeszło spokojnie przy kalifacie Moowiego [35]; lecz następca i syn tego ostatniego Jezyd powstał przeciw całej familji Mahometa i przeciw jego nauce [36]. Wysłał on rozkaz do Medyny, gdzie się znajdował Hussejn, ażeby go zabić i tym sposobem zabezpieczyć się na kalifacie. Hussejn usłyszawszy o tym rozkazie, uciekł do Mekki z Abdułłą synem Zabajra i ogłosił się przeciw Jezydowi. Mieszkańcy miasta Kufy [37], po większej części wyznawcy Alego, dowiedziawszy się o prześladowaniu Jezydowem, zaprosili do siebie Hussejna, w zamiarze ogłoszenia go kalifem. Hussejn w gronie swej rodziny, krewnych i sług i małego oddziału Arabów dążył do nich przez pustynię, między Kuffą a Mekką. Jezyd posłał przeciw niemu wodza Obejdałłę [38], z wojskiem, do którego przyłączyły się inne oddziały, baczące na przyjazd Hussejna. Obejdałło przeciął mu drogę od strony Chaldei, a potem otoczył go w 10 tysięcy jeźdźców we wsi Kerbała [39], i zwyciężył go po 10 dniowej walce w 10 dzień Mucharrema, 61 roku chidżry czyli 773 r. po Chr. [40]. Głowę Hussejna, którą się z naigrawaniem nabawił Jezyd, pozwolił on odwieźć i pochować w Damaszku. Głowę tę następnie przewieziono do Askalonu w Palestynie, a nareszcie do Kairu, gdzie była złożona w nowym meczecie Maszech-Hussejn [41].

Wypadek ten historyczny, połączony z fantastycznemi podaniami, stworzył u Persów religijną dramę, która się corocznie w święta Mucharem w meczetach odbywa, a nadto zrodził krwawe obchody religijne, które jeszcze w Kubie i Szemarze zamieszkałej przez Persów, dotąd są praktykowane, a nazwane Szach-Hussejn [42]. Po spokojnym dniu letnim miasto wieczorem zamienia się w obozowisko ludu. Płoną pochodnie i pęki smolnych szmat; rozlega się szum przechadzającego się wszędzie ludu, grzmot bębnów i pękanie rakiet, brzmią dzikie krzyki i wznosi się gęsty dym smoły. W każdej części miasta, śród pochodni formują się koła prawowiernych, trzymających się jedną ręką za pas sąsiada, a drugą trzymając podniesioną do góry z kijem, dla wymierzania sobie ciosów. Taniec kołowy odbywa się w podskokach naprzód, w tył i bok, którym takt oznacza huk bębnów i dźwięk mosiężnych talerzyków. Przy każdym skoku dają się słyszeć wykrzynikiki: „Ach Hussejn, waj Hussejn!”, albo: „Aga Imam!” albo: „Ali-dżan, Ali-dżan!” (Ach Husejnie, ach Husejnie! panie Imanie, panie Imanie! Ali-duszo, Ali-duszo!).

Dobosze i muzycy ubrani wtedy po arlekińsku (fokkebar).

Na dwóch placach stanęły ołtarze, upiększone kobiercami, aksamitnemi i jedwabnemi materjami, zwierciadłami i błyskotnemi talerzami.

Około jednego z nich stanęło koło pokutników młodych, zadających sobie razy w głowę kijami (kilbazy), innych zaś kindżałami lub kamieniami (senyzeny). Około drugiego obchodziło koło obnarzonych po pas młodzieńców, bijących się pięściami w piersi (sinezem). Derwisze jednym i drugim czytali w przestankach modlitwy z koranu i śpiewali hymny: Mułłowie zaś zagrzewali do silnych uderzeń i przypominali o wielkich przewinieniach pokutników.

Dziki i straszny jest ten obrząd, powtarzany co wieczór przez dziewięć dni; ale jest on tylko przygotowaniem do dnia ostatniego Mucharremu, w którym dreszcz przejmuje, patrząc na straszne pastwienie się ludzi nad sobą samymi! Już od rana całe miasto jest na nogach. Wojsko jest w pogotowiu, patrole się kręcą.

Wszystkie kobiety szyitki, jedyny raz na rok zrzucają z siebie zasłony i siedząc na płaskich dachach i na gankach, przypatrują się obrzędowi. Z meczetów wychodzą procesje ludzi, we dwa szeregi uformowanych, a obnażonych z odzieży, z obuwia i bez czapek. Mają na sobie tylko opaski pokrywające biodra. Ludzie ci postępują zwolna w takt bębnów i przy odgłosach: „Szach-Hussejn, waj Hussejn” siekali się kindżałami po głowie. Krew strumieniami spływała po całem ciele i zaskrzepiała się w plastry lub taśmy. Wszyscy byli zbladli od cierpień. Zniemożenie szczególniej dotykało tych, co po odparzeniu ciała w łaźniach pokrajali je na piersiach, plecach i pozatykali kindżały, kłódki żelazne i łańcuszki. Szli oni ostrożnie bez skoków, posuwając zaledwie nogi śród morderczych bolów i ubiegłej krwi. Równie straszny był widok tych jeszcze, co tłukąc się pięściami, poobijali sobie piersi krwią naszłe i wyrosły na dwa wielkie wrzody. Procesje takie, chodząc po mieście, mają pomiędzy sobą osoby wyobrażające Hussejna, posłańca jego Chusa, dzieci, krewnych i przyjaciół Hussejna. Dzieci niesione są na tronach pod baldachimami purpurowemi, złotem błyszczącemi. Tysiące dukatów nanizanych na jedwabne sznurki, ozdabiają świetną lektykę. Chłopczyki i dziewczątka ubrane jak najpyszniej, po królewsku, wybierają się z najdorodniejszych z całej okolicy. Chłopcy w czałmach mając przed sobą na kolanach otwartą księgę koranu, zdają się być zagłębieni w nim całym duchem. Dziewczynki zaś drobnemi rączętami ciągle rozgarniają sobie z czoła włosy, na złoty kolor pofarbowane. Obok tych dzieci, które są łagodnem odbiciem od otaczającego dokoła krwawego obrazu, prowadzone są za złociste cugle białe konie, wiozące na bogatych czaprakach ku ziemi zwieszone trupy z drużyny Hussejna.

W czasie pochodu robią się wytchnienia dla odczytania ustępów z życia Hussejna i dla modlitwy. Przed laty zdarzało się że dwie procesje spotykając się ze sobą, każda w fanatyzmie uważając drugą stronę za przeciwników Hussejna, w pień się wycinały. Obecnie każda parafia [43] za wpływem L. Kociejowskiego miała na czele swoim ludzi szanowanych od ludu, których zadaniem było oznaczać czas pochodu z takiem wyrachowaniem, aby podobnych spotkań uniknąć, a w razie wydarzeń się mających, aby obie strony ogłosiły się sługami Hussejna.

I udało się to wybornie. Dwie procesje spotkały się, ale obie wysłały do siebie posłańców z oznajmieniem przyjaźni, uszykowały się potem w półkola, razem w podskokach utworzyły wieniec i później rozeszły się bez rozlewy krwi. Za procesjami postępowali z lekami doktorzy i cyrulicy, podnosili zemdlonych lub silnie pokaleczonych i opatrywali ich zaraz na miejscu.

Kto ze czcicieli Hussejna nie chciał należeć do obchodów krwawych, udawał się do meczetów, a tam właśnie w ciągu dziewięciu dni odgrywano co wieczór świętą tragedją, na dziewięć części podzieloną. Żadnej tam nie było dekoracji, ani sztuki dramatycznej. Artyści prowadzili dyalogi, jak kto umiał, jedni z pamięci, drudzy z kartek. Miednica napełniona wodą oznaczała źródło: machanie płachtą oznaczało wiatr pustyni. Wszyscy aktorowie siedzieli między widzami. Gdy przyszedł czas na wystąpienie którego, przywoływano go z nazwiska. Role kobiet odgrywali przebrani młodzi mężczyźni, niezmieniający nawet głosu. Wszelako dla ludzi obojga płci przedstawienia takowe były wystarczające. Smucił on się, wzdychał i płakał. Niektóre sceny rozrzewniały go do głębi duszy i utulić się nie mógł od płaczu. Oprócz szyitów lubili chodzić na te przedstawienia i miejscowi chrześcijanie, ormianie i gruzini, wzruszając się niemi. Nie ma jednak prawiła bez wyjątku. Spostrzegłem wyrostka pod filarem w najlepsze śpiącego. W tej obojętności poznałem duszę, która potrafi się później złamać. Człek bez wiary jest nieszczęściem ludzkości [44].

Ale i ta tragedja meczetowa przedstawiana z różnemi co rok i co miasto zmianami, na dziesiąty dzień w południe przenosi się na plac meczetowy. Plac z początku oznacza pustynię. Wyjeżdża smutny Hussejn, na białym koniu w białej sukni (Eotahan) i w białej czałmie.

Lud przy jego ukazaniu się płacze. Potem wyjeżdża Hassan, brat Hussejna, a obok żony ich, dzieci i krewni [45]. Za nimi konie wiozą ruchomości w jukach. Hussejn opowiada pustyni słowo Mahometa, ale pustynia milczy. Zapytuje więc co to jest za ziemia? Ale pustynia milczy.

Ukazuje się wieśniak i Hussejn pyta go: co to za ziemia?

- Arzi-Taf, rzecze wieśniak.

- Czy prawdę mówisz?

- Więc Nejmawa, jeśli chcesz.

- Ty mylisz mnie!

- Więc Tesztmar, jeśli się podoba.

- O powiedz prawdę, bo zgrzeszysz, jeśli oszukasz podróżnego.

- Więc ci powiem prawdę – rzecze wieśniak – ta ziemia nazywa się Kerbała [46]!

- Kerbała!... ty prawdę mówisz. To miejsce naznaczone mi przez Gabryela...tu się powinna przelać krew moja!...

Lud cały płacze i woła dokoła:

- Szach Hussejn! Waj-Hussejn!...

Dzieci podjeżdżają do Hussejna, pokazują mu spiekłe usta i proszą o kroplę wody. Hussejn zachęca je do cierpliwości, ale poruszony ich jękiem i rozpaczą, jedzie szukać wody i spostrzega rzekę.

Lecz hufiec Jezyda ukazuje się przed nim i zagradza mu drogę.

- Puście mnie – woła Hussejn – abym trochę wody przyniósł dla dzieci!...

- Choćby i cały świat przemienił się w wodę to ci i kropli nie damy.

Hassan dobywa miecza, naciera i ginie.

Dziewczęta wpadają wołając.

- Szach-Hussejn, Waj-Hussejn!

Lud cały im wtóruje.

Synowie Hussejna z kolei nacierają i giną, a dziewczątki i lud cały wydaje okrzyki.

Wtedy sam Hussejn wpada w tłum wrogów, wali ludzi z koni ale i sam nareszcie pada.

Żony i krewni rzucają się na trupa w rozpaczy krzycząc: Szach-Hussejn, Waj-Hussejn, lecz słudzy Jezyda ściągają ich i razem z trupem wloką za sobą. Niesłychany płacz, wołanie ludu. Scena się zmienia. na jednym rogu placu na podniesieniu, siedzi Jezyd, czekając wieści o Hussejnie. Naprzeciw niego siedzą na ławkach nadzy ludzie, z krwią zapiekłą od słońca. Mają to być jego pokonani wrogowie.

Na znak zezwolenia wjeżdża poseł Tranków z listem, czyta go przed Jezydem i siada obok niego.

Lud cały oburzony.

Pędzi goniec i niesie wieść, że Hussejn zabity i że cała jego rodzina w rękach zwycięzców.

Zaraz też słudzy Jezydego opaleni, w kurzu wloką przed niego kobiety, dzieci, starców i podają wypchaną głowę Hussejna.

Lud do najwyższego stopnia fanatyzuje się i na tem się kończy targedja.

Przyjmującemu na siebie rolę Jezyda zwykle sunicie, żydowi albo chrześcijaninowi, płacono w Kubie po sto albo po dwieście dukatów. Niebezpieczna to bowiem była rola, gdyż lud rozgorączkowany, nieraz w fanatycznem zapomnieniu, rzucał się na aktora, siekał go kindżałami, albo zabijał wystrzałami, jakoby rzeczywistego Jezyda.

Najmujący się zwykle miał ukrytych swoich sprzymierzeńców, których opłacał i którzy trzymali dla niego w gotowości konia i zbrojnie występowali w jego obronie.

Przeczytam jeden z hymnów śpiewanych na tej uroczystości króla męczenników.

„Ach wtedy kiedy Szimr [47] zwyciężył króla wiary, Hussejna, zapytał się go Imam (Hussejn). A czy wiesz jaki jest dzień dzisiaj.

„A Szimr odpowiedział: przysięgam na proroka że dzisiaj jest piątek i czas modlitwy.

„Hussejn zapytał: a czy znasz moją godność!

„Szimr odpowiedział: twój dziad był posłańcem bożym, modlącym się za grzechy jego ludu; Twój ojciec Ali niebo i ziemię światłem obdarzył. Twoja matka jest córką naszego proroka.

„Jednak dziś pozwolono mi zabić ciebie. Ja cię zabijam dla złota i za złoto czynię cię łupem śmierci. [48]

W lecie, oprócz religijnych obrzędów poświęconych pamięci Imama Hussejna, przypada jeszcze miesiąc utrapienia Ramazan, czyli post, od którego uwalniają się tylko dzieci do siedmiu lat, chorzy, podróżni i koinety ciężarne [49]. Wszystkim zresztą od wschodu do zachodu słońca zabrania się jedzenia, picia, palenia tytoniu, zażywania tabaki, używania kąpieli i łykania śliny, związków płciowych i t.p. Prawowierni mogą tylko wieczorem i przed rankiem posilać się. Długie zaś dni ludziom obarczonym pracą, stają się straszliwem umartwieniam ciała. Ale lud cały dotrzymuje z największą punktualnością takiego postu. Chorzy nic nie chcą w dzień przyjmować, nawet lekarstwa, byle nie obrazić Boga. Łaknący i pragnący wychodzą o zachodzie, słońca na ulicę i całemi gromadami upatrują wschodu księżyca. Słabego wzroku starcy spuszczają się na młodych i gdy których z nich dostrzeże róg albo tarczę księżyca, a kilku potwierdzi to ukazanie się, gromady pospiesznym krokiem rozchodzą się do domów na posiłek. Post ten tak jest osłabiający, że przy końcu Ramazana postacie nawet krzepkie, snują się omdlałe jakby cienie jakie [50].

Koran w czasie tego postu zaleca pokój, a wojnę nazywa grzechem, ale za większy jednak grzech uważa obojętność religijną i woła: „bałwochwalstwo jest grzechem gorszym od wojny” I znowu: „Jeżeli kto jest przeciw wam, bądźcie i wy wzajem przeciw niemu, a bójcie się Boga i wierzcie, że Bóg jest z tymi, którzy w nim ufność pokładają”.

Kto przeczyta te ustępy o okrutnem męczeniu ciał przez Szyitów, mógłby ich posądzić o nadzwyczajną srogość obyczajów.Wcale przeciwnie. Miałem sposobność przekonać się, że zamieszkali po miastach przesiedleńcy perscy są bardzo miękkiego życia. Czas wolny od kupczenia tracą w bezczynności, lubią wtrafinowane rozkosze cielesne i oddają się sodomii. Gdy do Kuby przybył z Persji chór muzyki i śpiewaków razem z tanecznikami, znalazł najlepsze powodzenie. Podobno cały tabor był pochodzenia cygańskiego, ale się do tego nie przyznawał. Tancerzy przeciw zwyczajowi golenia głów, zapuszczone mieli włosy do ramion; w czasie wystąpień ubierali się w spodniczki krótkie; a w ruchach naśladowali dziewczęta. Takich chłopców którzy muszą być gładcy na twarzy i dobrze złożonego ciała, zowią tu taksurami [51].

O dwie mile od Kuby ku północno-zachodniej stronie, leży śród lasów obszernych osada wojskowa (uroczyszcze) Kusary, zajęta przez pułk szyrwański, czasowo nazywany pułkiem ks. warszawskiego Paszkiewicza [52]. Ta osada założoną została w miejsce auły Kusary, którego mieszkańcy żywi i umarli przed r. 1830 wypędzeni zostali do innego miejsca. Powiedziałem że i umarli, bo mahometanie nigdy nie porzucają zmarłych na obcych polach, ale chowają ich na blizkich cmentarzach, w grobach, na których modlą się w dnie oznaczone [53]. Związek ten duchowy żywych ze zmarłymi jest bardzo żywy i obudza poszanowanie.

Gdym opuszczał Kusary już po wojnie wschodniej, osada ta miała około trzysta domów drewnianych, a trzy linje ustawionych i poprzecinanych ulicami. Posiadała jeszcze ogród spacerowy, przy którym była przerobiona z altany kaplica katolicka. Ze wschodniej strony osady, stały murowane obronne koszary w czworobokach zbudowane, wewnątrz których stały na placu kancelarya i cerkiew. Osada sama była jeszcze okolona wałem, do którego na zachodniej stronie przyczepiony był meczecik drewniany, dla mahometan handlarzy. Od niedawna pozwolono im przebywać w osadzie, wszelako bez dozwolenia posiadania własności nieruchomej.

Oprócz oficerskich domów, których było ze trzydzieście z dochodów wystawionych właściwie im tylko znanych, wszystkie domu żołnierskie, zbudowane były z dochodów, mających źródło w rospuście. I właściwie domy te należały nie do żołnierzy ale do żołnierek. Żołnierze żonaci liczyli się prawie wyłącznie w kompanii inwalidnej (nielinjowej) i w czwartej kompanji 5. bataljonu, który nigdy nie występował na linją bojową, ale utrzymywał garnizon w kwaterach, wspierał częściowo i czasowo sąsiednie garnizony w Kubie, w Achtach i gdzieindziej.

Kobiety tutejsze jako żony żołnierzy na ich żądanie były sprowadzane z dziećmi z Moskwy i z Polski kosztem rządu. Nędza okropna była zwykle pierwszem parciem do niemoralności tych kobiet. Niepoczuwanie się żołnierzy do godności i chęci posiadania wygód życia była drugim powodem do obojętnego zapatrywania się na bezwstyd żon swoich. Wszelako i namiętności grały swą rolę. Kłótnie i bójki bywały liczne, a osobliwie w porze zimowej, gdy czynne bataliony wracały zwykle z ekspedycyi. Co rocznie wydarzały się zbrodnie okropne: zabijano się, zarzynano i truto. Na te ostatnie wypadki wpływały nie tylko żołnierki, ale i żony oficerskie. Bez intryg miłośnych, prawie ani jeden dom nie ocalał, dla tego każda osada wojenna była gniazdem zdrożności, brudu i bezwstydu. Każdy człowiek moralny ze smutkiem na to patrzał ubolewał nad społeczeństwem , które co tydzień wysyłało do szpitala dla opatrzenia stanu zdrowia wszystkie kobiety, prócz żon oficerskich.

I dziwić się potem, że mieszkańcy kraju gardzili tem bydłem, że plwali na niego, że ich przezywali świniami obrzydliwemi!... I dziwić się, że tego bydła nie radzi byli wpuszczać do swoich mieszkań, między swoje rodziny!...

U Sunitów za przewinienia podobne istniało kamienowanie, kara okropna wzdrygająca duszę człowieka, ale kara, która wyrażała ich wygórowane pojęcie o obowiązkach czystości kobiety [54].

Powie ktoś, że właściwie położenie Moskali na Kaukazie, było w tem niezwyczajnem położeniu, które zmuszało ich do przewinień i popychało do zbrodni. Tak jest, ale któż to ich położenie wyjątkowe wywołał i ciągle wywołuje?...

Po zesłaniu mię na Kaukaz, przeznaczono mnie właśnie do pułku szyrwańskiego, do jednego z tych plugawych gniazd w których natura człowieka niezepsutego wzdryga się na widok bezeceństwa. Między rodzinami wojskowemi znajdywały się ze dwadzieścia rodzin polskich, z których tylko sześć należało do stanu oficerskiego. Żołnierskie polskie rodziny podlegały epidemii ogólnego zepsucia. Boleść była dla Polek, co przybyły z mężami wygnańcami i co słyszeć musiały o podobnych siostrach. Trzeba było radzić.

Kilku z zesłanej młodzieży postanowiło szczerze popracować nad podniesieniem upadłej moralności rodaków. Na wzór bractw krajowych założono bractwo kościelne pod opieką śś. Stanisława i Kazimierza jako patronów Polski i Litwy. Oprócz obowiązków zwykłych przywiązanych do podobnych bractw, zamieszczono artykuły, żądające koniecznej moralności, pod zagrożeniem wyrzucenia z bractwa i pod groźbą hańby. Bractwo to miało jeszcze na celu skupienia sił do możliwego uchowania żołnierzy od wpływu moskwicyzmu. I rzeczywiście bractwo to w lat parę wydało dobre owoce. Ze składem zwyczajnych, z darów ubocznych, nie mówiąc o przybranie kaplicy w obrazy, obudzające pamięć o kraju, i nabożeństw naszych, każdy dom posiadał obrazki i ryciny swojskie, każdy dom, znający się na piśmie, posiadał kilka lub kilkanaście książek wyborowych, a stosownych do pojęcia, które obowiązany był czytywać w święta i niedzielę, dla nieumiających czytać rodaków. W kaplicy urządziły się nabożne śpiewy najulubieńsze przez lud i odbywały się czytania z miejsc wybranych z pisma świętego i z żywotów św. Czytano ustępy z kazań Skargi, czytano przygotowane nauki, a zastosowane do okoliczności, Na sprowadzonych elementarzach chętnie uczyli się czytać młodzi i starzy żołnierze!... Bractwo doznało w krótkim czasie takiego przyjęcia, że zapisywali się do niego i żołnierze w innych miejscach przebywający.

Skupienie się w tem bractwie zrodziło korzyści wielkie. Żołnierze i oficerowie Polacy i ich żony, stanowili jedną harmonijną siłę.

Na czele bractwa stali sami żołnierze i podoficerowie z wyboru Cechmistrzem i podcechmistrzem byli pułkowi szewcy, podskarbim ślusarz, pisarzem podoficer. Oprócz tego w obowiązkach było dwóch chorążych i ośmiu kantorów, między którymi były i kobiety. Reszta była zwyczajnymi członkami i schodzili się co kwartał do zakrystji, dla narad.

Harmonia Polaków oddziaływała, zastanawiała Moskali i niemoskali. Często dawały się słyszeć głosy podziwiające naszą jedność. Obyczajność między nami tak się wzmogła, tak żołnierze przestrzegali się w postępowaniu, że posunęli się w gorliwości swojej do strofowania postępowania człowieka, od którego zależeli, a nawet byliby mu wymierzyli cielesną karę, gdyby wdanie się rozważniejszych nie powstrzymało ich zapału. Szkoda że w ogóle nie byliśmy szczęśliwsi z wyboru ludzi, których nam przysłano na kapelanów.

Oprócz ogólnej bibljotki brackiej, złożonej wyłącznie z pism religijnych, moralnych i dotyczących historji polskiej, mieliśmy osobną wyborową bibljoteczkę ze składek utworzoną. Nadto wymagaliśmy przy sprzyjających okolicznościach , aby pułkowa bibljoteka, do której wszyscy oficerowie obowiązani byli składkę wnosić, sprowadziła Gazetę Warszawską i Bibliotekę Warszawską [55]. Takim sposobem wykształceni mogli korzystać z pierwszych utworów krajowych i zagranicznych, mniej wykształceni korzystali z bibljoteczki brackiej. Ponieważ zdradliwie byłoby utrzymywać pisma polityczne, które niekiedy dostawały się nam w ręce Rygę i Pteresburg a nawet przez Moskwę, staraliśmy się jednak je zachowywać tym sposobem, że dzieła pisane prozą rozdzielaliśmy na arkusze i takowe w różnych książkach przechowywaliśmy aż do czasu przesłania ich do innych pułków. Poemata zaś, przepisawszy je na kilka rąk także dla innych osad wojskowych, wyuczaliśmy się z ich na pamięć ustępów najcelniejszych, z takiem wyrachowaniem, że każdy z nas co innego umiał a w czasie wspólnego zebrania, obowiązany był dla innych powtarzać. Tak sami rzecz się miała z pieśniami narodowemi, które spiewalismy już to w prywatnych domach już to w lesie dokoła nas otaczającym. Las kusarski był dla nas najgościnniejszem i najmilszem schronieniem i z tego względu byliśmy szczęśliwsi od braci gdzie indziej zamieszkałych. W lesie zbieraliśmy się nad strumieniem z w gromadce i tam wspólnie na czytaniu, na nauce, na udzielaniu sobie świeżych wiadomości, na tęsknem wspomnieniu kraju przepędzaliśmy wiele dni.

Siadywaliśmy przy cmentarzu, na którym pogrzebiono wielu rodaków naszych. Niektórzy mieli pomniki z polskimi napisami. Obok cmentarza był grób wygnańca Juljusza Muczlera, podolanina z Jarmoliniec [56]. Skończył on ciężkie swoje życie samobójstwem, po wieloletnich cierpieniach wygnania, które oddziałało chorobliwie na jego umysł. Był to jeden z braci obdarzony wielką tkliwością duszy, która przeszedłszy w egzaltacją przyczyniła się do stanu jego chorobliwego. Z wygnańców politycznych złożony był jeszcze na cmentarzu warszawianin Aleksander Leśkiewicz, zmarły w skutek febry. W wiosennej więc czy w letniej porze ci, którym nie wypadło należeć do ekspedycji, chodzili w godzinach swobodnych i w dni świąteczne do lasu i na groby braci. Łączenie się z sobą i odosobnienie się od Moskali, stawało się ulgą niewypowiedzianej tęsknoty, która przenikała każdego.

Widok natury, przemykające się zdala ledwo dojrzane na morzu statki żaglowe, a osobliwie majestatycznie wznosząca się z zachodniej strony wiecznie śniegiem pokryta góra Szach-dach, odżywiały bardzo rdzewiejący w koszarach umysł [57].

Gdy zima nastała kupiliśmy się wszyscy w jednym kącie koszar, a największy gwar żołdactwa nie przeszkadzał naszemu zajęciu. Dziwna rzecz, że pijani żołnierze lub junkrowie, hałasując lub bijąc się zajadle, szanowali nasz kąt i nigdy nam natręctwa nie zrobili.

Pomimo ogólnego prześladowania Polaków jako Polaków, każdy z nas miał pewne poszanowanie u zwierzchności. A gdy z rozkazu wyższego czyniono nam jaką krzywdę, robiono to z pewnym uwzględnieniem.

Bardzo często skazańców używano do pisemnych zajęć. Antoniemu Kasperowiczowi, akedemikowi wileńskiemu, poruczono zbieranie materjałów do pisania historji piłku, które odsyłano do jenerała Michajłowskiego Danilewskiego, autora moskiewskiego dzieła „Historja wojny ojczystej w latach 1812 i 1813 [58]” – Juljusz Muczler, Władysław Kamieński [59], Gustaw Kan z Warszawy, Antoni Zawadzki z Wołynia, jako zdolniejsi z młodzieży pułkowej, pisywać musieli korespondencje i prowadzić różne rachunki.

Będący w niewoli z roku 1831 Napoleon Suchodolski, Franciszek Kozłowski i inni używali byli na przewodników łowów. Z tymi, którzy mieli prawo szlachectwa, starszyzna obchodziła się powszechnie uwzględniająco, lecz rodacy, wzięci z poboru, bici i zabijani nieraz bywali pałkami. Ci również, co pozbawieni byli prawa szlachectwa, srogo kijami byli okładani. Dosyć wspomnieć z pułku szyrwańskiego Tomasza Mikuławskiego, który otrzymał 500 drugi 1500 kijów za dezercję i A. Leśkiewicza, który za nieprzyszycie rzemienia, pomimo słabego zdrowia, otrzymał 400 płazów. Sztabskapitan Archangielskoj zaćwiczył rózgami Gebutowskiego, podoficera. Antoni Wróblewski, żonaty podoficer, najzacniej broniący godności żony w obec jenerała brygady zdegradowany był na prostego sołdata, następnie bity kilkakrotnie aż do wstrząśnienia w nim mózgu i do przyprowadzenia go do obłąkania.

Starszyzna głównie srożyła się na Polaków, jak mawiali za ich niepokorność (nieuległość). Ale trudno było wymagać od Moskali wymierzania sprawiedliwości dla Polaków, kiedy i dla swoich pokornych sołdatów byli okrutni, bili ich z przywidzenia i z kaprysu.

W roku 1848, zdaje się w miesiącu lutym czy w marcu, jenerał Maniukin [60] przyjął pułk od jenerała Plac-bek-Kokuma. Według przepisów, każdy nowy dowódca zapytuje żołnierzy, czy nie mają pretensji do poprzednika jego i wszelkie pieniądze egzekwują w pieniądzach albo w materjałach. Zachar Stepanowicz Maniukin odbył już ową formalność i dostał od Kokuma sowite pieniądze, aż się o to pogniewali na zabój. Wszyscy mówili że Maniukin bezczestnyj czełowiek, że strasznie obdarł Kokuma. Gdy Kokum wyjechał, jego następca powinien był zaspokoić wszelkie żądania sołdatów. Ale Maniukinowi było żal oddawać pieniądze, które chciał uwieść jego poprzednik. Więc zdobył się na dziki sposób. Na wpół pijany wypadał na ulice osady, zaczepiał żołnierzy i pytał, czy który ma jaką pretensję. Każdego z tych którzy upominali się o bóty, o koszulę, albo o gażę, odsyłał zaraz do kancelarji, aby tam nie niego czekali. Wpadł potem rozwścieklony do kancelarji, prowadząc za sobą podoficera Michajłowa, ex-popowicza, który przez nieuwagę za późno stanął frontem i za późno zdjął przed nim czapkę, kazał mu dać 150 rózeg, aż podłoga kancelarji krwią biednego zafarbowała się. Potem z okropnym hałasem i wymyślaniem wysłał na odwach tych żołnierzy, którzy w najlepszej wierze na zapytanie jego odpowiadali o należących się im rzeczach od Kokuma. Odesłał i aby nie miewali i nie ośmielali się mieć nigdy żadnej pretensji do naczelników, kazał im dać dla pamięci po 60 rózeg. Srogi był dowódzca pułku Plac-bek-Kokum, ale miał pewne wyrozumienie, równie jak Zaliwkin i kniaź Wasilczykow, którzy przed nim i po nim dowodzili pułkiem; ale Maniukin podobny był do szalonego zwierza, gdy był pijany. Wymyślał na wszystkich bez wyjątku, kto tylko był pod jego komendą. Dla obcych przeciwnie, gdzie władza jego nie sięgała, był nadzwyczaj grzecznym i liberalnym. Dziwna rzecz! dopóki się nie ożenił i nie miał syna protegował bardzo Polaków i szlachtę, przedstawiał ich do awansów, nawymyślawszy i nadrwiwszy z nich wprzódy. Zdawało się nieraz, że ganił rozkazy wyższej władzy polecające srogie postępowanie i nie wypełniał ich. Z jenerałem Brymerem miał z tego powodu zwadą w roku 1848.

Brymer pisał do niego: „Potrzeba ażeby zesłani Polacy poczuli karę za swe przewinienia aby drwa rąbali, oczyszczali koszary, nosili ciężary; aby nadto tak wszyscy byli rozdzieleni, żeby żadnych z sobą stosunków nie mieli.” Maniukin powiedział, że on durak, ale gdy natarczywości Brymera musiał ustąpić, zalecił adjutantowi, aby nas wysłano do bataljonów, które za parę miesięcy miały się połączyć w ekspedycji.

Rodzaj postępowania jego był nieraz zagadkowy. Kiedy mi już, jak to mówią, nawbijali drzazg za paznokcie, raptem po roku zadawania mi przykrości stał się moim protektorem. Odważałem się wtedy mówić do niego po polsku i zanosić prośby za swoimi rodakami. Pomagał mi nawet materjalnie, i z własnej inicjatywy, aby mi pomódz wydobyć się w oficerstwo, zapisał mię na listę szlachty. Gdy na jego przedstawienie do awansu wysłany byłem w roku 1862 na egzamin do Taganrogu nad azowskie morze, dał mi list rekomendacyjny i zaliczkę z własnej kieszeni. Wracając po awansie z rodakiem Juljuszem Muszterem, zatrzymaliśmy się parę dni w Derbencie. Maniukin, przedzierzgnięty na nowo, wobec przyprowadzonego na plac wojska opowiadał głośno oficerom, że my z innymi Polakami w Derbencie dzielimy Rossję na cztery części, i że chcemy ogłosić się królami. Zapewniał, że od gubernatora z Derbentu urzędowe ma o tem wiadomości.

Gdyśmy wjechali do Kusar, wszyscy bojaźliwie stronili od nas. Później dopiero opowiadano nam Maniukinowski dowcip. Należało nam przedstawić się mu formalnie. Maniukin stanąwszy na środku pokoju, ujął się pod boki i zapytał ku naszemu zdziwieniu:

- Kto wy tacy? – I powtórzył trzykrotnie: - kto wy tacy.

Ale nie rozumieliśmy jakiej on chce odpowiedzi. Dopiero nam pomógł:

- Czy wy oficerowie?

- Oficerowie – odrzekliśmy.

- A tak wy oficerowie – powiedział – Widzicie! wy ze szlachty polskiej staliście się oficerami. Patrzcie się w zwierciadło, jak wam to do twarzy. Nasz hosudar’ (panujący) zrobił was oficerami, ludźmi, przebaczył wam wasze winy. A wasz król polski co by wam uczynił? Nie, pomarnielibyście szlachtą. A wy teraz będąc ludźmi z łaski cara, chcecie dzielić Rosję na cztery części! Wiem co tam było w Derbencie... Ale wam zapowiadam, że jak słowo usłyszę o was, iż dybiecie na Rosję, zgubię was.

Nie rozumiałem z początku powodu tego wystąpienia, dopiero później dowiedziałem się, że jedynym z powodów takiej zmiany dla nas w usposobieniu był Hołotwinskoj.

Młodzieniec ten za sprawę Pietraszewskiego w r. 1849 skazany był na śmierć [61]. Stał na szafocie w śmiertelnej koszuli, a potem ułaskawiony na Sybir do wojsk oremburskich. W skutek nowej łaski Mikołaja przetranzlokowany do kaukazkiej armji, pierwszą i jedyną gościnność znalazł u nas. Przyjęliśmy go jak brata, tem bardziej, że posiadał bardzo rozległe wiadomości o świecie politycznym, że kochał swoją sprawę, za którą cierpiał, że był wielce chciwy nauki i wiele czytał. Podobał się nam z płynnej a silnej swojej wymowy, w której ujemne strony swego narodu przedstawiał doskonale. Lecz gdy jego naukowa strona, jego oryginalność charakteru i właściwy mu dowcip, dała się powoli poznać starszyznie, a wzgląd, że był synem jenerała, otworzyła mu drzwi do domów sztabsoficerów i jenerałów, stał się dla nas szkodliwym. Nowe stosunki jego, a szczególniej z pułkownikiem, księciem Wasilczykowem i z jenerałem Maniukinem przyczyniły nam wiele przykrości i kłopotu. Bo Hołotwinskoj nie zważając na to, że oni byli bezpośrednimi naszymi zwierzchnikami, czy z wrodzonej mu gadatliwości, czy też z grasującej nienawiści do Polaków w czasie wojny wschodniej, wypowiadał im nasze zasady, wtrącając w to i prywatne nasze stosunki, jemu zwierzone.

Maniukin ze słów Wasila Hołotwińskiego wywnioskował, że każdy z nas jest jego osobistym nieprzyjacielem, bo naprawdę za patrjotyzm nasz tak bardzo by się nie oburzał; bo on sam był pokurczem z ojca Moskala i z matki Polki, urodzony w mohilewskim województwie, a wychowany w dawnym zakładzie witebskich jezuitów, bo wyniósł wiele pamiątek z domu, które go budziły chwilami do zacności. Po zdradzie zaś Hołotwinskoja Maniukin, jak wyrzekł, że zgubi nas za słowa przeciw Moskwie, tak ciągle odtąd dążył do szkodzenia nam. Kniaź Wasilczyków, z charakteru cichy i powolny, systematycznie także występował przeciwko nam. Jeżeli przez formalne wybory oficerów pułkowych został z nas który powołany do objęcia jakich szczególnych obowiązków, starał się wybory te unieważnić a systematycznie w czasie bojów wystawiać nas na pierwszy ogień nieprzyjacielski.

Zarządzaliśmy pozwolenia zbudowania w osadzie kościółka murowanego, na podobieństwo zbudowanego z Temir-chan-szurze i w Daszlagaru. Pozwolono. Jednak mając już trzy tysiące rubli składki, ledwo zdobyliśmy się na założenie fundamentu. Kościół mógł stanąć migiem. Wypalenia cegły prawie by nic nie kosztowało, bo las był do użytku powszechnego. Dalsza składka pokryłaby wkrótce wszelkie koszta. Ale kniaź Wasilczyków nie pozwolił nam użyć żołnierzy Polaków do roboty, którzy chętnie szli pracować, lecz użył ich do innych robót pułkowych, obiecując, że potem weźmie na siebie zbudowanie kościoła, i z katolikami zatrudni i prawosławnych żołnierzy. Obietnica istniała cztery lata, fundamenta przysypano ziemią, a potem nie wiem co się stało...

Biedni nasi żołnierze woleli by jednak tę pracę nad roboty pułkowe. Roboty pułkowe! był to straszny wyraz dla każdego żołnierza. Źle było w szeregu, mało wypoczynku, bito: lecz który z żołnierzy oświadczył się, lub wydał się, że zna jakie rzemiosło... nieszczęśliwy, umieszczony zostawał przy warsztatach pułkowych, a praca jego wyciągniętą została do najwyższej możności. Krótki tylko czas spania i ciągła robota! Gdy każdy pułk musiał sobie wszystko sam przygotować: umundurowanie, obuwie, bieliznę, uprząż całą dla konia, siodła, jaszczyki [62], kibitki, nadto wybudować koszary, postawić domy i gdy wykonanie tego powierzonem było dowódzcom pułków, więc oni dla własnego zysku nadużywali pracy żołnierza, a obok nich korzystali z niej i inni obowiązkowi oficerowie. Najwięcej korzystno z wybornych rzemieślników warszawskich, którzy głównie kierowali wykonaniem robót. Piąty batalion używany do robót posiłkowych, dla powodów korzyści dowódzców zawsze liczył ludzi nad komplet. Uwalniał się od ekspedycji w góry, ale na miejscu pełniąc służbę garnizonową, tak był męczony, że często z nocnej warty lub ze straży odwachowej szedł prosto do owych robót. Sianożęcia łąk pułkowych, uprawa ogrodów, opierały się także na ciężkich robotach żołnierzy. Zdawać by się mogło, że okrutni wojacy, zwyciężywszy jakich ludzi i zabrawszy ich do niewoli, traktują ich jak nieprzyjaciół. Ucieczka dla biedaków był lazaret, ale tam znowu głodem morzeni, uciekali, aby dostać swoje trzy funty chleba i pochlebki wody z trawą jaką, lub odrobiny krup z solą złożonej.

Jedzenie mieli w ogóle złe, a szczególniej w zimie w czasie dwóch długich postów, jeżeli im się w beczkach kapusta przegniła, którą jedli z olejem. Gdy przyniesiono do koszar tę strawę dla całej kompanji, robił się w ogóle zapach nieprzyjemny, a jeszcze gorszy, gdy gotowano przekwaszoną czeremszę, rodzaj dzikiej cebuli, jako środek od szkorbutu. Wówczas powietrze było zabijające i to tylko ratowało każdego od obrzydliwego powonienia, że sam się najadł tej czeremszy. Lepszy pokarm mieli żołnierze w czasie świąt i w czasie pochodów, w dnie mięsne: bo gdy w koszarach dawano raz na tydzień po pół funta mięsa i po dwie kryszki wódki na jednego, w pochodzie dawano dodatkowe porcje mięsa i wódki, czyli dawano na żołnierza tygodniowo dwa funty mięsa i cztery kryszki wódki. Te dodatkowe porcje udzielały się tylko z rozkazu dowódzcy oddziału w czasie forsowanych marszów lub stałej słoty.

Bywało, że żołnierze dzień po dniu jedli mięso przez dwa tygodnie, pili wódkę codzień, lecz za to później musieli przestawać na pochlebce okraszonej słoniną.

Chleb miewali dobry, stojąc w koszarach i porcja trzyfuntowa musiała im wystarczyć za wszystko. W pochodzie zamiast chleba dostawali po funcie i po trzy ćwierci sucharów, rzadko kiedy dobrych.

Były one przepiekane z niewypieczonego chleba, podlegające stęchliźnie i zgniliźnie. Komisjonerowie i dostawcy magazynów szachrowali z kwatermistrzami pułkowymi, bogacili się, trując żołnierzy lub głodząc ich, bo każdy żołnierz odebrawszy swoją wagę, musiał odrzucić nie tylko za bardzo nadpsute kawałki, ale zwykle jeszcze pencynki cegły, kamyki, grudki piasku, poprochu i t.p., które dla wagi mieszano. Tak zwyczajnie prowiantowano wojsko; lecz zdarzały się dla niego dnie, a nawet tygodnie szczęśliwe. Bo częściowe polowania w lasach, rabunki ruchliwych aułów, dostarczały im nieraz znaczną ilość bydła, owiec i różnych zapasów żywności. Wtedy biedni sołdaty, tak jedli, gotowali, tak piekli całe dnie i noce, że część ich nieraz musiano zostawić w szpitalu z powodu dyarii [63].

Do szczęśliwych dni pod względem pokarmu należały jeszcze dnie przeglądów. Wtedy na każdego żołnierza nie tylko kładziono do kotła po pół funta mięsa i to dobrego, ale jeszcze słoniny dodawano. Nadto kaszę gęstą, ten specjał sołdata, ze słoniną warzono. Jenerał czy pułkownik próbował, chwalił i zapytywał żołnierzy, czy zawsze dobre jedzenie dostają. „Toczno tak wsjem dowolny” (tak jest wszystko mamy [64]) wołali żołnierze, bo wiedzieli dobrze co to znaczą pretencje.

Wszelako się zdarzały takie szczegóły, że żołnierze pojedyńczy i całe roty z nadmiaru cierpliwości nieraz rościły pretensje, buntowały się nawet. Wtedy sprowadzono drugie kompanje z nabitą bronią, przywoływano do porządku, hersztów rozstrzelano lub do robót ciężkich zesłano, innych obito kijami i rozesłano między różne wojsko miejscowe.

Tylko kije trzymały w porządku wojsko moskiewskie. Gdyby nie kije, żaden car, żaden Jermołów, ani Maniukin nie utrzymałby wojska w karności. Ledwo i tak trzymało jako tako. Bywały nieraz albowiem takie dezercje, że dziesiątkami, wyraźnie dziesiątkami na umówionego uciekali w góry. O takich wypadkach wiedział tylko dowódca pułku i naczelnik oddziału. Wyższa władza odbierała raport o ucieczce tych ludzi ale w rozłożonych terminach, tak że ostatni z nich jeszcze w następnym roku liczyli się w pułku jako obecni, brano na nich żołd, odzież, amunicję i prowiant! Tak samo rozkładano do wykreślenia zmarłych już żołnierzy. Fundusze brał pułkownik, kassjer, kwatermistrz i to właśnie nazywało się dochodem czestnym (honorowym), bo nie krzywdzono ani zbiega ani zmarłego. Strata skarbu nic nie ważyła, bo skarb przez Moskali uważany jest za źródło, z którego każdy czerpać może, byle mu się udało. Kto zaś nie czerpie, kiedy może, nazywany bywa durakiem. Moskale mają taką maksymę: „bierz bo możesz sobie zostawić i dać drugiemu”.

Zdarzył się jeden dowódzca niepamiętnego mi nazwiska, a przebywający może trzydzieści lat temu koło Odessy. Chciał się wynieść nad innych i zyskać względy u starszych, przeto tak nazwaną ekonomją pułkową, którą zwykle jego towarzysze składali w własnych kieszeniach i w banku moskiewskim, przedstawił skarbowi jako dochód z oszczędności.

Wypadek taki niezwykły, otworzył usta zdziwienia jeneralicji i ministerjum. Jakto, pomyślano, on jeden popisuje się z udaną ekonomją. A że nie brał i nie dzielił się z nikim, więc miał wszystkich przeciwko sobie. Naznaczono śledztwo, komisja uznała, że popisujący się pułkownik krzywdził żołnierzy, bo mógł im dać lepsze koszule, lepszy pokarm, lepsze mundury, a przeto winien podlegać sądowi. Co to jest sąd w Moskwie? Sąd moskiewski jest wymyślony na to, aby człowieka zgubić według woli zwierzchnika, byle tylko według nadanej formy. Gdy oddają kogo pod sąd, to wcale nie znaczy, że w sądzie ma się rozpatrywać jego sprawę, stopień winy lub niewinności, bynajmniej. To znaczy, że ma być karany. Wyrok na sądzonego trzyma w swoich rękach zwierzchnik. Chociaż on nie zasiada w sądzie, ale kieruje zależnym od siebie prezesem jego i audytorem. Sprawa tak się gnie, skraca lub przedłuża, jak chce naczelnik. To też bywało, że sąd przeciągnął się nieraz nad winnym po kilka lat, a końca nie było dla braku dowodów. Popisujący się jednak pułkownik swoją oszczędnością padł ofiarą, bo zdegradowany został na szeregowca. Tę wiadomość mam z opowiadania przetranslokowanych oficerów. Podług pojęcia Moskali brać (kraść) należy w miarę i zręcznie, żeby nie być pochwyconym na gorącym uczynku, bo bywały wypadki, że zbytnie kradzieże, utrata sum pułkowych i t. p. karały się również zesłaniem do szeregu. Takiego losu doznało w czasie mego pobytu w kaukazkiej armji kilku jenerałów i pułkowników, głównie za kradzieże, a szczególniej jenerał Szwartz i naczelnik rezerwy, który najmował żołnierzy kompaniami do różnych robót u kupców i właścicieli ziemi i brał za to pieniądze do swojej kieszeni, zaś jenerał Rozenkampf za przedstawienia, w skutek których car rozdawał znaczną ilość orderów za szczególną waleczność takim oficerom, którzy nie tylko nie byli w boju ale do ekspedycji wcale nie należeli.

Zapewne ciekawość ogarnia nie jednego, w czem jest miara i zręczność kradzieży dowódzcy. Damy kilka przykładów. Oto biorąc setki postawów sukna, tysiące kop płótna, tysiące sztuk skór i t. p. z komisarjatu, po większej części zleżałych i gorszych od prób zatwierdzonych, dostaje dowódzca, dajmy na to cztery tysięcy rubli dodatku i kwituje że dostał dobre. Żołnierz nic oponować nie może, owszem sam dowódzca głosi, że mu w tym roku wysłano zły materjał więc sołdat rad, że i naczalstwo wie, że on nosi strasznie rozłażącą się koszulę, przegniłe wierzchy i podeszwy u butów. Przegląd też jeneralski z obiadem sutym i z podarunkiem wypadnie dobrze. Dajmy drugi przykład.

Była bitwa, wprawdzie niewielka. Z obu stron zaledwie padło kilkunastu ludzi. Dowódzca został żywy, przedstawia naczelnikowi odddziału raport, że w czasie boju padło mu kilka koni obozowych, a raniono kilkanaście albo kilkadziesiąt. Naczelnik wyznacza komisją dla opatrzenia strat meterjalnych. Komisja hula sobie trochę na rachunek dowódzcy i bez oglądania poranionych koni, wydaje świadectwo. W skutek tego świadectwa, dowódzca odbiera na każdego konia po kilkadziesiąt rubli, koni zaś nowych nie kupuje, tylko na liście zmienia nazwiska dawnych koni na nowe. Gdy wojsko odjedzie z placu, kto mógłby potem sprawdzać świadectwo i ktoby tego chciał?

Denuncjacja i szpiegostwo w tym względzie, tak jest niewidziane i niesłyszane, że dowódzca bardzo spokojnym być może o swój dochód, wynoszący tysiąc lub dwa tysiące rubli.

Odebrawszy świadectwo na niby zabite konie, dowódzca okazuje się hojnym nieraz i dla żołnierzy. Zwołuje śpiewaków, poi ich, a nawet dla rot całych daje kilka półimperjałów na wódkę.

Byłem też świadkiem jednego sposobu zysków inspektorów (smotryteli) magazynów prowiantskich. Gdy polecono jednej gminie (magałowi) zwieść zboża do Kusar, jako podatek w ziarnie, ściągnęło się na raz parę set wozów. Trzeba było przemierzyć owo ziarno, więc wiele fur czekało na kolej po dwa i po trzy dni w słocie i w błocie.

Potem, aby je prędzej puszczono, niedość że za dwie saby (miara ćwierciowa), które kazano zdać z każdego dymu, musieli mieszkańcy złożyć je z nadmiarem, ale na żądanie smotrytela musieli dodać miarki dla myszy i na przetrząskę i jeszcze dopłacić po pół rubla z saby. Najniezawodniej wypadło, że smotrytel przyjmując zboże od mieszkańców jednego powiatu, zyskiwał od razu dwa do kilku tysięcy rubli. Korzystne to też były posady i nikt ich nie dostał, póki się dobrze z góry nie opłacił w prowiantskiej komisji w Tyflisie.

Ci smotrytele nie pobierali ani grosza pensji, tylko przesyłali pokwitowanie. Pensję zaś odbierali za nich urzędnicy komisji.

Porzucam już ten przedmiot wstrętny, który przytoczyłem jako jeden z wybitnych stron charakteru urzędników moskiewskich; przenoszę się zaś w inną sferę ludzi i życia, w sferę nawet na ten raz żywą i wesołą.

Kilku z naszych rodaków zaproszono w r. 1849 na wesele do wsi lezgińskiej Chazry, gdzie mieszkał pan młody [65] . Wieś ta odległa od Kusar o 4 mile na północ znana nam była dobrze, ale nie znaliśmy jeszcze pana młodego Mustafy-Achmed-Ogły, który żenił się z Fatymą-Achmed-Kis ze wsi Glli na wpół drogi od Kusar do Chazrów leżącej. Zaprosiny wyrobił nam Bobrowski, pisarz przy ucząstkowym zasiedatelu znajdujący się.

Jechaliśmy konno i spostrzegliśmy zdala na drodze blisko już Chazrów orszak weselny. Posuwało się po drodze kilka arb wysłanych i osłonionych dywanami, ciągnionych każdy po parze bawołów. Na wozach tych siedziały kobiety, swacha, siostry i krewne panny młodej. Kobietom tym towarzyszyło kilkunastu jezdnych. Śpiewy kolejno rozlegały się po lesie. O nas jeden zaimprowizował:

„Oto jadą obcy, z dalekich stron pędzą
Ażeby podziwiać dziewkę urodziwą,
A młodziana zabrać ze sobą do bojów.
Wy nie ujrzycie przecież lica śnieżnego,
Wy przenigdy nie ujrzycie pysznych włosów,
Łechcących lubieżnie kosteczki jej nóżek.
Wiotkiej jej postaci nie dojrzycie wcale,
Ani na jej oczy nie spojrzycie nigdy;
Ale w nich się przejrzy młodzian wilczej siły,
Którego do boju ze sobą wziąść chcecie.”

- Salam-alejkam! (pozdrowienie).

- Alejkam-salam [66]!

Z dwóch stron przemówiliśmy, łącząc się z sobą i dalej w orszaku postępowaliśmy razem.

Zbliżając się do wsi spostrzegliśmy jezdnych pana młodego naprzeciwko nam przyjeżdżających. Pewne poruszenie zrobiło się między naszym orszakiem. Kilku dżygitów (chwatów) z chorągwią weselną, puściło się naprzód, aby się przebić przez hufiec zastępujący nam drogę, a trudno im było dokazać tego w wąwozie jakby w ulicy ściśniętym. Hufiec pana młodego tryumfował, dżygity otoczeni, wzięci do niewoli, chorągiew zdobyta. Reszta orszaku panny młodej otacza jej arbę i broni do niej przystępu, a gdy przeciwnicy chcą ją opanować, dobywa pistoletów i ogniem odstrasza zuchwalców. Darmo, ogień silniejszy zwycięża i zdobywa arby z orszakiem. – Pędzi poselstwo do wsi, do pana młodego, zwiastując mu o znakomitej zdobyczy.

Dom pana młodego zamienia się w zamek, do którego lud cały dąży na gody. Sień, krużganki i dach zajęty przez mężczyzn, dzieci i kobiety. Pokazuje się arba. Z zamku palą z gwintówek wiwaty ogłuszające powietrze. Zapalają się kagańce. Muzyka w sieni gra na surmach i bębnach. Improwizatorowie śpiewają pieśni. Wjeżdża panna młoda do zamku. U wrót na jej arbę sypią się z dachu ziarna pszenicy, jęczmienia i prochy mąki. Podają krople miodu i woniące balsamy.

Wozy przeszły przez obszerną sień i zatrzymały się u drzwi mieszkalnych. Wysiadły niewiasty otulone w białe czadry; nie poznać która jest Fatyma... Znikła z naszych oczu i więcej się nie pokazała. Goście zasiedli miejsca pod trzema ścianami. Muzyka usadowiła się pod jedną, mając obok improwizatorów, którzy w pieśniach opiewali piękność Fatymy, a dzielność Mustafy. Po każdej strofie śpiewu muzyka przygrywała, goście klaskali w ręce i gestami okazywali zachwyt.

Muzyka potem zagrała żywą lezginkę. Goście zaprosili jednego dżygita by tańczył. Powstał dżygit i stojąc prawie na miejscu, w takt muzyki wykazywał w zwinnych ruchach swoją zgrabność i elastyczność członków. Powstał drugi dżygit i chwalił się równą zręcznością. Nareszcie oba w posuwistych krokach w trzy tempa podskakując na nogach, wywoływali oznaki zadowolenia, w takt bite klaskania dłoni i radosne pa, pa! ..

Usiedli obaj. Wystąpił inny dżygit, skłonił się gościom, krótko przetańczył i skinął w stronę kąta, w którym stały okryte czadrami kobiety. Wyszła spośród nich jedna niewiasta. Czy była piękną? trudno dociec. Postać miała poważną i widocznie była mężatką. Opuszczona z głowy jej czadra, zakrywała dodatnie i ujemne strony twarzy. Wszelako czadra była przenizana ponętą, była nie tego rodzaju jak zwykłe czadry, mocno zbite i nie przenikające. Ta czadra tanecznicy była dosyć przejrzystą. Na niej odbijały się tajemnicze oczy i usta, uwydatniał nosek. Tanecznica lekko podjąwszy ręce, klaskała w palce i drobiąc nóżkami, zdawało się, że ugina się pod powiewem wiatru. Wszystkie jej ruchy były jakoby grą siły powietrza. Tę siłę wywoływał na przeciw stojący tancerz. Jego ruchy wywoływały jej ruchy. On ją chciał niby przyciągnąć niewidoczną siłą do siebie. Ona jakby widmo zaklęte nie chciała czy nie mogła zbliżyć się do niego. On zdesperowany po kole posuwa krok dalej, ona o tyleż się odsuwa, on posuwa się jeszcze, ona znów się usuwa i tak dalej i ciągle! .. Prąd jego przyspieszony oddala ją zawsze, nie może jej uchwycić. On dżygit śmiały, dzielny, chwyta rękojeść kindżała i pędzi za nią nareszcie po kole, ale nigdy ani na krok nie jest bliżej swojej tanecznicy. Ona usuwa się zawsze. Ha, musi to być huryska, coś nieziemskiego!? Nie widać jej stąpań, nie znać skoków; ona płynie po ziemi, a jeśli czadra jej powiewa i suknia drży, to wszystko od siły zapału dżygita. – Takie dziwo zapala widzów! Wszystkie ręce są w robocie, wszystkie wybijają takt muzyki. Zachwyceni znoszą jej w ofierze dary, a przesłane pieniądze zawięzują w końce czadry malcy, z taką zręcznością, aby najmniejszej przeszkody nie zrobić w jej ruchach. Ustał dżygit, skłonił się gościom, a jego tanecznica poszła na swoje miejsce. Muzyka grać przestała. Improwizatorowie opiewają piękność samurskich dziewic i rycerzy ich kraju. Struny muzyczne i poklaski słuchaczów wtórują ich pieśni.

Znowu lezginka zabrzmiała. Wystąpiły dwie niewiasty, jedna znana już nam z poprzedniego tańca, a druga wysmukłej postaci. Pląsały same, bez spójni ze sobą. Każda z nich swoje myśli miała. Jedna niższa wirowała i kołysała się na jednem miejscu, druga płynęła w takt muzyki po całem kole. Nieco przejrzyste ich osłony, podnoszące tajemniczą widziałem sto par oczu palących się ogniem i sto par promieni zapałem przebijających zasłony.

Trzeba namiętności gniewu, zazdrości lub lubieżności aby tak patrzeć!...

W koło wstąpiło dwóch dżygitów i przedzieliło od siebie tanecznice. Łatwo im będzie schwycić je, bo oni zapewne umówieni kunacy (towarzysze). Więc poczyna się taniec wspólny. Chłopcy zawiązują w czadry pieniądze od widzów ofiarowane. Poklaski nowe, coraz gwałtowniejsze. Muzyka zachęcona ogólną uroczystością, silnie swe tony wydaje. Widzom w ogóle mało oczy nie wylecą ku zaklętym huryskom. Dżygity okrążają swoje dziewoje, ale przebóg ująć ich nie mogą. Przez wściekłość swojej niemocy, wyciągają z pochew kindżały, aby rozciąć niewidome przeszkody. Ale kindżały błyszczą tylko w powietrzu, a huryski ciągle są im niedostępne, ciągle płynące w koło.

Ale cóżby się stało gdyby tak ciągle było? Padliby dżygity, widzowie by poszaleli, a nikt by nie ujął widm nieziemskich. Więc kobzy wydawszy ton krzyku, struny wydawszy ton jęku, dla opomnienia grać przestały. Bęben brzęczący, jakby żartowniś szyderczy, odezwał jeszcze kilka razy! Przycichło. Rozmowy nie było. Wszyscy prócz dzieci pogrążyli się w myślach roskosznych. Dzieci przybiegały do sieni szepcąc do siebie, a ogień na kotlinie rozżarzył się, a nad nim rumieniły się sztuki pieczonej baraniny, a przy nim buchała para z rondlów pełnych siurpy (rosołu) i płowu (ryżu) [67].

Po chwili Bobrowski dowiedział się od znajomego sąsiada, że pierwsza tanecznica tańczyła z mężem, a druga dziewica z bratem, że wolno kobietom tańczyć tylko z krewnymi, bo inaczej byłoby nieprzyzwoitością i wstydem dla kobiety tańczyć z obcym [68].

Potem rozdzielano wieczerzę na miseczki. Każdy z gości obowiązany był mieć swój nóż do krajania pieczywa, zaś płow jadł się palcami.

Gdyśmy pożywali wieczerzę, Mustafa wyprawił się do zaślubin domowych. Zastukał do drzwi, za któremi była zamknięta panna młoda ze swachą.

Swacha nie chciała otworzyć, dopiero po wielkich obietnicach łask i wynagrodzeniach pozwoliła mu wejść.

Potem ukazała mu przy świetle kagańca w kącie izby otuloną w czadrę dziewicę. On chciał ją ująć, ale temu to tylko pozwolono, ktoby posiadał jej poduszkę. – Młodzian przepłaca więc swachę, strażniczkę dziewicy, i ta oddała mu jej poduszkę a sama wyszła z izby. Powiedziano, że potem młodzian postąpił ku tajemniczemu kątowi i stanął na dywanie.

Dziewica się podniosła i spytała, czego żąda? On jej oświadczył, iż on odtąd jest jej mężem i na znak podał jej własną poduszkę. Po znakach właściwych ona poduszkę poznała i młodzieńca przyjęła. Młodzieniec na znak związku umieścił jedną swą stopę między stopami dziewicy i zdjął jej czadrę. Po pewnym czasie nowy mąż, dał w izbie wystrzał w górę na znak, aby się zgromadzenie bawiło. Więc nastały nowe śpiewy i tańce, liczne strzały i okrzyki pozdrowień [69].

Gwar ten przycichnął ku schyłkowi nocy i ożywił się dopiero koło południa, gdyż wystąpili jeźdźcy do gonitw, turniejów i strzałów celnych do jabłek, butelek i szklanek, nastawionych na płotach, dachach i na kominach. Te obchody mają wielkie znaczenie w życiu mieszkańców. Są one szkołą i egzaminem wojskowym. Z nich dowiadują się mieszkańcy, kto lepiej strzela, kto ma najlepszą broń, kto najlepszego konia. Dobra gwintówka, koń, mają tu nieporównaną wartość, bo nie tylko, że same przez się cenią się niezwykle drogo, ale nadto każdy ich właściciel słynie z ich posiadania w dalekich okolicach. Jego nazwisko znane jest w pieśniach. Dobra szaszka, zginająca się w pierścień a przecinająca zamki i bagnety; dobra kolczuga, misiura, pancerz lub przyłbica, również są poszukiwane i sławione.

To też ciekawość była posłuchać Chazryńczyków gdy na drugi dzień zebrawszy się przed meczetem rozpowiadali o popisach weselnych. Zwycięzcy gonitw musieli opowiadać przymioty swoich koni i ich rodowód. Zwycięzcy celnych strzałów pokazywali swoje gwintówki i pistolety. Tłum ludzi był obecny, bo dla nich przedmiot ten tak jest ciekawy i upodobany, że nigdy nie może się dość przedyskutować. Tu i wspomnienia dziadów swoich i Czeczeńców dalekich i bliższych Awarów, posiadających dobre konie i rynsztunki wojenne.

Jeżeli który z szczęśliwych posiadaczy znakomitej szaszki lub gwintówki zmuszony zostanie koniecznością do sprzedaży, dostaje za sztukę parę koni, kilka sztuk bydła, lub stadko owiec. Giaur mu płaci tysiące abazów, ale niechętnie mu oddaje taki skarb drogi.

Opuszczając już Chazry skończyliśmy na opatrzeniu ładnego meczetu, zbudowanego z ciosowego kamienia. Meczet ten jest zagadką dla badaczów przeszłości, jakby zbudowany w stylu bizantyjskim, jak wszystkie kościoły gruzińskie. Napis zaś na nim, szumnemi wyrażeniami zrobiony, świadczy, że zbudowany on jest dopiero od dwóch wieków, za panowania w tej stronie Persów.

Wtedy przy meczecie, byliśmy jeszcze świadkami szczególnej uroczystości. Siedmiu konnych ludzi przejeżdżało z Derbentu u Szachdagowi (królewskiej górze) majestatycznie w odległości sześciu mil wznoszącemu się z zachodu. Ludność cała nie wyłączając i kobiet, wybiegła z domów aby spotkać gości. Nie rozumiejąc powodu tego nagromadzenia, musieliśmy poprosić o wyjaśnienie. Zapytany lezgin, w ten sposób na rzecz określił.

- Oto widzicie górę olbrzymią na dwie części rozerwaną, a wiecznie śniegiem pokrytą u szczytów. Kiedykolwiek od niej wiatry unoszą ku nam chmury, zawsze miewamy rzęsiste deszcze, konieczne dla spiekłych nizin nadmorskich, a osobliwie dla okolic Derbentu. Gdy zaś ztamtąd chmur nie widać, pola i sady nadmorskie więdną, a mieszkańcy smutni chodzą. Odwiekowe doświadczenia przekonały też wszystkich, że grudka śniegu przywieziona z Szach-dachu, przez niewinnego człowieka, sprowadza ze sobą chmury, które zlewają ziemię. Otóż i teraz mieszkańcy Derbentu po długiej spiece wyprawili w tym celu pielgrzymów, a między nimi Mułłę i kilkunastoletniego niewinnego młodzieńca na białym koniu, który, nabrawszy śniegu w gliniany dzban, wiszący u jego siodła, przywiezie go przed swój meczet. Potem błogosławionym roztopionym śniegiem ukropi się ziemia, a niezawodnie liczne chmury z Szach-dachu naniosą deszcze na spragnioną ziemię derbentską. My pielgrzymów witamy i odprowadzimy ich za auł [70].

Przypisy

[1] Chanat Kubiński – państwo obejmujące północny Azerbejdżan i niewielką część południowego Dagestanu istniejące w okresie od połowy XVIII w. do początku XIX w. Jego głównym ośrodkiem było miasto Kuba, noszące we współczesnym Azerbejdżanie nazwę Guba. Chanat był formalnie zależny od Persji, jednak ze względu na słabość perskiej władzy faktycznie niezależny. Czas rozkwitu chanatu przypadł na okres panowania Fatali-chana (1758-1789). Kubie podporządkowane były wówczas również inne azerbejdżańskie chanaty: szyrwański, bakiński, derbencki. Ze względu na zagrożenie najazdami perskimi kilkakrotnie w latach 1770. i 1780. poselstwa chanów zwracały się do Rosji z prośbą o opiekę. Po śmierci Fatali-chana chanat rozpadł się i w 1806 r. został przyłączony do Imperium Rosyjskiego. Zostało to potwierdzone rosyjsko-perskim traktatem pokojowym w Giulistanie z 1813 r.

[2] Malaria przez wieki była ogromnym problemem mieszkańców nadmorskich terenów nizinnych na wschodnim wybrzeżu Morza Kaspijskiego, przede wszystkim w dorzeczach takich rzek jak Terek, Samur, Kura. Wiele z obszarów malarycznych było bezludnymi. Jeszcze w latach 1930.-1940. szalała tam roznoszona przez komary malaria, od której umierali przesiedlani przymusowo przez władze sowieckie górale dagestańscy. Dopiero zakrojona na szeroką skalę melioracja doprowadziła do ograniczenia problemu. Dziś na tych obszarach malaria praktycznie nie występuje.

[3] Chodzi o miasto Chaczmaz w północnym Azerbejdżanie w obwodzie kubińskim.

[4] Termin magał oznacza w wolnym tłumaczeniu kwartał, dzielnicę. Tak do dziś określa się kwartały w starych miastach kaukaskich, przede wszystkim w Derbencie, Kubie, Baku. Każde z nich dzieliło się na magały, których ludność stanowiła odrębną społeczność. Użycie tutaj przez Gralewskiego terminu magał, do którego mieli wynosić się górale wydaje się błędem. Górskie społeczności nie dzieliły się bowiem na magały lecz dżamaaty.

[5] Chodzi prawdopodobnie o wspomnianego już Fatali-chana panującego w latach 1758-1789.

[6] Obecnie Kuba (Guba) liczy ok. 20 tys. mieszkańców.

[7] Tzw. powstanie kubińskie wybuchło w sierpniu 1837 r. na pograniczy dagestańsko-azerbejdżańskim. Na jego czele stanął niejaki Hadżi-Muhammad z lezgińskiego aułu Chulug. Było to powstanie ludowe, przeciwko rosnącym podatkom nakładanym na ludność przez władze carskie. Powstańcy byli jednak również pod wpływem idei miurydyzmu, o czym mogą świadczyć kontakty jakie utrzymywali z imamem Szamilem. Liczące ok. 12 tys. osób oddziały powstańców podjęły we wrześniu próbę opanowania Kuby, której jednak – mimo aktywnego wsparcia ze strony mieszkańców miasta – nie zdołali zdobyć. Powstanie zostało wkrótce krwawo stłumione, część jego uczestników pod wodzą Aga-beka Rutulskiego skryła się jednak w górach gdzie kontynuowała opór wojskom carskim.

[8] Powinno być szahidami – męczennikami za wiarę. Kult szahidów i męczeństwo ma szczególnie duże znaczenie w szyizmie, m.in. we współczesnym Iranie. Szahidzi są jednak również w islamie sunnickim.

[9] Powinno być: Kudijal-czaj.

[10] Chodzi prawdopodobnie o działacza niepodległościowego Telesfora Szpadkowskiego, autora „Zapisków Warszawskich” oraz artykułów publikowanych w wydawanym w Warszawie Tygodniku Ilustrowanym.

[11] Używając terminy „Turkmeny”/”Turkmeni” autor ma na myśli tureckojęzycznych mieszkańców chanatu kubińskiego. Dziś określilibyśmy ich Azerami, wówczas jednak takie pojęcie nie istniało. Przodków współczesnych Azerów nazywano właśnie Turkmenami lub Tatarami kaukaskimi, względnie azerbejdżańskimi. Ludzie określani przez Gralewskiego jako Persowie prawdopodobnie rzeczywiście za takich się uważali, choć nie koniecznie musieli być etnicznymi Persami. Jak znaczna część mieszkańców ówczesnego Azerbejdżanu używali z pewnością na co dzień języka perskiego i wyznawali szyizm. Niemal wszyscy mieszkańcy ówczesnego Azerbejdżanu (nawet ci mówiący językiem tureckim) uważali się wówczas za Persów, pojęcie to nie ograniczało się jednak wówczas do etnicznych Persów. Azerowie „pozbyli się” tożsamości perskiej dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Zaczęli się wówczas określać jako Turcy azerbejdżańscy, później zaś Azerowie. Z czasem opisywani przez Gralewskiego Persowie zatracili język, sturczyli się i stali Azerami wyznającymi szyizm. W Azerbejdżanie wciąż zachowały się jednak obszary (np. Półwysep Apszeroński lub wioska Lagicz) gdzie tamtejsi mieszańcy, uważający się za Azerów względnie Tatów, mówią językiem perskim.

[12] Dziś Ormian nie ma już w Kubie, Rosjan mieszka także niewielu.

[13] Miejscowość ta nazywa się obecnie Krasnaja Słoboda i do dziś zamieszkała jest przez tzw. Żydów górskich, którzy mówią językiem dżuhur, będącym dialektem języka perskiego. Pisząc o mieszaninie hebrajskiego z chaldejskim Gralewski mógł mieć częściowo rację. Podobnie jak mieszkający w Europie Wschodniej i posługujący się językiem jidisz Żydzi aszkenazyjscy, Żydzi górscy w języku liturgicznym używali języka hebrajskiego (wymarłego). Językiem chaldejskim czasami określa się z kolei język aramejski, który od końca I tysiąclecia p.n.e. do najazdów arabskich był bliskowschodnim lingua franca. W tym języku napisana jest część ksiąg Starego Testamentu. Nim posługiwał się także Chrystus i apostołowie. Część słów w języku dżuhur pochodzi rzeczywiście z języka hebrajskiego i aramejskiego.

[14] Współczesna, najbardziej rozpowszechniona wersja historii Żydów górskich mówi, iż przybyli na Kaukaz prawdopodobnie w wiekach od VII do XIII z północnej Persji i Cesarstwa Bizantyjskiego; początkowo osiedlali się na terytorium Azerbejdżanu, następnie powędrowali na północ, do Dagestanu (połączyli się tam z ocalałymi po najazdach mongolskich Chazarami). W XI w. przejęli język od Tatów (język tatyjski), który był jednym z głównych języków ówczesnego Azerbejdżanu. Niektórzy etnografowie negują jednak tę teorię. Uważają, że przodkami współczesnych Żydów górskich jest część Tatów, którzy przyjęli judaizm od Chazarów (tzn. Żydzi górscy są z pochodzenia ludem irańskim, a nie semickim).Obecnie w Azerbejdżanie pozostało niewielu Żydów górskich. Po rozpadzie ZSRR większość z nich wyemigrowała do Izraela, część do Moskwy i USA.

[15] Widocznie ten zwyczaj pozostał im do dziś, Krasnaja Słoboda jest bowiem miejscowością bardzo zadbaną i bogatą. Złośliwi mówią, że piękne domy i synagogi wybudowano za pieniądze mafii Żydów górskich, która działa w Moskwie.

[16] Dziś Kuba to prowincjonalne senne miasteczko. Nie zobaczymy już niestety tej barwnej mozaiki opisywanej przez Gralewskiego.

[17] Obecnie w Kubie i całym północnym Azerbejdżanie dominują sunnici. Szyici zamieszkują przede wszystkim środkowy i południowy Azerbejdżan i stanowią ok. 2/3 mieszkańców kraju.

[18] Kiejf, czyli – na współczesnym obszarze postradzieckim kajf. Słowo to nie oznacza dziś bynajmniej spoczynku. Można je przetłumaczyć jako odlot, który odczuwa się po przyjęciu narkotyków. Obecnie słowa kajf/kajfować używa się również na określenie świetnego samopoczucia.

[19] Mirza Muhammad II był władcą Chanatu Bakińskiego w latach 1783-1791. Chanat został ostatecznie przyłączony do Imperium Rosyjskiego w 1806 r. Odtąd potomkowie bakińskich chanów nosili zrusyfikowane nazwisko Bakichanowów.

[20] Podobne środki rzadko były stosowane przez władze carskie na podbitych terenach Kaukazu i Azji Centralnej. Najczęściej miejscowej arystokracji nadawano tytuły szlacheckie, brano do armii itd., z powodzeniem skłaniając do lojalności, czego najlepszym dowodem są losy opisanego poniżej Dżafar-Kuli-Agi i jego synów.

[21] Dżafar-Kuli-Aga Bakichanow żył w latach 1796-1868. Był generałem-lejtnantem armii rosyjskiej.

[22] Usta to termin z języka perskiego używany do określania nauczyciela, mędrca, uczonego. Używano go na wszystkich obszarach gdzie silne były wpływy kultury perskiej, m.in. w Azerbejdżanie i Azji Środkowej. Wielu polskich zesłańców przyjmowanych było na służbę arystokracji kaukaskiej, a także rosyjskiej byli bowiem ludźmi z wszechstronnym wykształceniem, którego w skostniałych szkołach koranicznych nie mogli odebrać uczniowie na Kaukazie.

[23] Dziś oczywiście w Azerbejdżanie nikt w podobny sposób nie postępuje z własną żoną bądź córkami. Ale w porządnych azerbejdżańskich rodzinach córka nie powinna się z nikim umawiać sama, zbyt późno wracać do domu itd.

[24] Abbas-Kuli-Aga Bakichanow żył w latach 1794-1847. Jeden z najsłynniejszych azerbejdżańskich historyków, poetów, filozofów. Zwolennik kulturowego zbliżenia Rosji i Azerbejdżanu. Uczestnik wojen rosyjsko-perskich i rosyjsko-tureckich. Wieloletni tłumacz języków wschodnich przy namiestnictwie Kaukazu w Tbilisi. Autor historii Azerbejdżanu od czasów najdawniejszych do 1813 r. Jako oficer armii carskiej przebywał w latach 1830. w Warszawie gdzie nauczył się polskiego i nawiązał kontakty z elitą intelektualną Królestwa Polskiego, które podtrzymywał po powrocie na Kaukaz (przyjaźnił się z polskimi zesłańcami, prenumerował polską prasę itd.).

[25] Nazwa używana w Iranie i Azerbejdżanie na określenie imama tzn. duchownego prowadzącego wspólne modły w meczecie, głoszącego kazania, przewodniczącego uroczystościom religijnym związanym z narodzeniem dziecka, pogrzebem itd. W Iranie achundowie uczą także w szkołach religijnych. Zwykle są to osoby, które ukończyły szkoły islamskie. Za rządów Chomeiniego w Iranie termin achund przybrał znaczenie pejoratywne; tak określano duchownych którzy nie zgadzali się z oficjalną linią władz i najwyższego duchowieństwa.

[26] Chodzi o miasto Ardabil w północno-wschodnim Iranie.

[27] Podobnie jak kult męczeństwa, tak poezja jest nieodłącznym i bardzo charakterystycznym elementem kultury perskiej. Szczególną czcią poeci otaczani byli właśnie w Persji oraz na takich obszarach jak Azerbejdżan, Afganistan i Azja Środkowa (głównie na obszarze Międzyrzecza-Mawerannahru, gdzie wpływy kultury perskiej były najsilniejsze). Na Kaukazie Północnym poeci nie cieszyli się natomiast aż takim mirem.

[28] Właściwie mudżtahid – muzułmański uczony, doskonale znający szariat. W średniowieczu zanim powstały 4 szkoły islamskie (szafiicka, hanbalicka, malikicka i hanificka) mudżtahidzi mogli stosować tzw. idżtihad tzn. samodzielnie interpretować prawo muzułmańskie (w oparciu o Koran, Sunnę i własne doświadczenie); po tzw. zamknięciu wrót idżtihadu (uformowaniu się i skostnieniu szkół) zaprzestano interpretacji. W islamie sunnickim mudżtahidami byli więc założyciele 4 szkół muzułmańskiego prawa. W szyizmie tym terminem określa się po prostu najbardziej szanowanych i wpływowych duchownych.

[29] Właściwie Wadi-Fatima (miasteczko w Arabii Saudyjskiej pomiędzy Mekką a miastem Dżidda). Jest to jedna z wersji śmierci Abbasa-Kuli. Inna mówi o tym, że zmarł on po prostu w Kubie, gdzie też został pochowany.

[30] Grobowiec Alego-zięcia proroka Mahometa, ojca Husajna znajduje się mieście Nadżaf w Iraku.

[31] Chanat Kiuryński – feudalne państewko dagestańskie ze stolicą w aule Kurach, obejmujące część terenów południowego Dagestanu, zamieszkane głównie przez Lezginów i Agułów.

[32] Dziś takie sytuacje należą do rzadkości, lata rządów sowieckich oraz ogólne zeświecczenie społeczeństwa spowodowały, że większość mieszkańców Azerbejdżanu dokładnie nie wie czy są sunnitami czy szyitami. Podziały sunnicko-szyickie starają się zacierać zarówno władze duchowne, jak i radykałowie islamscy. Tym niemniej we współczesnym Azerbejdżanie trwa proces zwiększania się społeczności sunnickiej kosztem szyickiej, co może być po części efektem dużej niechęci Azerów wobec Iranu, który jest ostoją szyizmu.

[33] Wymienione tu przez autora święta muzułmańskie to: Arbain Husajni – święto szyickie obchodzone 40 dni po święcie Aszura, upamiętniające powrót głowy Husajna do Karbali gdzie została pochowana wraz z jego ciałem (po bitwie pod Karbalą głowę Husajna odesłano do kalifa Jazyda do Damaszku, który zwrócił ją następnie rodzinie zabitego); Mawlid (inaczej Maulid an-Nabi lub Eid Milad an-Nabi) – urodziny proroka Mahometa obchodzone w trzecim miesiącu kalendarza muzułmańskiego (Rabi al-awwal); Shab-e-Barat (u Gralewskiego jako Biza i Barata) – zwane również jako noc Barata, podczas której muzułmanie odwiedzają cmentarze i modlą się na grobach swoich zmarłych; święto obchodzi się tylko w tradycji szyickiej (przed miesiącem Ramadan), przez sunnitów uważane jest natomiast za bida, czyli herezję; Mucharram, Safar i Ramazan (Ramadan) to nie tyle święta co istotne miesiące w islamie (Mucharram – w szyizmie obchodzi się wówczas Aszurę; Safar – miesiąc w którym odbywa się hadż, w tym miesiącu Mahomet uciekła z Mekki do Medyny; Ramadan – miesiąc muzułmańskiego postu).

[34] Husejn żył w latach 626-680. Mahomet zmarł w roku 632, w chwili jego śmierci Husejn miał więc nie 8 lecz 6 lat. Jego ojciec Ali żył w latach 599-661. Gdy umierał Husejn miał więc nie 38 lat, jak pisze Gralewski lecz 35 lat.

[35] Chodzi o Muwaiję – pierwszego kalifa umajjadzkiego (661-680), sprawującego rządy po kalifie Abu Talibie. Władzy Muawiji nie uznawali zwolennicy Alego – bratanka Mahometa, uważający iż kalifami powinni być tylko ludzie z rodu Proroka. Zwolennicy Alego oraz jego potomków dali początek szyitom, zaś kalifowie z rodu Umajjadów – sunnitom.

[36] Jezyd, a właściwie Jazyd był drugim kalifem umajjadzkim. Panował w latach 680-683.

[37] Miasto Kufa znajduje się na terytorium współczesnego Iraku.

[38] Trudno powiedzieć w jaki sposób Gralewski spolszczył nazwisko wodza zwolenników Jazyda. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Umar ibn Sa’ad.

[39] Chodzi o Karbalę - miasto w Iraku.

[40] Gralewski popełnił błąd obliczając datę bitwy pod Karbalą według kalendarza chrześcijańskiego. Miała ona rzeczywiście miejsce w 61 roku hidżry, co oznacza jednak że odbyła się w roku 689 po Chrystusie.

[41] Husajn został rzeczywiście ścięty, jego głowę zaś odesłano Jazydowi do Damaszku. Według podania głowę Husajna w roku 1153 przewieziono do Kairu, gdzie zbudowano w jego cześć meczet zwany Meczetem Husajna (Masdżid Al-Hussajn), będący jedną z najważniejszych świętych miejsc szyizmu.

[42] Chodzi o miasto Szemacha w północnym Azerbejdżanie. Święto upamiętniające męczeństwo Husajna nazywa się właściwie Aszura.

[43] W wielu miejscach swoich pamiętników Gralewski próbując wyjaśnić rzeczywistość kaukaską czytelnikowi używa znanych mu pojęć z polskiej rzeczywistości. Naibów imama Szamila nazywa na przykład hetmanami. W tym przypadku użył określenia „parafia” dla opisania gminy muzułmańskiej. Właściwie powinien tu użyć określenia „dżamaat” oznaczający wspólnotę.

[44] Mającego chrześcijańskie pojęcie o świątyni Gralewskiego szczerze oburzył widok młodzieńca śpiącego w najlepsze w meczecie. W islamie nie jest to jednak uważane za coś zdrożnego, a tym bardziej nie za świętokradztwo. Meczet nie jest dla muzułmanów miejscem świętym w znaczeniu chrześcijańskim (w kościele czy cerkwi przechowywany jest Najświętszy Sakrament). Jest to po prostu dom spotkań i wspólnej modlitwy. Spanie, odpoczywanie, czytanie książki, rozmawianie, czy nawet rozmawianie o interesach wewnątrz meczetu czymś grzesznym i nieodpowiednim. Zaobserwowany przez Gralewskiego chłopiec zachowywał się więc zapewne całkowicie naturalnie nie wzbudzając prawdopodobnie zgorszenia obecnych.

[45] Hassan, brat Husajna nie mógł brać z nim udziału w bitwie pod Karbalą gdyż został otruty z polecenia kalifa Muwiji w 672 r. w Medynie. Nie wiadomo czy jest to błąd Gralewskiego czy też ludowa tradycja ówczesnego Azerbejdżanu przypisywała Hassanowi udział w bitwie.

[46] Karbala, j.w.

[47] Szimr Ibn Thil-Dżawszan był żołnierzem z armii umajjadzkiej biorącej udział w bitwie pod Karbalą. To on według podania miał zabić Husajna i ściąć mu głowę.

[48] Krwawe obchody Aszury w Azerbejdżanie odbywały się do lat 1930. kiedy to zakazali ich bolszewicy. Przez cały okres radziecki procesje w ogóle się nie odbywały, nie mówiąc już o publicznym okaleczaniu się. Po rozpadzie ZSRR w niektórych miejscach Azerbejdżanu wrócono do tej tradycji, m.in. w niektórych meczetach w Baku, Nachiczewanie i na Półwyspie Apszerońskim. Krwawe świętowanie Aszury wciąż należy jednak do rzadkości w przeciwieństwie np. do Iraku czy Iranu. Oficjalne duchowieństwo azerbejdżańskie nie popiera takiego obchodzenia Aszury namawiając wiernych aby zamiast okaleczać się oddawali krew dla chorych.

[49] Gralewski używa tutaj formy perskiej – Ramazan. Po arabsku miesiąc, w którym ma miejsce post nazywa się Ramadan. Sam post, choć powszechnie nazywany jest Ramadanem, w rzeczywistości nazywa się saum.

[50] Podobnie jak w przypadku czterech pozostałych filarów islamu (wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, pielgrzymka do Mekki) również post nie był szczególnie przestrzegany przez radzieckich muzułmanów. Obecnie sytuacja ta zmienia się i w wielu postradzieckich krajach muzułmańskich, w tym w Azerbejdżanie pości coraz więcej osób. Wciąż stanowią one jednak mniejszość. Warto dodać, że na określenie postu na Kaukazie używa się najczęściej tureckiego słowa uraza oznaczającego po prostu post.

[51] Azerowie do dziś uważani są przez pozostałe narody kaukaskie za „miękkich” i „zniewieściałych” (szczególnie przez narody Kaukazu Północnego). Bardzo popularne są dowcipy o Azerach-homoseksualistach. Wpływy perskie są rzeczywiście silne w Azerbejdżanie mimo że istnieje powszechna niechęć do Iranu. Przejawiają się one m.in. w mentalności i kulturze (wystarczy wspomnieć choćby zamiłowanie do poezji).

[52] Nazwa pułku szyrwańskiego pochodzi od Chanatu Szyrwańskiego – państwa ze stolicą w Baku opanowaną przez Rosję podczas wojen z Persją w pierwszym ćwierćwieczu XIX w. Gen. Iwan Paskiewicz – jeden z najsłynniejszych XIX-wiecznych rosyjskich dowódców. Uczestniczył w wojnach napoleońskich, dowodził rosyjską armią podczas wojny rosyjsko-tureckiej w latach 1826-1828 oraz podczas tłumienia Powstania Listopadowego. W latach 1832-1856 był namiestnikiem Królestwa Polskiego.

[53] Jeśli wysiedleni mieszkańcy wsi Kusary rzeczywiście ekshumowali swoich zmarłych i pochowali ich gdzie indziej należy to raczej wiązać nie z islamem lecz wpływami przedislamskimi w kulturze górali. Islam bardzo niechętnie odnosi się do ekshumacji. Według niego zmarłego trzeba pochować jak najszybciej, niezależnie od tego czy zmarł na ojczyźnie czy w obcym kraju. Kult jakim mieszkańcy Kaukazu otaczają cmentarze i mogiły ma również niewiele wspólnego z klasycznym islamem. W krajach muzułmańskich krewni z reguły w ogóle nie odwiedzają grobów swoich bliskich po pogrzebie, a w porównaniu z chrześcijańskimi muzułmańskie cmentarze to miejsce zaniedbane.

[54] W rzeczywistości na Kaukazie niezwykle rzadko stosowano szariat w podobnych sytuacjach. Odwoływano się częściej do adatów, które bardzo różniły się od siebie. W XVIII-wiecznym Andalalu (sojusz wolnych aułów w środkowym Dagestanie) osoby, które dopuściły się cudzołóstwa musiały na przykład ofiarować wspólnocie po jednym byku. W Czeczenii mąż, który przyłapał żonę z innym mężczyzną mógł albo zabić oboje albo wybaczyć. Nie mógł ukarać tylko żony. Gralewski zapomniał poza tym dodać, że według szariatu aby skazać kobietę na ukamienowanie potrzebnych jest 4 dorosłych świadków-muzułmanów. Nie trudno się domyślić, że jest to prawie niemożliwe.

[55] Gazeta Warszawska – jedna z najdłużej wydawanych gazet w historii Polski (1774-1935). Początkowo związana z jezuitami, następnie z ruchem narodowym. Reprezentowała poglądy skrajnie antyliberalne. Bibljoteka Warszawska - miesięcznik literacko-naukowy ukazujący się w Warszawie w latach 1841-1914.

[56] Juliusz Muczler był mało znanym poetą. Podczas zesłania utrzymywał kontakty i korespondował ze słynnym zesłańcem, poetą i działaczem politycznym Tadeuszem Ładą-Zabłockim, któremu przesyłał swoje wiersze do recenzji.

[57] Szachdag – szczyt górski we wschodniej części Wysokiego Kaukazu, na terytorium północno-wschodniego Azerbejdżanu. Wysokość – 4243 m n.p.m. Przez okolicznych mieszkańców uważany za świętą górę.

[58] Aleksandr Michajłowskij-Danilewskij – autor „Opisanija otieczestwiennoj wojny w 1812 godu” (Historii wojny ojczyźnianej w 1812 r.”), pierwszego rosyjskiego dzieła o wojnie rosyjsko-francuskiej lat 1812-1813.

[59] Władysław Kamieński był prawdopodobnie polskim działaczem niepodległościowym z Kijowa, studiującym w połowie XIX w. na Politechnice Kijowskiej.

[60] Gen. Zachar Maniukin (1799/1806-1882) – rosyjski generał, uczestnik wielu wojen na Kaukazie, w latach 1848-1853 dowodził pułkiem szyrwańskim, zaś w latach 1857-1860 był wojskowym gubernatorem Dagestanu. W latach 1863-64 brał udział w tłumieniu Powstania Styczniowego.

[61] Michał Pietraszewski (1821-1866) – rosyjski działacz rewolucyjny, socjalista-utopista; pracował w rosyjskim MSZ w Petersburgu; organizował spotkania rosyjskich intelektualistów, na których propagował idee materializmu i socjalizmu utopijnego (tzw. koło Pietraszewskiego). W 1849 r. aresztowany i skazany na karę śmierci zamienioną następnie na dożywotnią katorgę na Syberii.

[62] Z ros. skrzynie, skrzynki.

[63] Chodzi najprawdopodobniej o dezynterię.

[64] Dokładnie: „Tak, ze wszystkiego jesteśmy zadowoleni.

[65] Jak już wcześniej zaznaczono Lezginami nazywano wówczas wszystkich dagestańskich górali. W tym wypadku chodzi jednak prawdopodobnie o Lezginów właściwych (odrębny naród), zamieszkują oni bowiem zwarcie północny Azerbejdżan i południowy Dagestan. Gralewski trafił więc prawdopodobnie rzeczywiście do lezgińskiej wsi.

~66 Muzułmańskie pozdrowienie przytaczane przez Gralewskiego brzmi w rzeczywistości „Assalam alejkum”, zaś odpowiedź: „Wa-alejkum assalam tzn. „Pokój z tobą”.

~67 Opisywana przez Gralewskiego „siurpa” zwana również szurpą, ciorbą lub czorbą znana jest w wielu krajach Kaukazu i Bliskiego Wschodu. To rzeczywiście rodzaj rosołu gotowanego na mięsie baranim, obowiązkowo z porządnym kawałkiem baraniny z kością. Płow zwany również pilawem to z kolei gotowany ryż z dodatkiem baraniny i wołowiny oraz marchewki, rodzynek i czosnku. Szczególnie popularny jest w Azji Środkowej.

~68 Obyczaj ten zmienił się oczywiście, kobiety tańczą z nieznajomymi mężczyznami, osoby przeciwnej płci nie dotykają się jednak w tańcu (chyba że nikt nie widzi).

~69 Gralewski pominął praktykowany wciąż w wielu regionach Kaukazu zwyczaj biegania na weselu z zakrwawionym prześcieradłem, które ma być dowodem że panna młoda była dziewicą.

~70 Przedislamski zwyczaj pielgrzymowania na Szachdag oraz położony w południowym Dagestanie Szalbuzdag zachował się do dziś. Choć ma on korzenie pogańskie nabrał charakteru islamskiego.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury