Część Szósta

DAGESTAN ŚRODKOWY I OBRAZ WALK

Linje strategiczne. – Pochód Moskali na wyprawę. – Opisy krain i ludności. – Jussuf-Bek w Kurachu. – Lezgin z Polski. – Ormianin uznający się Polakiem. – Zamordowanie emisariusza z gór w Czyrachu. – Kazi-Kumuch. – Abduł-Rachman. – Mirza-Dżemał-Eddin. – Pogranicze wojenne. – Turczy dach. – Klęska Moskali pod Gergebilem. – Mirza z Achtów i jego polityka. - Śmierć dwóch Polaków. – Oblężenie Sałtów. – Sceny tragiczne. Walki i Szturmy. – Wywiezienie Abduł-Rachmana. – Zdobycie Gergebila. – Moskale u Czoch. – Odwrot najezdników. – Powstanie achtyńskie. – Pochód forsowny Moskali. – Fort achtyński atakowany przez Szamali. – Bitwa miskendżyńska. – Oswobodzenie fortu. – Okrucieństwa. – Sądy. – Śmierć Mirzy z Achtów.

**

Przyjrzyjmy się teraz krainom, z których tryskało i rozlewało się życie na cały Kaukaz.

Obaczmy bliżej strony walczące i pobojowiska zalane krwią, zarzucone trupami i gruzami. Zobaczmy to w środkowym Dagestanie, a w latach 1847, 1848 i 1849, kiedy Miurydzi silni jeszcze byli na swej podstawie moralnej i materjalnej.

Na moskiewskich linjach granicznych w środkowym Dagestanie, urządzone i zabezpieczone były mocnemi fortami drogi komunikacyjne. Jedna z nich prowadziła z północnej strony ku zachodowi, to jest od morza przez Temir-Chan-Szurę i przez Cudachar ku Kazi-Kumuchowi; druga z południa od Derbentu i Kuby wiła się ku północy przez Kurach. Kazi-Kumuch był punktem łączącym obie te linje, formujące trójkąt rozwarty ze strony morza przez Moskali.

Oprócz kilku batalionów linjowych mających po 1200 ludzi, stojących załogą w fortach komunikacyjnych, stały jeszcze na krańcu linji północnej dwa pułki piesze, na linji zaś południowej i w centrze trójkąta stały dwa inne pułki, liczące po 6 tysięcy ludzi. Oprócz tego pułk dragonów, milicje miejscowe, piesze i konne [1], dwa konne pułki kozaków dońskich i artyleria, wynosiły do 10 tysięcy ludzi. Dowodzący więc tem wojskiem, jenerał książę Argutyński, na przestrzeni 600 mil kwadr. rozporządzał siłą czterdziesto-tysięczną.

Linjowe bataljony nigdy nie występowały do ekspedycji z zajmowanych przez nich fortów, a nawet bywały w razie potrzeby wzmacnianie kompanjami lub całemi bataljonami z pułków czynnych, osobliwie kumuchski garnizon zawsze miał najmniej jeden lub dwa posiłkowe bataljony czynne. Dlatego też, gdy przygotowywała się z tej strony wyprawa w góry, przy największem wysileniu, ledwo można było poruszyć 12 do 15 tysięcy ludzi.

Po nieszczęśliwej wyprawie darwińskiej [2], ks. Worońcow, zamierzył ten wódz w 1847r. uderzyć na góry od strony podległego Dagestanu. Wojska dagestańskie posiłkowane były jeszcze przez wojska z Czeczni i z lezgińskiej południowej linji.

Gdy bataliony kabardeńskie z Czeczni przybyły do Temir-Chan-Szury, wystąpiły zaraz z apszerońskiemi i dagestańskiemi ciągnąc ze sobą z niesłychanym wysileniem niewidziane w górach polowe i wałowe działa wielkiego kalibru, a nawet kilka moździerzy. Szyrwańcy[3] zaś, w szeregach których i ja zmuszony byłem do marszu, aby się zejść razem nad rzeką Kajsu, ruszyli w jednej kolumnie z dwoma batalionami mingrelskiemi [4], przybyłemi aż do Tyflisu [12]. Dla dodania przedsięwzięciu siły moralnej i znaczenia religijnego popi prawosławni, a nawet ksiądz katolicki z Kusar wystąpili do pochodu.

Była to już późna wiosna. Przyroda ubrała się w suknie majowe, ustrojone w różnobarwne kwiaty. Odwieczne lasy nadsamurskie szemrały mową tajemniczą [5]. Głosy ptaków odzywały się po lesie. Szmer burzliwy Samuru tak huczał i pienił się w łożysku swojem, że nam przejść po prostej drodze nie pozwolił i zmusił nas na obchód jego aż ku Achtom. Szach-dach wspaniały, w swym królewskim majestacie w białą czałmę [6] śniegową przybrany, wychylając głowę z wieńca chmur, patrzał się obojętnie na nas, w którąkolwiek stronę udaliśmy się, a my zdążyliśmy ku jego podnóżkowi północnemu. Przyroda cała ze stworzeniami wszystkiemi obojętnie się na nas patrzała; nie troszczyła się co panowie kuli ziemskiej – ludzie – wyrabiają. Wszystko szło swoim trybem; wiatry wiały, strumienie z łoskotem spadając z wyżyn, szumnie pędziły do morza; wszystko i wszystko nie zważając na człowieka, obracało koło życia swego organicznego lub nieorganicznego i mełło przyszłość więcej wykształconą i doskonałą. Czas nawet, najstarszy duch w przyrodzie, wciskał się wszędzie, jedne twory zabijał, a drugie podobne na ich zgliszczach stawiał, odwieczne skały przecinał, a inne zębem swoim kruszył; a wszystko aby kształcić, aby posuwać dzieło stworzenia dalej!...

Ludzie znów obojętnie patrząc na dziwy przyrody, przypatrywali się sobie, ale nie obojętnie. Żołnierze starsi, patrząc na auły rozsiane po wzgórzach na obu stronach Samuru, dowodzili że mieszkańcy ich są tylko powierzchownie pokorni, że należałoby ich wypędzić z gór, bo się będą ciągle buntowali, ale że naczalstwo tego nie chce robić, bo głupie i zaradne, i że dla nagród utrzymuje wojnę [7]. Mieszkańcy zaś wsi z nienawiścią patrzali na Moskali, a piękne córy doliny samurskiej, najpiękniejsze z cór Dagestanu, marszczyły brwi na ich widok.

Pomimo tego Moskale uszykowani w bataliony, w szwadrony, w baterie i w sotnie, postępowali przez ich ziemie pieszo i konno, a gwarno, po prawym brzegu Samuru. Przeszli Chazry i ominęli kilka wsi do zrujnowanego już tak zwanego fortu tyfliskiego. Tam przenocowawszy kolumna na drugi dzień przebyła małe trzy mile i stanęła między fortem a wsią Achty, która już od lat dziesięciu nie walczyła z Moskalami.

Bardzo małej liczbie wojskowych pozwolono odwiedzić wnętrze fortu, albo aułu. Zresztą auł ten podobny jest do innych wsi górno-dagestańskich. Lezgini budują domy z ciosowych albo z okrągłych kamieni na tłustej glinie. Każdy dom niekiedy piętrowy lub z basztą, przedstawia mały ganeczek ze strzelnicami, służącemi razem i za okna. Wszystkie domy łącząc się ścianami albo murem ze sobą, - na ustępach gór, na pochyłościach skały, albo nad urwiskiem, - mogły tworzyć nieraz punkt obronny; a wązkie i kręte ulice, a nawet domy w poprzek ulic stawiane, utrudniały szturm takich miejscowości.

Suszyliśmy się po długim a ustawnym deszczu i patrzyliśmy niemiło na górę, która nam dnia następnego przejść wypadło. Tornister, karabin, sześćdziesiąt ładunków, prowiant kilkodniowy na sobie, męczyły żołnierza na równem miejscu, a tu przed nim owa góra, jeszcze, na dwumilowej osadzie, w trzy garby się rozłożyła!... Trud wielki, ale droga pewna. Samur mógłby pochłonąć jaką sektę topielców. Znane to były przygody!...

Niby osłabiony na zdrowiu, jeden z junkrów uzyskał pozwolenie do wzięcia konia czapkarskiego na stójkę do podwód przeznaczonego, za oznaczoną opłatą. Ja byłem naznaczony do towarzyszenia mu. Nazajutrz więc wyprawiliśmy się we dwóch za kolumną, mając konia do podwiezienia chorego, a raczej pieniężnego junkra.

Miałem zawsze chętkę rozmawiania z mieszkańcami, a szczególniej o wojnie Miurydów i o polityce. Korzystając więc z towarzystwa jeszcze postępującego z nami właściciela konia, zapytałem go czy on zna Polaków.

- A jakże – odpowiedział – znałem Grodeckiego, który był pisarzem w biurze naczelnika naszego okręgu. Był on i lekarzem i wielu ludzi wyleczył we wsi. Znałem i innych, którzy bywali u niego.

Rzeczywiście Grodecki był uczniem akademji wileńskiej, kilka lat przebywał w Achtach, i zyskał sobie przychylność mieszkańców.

- A kogo wy więcej lubicie – zapytałem – czy Moskali czy Polaków?

- A na co ci ta wiadomość – zapytał.

- Bo ja jestem Polak – rzekłem.

- O Urus jaman, Polek jakszy, - (Moskal zły Polak dobry) zawołał z ogniem Lezgin.

Dowiedziałem się potem, że Lezgin uznawał za dobrych jeszcze i Frengów [8], który to wyraz u nich także oznaczał nie tylko Francuzów, ale i Europejczyków w ogólności. Do Turków jednak najwięcej sympatji okazywał.

Z ubioru tego Lezgina i nędznej jego szkapy, łatwo było wnioskować, że był biednym i spracowanym człowiekiem; ale pomimo tego, pojęcia jego o świecie i o toczącej się wojnie były obszerne. W ogóle górale, zawdzięczając swoim zwyczajowym zgromadzeniom ludowym (mekkeme), na których rozprawiano o administracji, sądownictwie i o polityce, mieli pewne pojęcia o rzeczach ogólnych. Ich wiadomości w tym względzie były z pewnością wyższe od pojęć naszych wieśniaków, a tembardziej wieśniaków zachodniej Europy. Góralom brakło uczonych ludzi, ale tak zwanych nieokrzesanych prostaków prawie nie mieli.

Stanąwszy na trzecim garbie góry, rozstaliśmy się z koniem i z Lezginem. Spuszczając się z kolumną w wąwóz formujący szeroką dolinę, przeciętą rzeką Kurach-czaj, ujrzeliśmy auł Kurach opasany murem i basztami a wewnątrz wzmocniony silnym zamkiem chańskim.

Jest to stolica chaństwa kuryńskiego, sławnego wypielęgnowaniem miurydyzmu. Niedaleki na północno-zachód leżący Jarach, był własnie niegdyś miejscem zamieszkania Mułły-Machometa, pierwszego Miurszyda.

Kiuryńskie chaństwo długi czas razem z kumuchskiem zostawało pod panowaniem jednej rodziny. Obecnie na miejsce wysłanego do Syberii Harun-Beka, za stosunki z bratem swoim Hadżi-Jagją, walczącym przeciw Moskwie, Jussuf-Bek, pokrewny tego domu, zatwierdzony został zarządzającym tym krajem. Jussuf-Bek uchodził za dyplomatę, gdyż starał się dogadzać Moskwie i Szamilowi. Będąc na pograniczu ziem niezależnych, nie sprzeciwiał się swoim podwładnym składania Miurydom pieniędzy, sukna, bydła i t. p. [9]

Podług własnego pojęcia zadaniem jego było ochronić się od grozy w czasie wtargnięcia sił Szamila w jego posiadłości, oraz jednocześnie okazywać swą życzliwość i poddaństwo Moskwie. Moskwa to bardzo dobrze widziała i rozumiała, ale do czasu udawała, że ani nie widzi ani nie rozumie takowego postępowania. Obdarzyła go nawet stopniem jenerała, orderami i pieniędzmi. Między podwładnymi Jussuf-Bek starał się uchodzić za Miuryda z musu tylko podległego Moskwie.

Gdy kolumna moskiewska stanęła w Kurachu, zajętym ciągle przez załogę bataljonu linjowego, rozłożyła się w namiotach nad łożyskiem rzeki. Mieszkańcy znieśli kiziami [10], (paliwo z nawozu) ogień wkrótce buchnął i zupa w kotłach gotowała się na wieczerzę. Nazajutrz mieliśmy dzienny odpoczynek. Starszyzna była przyjęta na obiedzie u Jussuf-Beka. Muzyka miejscowego bataljonu przygrywała ucztującym. Po tym obiedzie zaproszono junkrów do stołu. Podano siurpę (rodzaj rosołu), baraninę pieczoną, kurczęta z ryżem ugotowane (płow) i kilka gatunków łakoci wschodnich, a do tego wino szampańskie.

Na obiedzie junkrów, Jussuf-Bek nie był obecny, a zastępował go dworzanin. Sam zajęty był sprawami krainy. – Na placu przed zamkiem zebrała się starszyzna ze wszystkich wsi, stanęła kołem, w środku którego chan przechadzał się, czynił zapytania, przyjmował krótkie odpowiedzi i wydawał polecenia. Wymowa jego płynna, jak wielu górali, trącała o wszystkie potrzeby mieszkańców, tyczyła się ich bytu materjalnego i moralnego. Zalecał aby uzbrojenie mającej wystąpić milicji było dobre, aby konie nie były liche. „Koń dobry, mówił on, jest obroną w natarciu i w ucieczce”. – Cała jego mowa tak była giętka, jego rozporządzenia tak były elastyczne, że słuchając ich trudno było poznać czy on jest stronnikiem Szamila czy cara.
Kolumna moskiewska wystąpiła dnia następnego już wzmocniona milicją kiuryńską pieszą i konną, jak przed dwoma dniami była powiększoną przez milicję achtyńską.

Przed wyjściem do marszu poszliśmy w kilku na bazar. Zapytaliśmy straganiarza o cenę masła i sera i na odpowiedź jego przemówiliśmy do siebie po polsku, że to bardzo drogo.

- Jak to drogo – odpowiedział Lezgin także po polsku – obejdźcie cały auł, a nie znajdziecie tańszego sera ani masła.

Odpowiedź ta Lezgina w naszym rodowitym języku, była dla nas przyjemnością i niespodzianką. Więc my zamiast o serze i o maśle, wdaliśmy się z nim w inną gawędkę.

- Gdzieś ty się nauczył po polsku? – zapytał jeden z nas.

- Byłem długi czas w Polsce – odpowiedział Lezgin – stałem w Sochaczewie i w Warszawie.

- Dawnoś ztamtąd?

- Nie tak dawno,… kilka miesięcy dopiero mija jak wróciłem.

- Cóż tam słychać w Polsce?

- Wszystko dobrze. Był bunt w Krakowie w przeszłym roku; myśmy tam jeździli na uspokojenie. Kilku też w Warszawie powiesili [11].

- A cóż to w tem dobrego?

- Ja tylko powiadam jak było.

- Jakżeś ty się dostał do Polski, gdy z chaństwa kiuryńskiego nikogo nie posyłają do jazdy muzułmańskiej?

- Ja poszedłem na ochotnika. Chciało mi się zobaczyć kawał świata.

- A podobaż ci się tam w tym świecie?

- Są rzeczy co mi się podobały, a są i inne co mi się nie podobały.

Nie mieliśmy czasu do dłuższej rozmowy. Nie targując się więcej daliśmy Lezginowi pieniądze jakie żądał za masło i ser. On wziąwszy pieniądze, zawinął jeszcze w papier trochę rodzynków i podał je nam.

- A dziękujemy ci mój kochany, my nie kupujemy rodzynków.

- Weźcie – rzekł – to peszkiesz (podarek). Jeśli będę jeszcze w Polsce i zastanę tam was, poczęstujecie mnie waszem piwem.

Nieprzyjęcie peszkieszu było wielkiem ubliżeniem dla dawcy. Podaliśmy więc sobie ręce na zgodę i zaprosiliśmy go do Kusar, po ekspedycji.

W czasie tej rozmowy spoglądał na nas i przysłuchiwał się nam człowiek, mocno smagłej twarzy i gdyśmy zdążali do szeregów, które opuszczał Kurach, zbliżył się do nas prowadząc za sobą konia i rzekł po moskiewsku.

- Czy wy Polacy?

- Polacy jesteśmy… dlaczego?

- Bo i ja jestem Polak.

Spojrzeliśmy na niego i zdziwiliśmy się, że mógł cos podobnego mówić człowiek, którego rysy twarzy były czysto wschodnie, a akcent wymowy moskiewskiej zdradzał ormiańskie pochodzenie. Więc jeden z nas rzekł:

- Żartujesz bardzo z nas.

- Wcale nie żartuję, bo ja chociaż jestem ormianin ale polskiej wiary.

- Jakto polskiej wiary? my jesteśmy wiary katolickiej.

- To też i ja jestem katolickiej. Ale to wszystko jedno, czy katolicka, czy też wiara polska. My zbieraliśmy się w 1831 r., żeby wam iść a pomoc. Byłoby nas z ośmiuset ludzi. Spóźniliśmy się i bardzo tego żałowaliśmy, boby wszystko inaczej się stało. My bylibyśmy Moskwę zwyciężyli, bo my jesteśmy bardzo mężni i tak się walecznie bijemy, że bylibyśmy każdy pułk rozbili.

- A to doprawdy szkoda, żeście się spóźnili, gdy jesteście tacy waleczni.

- O my bardzo waleczni! Moskale wobec nas są tchórze. Widzicie z jakiemi to siłami oni tu chodzą, a nic zrobić nie mogą. Nas i część by wystarczyła na podbicie takiego małego kraju.

- A cóż ty jesteś za jeden?

- Ja teraz jestem w służbie u pułkowego markietanta. Jak będziecie mieli głód w pochodzie, przyjdźcie do mnie, a ja dam wam placka i sera.

- Kiedyś taki dobry, to powiem ci, abyś był ostrożniejszy w mowie, bo cię Moskale aresztują i wyślą na Sybir.

- E, głupstwo ja się nie boję. Gdyby mnie chcieli złapać, uciekłbym zaraz do Tyflisu.

Wchodząc do szeregu rozstaliśmy się z naiwnym a poczciwym Ormianinem, który swojem rozumowaniem wytłumaczył nam powody śpiewania pieśni polskich w katolicko-ormiańskim kościele, w Mozdoku.

Kolumna postępowała na przód ku północy przez wąwóz przecinany wijąc się rzeką Kurach-czaj, która w bród przechodzić wypadało. Tym razem woda raptownie wezbrała. Oficerowie przejechali konno; żołnierze zaś dla siły oparcia się prądowi wody, wziąwszy się pod ręce, brnęli całemi plutonami przez rzeczkę. Woda była tak bystrą, że chociaż zaledwie nogi pokrywała, jednak jedenaście ofiar porwała i uniosła w potokach swoich.

Żołnierze kaukazcy, nauczeni doświadczeniem, wybornie umieli przeprawiać się przez wodę. Gdy suchość obuwia jest wielkim warunkiem do zachowania nóg od starcia i w ogóle dla zdrowia, przeto na każdej podobnej przeprawie zdejmowali onucze i spodnie. Z powodu ostrych kamieni znajdujących się na dnie koryta i toczących się brył oderwanych od skał, przechodzili oni w butach i po przeprawie dopiero wylewali z nich wodę, a stopy okręcali na nowo suchemi onuczami.

Wąwóz kurachski na dwumilowej przestrzeni aż do góry ryczyńskiej [13], z powodu kilkakrotnej przeprawy jest najnieznośniejszym z tutejszych wąwozów; przeciwnie zaś za tą górą rzeka płynąc ciągle przy wschodniej stronie szerokiej doliny, nie przerywa wcale drogi wyciągniętej prosto aż do fortu czyrachskiego [14], pod którego murami przechodzące kolumny nie raz zatrzymywały się na noclegi.

W czasie teraźniejszego marszu kolumna zatrzymała się na kilka dni w środku samej doliny, dla zasłonięcia od możebnej wycieczki górali na prowadzone ogromne transporta żywności na jucznych koniach, mułach, osłach i wielbłądach, wynajętych u zabakińskich mieszkańców. Raptowne zimna i grady dokuczały Moskalom na tem obozowaniu, chociaż był to czerwiec. Kilku z żołnierzy wysłanych do wyrąbywania krzewiny na ogień, zostało zabitych od gradu; kilku zaś silnie potłuczonych odprawiono do lazaretu czyrachskiego. Pogłoska o wybiciu kilkuset sztuk owiec w okolicy, na pastwiskach mogła być prawdziwą.

Z powodu wysokiego wzniesienia, ziemia rodzi tu tylko jęczmień i owies. Owsiany, ościsty chleb we wsiach okolicznych jest zwyczajny, jęczmienne zaś placki należą do przysmaków. Na okół nie ma lasów, krzewiny są rzadkie, a pastwiska dopiero w czerwcu służą do użytku.

Lud tu jest ponury, chodzi ze zwieszoną głową, ożywia się upajająca jęczmienną buzą [15]. Kobiety, które tak delikatnie gdzie indziej się pielęgnują, są tu przygniecione ciężką robotą; muszą one żąć same zboże, zwozić je na osłach, znosić je na plecach do stert i młócić je następnie. O ile też mężczyźni pomimo smutnego wejrzenia, chlubić się mogą kształtną postawą i regularnemi rysami twarzy; o tyle kobiety są niekształtne i brzydkie. Niewłaściwe, ciężkie prace, w młodych zaraz latach wyrabiają w nich męzką muskularność , ale za to tak je wkrótce osłabiają, że każda trzydziestoletnia kobieta już jest przygarbiona. Gdy która z nich dożyje lat pięćdziesięciu, chodzi jakby w pałąk zgięta, opierając się na lasce, bez której obejść by się nie mogła. Wieś Ussy, w której kobiety są mocno zbudowane a rumiane na twarzy, z grubemi nogami i rękami, należy do wyjątku Oprócz rasowości może w tem leży i przyczyna późniejszego ich wychodzenia za mąż.

To zaprzęganie do ciężkiej pracy kobiet wydawać by się mogło wypływającem z dzikiego charakteru Górali, wszelako inna jest tego przyczyna. Wywołał ją mus odwiekowy, ciągle zatrudniający mężczyzn rzemiosłem wojennym. Gdy jedni z nich szli na pogranicza do odporu najezdników, drudzy musieli u swoich wsi, we dnie i w nocy stawać na posterunkach. Musieli oni po kilkunastu i po kilkudziesięciu pilnować w uzbrojeniu stad wspólnych na polach, a niekiedy i staczać tam krwawe bójki. Kobiety więc w czasie nieobecności mężów i synów przy gospodarstwie, jak to praktykuje się i u Kozaków, musiały ich wyręczać we wszelkich robotach domowych i polowych, oprócz jednej orki i siejby które zawsze mężką ręką są prowadzone.

Przechodząc koło fortu czyrachskiego, nie przewidywałem nigdy, aby później po kilku latach mogło się w nim stać okrucieństwo, a które się stało. Było to w 1852 r. za rządów jeszcze ks. Argutyńskiego w podbitym Dagestanie. Kapitan Konstantynow jako komendant fortu, uwiadomił wspomnianego jenerała o ujęciu koło Czyrachu emissarjusza z gór, o którym dowiedział się, że był mułłą i że miał zamiar dostać się do dalszych krain zajętych przez Moskali w celu podburzenia ludności. Dodał zarazem, że od niego samego niczego się dowiedzieć nie mógł, pomimo trzymania w ciemnicy i morzenia go głodem.

Gdy jenerał mu powiedział, aby postąpił sobie z jeńcem według własnego uznania (po swojemu usmatrjeniu), Konstantynow wtedy aby dać dowody gorliwości w służbie i mocy swego charakteru, kazał najprzód związać mułłę postronkami i rzucić go na ceglaną posadzkę w baszcie. Nie mogąc jednak wydobyć żadnego zeznania, kazał go okładać kijami. Gdy jeszcze po przejściu paru dni nic się nie mógł dowiedzieć, a może i dowiedzieć rzeczy, których sam nieszczęśliwy mułła nie wiedział, kazał mu wtedy nos oberznąć… Dalej… nie będę się rozwodzić szczegółami mordu, na które wzdryga się natura ludzka!... Skończę krótko, że Konstantynow w pewnych przystankach jeszcze wykłuł mulle oba oczy, oberznął mu uszy, wsadził mu knebel w zęby aby z bólu nie krzyczał, potem wyjąwszy mu knebel oberznął mu język… Mułła związany, skonał zalany krwią.

Konstantynowa potem osobiście poznałem w Petrowsku. Nie czuł on żadnego wyrzutu sumienia.

O kilka staj za Czyrachem, wznosi się góra wysoka, ale z powodu stopniowej podniosłości mało uciążliwa do przechodu. Góra ta rozdzielająca spadki wód na stoki południowe, które minęliśmy, i na stoki północne dążące do rzeki Kumych-Kojsu [16], prującej wysoczyzny w kierunku zachodnio-wschodnim, jest punktem granicznym chaństwa kiuryńskiego i kumuchskiego, oraz bujnej Tabassaranji na wschód leżącej.

Pochyłość północna tej góry jest bardzo przeciągła.

Kolumna w pochodzie rozwinęła obóz u wsi Kiululi, zamieszkałej przez samych beków [17], którzy wedle objaśnienia, za ich niegdyś bohaterskie czyny obdarowani szlachectwem przez chanów kumuchskich, uwolnieni zostali od wszelkich obowiązków ciężących na innych mieszkańcach, oprócz obowiązków wojskowych. Wieś ta pamiętna jest bitwą między Argutyńskim i Szamilem w 1842 r., po której pierwszy posunął się ku Kazi-Kumuchowi, i zajął go bez boju. Żołnierze moskiewscy ułożyli sobie z jednego epizodu tej bitwy, piosenkę wyszydzającą bojaźliwe zachowanie się dowódzcy milicji Kubińskiej.

„Ot Szamila pod Kiululi
Sławno bieżał Dżafar-Kuli,
Aj luli, aj luli” i t. d.

Opuściwszy pozycją kiululińską, kolumna ciągle postępowała po drodze pochyłej, z której zeszła w wąwóz głęboki, a z niego po drodze wężykowatej wydobyła się na bardzo stromą górę Sombat, gdzie zanocowała. Z Sorbatu będącego podnóżkiem Czyrach-dahu, zeszła ona w dolinę kumuchską zabudowaną kilkoma aułami, zasypaną drobnemi kamykami, ale pomimo tego rodzącą wyborną pszenicę. Załoga moskiewska zajmowała na niej fort kumuchski, postawiony i opatrzony kilkunastu działami na prawym brzegu rzeki Kumuch-Kojsu, oraz zajmowała dwa zamki obronne pilnujące głównego aułu z drugiej strony rzeki.

Kazi-Kumuchczycy znajdujący się na szpicu Dagestanu podległego i wystawieni przez to na ciągłe boje wyglądali bardzo wojowniczo. Mieli oni niesłychaną względność i pobłażliwość u Moskali. Kumuchczykowi wolno nawet było skrzywdzić bezkarnie oficera. Dla zgody niby zwierzchność moskiewska pozwalała plwać na swoich podkomendnych i znieważać ich godność. Jeśli który z oficerów naraził się Kumuchczykowi, natychmiast bywał translokowany do innych stron Kaukazu, albo wydalony ze służby. Słowem, zupełnie była tu inna polityka moskiewska niż na samem Pomorzu, gdzie obraza byle żołnierza stawała się powodem do wysłania śmiałka na Sybir.

Do zarządu też wewnętrznego chaństwa, rząd moskiewski wcale się nie wdawał; wymawiał sobie tylko podatek, jako znak poddaństwa. Ale nigdy go nie pobierał, zawsze go liczył na zaległości, którą potem car w czasie wielkich uroczystości dworskich kasował. Rządca chaństwa Abduł-Rachman-Chan syn Omara, a bratanek chanbutaja Asłan-Chana, był uważany za poplecznika Moskwy. Ciągle był on obdarzony stopniami wojskowemi, orderami i pieniędzmi. Brat jego młodszy Agałar-Bek [18] i młodziuchny syn Asłan-Chana, prawy następca na rządy chańskie, doznawali również szczególnych względów Moskwy. Oprócz nich wielu mieszkańców Kumucha byli jawnie lub skrycie opłacani za rozmaite usługi albo w celu przyszłych ich usług. Jednak usposobienie ogólne mieszkańców sprzyjało miurydom i łączyło się z duchem Mirzy Drzemał-Eddina.

Mirża Drzemał-Eddin, ten sam, który w 1824 roku razem z Kazi-Mułłą, Szabanem, Jusufem i Chan-Mahometem pierwszy przyjął błogosławieństwo na kazawat od miurszyda Mułły Mahometa z Jarachu, długo i szczęśliwie przebywał w rodzinnym pono aule Kazi-Kumuchu. Chociaż nigdy zbrojną ręką nie występował on przeciw Moskalom, jednak przykładnem życiem, radami, stosunkami z najświetlejszymi ludźmi Dagestanu, a zresztą i osobistem narażeniem się wpływał żywo na podniesienie się miurydyzmu. Będąc przybocznym pisarzem podlegającego Moskwie Asłan-Chana i świadomy wszelkich jego stosunków, zawiadamiał przyjaciół swoich o wszelkich rozporządzeniach i zamiarach wrogów. Stał się prędko głośnym ze zdolności swoich umysłowych i zyskał u narodu wielkie znaczenie.

Za rządów Chanowej Biulsum-Bike [19], wdowy po Asłan-Chanie, mając więcej rozwiązane ręce, stał się Dżemał-Eddin dobroczyńcą ludności kumuchskiej i kiuryńskiej strzegąc jej majątku od grabieży dworu chańskiego przez to uczynił się i moralnym kierownikiem ich spraw. Przejęty do głębi zasadami tarihatu i prawdziwy wyznawca wolności i niepodległości, parł lud do walki z najazdem.

Pomimo licznych napomnień moskiewskich, o przerwanie handlu z miurydami zawsze kilkudziesięciu handlarzy miało wolne karty do przechodzenia w ziemie niepodległe. Machmud-Bek kanclerz chanowej, kierowany przez Dżemał-Eddina, nie tylko że nie wzbraniał tych stosunków, owszem sam się komunikował z Szamilem. Imam w odwet czuwał aby handlujący komuchczycy w Sugratlu [20] lub w innym aule, nigdy nie doznali krzywd od miurydów.

Przez wpływy Dżemał-Eddina kiuryńczykowie również zostawali w ciągłych stosunkach z miurydami, przewozili im ołów, proch, zboże, odzież a nawet pieniądze. Przez Manatila krewnego rządcy chaństwa kiuryńskiego Harun-Beka, zesłanego później do Sybiru, wpływał na tego ostatniego, aby nie czynił przeszkód podwładnym, w dostarczaniu wzmiankowych zapasów dla Górali. Przekładał on różnym rządcom krain Dagestanu, aby jeśli nie chcą pomagać miurydom, żeby im chociaż w własnym interesie nie stawiali oporu.

Dżemał-Eddin musiał potem uciekać do miurydów, ale przychylni ich sprawie kumuchczycy zawsze cenili go wysoko i dumni byli z przyjęcia jakiego on dozna od plemion wolnych, a nawet od samego Imama. Szamil korzystający w młodzieńczych latach z jego nauk, słuchał teraz chętnie jego rad. W dowód zaś szacunku dla niego ożenił się z jego córką Zeidetą [21].

Po kilku dniach, gdy do spoczywającej kolumny nadciągnęły jeszcze bataljony pułku samurskiego i przyłączyła się miejscowa milicja kumuchska, cały oddział pod dowództwem kniazia Argutyńskiego wyruszył do marszu po lewym brzegu Kumuch-Kojsu. Straciwszy z widoku zamki i fort już dochodziliśmy do ziemi wolnych Górali.

Straszne tu bywało pogranicze stron wojujących!... Ziemia opuszczona, nie znać pługa ani siejby. Chwasty dzikie pokrywały całą okolicę. Miejsca, gdzie stały odwieczne auły, oznaczone były kupami gruzów. Ponura smętność, ta dzikołzawa postać zniszczenia, rozpościerała się do koła.

Moskale śród tej pustki postępowali z wielką ostrożnością. Konna milicja kumuchska, najświadomsza miejscowości, tworzyła szpicę kolumny, zamykała ariergardę i gdzie miejscowość dozwalała, wspinała się na wzgórza i ze skrzydeł kolumny wypatrywała nieprzyjaciela. Inne konne milicje były z nią w związku. Kozacy dońscy, owi przebiegli partyzanci w wojnach europejskich, byli tu nieodpowiednimi swemu przeznaczeniu; postępowali w środku kolumny, dodając jej siły jedynie swą ilością a nie jakością.

Przeszedłszy mil parę, Moskale ujrzeli dobrze znajomą im górę Turczy-dach [22], a spocząwszy godzinę u jej podnóża, z trudnością wstępowali na jej szczyt, po dość stromych ustępach. Dostawszy się na najwyższy ustęp kolumna uczuła się swobodniejszą, bo Turczy-dach uważany był za obronną pozycją. Powierzchnia szczytu góry była płaszczyzną, milę prawie ciągnącą się z południa ku północy, a z pół mili szeroką. Wyborna pasza dla koni, dostatek wody z kilku źródeł bijącej, nadto odkryty torf przez kapitana Henryka Lubańskiego, stanowiły w lecie dogodne stanowisko dla wojska.

Na tej płaszczyźnie nie było ani śladu siedlisk ludzkich, gdyż corocznie od jesieni aż do późnej wiosny, góra bywa zupełnie zasypana śniegiem. Gdyby była możność ciągłego przebywania tu ludziom, wtedy zbudowane trzy zamki a nawet trzy auły utrudniające wejścia na głównych przystępach, zrobiłyby z Turczy-dachu twierdzę niezdobytą.

Kolumna stanęła nad zachodnim zrębem góry, a nazajutrz kazano jej ufortyfikować wązką wypukłość miejsca. Gdy już po dwu dniach stanęły obronne wały darniowe, Argutyński pozostawiwszy w nich dwa bataliony Szyrwańskie, Kubińską i kumuchską milicją, pod rozkazami pułkownika Placek-Kokuma [23], wystąpił z resztą wojska w stronę wschodnią ku Gergebilowi [24], gdzie kniaź Worońcow ze znacznemi już siłami przybył od Temir-Chan-Szury.

Ci co pozostali na pozycji turczydachskiej, przypatrywali się widokom gór, przerażającej potęgi i dzikości! Na tle szaro popiołowych gromad wysoczyzn zaledwie gdzie niegdzie dostrzedz można było słabą zieloność i karłowate drzewiny. Auły pochowały się na dna wąwozów, albo przytuliły się za skałami. Zdawało by się, że nigdzie nie ma oznak życia, ani śladu człowieczego. Jaskrawa różnica uwydatniała podbite przez Moskali okolice, pełne żywej roślinności i ruchu ludzkiego, od tej górzystej strony miurydów. Lecz tak tylko wydaje się na pierwszy rzut oka ciśnięty z wyżyzny. Biedne i nagie góry Dagestanu nie są tak pozbawione życia! Gdyby kto z nad urwisk i ze skał spuścił się w wąwozy, zobaczyłby tam dolne ściany gór pokryte zieleniną traw i zboża a miejscami i lasem, ujrzałby tam nadrzeczne auły wyrosłe pośród winnic i sadów, pełnych moreli, brzoskwiń, grusz i orzechów.

Koczowanie w darniowej reducie, gdy mgły nie było, urozmaicało się różnem zajęciem i rozwiązaniem przejawów natury. Dzień miał swoje powaby, a noc swoje. Dzień przeobrażał ciągle malowidła ziemi i sklepienia niebios. Chmury albo słały się u stóp gór, albo wieńczyły ich wierzchołki. Patrzano się nieraz na słońce i na jasne niebo, gdy u stóp gór grały w grozie potęgi przyrodzenia. Każdy grzmot, każdy huk pioruna, kilkakrotnem echem odzywał się, odbity od olbrzymich skał. Były chwile, w których zdawało się, że grzmoty i pioruny nie ustają, a to echa tak się rozlegały i huczały!

Noc gdy była ciemna, robiła się straszna; lecz gdy księżyc przyświecał, gdy na górach i w wąwozach paliły się ognie w obozowiskach Moskali i Miurydów, jakież to zwodnicze było wówczas widowisko! Siedząc nad urwiskiem, zdawało się, że gwiazdy wiszą nad nami i pod nami, że my siedząc na kobiercu trawy, przenosimy się przez nieskończone przestrzenie! Głos tylko „kto idiot” zrywał z marzenia i przypominał, że Moskale idą mordować mieszkańców tych przedziwnych okolic, że to pole okrutnej walki z Szamilem.

Szamil bronił w tym czasie strategicznego swego stanowiska, zawartego w trójkącie gór, zakreślonym kachetyjskim, czeczeńskim i właściwie dagestańskim łańcuchami. Wszystkie przejścia w wąwozach, wszystkie pograniczne auły na trzech linjach były strzeżone i gotowe do odpierania najazdu.

Jeden oddział moskiewski groził z południowo zachodniej strony, kusząc się od źródła Kojsu. Oddział drugi w Czeczeni groził ustępom grzbietu kaczkałyskiego [25] i okazywał gotowość marszu do Czarnych gór. Lecz oddziały te obecnie były przeznaczone tylko do odrywania sił Szamila od linji dagestańskiej, na której Worońców zamierzył działać zaczepnie.

Po dwu tygodniach baczenia kolumny turczydachskiej na Miurydów udających chęć napadu na Kazi-Kumuch, przyszła do niej smucąca Moskali wieść, którą wkrótce przybyłe Wojsko z ks. Worońcowem i Argutyńskim potwierdziło. Gergebil nie ulękał się bomb, odbił szturm i z czoła kolumny szturmowej złożonego z dwustu kilkudziesięciu junkrów i zdegradowanych oficerów, a prowadzonych przez kapitana gwardji kniazia Suwarowa, nie puścił żywcem może i czterdziestu. Bataljony dagestańskiego i apszerońskiego pułków bardzo przetrzebione zostały. W czasie szturmu taki przestrach padł na Moskali, że Miurydzi kilku żołnierzom wyrwali broń z ich rąk odrętwiałych. Przy odstępowaniu najezdniczy ratowali się fugasami wcześnie po drodze urządzonemi. Ponieśli oni klęskę nie o tyle materjalną o ile moralną.

Jednego tylko planu dopiął Worońcow. Wytępił znaczną liczbę młodzieży, dworjańskiej, czekającej awansów, a zbytnie według jego zdania zapełniającej pułki kaukazkie.

Szczęśliwym trafem z wiarusów polskich z r. 1831 zginęło tylko kilku, z zesłanych zaś nikt nie poległ. Gustaw K. temi słowy opowiadał swoje ocalenie.

„Gdy jedną część tak zwanych ochotników, do których i nam kazano należeć, popchnięto wewnątrz przez wyłom muru aułu, drugą część skierowano obok na basztę. Ochotnicy przystawili drabiny i dostawali się na sam wierzch. Lecz kto się tam dostał, nie wracał. Miurydzi odcinali każdemu z nich głowę i wyrzucali ją na nas, robiąc okropne wrażenie. Już tylko jednego miałem przed sobą junkra, którego ten sam los miał spotkać, a po nim mnie, a po mnie kilku naszych rodaków. Tymczasem Miurydzi znudzeni odcinaniem głów wyrzucili na nas całego trupa. Drabina gnąca się już pod naszym ciężarem, odrazu się załamała. Pospadaliśmy wszyscy na dół potłukłszy sobie boki, ręce i nogi. Mnie się najszczęśliwiej udało, bo padając chwyciłem się gałęzi stojącego obok drzewa i bez szwanku spuściłem się ku ziemi. Nakazany odwrót ocalił moje i innych życie”.

Szamil na pamiątkę zwycięstwa, przysłał mieszkańcom Gergebila kamień, z wyrytym na nim odpowiednim ustępem, z koranu, który przez lud, z dumą rycerską, umieszczony został nad jedną z bram aułu [26].

Po przybyciu wojska z pod Gergebila, ożywił się bardzo Turczy-dach. Obozowiska dla wojska całego wybrane zostało na nowym punkcie północnym. Kazano się wprawić do zręcznego szturmu i w tym celu z darnin stawiano wysokie ściany, na które codziennie, kolejno, przy wrzasku „ura ura” i przy huku bębnów, parły się po drabinach bataljony. Wszystkie faszyny przygotowywano w forcie kumuchskim i zwożono na Turczy-dach.

Sztab główny głosił, że odstąpienie od Gergebila nie nastąpiło z powodu odporu Górali, ale z przyczyny pokazującej się w wojsku w okolicy, ale w wojsku na Turczy-dachu okazały się cztery tylko jej wypadki.

Sztab głosił jeszcze, że wojsko po wypoczynku uderzy znowu na Gergebil ale nie wszyscy temu dawali wiarę i jak się później okazało, mieli w tem słuszność. Przewidzenia swoje opowiedział nam pewien Lezgin, z którym bardzo ciekawie zapoznaliśmy się.

Było to w poobiednej godzinie, gdy kilku z nas wysunęło się na jakie pół staja z obozu. Usiadłszy nad urwiskiem, patrzyliśmy się na ufortyfikowane auły Górali, słuchaliśmy huku dział dolatującego z Sugratla i rozmawialiśmy o obu stronach wojujących.

O kilka kroków od nas leżał na trawie Lezgin, patrzył się on w góry i zapewne ciężkie myśli go trapiły, gdyż wzdychał od czasu do czasu. Potem przysunął się do nas i słuchał naszej rozmowy. Natrętność ta zdziwiła nas bardzo, ale później przypisaliśmy ją zwyczajowi miejscowemu, który dozwalał najuboższemu nawet człowiekowi wstępować do izb zamkowych i słuchać rozpraw jakie się tam toczyły. Lecz Lezgin ten wtrącił się do naszej rozmowy, przemawiając po moskiewsku:

- Kto wy tacy jesteście, że mówicie nieznanym mi językiem?

- My jesteśmy Polacy – odpowiedział jeden z nas.

- Tak się domyślałem – rzekł Lezgin. – Wczoraj zdaje się był pogrzeb waszego rodaka, którego chował polski mułła.

- Tak jest, był to pogrzeb jednego żołnierza Polaka.

- Bardzo mi się podobał ten pogrzeb. Ja stałem obok i widziałem was klęczących i wzruszonych stratą rodaka. Wy musicie być innej wiary od Urusów.

- Innej, my jesteśmy katolicy, a oni prawosławni.

- A jakaż to jest różnica, bo widziałem żeście się żegnali i że wasz mułła niósł krzyż.

- My jesteśmy chrześcijanie i oni się do nich liczą, ale różnica naszej wiary da się porównać z różnicą wiary mahometańskiej, wyznawanej przez Turków i Persów.

- Rozumiem – odrzekł Lezgin. – Wasze obrzęda więcej mi się podobają, bom widział u was więcej szczerej modlitwy. Obrzęda Ursów wcale mi się nie podobają.

Nastała przerwa w naszej rozmowie, gdyż obawialiśmy się zdrady jakowej ze strony nieznanego nam człowieka. Potem jeden z nas rzucił pytanie?

- Dlaczego Moskale nie zdobyli Gergebila?

- Dlaczego? – rzekł Lezgin, i długo, badawczo patrząc na nas dokończył potem z silnym naciskiem głosu – dlatego, że Bóg tak chciał. Bez woli Boga nic się nie dzieje, a co się dzieje jest z woli Boga… Oni szykują się pod Sałty i tam ich moc i kara boża spotka.

Powiedziawszy to wsparł się ręką na ziemi. Łatwo poznać można było wstrząsające nim uczucie, ale mogło ono być i udane. Jedni z nas chcieli zerwać z nim rozmowę, inni zaś przeciwnie zaciekawieni zostali usposobieniem Lezgina. Najbardziej odstraszał od niego wiszący na jego piersiach krzyż wojskowy i medal „za waleczność”, dawany więcej przychylnym dla Moskali niż bojowym ludziom. Ciekawość jednak przemogła i jeden z nas zapytał go:

- Zapewne jesteś Achtyńczykiem, przynajmniej tak wnoszę z kroju twego kontusza i z białej czapki?

- Tak, ja jestem Mirzą z Achtów. Jestem pisarzem i tłómaczem w biurze naczelnika wojennego. Ale ja muszę służyć Urusom, a po co wy im służycie?

- My jeszcze niewolniejsi od ciebie. My tu w kajdanach przyprowadzeni zostaliśmy i służyć również musimy.

- Dlaczegoż wy byliście okuci? przecież waszych tysiącami pędzą bez kajdan.

- Pędzą bez kajdan zwykłych rekrutów, gwałtem zabranych. Ale my chcieliśmy wojny z Moskalami. Oni dowiedzieli się o tem, trzymali nas długo w więzieniu, bili, a później do was tu wysłali.

- Więc u was w Polsce jeszcze się biją o wolność?

- Teraz nie. Kilka razy powstawali nasi, ale zwalczeni zostali.

- Szkoda was. My jesteśmy szczęśliwi, bo my się bijemy, a chociaż nie wszyscy, to będziemy wszyscy. Zobaczycie, pójdziemy pod Sałty, tam tenże wypadek będzie co i w Gergebilu, tylko odwrót trudniejszy. Już Urusy będą spotykani w każdym aule i żadnej rzeki bez straty wstecz nie przejdą.

- W razie klęski może by ich przepuścili niechętni teraz dla Miurydów Cudachary, albo wolni Akuszyńcy, którzy jak dawniej swobodnie wybierają sobie dargów w każdym pokoleniu, z kolei niezależnie krajem rządzących [27]. Może przepuściliby ich Kubierczyńcy jako dawni Brengowie, a także swobodnie oddani rzemiosłom i handlowi… [28]

- Powiadam wam, że Urusy bez straty żadnej rzeki wstecz nie przejdą.

- A cóż z nami wtedy będzie?

- Wy najlepiej żebyście zaraz przeszli w góry. Szamil was szczerze przyjmie.

- Trudno jest dostać się do Szamila, a źli jacy ludzie pojmawszy nas na drodze uznaliby nas za niewolników i źle by nas traktowali.

- Więc będziecie jeszcze zabijać Górali?

- My jeszcze żadnego Górala nie zabiliśmy, prędzej może Moskala.

Nastało chwilowe milczenie, a potem głośne zastanowienie się nad losem gór i nad silnym duchem Szamila.

- Powiedz Mirzo – zapytał jeden z nas – co się stanie z górami, gdy Szamil polegnie, albo umrze?

- Co się stanie? – zawołał z zapałem Lezgin. – Szamil jest człowiek świątobliwy, jest rozumny i uczony w koranie. Gdy przyjdzie on do którego aułu, przemawia tak zachwycająco do ludu, że każdy słuchający drzącą ręką ima rękojeść kindżała i przysięga iść za nim i walczyć przy nim do śmierci. Lecz Szamil nie jest najtęższym wojownikiem gór. Tysiąc dżygitów sprawniejszych do oręża znajdziecie w nich. Śmierć Szamila wcale nie pogorszy wojny.

- Według nas Mirzo, ty się mylisz… Szamil skupił w góry jedność. On nadał pisane prawo i jest znakomitym rządcą kraju. On sprowadził do ładu siły wojenne i dlatego Moskwa tak się męczy z górami. Nareszcie Szamil w bitwach dawał dowody świadomości sztuki wojennej i osobistego męztwa.

- Prawdę wielką mówicie – rzekł Mirza. – Wszyscy w górach oddadzą życie za Szamila, ale każdy uznaje, że są tam lepsi nad niego wojownicy.

Potem Lezgin zagadnął nas pytaniem.

- A czy też jeszcze sporo zostało w Polsce ludzi?

- Dwadzieścia miljonów – odrzekliśmy.

- Jak to dwadzieścia miljonów? Nie rozumiem.

- Więc uważ. Znasz co jest sto tysięcy?

- Znam.

- Dziesiątek takich tysięcy idzie na miljon.

- Wiem.

- Otóż takich miljonów jest dwadzieścia.

- Baszust, nie rozumiem – rzekł Lezgin potrząsając głową.

- Więc czego nie rozumiesz? Dziesięć setek tysięcy idzie na miljon.

- Ale ja rachować umiem, tylko nie rozumiem abyście wy mając ludności dwadzieścia miljonów mogli być w niewoli. Słyszałem o Polakach że są bitni, a wy ich przedstawiacie za tchórzów. Chyba tam pozostały same kobiety z drwiącem wspomnieniem o mężach.

- My mamy dużo ludzi, ale nie mamy takich gór do obrony jak wy macie, ani kamiennych aułów.

- Alboż to niższa Czecznia ma góry? czy pomorze Kaspijskie ma góry, a jednak ludzie ciągle walczą. Gdy ich Urus pokona, oni znów pokrzepiają się i występują do boju. Słyszałem, że macie murowane miasta, że macie wielkie lasy, że pokład ziemi waszej jest głęboki; więc czemu z miast waszych nie porobicie twierdz jak my robimy z aułów, czemu z ziemi nie sypiecie wałów i z lasów nie korzystacie jak korzystają ze swoich Czeczeńcy, Kajtachczycy [29] lub Tabassaranie?...

- Prawda to w części, ale my nie mamy broni.

- Nie, czego innego nie macie. Ale czego? tego ja sam nie wiem, bo nie byłem między wami.

Gdy czas nam było wrócić do namiotów, pożegnaliśmy Lezgina, który zapraszał nas do kunactwa (przyjaźni)[30] ze sobą, z warunkiem, aby się nigdy z nim nie witać w obozie, ani gdzieindziej przy Moskalach. Dopełnialiśmy tego warunku skrupulatnie nawet przez wzgląd na samych siebie. Mrugnięcie oczami, czasem parę słów cichych, wystarczyło nam na powitanie.

Później Mirza stawał się dla nas coraz więcej zagadkową osobą. Pewnego razu przystąpił do nas siedzących nad zrębem czochskim i gdy dla ostrzeżenia go o obecności między nami junkra Gruzina, zawiązaliśmy z tym ostatnim umyślną rozmowę o jego kraju, Mirza otwarcie przeciw niemu występował. Szyderczo zapytywał i radził mu ironicznie, aby powrócił do Tyflisu i szynkował winem. „Zatrudnienie takie, dodawał, najwięcej przystoi teraz książętom gruzińskim”.

Wdaniem się nasze w ten spór, mogący prowadzić jaką, biedę dla Mirzy, za buntowanie carskiego żołnierza, odsunęł odalsze następstwa. Jednak niepowściągniony w gniewie do Gruzinów, Mirza, jeszcze jeden raz zaczepił tego junkra i radził mu ironicznie zająć się szynkarstwem.

Ku końcowi lipca stał się smutny wypadek. Pewien junkier samurskiego pułku, syn pułkownika polskiego, a którego nazwisko zaginęło mi w straconych papierach, w obudzonym patriotyzmie powziął chęć ucieczki w góry. Jednego poranku uzbroiwszy się, wyszedł z wiarusem 1831 r. niby na polowanie około obozu. Niebawem po ich odejściu, stojąca na czatach konna milicja usłyszała huk z karabina. Popędziła więc w stronę wystrzału, spostrzegła zabitego w wąwozie wiarusa i uciekającego ku stronie Miurydów junkra, którego przytrzymano. Twierdzono powszechnie, że junkier nie mogąc namówić wiarusa do ucieczki, zabił go w uniesionym gniewie. Takie samo oskarżenie wymotywowano oddając go pod sąd wojenny. Nieszczęsny młodzieniec nie przyznawał się jednak do tego czynu, spędzając śmierć swego rodaka na strzał jakiego zaczajonego Miuryda. Pomimo tego sąd wojenny skazał go na rozstrzelanie. Decyzją sądu ks. Worońcow zatwierdził i po 24 godzinach pogrzebano już trupa.

Wypadek ten niezmiernie przykry dla Polaków, stał się powodem nieoczekiwanych rozpraw teologicznych w obozie.

Naczelnik sztabu jen. Kotzebue [31] zaprosił do siebie ks. Grodzkiego, który dysponował na śmierć junkra i powiedział:

- Głównodowodzący dla zaspokojenia sumienia swego kazał mi zapytać pana, czy słusznie junkier został rozstrzelany?

- To nie należy do mnie wyrokować – odrzekł ksiądz.

- Przecież rozstrzelany przed spełnieniem wyroku spowiadając się musiał wyznać prawdę.

- Nie wolno jest księdzu nie tylko opowiadać ale i myśleć o wyznanych na spowiedzi tajemnicach.

- Więc pan zostawiasz księcia w dawnej niepewności?

- W tej rzeczy ja decydować nie mogę.

Prawosławni dziwili się tajnej regule katolickiej i ks. Grodzkiego nazwali niegrzecznym w obec księcia. Ale pop Ostaszkin z mańki zagadnął księdza, z którym zajmował jeden namiot.

- Jak to - rzekł – czy gdybyś pan wiedział ze spowiedzi o jakiej zbrodni stanu, o jakim dajmy na to spisku na kogo z rodziny carskiej, czybyś pan nie wydał zbrodniarza?

- Nie – odrzekł ksiądz. – Moim obowiązkiem byłoby zbrodni zapowiedz, ale nie mógłbym nikogo wykrywać.

Długiej dysputy nie przekonały nikogo. Każdy zastał przy swej opinji, a okoliczności śmierci wiarusa dokładnie nie są dotąd znane.

Nareszcie na początku sierpnia, po nabożeństwie prawosławnem, katolickim i mahometańskim, wyruszyły kolumny moskiewskie, lecz nie ku Gergebilowi a ku Sałtom. Postępując z wielkiemi ciężarami, wojsko odbywało marsz dwudniowy i rozłożyło się z południowej strony Sałtów na szerokiej płaszczyźnie. Widziane na niej jeszcze przed rokiem drzewa tu i owdzie rozrzucone, a szczególniej dwa rzędy smukłych topoli, nagle przez miurydów wycięte zostały.

Oddział moskiewski przecięty był głębokim, wązkim parowem, w którym toczył się strumień podpływający pod auł i dostarczający dwom nieprzyjaznym siłom wodę. Baterję polowych dział ustawiono naprzeciw muru z trzema basztami, broniącego aułu od południa. Z innych stron auł otoczony urwiskami i domami ze strzelnicami, nie był wtedy atakowany.

Moskale zarządzili ciągłą dostawę prowjantu i amunicji z Cudacharu i z Kumucha, dla bezpieczeństwa której co pięć dni występowały w konwoju dwa bataljony piechoty i setka konnej milicji, z garstką dońskich kozaków. Dla miurydów zaś zajmujących auł, zapasy bojowe i żywność szły przez głęboki półmilowy wąwóz północny, zniżający się do wielkiej rzeki Kara-Kojsu.

Cała siła Moskali wynosiła 15 tysięcy ludzi z 4 moździerzami i 20 działami polowemi i górnemi; miurydów zaś liczono do 5 tysięcy ludzi, którzy z 2 górnemi działami zasiedli wzgórza nad północnym wąwozem, i do 400 ludzi z jednem starem działem i z falkonetem w załodze sałtyńskiej. Siłom miurydzkim przywodzili Daniel-Bek, Hadżi-Murat i sam Szamil.
Po radzie wojennej Moskale przystąpili do robienia przekopów. Jednocześnie moździerze uplacowane na wzgórku, zajętym przez sztab główny, ciągłemi pociskami we dnie i w nocy bombardowały wnętrze aułu. Baterja polowa wybijała wyłomy w murze, a górne działa rzucały po zań granaty. Ogień w aule to się ukazywał, to znikał, nad spalenie faszyn nie robiąc z początku większej szkody. Załoga zaś sałtyńska pozornie nieczynna we dnie, robiła nocne wycieczki, niepokoiła żołnierzy w przekopach; aż na takich działaniach przeszło dwa tygodnie czasu.

Worońcow postanowił spędzić miurydów z lewego (zachodniego) wzgórza, którzy posiłkując sałtyńską załogę, alarmowali też nocami Moskali. Poszedł on z dwoma bataljonami i z częścią milicji, ale cofnął się bez żadnego skutku. Miurydzi znów podchodzili pod obóz z muzyką wygrywającą marsze i z głośną komendą moskiewską. Demoralizowało to żołnierzy zmęczonych ciągłą robotą w przekopach, włóczęgą za prowjantem i pilnowaniem na polu obozowego bydła. Worońcow wziąwszy znowu kilka tysięcy ludzi napadł rankiem na spiących miurydów i zepchnął ich ze wzgórza w wąwóz.

W tej utarczce widziałem szczególny przykład osobistego męztwa. W jednem zaklęśnięciu wzgórza, na prawem skrzydle moskiewskiem, stał namiot opuszczony na hasło trwogi, przez jednego z naibów. Moskalom chciało się zabrać ten namiot; górale zaś go zostawić w ich ręku nie chcieli. W pewnem oddaleniu długo przeciwnicy strzelali do siebie, żadna strona nie odważała się opuszczać swego stanowiska górującego nad namiotem. Po bezowocnej z obu stron pukaninie, wystąpił nareszcie z swoich szeregów jeden miuryd i tak pewnym krokiem szedł ku namiotowi, że Moskale w zadumieniu wstrzymali ogień. Miuryd Kindżałem odciął powrozy, namiot zawinął i zarzucił na siebie tak szybko, że nim się Moskale opamiętali i zaczęli strzelać już on wracał do swoich pośród ich świszczących kul. Górale zaraz odstępując i rzucając w górę czapkami a grożąc kindżałami Moskalom, na rękach ponieśli swojego bohatera.

Po tej pomyślnej dla Worońcowa wycieczce, we dwie doby później wszedł on znowu z kilku bataljonami na prawe wzgórze. Miurydzi nie przyjmując boju cofnęli się zaraz do ufortyfikowanego mostu na Kara-Kojsu.

Zabezpieczony na skrzydłach Worońców, gdy go inżynierowie zawiadomili że już mina pod środkową basztą jest podprowadzona i że już baterja dział wyłom w murze zrobiła, postanowił wykonać szturm.

Niebawem kilka batalionowych kolumn zaległo przekopy i czekało znaku do szturmu. Sygnał był dany… Mina huknęła piekielną mocą. Bryły kamieni śród chmur kurzawy z wyniesionej w powietrze ziemi, padały gradem na auł, a nawet i na żołnierstwo w pobliżu leżące, kilkunastotysięczne gardła, z rozkazu Worońcowa, wrzeszczały „ura” przez kilka minut. Z dzikim tym wrzaskiem podniesionym dla przestrachu miurydów, mieszał się gwar bojowy z aułu. – Zaraz jazda góralska pod wodzą Hadżi-Murata ukazała się od Kara-Kojsu, pędząc z proporcami po prawem wzgórzu. Dążyła za nią piechota przewracając się po nierównej drodze. Między nią konie nauczone armatkami górnemi, pędziły kłusem. Zamęt do koła niesłychany. Życie w obec śmierci wydobywało ostatnią swą siłę!... Popi święconą wodą kropili Moskali i błogosławili ich krzyżem na bój. W aule huknął hymn religijny, melodyjny, usposabiający do rezygnacji… Starszyzna moskiewska pchała żołnierzy naprzód. Darmo… Baszta środkowa podbita przedtem działami u spodu, wzmocnioną została nasypem gruzów. Otwór w murze zawalony też miną. Inżynierowie pomylili się o trzy stopy długości. Kolumny szturmowe przywitane gęstym ogniem z gwintówek, cofnęły się do przekopów a samurski batalion na lewem skrzydle poniósł znaczne straty. Szturm się nie udał.

Świetna gwiazda karjery Worońcowa, bladnąć poczęła! Zapszeszłoroczna wyprawa dargińska kosztowała go w samych poległych 3 jenerałów, 33 sztab-oficerów, 180 ober-oficerów i do 5 tysięcy szeregowych. Wyprawa gergebilska kosztowała go także kilkaset ludzi. Sałty to samo mu gotowały i gorzej jeszcze, bo w razie klęski zapowiadały mu powstanie całego Dagestanu! Niegdyś dowódzca korpusu zajmującego Francją, sławny jenerał-gubernator ziem Noworossyjskich kawaler orderów, a głównie śgo Jerzego, nie chciał jednak być upokorzonym pod aułem mającym zaledwie paręset domów i 400 obrońców. Odrzucił więc rady jenerała Kotzebue, a przyjął plan jen. Argutyńskiego, który przestrzegał, aby szturmu nie robiono.

Krok ten Worońcowa, poróżnił Kotzebuego z Argutyńskim. Kotzebue ufny w swoje teoretyczne w akademji wykształcenie, nie łatwo mógł znieść aby miał ustępywać pierwszeństwa jenerałowi, któremu niedawno jeszcze odebrano dowództwo pułku jako niezdolnemu oficerowi. Rzeczywiście, Argutyński jako administrator i jako instruktor pułkowy był nieudolny. Nie zajmował się on rzemykami, guzikami i wyprężaniem nóg żołnierzy na trzy wolne tempa, ale jako dowódzca oddziału, był na swojem miejscu. Rzadko który jenerał mógłby mu wyrównać na Kaukazie. Był on przewidujący i roztropny, znał doskonale miejscowość, znał charakter ludności i znacznie posiadał język turkomański, czyli turkmeński, powszechnie używany między góralami [32]. Oddział jaki mu powierzono nigdy nie doznał głodu, nigdy nie wpadł w zasadzkę i nigdy nie poniósł klęski. Chociaż posiadał on tylko wykształcenie kadeckiego korpusu, ale ciągle na praktyce oparte studjowanie wojennego rzemiosła, uczyniło z niego przy wrodzonym talencie, dobrego jenerała. Nienawidził on doktryn wojennych i bardzo trudnym był w wyborze oficerów generalnego sztabu, którzy u niego tylko ściśle specjalne obowiązki spełniali. Nigdy nie odbywał rad wojennych, a jeśli czasem dopuścił się tego kroku, to jedynie w tym celu, aby wymiarkować zdolność wyższych oficerów, albo aby potakując jakiemu zdaniu, utaić rzeczywiste swoje zamiary. Był zawsze skryty. Ani występujący z nim oddział, ani nawet jego naczelnik sztabu, nigdy nie wiedzieli gdzie idą. W czasie marszu dopiero oznaczał punkta spoczynku, albo punkta noclegów. Mówiono o nim, że jedynie fajka jego zna myśli jego.

Gdy mu Worońców zaproponował aby podał swój szczegółowy plan wzięcia Sałtów, Argutyński odpowiedział, „że szczegóły ciągle się zmieniają i że wszystkich przewidzieć nie może. Zresztą, dodał, za skuteczność moich planów ręczę, jeżeli bez żadnych określeń będę miał władzę nad całym oddziałem”.

Z tego ultimatum Argutyńskiego wypadało, żeby Worońcow i Kotzebue oddalili się z oddziału, albo też aby zostali przy nim nieczynni. Worońcow musiał się zdecydować na jedną z tych dróg, a zważając, że oddalenie się z obozu podkopałoby już nadwerężoną jego wojskową powagę, skazał się przeto na bezczynność. Zamknął się w wielkim podwójnym namiocie, wdział zielony daszek na czoło i ogłosił w rozkazie dziennym, że dla słabości oczu zdaje zupełną komendę nad oddziałem na ks. Argutyńskiego. Cały oddział zrozumiał tę chorobę, ale zadowolony był z mianowania Argutyńskiego.

Objąwszy kierunek działań, Argutyński znalazł stan rzeczy w gorszem położeniu, aniżeli był na początku. Trzytygodniowe wysilenia żołnierzy, znękanych robotami, bezsennością i niepowodzeniem, ujemnie oddziałały na ich fizyczną i moralną siłę. Przybyły z Petersburga słynny chirurg Pirogow, zręcznie ale nieszczęśliwie ucinając rannym ręce i nogi, sprawiał przerażający wpływ w obozie. Żołnierze gorzko przemawiali, że tu dla nich „swoi i obcy jatki urządzili”. Milicje poczęły dawać oznaki swej nieprzychylności. Ludność w Cudacharze i w Kumuchu poczęła szyderstwem przyjmować przychodzące po prowjant i bojowe zapasy bataljony. Moskale nie mogli się u nich dokupić garstki mąki ani kawałka placka. Słowem chmura czarna zawisła nad całym Dagestanem, a przepowiadający ją Mirza z Achtów, zamyślony przechadzał się teraz między moskiewskiemi namiotami.

Moskwa mściła się za swe niepowodzenie. Schwytawszy jakiego jeńca, pastwiła się nad nim kopiąc nogami i bijąc kolbami. Worońcow poznawszy, że jeden jeniec był jego niegdyś szpiegiem udarowanym zegarkiem i pieniędzmi, oddał go znanemu barbarzyńcy podpułkownikowi Libanowi do rozporządzenia (k’ rasparjażenju). Ten potwór kazał nawbijać w ziemię zaciosanych na ostro kolców i położyć na nie Miuryda. Kazał jeszcze ręce i nogi jego przywiązać do czterech w ziemię wbitych palów i tak go pozostawić w mękach. Dowiedziawszy się na drugi dzień o tem przerażającym okrucieństwie i nie wierząc mu w całości, chcieliśmy w kilku je sprawdzić. Lecz rzeczywiście… ujrzeliśmy obnażonego człowieka na ziemi, zsiniałego od powrozów na rękach i nogach. Już nie ruszał się na swojem kolczastem łożu, już usypiał w boleściach nieczując pewno ani gorąca palącego słońca, ani kąsań okrywających go owadów. Dychanie jego było krótkie, przyspieszone, oczy przewracały się bez świadomości, piana sączyła się z ust otwartych i mocno spiekłych!...

O bodajbym już w życiu nigdy nie widział i nie słyszał nic podobnego!...

Miało to być urządzone dla oddziaływania na milicjonerów, aby nie dopuszczali się podejścia Moskali. Ale za silna to była doza tej grozy. Zamiast przestrachu, musiała wywoływać oburzenie.

Argutyński chociaż sam był zbrukany ścinaniem głów i dopuszczał się niesprawiedliwości ciągłej, będącej następstwem samego już przystąpienia jego do obozu tyranji, wszelako na takie wymysły nie zdobyłby się, a które obecnie mogły mu być nie na rękę.

Nie wdając się wcale w opis jego charakteru moralnego, bierzemy go tu tylko jako jenerała, jako rzemieślnika wojennego i powiadamy, że musiał on rozpoczynać dzieło zdobywania aułu, w gorszych warunkach niż na nowo. Korzyści jakie osiągnęła dotąd artylerja, niwellowały się demoralizacją wojska.

Pierwszem postanowieniem Argutyńskiego, było staranie o przecięcie komunikacji aułu z siłami Miurydów, stojącemi nad Kara-Kojsu. W tym celu wziąwszy parę batalionów i pieszą achtyńską milicję wpadł z niemi o świcie przez strumień do sadów z północnej strony aułu i w ciągu dnia oszańcował je w dwóch redutach. Pozycja ta była bardzo ważna dla obu stron. Zrozumieli to dopiero Miurydzi. Zaraz po zmierzchu rzucili się też tak gwałtownie na szańce Moskali, zatrudnionych jeszcze robotami, że od razu zajęli jedną redutę, wyciąwszy w pień dwie kompanje piechoty i zabrawszy paręset sztuk broni. Milicja i resztki ocalałych żołnierzy uciekły do drugiej reduty. Na alarm ten Argutyński pędem pobiegł ku sadom i wystawiwszy nad strumieniem parę działek górnych i rakietników przy dwóch rotach piechoty, silnym ogniem prażył z boku szturmujących Miurydów. Jednocześnie od strony północnej kolumna piechoty wybiegła z przekopów i robiąc fałszywy atak na auł, zrobiła w nim popłoch. Szturmujący Miurydzi do reduty cofnięci zostali na obronę murów. Zapóźni poznali, że moskiewski atak był fałszywy.

Nieszczęściem dla Miurydów, zapaliły się w sadach dwa stogi siana, które oświetlały wszelkie ich ruchy. To też nowy ich szturm do drugiej reduty, prowadzony z taką zaciętością, że już chwytali się za moskiewskie bagnety i za koła armatnie nie mógł się udać. Bohaterem moskiewskiego oporu był właśnie ów okrutny podpułkownik Libanów z pułku szyrwańskiego, sławny pijak i awanturnik, ale oficer bojowy. Gdy dowodzący tą pozycją jen. Burneau, kazał już wojsku cofać się z reduty, Bibanow uchwyciwszy go za ramiona, posadził go pod drzewem, prosząc z przekąsem, aby spokojnie się zachował.

Miurydzi z załogi, posiłkowani przez hufce od Kara-Kojsu, jeszcze pięć razy rzucali się do szturmu, ale każde nowe ich wysilenie było coraz słabszem. Przy szóstym z kolei szturmie padł na wale Bibanów. Przytomny młody feldfebel 3 roty grenadierskiej, Medwiediew, natychmiast okrył go sołdackim płaszczem i zagroził trzem żołnierzom, którzy widzieli jego zgon, że zabije ich pałkami, gdy który piśnie o tem. Na wołanie jenerała, szukającego w ciemności Bibanowa, Medwedjew i trzej żołnierze odpowiadali, że on poszedł w inny koniec reduty. Na wyszukiwaniu więc Bibanowa, odbiwszy jeszcze jeden szturm, doczekał się jenerał świtu i ujrzał pod płaszczem poległego bohatera. Bibanow i dzielny Medwedjew lepiej rozumieli od Burneau, że odważywszy się na odwrót, pewnie ani jeden żołnierz byłby nie przeszedł strumienia. Straty wielkie ponieśli Moskale, ale utrzymanie tej pozycji prawie decydowało wzięcie Sałtów.

Argutyński został przez to panem stanowiska. Od wschodniej strony zająwszy nową pozycję, usypał na niej jeszcze dwie reduty. Odtąd krzyżowym ogniem z tych okopów nie dopuszczał żadnych posiłków, jakżeby z nad Kara-Kojsu przybyć mogły do aułu.

W miarę niebezpieczeństwa swego, Miurydzi czynili nadludzkie wysilenia. Widząc że już nie zdołają opanować redut w ogołoconych z drzew sadach, wpadali następnemi nocami albo na baterją dział, która im wszystkie domy na wskroś aułu dziurawiła, lub z wizgiem zlatywali w przekopy, w których się ukrywały liczne roty. Gdzie zaś się ukazali, tam zawsze dziesiątki trupów po sobie zostawili. W aule modlili się oblężeni. Spiewali hymny nabożne z rana, w południe i wieczorem. Nie słychać było pustych, junackich pieśni. Czuli wszyscy, że są blizcy śmierci i swego raju. Na zachętę dla nich i dla trzymania w szachu Moskali, w każdy dzień pod wieczór podchodzili ich towarzysze bojowi od Kara-Kojsu i z dolnego ustępu prawego wzgórza niepokoili wrogów w sadach, pociskami z dwóch armatek górnych.

Pierwsze ich przywitanie było straszne, zapalili bowiem skład rakiet i wielu Moskali spalili własnym ich ogniem. Nim przed nocą odeszli grali na marsze, walce, polki i krakowiaki, któremi pocieszali swoich, a poruszali uczucia Polaków. Widocznie ci muzykanci byli zbiegi z wojska moskiewskiego. W aule też znajdowali się oni. Czasem gdy ucichły wystrzały, odzywały się głosy moskiewskie, namawiające sołdatów do ucieczki, obiecując im dobre czureki (placki) i baraninę. Niektóre głosy dopominały się o przysłanie im zagrabionego żołdu, o buty i t. d. wymieniając nazwiska swoich dowódców. Ozwał się raz i głos polski, wzywając braci Polaków do porzucenia Moskali! Rwało się serce śród tego odmętu chęci, obowiązku i musu…

Co dzień, co noc, co godzina, nowe wypadki i zdarzenia! A wszystko ogniem palące i błyszczące orężem. Krew i trupy wszędzie. We dnie, gdy załoga Sałtyńska z murów wychylić się nie mogła, ich towarzysze wypadali nie raz z zasadzek na pastwiskach, zabijali żołnierzy i konie. To znów w nocy wpełznąwszy z pola w środek obozu odrzynali od uwięzi po kilka i po kilkadziesiąt koni i na nich uciekali do swoich tratując i bijąc wrogów, którzy po swojemu znowu mścili się na jeńcach. W opuszczonej blizko wiosce Keger [33], z której Moskale wyciągali belki, drzwi i schody na ogień, znaleźli oni skurczoną staruszkę, która nie mogła podążyć za swemi. Jako istna dziczyzna dopuszczali się oni gwałcenia nieszczęsnej istoty, a potem ciż gwałciciele kłuli bagnetami ofiarę swego rozkiełzania!... Podoficer Piotr Mielżyński stający w jej obronie, zakrzyczany i zagrożony został przez rozhukane żołdactwo! Takie to życie do koła kipiało… Krew boleści nie chlusnęła jednak oczami braterstwa ludów!...

Argutyński opasawszy redutami auł, przeciął mu dostawę żywności i zapasów bojowych, których brak już czuć się dawał. Wszystkie wysilenia i poświęcenia się odważniejszych miurydów, co prowadzili na osiołkach placki, mięso, proch i kule, na nic się nie przydało. Wąwóz ciągle był doglądany we dnie; w nocy zaś, czy kto przezeń przechodził lub nie, trwał ciągły ogień krzyżowy. Taki sam ogień karabinowy, a na szelest armatni, skierowany był do źródła pod aułem, z którego załoga dotąd wodę czerpała. Strumień obmywający jeden bok aułu został zanieczyszczony. Wszystek nawóz z obozu, wszelką padlinę i nieczystości zrzucano w jeden punkt zagłębienia, przez które płynął strumień ku aułowi. Oblężeni pozbawieni więc byli amunicji, żywności i wody. Załoga cała wynosiła już zaledwie trzysta ludzi i zmieniać się nie mogła.

Jednego dnia niepodobne do uwierzenia dało mi się słyszeć porównanie, nawykłych do ślepego posłuszeństwa, a na teraz zmęczonych moskiewskich żołnierzy. Siedli oni w kilku po ciężkiej robocie i zaczęli za skałą filozoficznie zapatrywać się na swój stan obecny.

- Ot, powiada jeden, dwadzieścia pięć lat takiej katorgi (ciężkich robót), a potem torba na plecy, jeżeli człeka nie zabiją.

- Prawda, powiada drugi, i na co to człowiek żyje.

- Albo po co tu nasi lezą w te góry? powiada pierwszy. Kamienie i skały… pożytku żadnego, prócz ciągłych turbowań się.

- At widzisz, przemówił inny, nasz car jest taki. Przychodzi on do okna, kłania się ładnie gospodarzowi i powiada: „Pozwólcie mi w okno wsunąć palec”. „A to wsuń”, gospodarz odpowiada i śmieje się z tego. Potem car odpowiada: „To już pozwólcie mi głowę włożyć”. „A to włóż”, gospodarz odpowiada i śmieje się z tego. Wtedy się car rozpatruje, trzyma się ręką za ramę, wskakuje do izby i nagle wykrzykuje, że on tam chaziain (gospodarz). Starego gospodarza bije i wypędza, zarzyna kury, kaczki, gęsi i świnie, zajada wszystko i popija wódką i powiada, że to wszystko jest jego.

Wypuszczona w górę rakieta przerwała zadziwiającą mnie rozmowę żołnierzy, których podejrzewam o nieczysty moskiewski pierwiastek. Chwycili oni za karabiny i pobiegli do swoich kompanji. Sygnał ten nie był alarmowy, przeciwnie nakazano wstrzymać ogień wszelkiej broni. Jawił się właśnie parlamentarz z aułu do ks. Worońcowa. W obozie czekano umów i poddania się Sałtów.

Rakieta sprowadziła hufiec miurydów, który z pospiechem nadbiegł od Kara-Kojsu. Stanąwszy na zajmowanym przezeń ustępie prawego wzgórza, zachował się on także spokojnie, wyczekująco.

Worońcow przyjąwszy posłanie piśmienne od parlamentarza, oddał je do tłomaczenia. Treść jego zawierała się w tych słowach:

„Mahometanie przesyłają chrześcijanom pozdrowienie.

„Mahometanie zapytujemy was, czy jest napisane w ewangelii, żebyście w obce kraje i żebyście pokój odbierali ludziom. Jeżeli tego nie ma, więc wy gwałcicie prawo Jezusa, którego uważacie za Boga.

„Przyszliście do nas z mocą, rujnujecie auły, zabijacie ludzi, zabieracie dobytek, niszczycie pola i zasiewy i wycinacie drzewa.

„Nasz auł Sałty nigdy was nie zaczepił, a wy nasprowadzawszy dużo ludzi orężnych i wiele dział, robicie nam spustoszenie, rozbijacie nam mury i domy. Chcieliście nas wynieść prochem na powietrze i taką ilość rzucacie kul i bomb, że my z nich dla obrony od was, zrobiliśmy już szaniec.

„Nie pozwalacie nam dowozu żywności, źródło nasze zasypujecie kulami i zatruliście wodę w naszym strumieniu.

„Może wam się zdaje, że my się wam poddamy. My nigdy się wam nie poddamy, ale chcemy i radzimy wam żyć z nami przyjaźni, a teraz radzimy wam powrócić do swoich domów.

„My przysięgliśmy nie ustąpić wam, i tej przysięgi dotrzymamy”.

W czasie parlamentowania, obrońcy Sałtów powychodzili z aułu i zamiast odetchnięcia świeżem powietrzem, zabrali się do pracy. Z największym pospiechem zbierali odbite od muru karabinowe kule i zanosili je w połach kontuszu po za mury. Zapewno kul im zabrakło i zapewno posłanie ich było tylko wybiegiem zręcznym dla zaopatrzenia się w ten materjał bojowy. Może chcieli oni dać znać przez to Szamilowi o stanie ich położenia. W każdym razie parlamentowanie było już znakiem osłabienia ich sił.

Po dwugodzinnej naradzie, Worońcow przesłał Sałtyńczykom przez tegoż parlamentarza odpowiedź następującej treści.

„Namiestnik cesarski na Kaukazie do Sałtyńczyków.

„My obchodziliśmy wasz auł, dopóki zachowywaliście się spokojnie. Ale gdy połączyliście się z Szamilem i odtąd napadaliście na wsie i zabieraliście trzody mieszkańców będących pod opieką Wielkiego Cesarza Rossji, więc my was musimy uważać za ludzi nam nieprzyjaznych.

„Przeszłoroczny wasz napad na Cudachar i zburzenie tego aułu, powoduje nas abyśmy wam srogą karę wymierzyli. Możecie się jednak uwolnić od niej, gdy zerwiecie z Szamilem, a oddacie się pod opiekę Najpotężniejszego Mocarza Mikołaja itd.”.

Niebawem ozwały się wołania z aułu i po chwili ani jednego miuryda nie widzieliśmy przed murami. W obozie moskiewskim wszyscy ciekawi byli końca tych umów. Jedni mieli nadzieję, a nawet taką pewność poddania się oblężonych, że grube zakłady o to robili, inni zaś twierdzili, że jeszcze się oni potrzymają w uporze. Gdy dym się pokazał i ładunek kartaczów wyleciał z gardła działa sałtyńskiego do redut sadowych, już wszyscy wiedzieli, że umowy dalsze zerwane zostały. W mgnieniu oka odpowiedzieli Moskale ogniem z dwudziestu swych dział i z trzech moździerzy, czwarty bowiem już pękł. Gruchot walących się kamieni i huk minujących bomb, był pieczęcią posłania Worońcowa. W redutach sadowych wojsko musiało się chować w przekopach, za tarasami i za wałami, gdyż kule z dział kawaler-baterji, ustawionej z drugiej strony aułu, wylatując przez wyłomy domów, zaczęły tam kaleczyć i zabijać swoich ludzi.

Wieczorem przy prowadzeniu robót podziemnych, sapery usłyszeli stuk młotów swoich przeciwników, robiących kontr-miny. Przebili więc dziurę w ścianie bocznej i ręcznemi granatami wypłoszyli ich ztamtąd i popsuli ich roboty.

Dnia 8. września Moskale podwoili kanonadę i z małego ciasno zabudowanego aułu, zrobili miejsce piekła. Nie można było dość napodziwiać odwagi i wytrwałości jego obrońców! Nazajutrz rano gotował się stanowczy cios dla Sałtyńczyków. Przeczuwali oni szturm i pragnęli go bardzo, aby silnem odparciem Moskali, zmusić ich do odstąpienia, jak to było w Gergebilu. Inaczej się jednak stało, bo oblężeniem kierował oględny Argutyński.

Zapaliwszy on dobrze już podprowadzone miny pod środkową basztę, nagłem pchnięciem pobłogosławionych przez duchowieństwo prawosławne, katolickie i muzułmańskie kilku bataljonów i setek milicji, zajął stanowisko na zburzonym w części murze. Nie posuwając się zaraz dalej, urządził on tam platformę dla baterji dział, przy stracie tysiąca ludzi. Wprawdzie zdobywano jeden węgieł aułu, ale jedynie do drugiego domu i przyprowadzono do redut sadowych. Opadli oni już byli na siłach od wygłodzenia z pragnienia. Aby dostać języka kazano im dać jeść i pić, ale oni ciągle milczący, zrozpaczeni, żadnego posiłku przyjąć nie chcieli. Siedzieli prawie nieruchomi pod tarasem, mając ręce luźnie powrozami związane. Dostawszy białych sucharów jeden z rodaków poszedł do nich i po lezgińsku cicho przemówił:

- Jestem Polak, jedzcie te suchary, te suchary odemnie.

Jeńcy jakby go nie słyszeli, jakby słuchać nie chcieli; żadnego mu znaku nawet nie uczynili. Odszedł on ze łzami w oczach. Następnych dni poczęli oni przyjmować pokarm od milicjonierów.

Szturm domów począł się regularny. Co dzień Moskale granatami ręcznemi wypłaszali z nich miurydów. Dnia 14. byli oni już panami części aułu. Przewidywany już był koniec walki. Szczęściem dla załogi, że tylko z jednej strony bój ręczny toczyła, gdyż hufiec Szamilowy pilnował redut sadowych, niepokoił je ze wzgórza i ruszyć się z nich najezdnikom nie pozwolił.

Załoga nie mając już pokarmu prawie od trzech dni, nie mając kropli wody od dni czternastu, tak osłabła na siłach, że wielu z niej nie miało już mocy do władania orężem. Wielu podnosiło szaszkę i biło płazem wdzierających się Moskali!...

Argutyński spodziewał się tryumfu nazajutrz albo za parę dni, lecz katastrofa jaka się stała w aule, przyspieszyła mu ten tryumf.

Załogą dowodził miejscowy naczelnik znany pod nazwą Kadi’ego [34], ale właściwie jego imię nie jest mi teraz wiadomem. Musiał się on jednak nazywać Ormanem, albo Murtuz-Alim, gdyż głównie te imiona były na ustach milicjantów. Sałtyńczycy mieli obok siebie, w pomoc innych jeszcze ludzi z za Kara-Kojsu, których ubiór przypominał albo Czeczeńców, albo Awarów. Otóż naczelnik tych posiłkowców, zażądał, aby auł opuścić, jako już niepodobny do obrony. A Kadi mu na to:

- Wy przysięgliście być z nami.

- Dotrzymaliśmy przysięgi – rzekł posiłkowiec – już aułu nie ma, możemy iść.

- Są jeszcze gruzy – rzekł Kadi – to gruzy są nasze, nie dajmy ich wrogom.

- Kadi! tak widać Bogu się podoba, że dziś nie zwyciężymy wrogów. Zgódźmy się z przeznaczeniem i zachowajmy życie na przyszłą zemstę.

- Zaklinam cię na przysięgę. Pozostań dzień tylko jeden, a puszczę cię ztąd.

- Nie mogę pozostać. Nie mamy chleba, nie mamy wody. Od dwóch skwarnych tygodni, kropla deszczu nie zwilżyła spiekłych ust naszych.

- Są jeszcze trzy worki mąki, wszystką wam oddamy, możecie jeść mąkę… wołał z rozpaczą Kadi.

Posiłkowiec odszedł od niego, zebrał swoich podkomendnych i szedł z nimi ku bramie. Kadi dowiedziawszy się o tem, stanął w bramie i nie pozwalał jej otwierać.

- Nie puszczę was – wołał – tu mamy przeznaczenie zwalczyć wroga, albo zginąć jeśli tak sądzono. Nie opuszczajcie nas…

- Puszczaj Kadi, ja nie szalony abym tu zostawał – rzekł posiłkowiec.

- A ja was nie puszczę…

- Musisz…

- Nie muszę, chyba przejdziecie po moim trupie.

- Puszczaj, bo cię zabiję!...

- To ruszaj sam przeklęty odstępco, gorszy od Giaurów [35], a zostaw prawowier…

Nie dokończył Kadi wyrazu, gdy posiłkowiec obrażony jego słowami, ugodził go w serce kulą z pistoletu. Otworzył zaraz z łoskotem bramę i wyprowadzał za sobą całą znędzoną załogę sałtyńską, złożoną już zaledwie z 200 ludzi. Między cofającymi się było sześć kobiet, kilku biegów moskiewskich i jeden gorącej duszy i wyższego wykształcenia Polak.

Gdy w aule toczyła się owa kłótnia, sekretne czaty moskiewskie u samej prawie bramy w ciemności ukryte, usłyszały ją i uwiadomiły o niej ówczesnego komendanta redut sadowych, pułk. Placbeck Kokuma. Wysłał on zaraz rotę piechoty, która niebawem zetknęła się z odstępującymi Miurydami i pomieszała się z nimi w wązkiem miejscu, u belki, przez strumień przerzuconej. Boju prawie być tam nie mogło, gdyż z powodu ciemnej nocy, nikt nie mógł rozpoznać swego przeciwnika. Wszelako jeden dobosz moskiewski, czując się unoszonym przez tłum ludzi i przez kobiety mówiące po lezgińsku, zrozumiawszy swoje przez to niebezpieczeństwo, uderzył w bęben i sprawił popłoch między odstępującymi. W tumulcie sześciu Miurydów spadło z belki i rozbiło się o skalisty grunt. Inni szczęśliwie przeszedłszy, spotkali się za strumieniem z drugą kompanją Moskali przecinającą im drogę i z rakietnikami oświecającemi ich ruchy. Utorowali sobie jednak przejście, straciwszy 30 ludzi. Możeby rzadki z nich ocalał, gdyż poruszyły się jeszcze inne roty Moskali, ale wczas przybyła odsiecz z nad Kara-Kojsu, i przyczyniła się do ich wybawienia.

Tak się zakończyła sześciotygodniowa obrona Sałtów!

Moskale migiem przetrzęśli wszystkie zakątki w aule. Znaleźli już zupełnie gotowe podkopy pod baterją burzącą auł, której miurydzi jak się okazało tylko dla braku prochu nie wynieśli w powietrze. Wewnątrz aułu ogromna była woń od trupów, których z powodu skalistego gruntu, nie można było chować głęboko. Dla ochronienia od zarazy i dla zniszczenia szczętu aułu, zapalono wszystkie domy. Wielki pożar zwiastował okolicom zwycięstwo Moskali. Worońcow nagle wyzdrowiał. Przysłał on dla oficerów w redutach dwa kosze wina szampańskiego. Pośród poucinanych głów miurydskich a powtykanych na bagnety, piki i na żerdzi, pili oficerowie wino. Żonierze pili wódkę pozdrawiając cara, śpiewając dzikie, przeraźliwe pieśni i najgrawając się z nieżywych miurydów.

Placbek-Kokum, wśród tej barbarji, wniósł toast moskiewsko-liberalny:

- Panowie! zawołał Finlandczyk, nasza góra, ale im cześć i sława!

- Hura! mołodcy Sałtyńcy, krzyknęli oficerowie i wychylali kielichy do dna.

A obok… znowu straszna przygoda.

Dwaj znani nam jeńcy, leżący pod tarasem prawie w ciągłem odrętwieniu umysłowem, nie rozumieli zapewne moskiewskiej hulatyki. Jeden z nich łuną oprzytomiony, z wysileniem podniósł się na nogi, stąpił kilka kroków wyżej ku stronie aułu.

- Ałłach! wymówił i padł zemdlony.

Drugi na czworakach pełzł go ratować, ale upadłszy twarzą w piasek, zadusił się pyłem. Oj była dla nich lepszą śmierć wtedy, niż życie w dalszej niewoli i troska o los ich żon i dzieci, które zapewne mieli, a które mieli opuszczać… na wieki!

Worońcow porobił wiele awansów i wiele rozdał krzyżów. Strata w wojsku liczyła się na trzy tysiące ludzi!...

Głowę Kadi’ego Sałtyńskiego podziwiał Pirogów. Odesłano ją dla dalszego studjowania do Petersburga.

Głowa Kadi’ego w butli spirytusu!?...

Gdzieindziej podobny człowiek miałby pomnik. Tam zaś… może wspomnienie o nim wyniesie kto do Turcji; może jego poświęcenie się będzie tematem do jakiej legendy ludowej!... Lecz tem większy cięży obowiązek na sprawozdawcy, aby czyny Kadi’ego zapisał jako wzór zaprzania się osobistego, zaprzania się żony i dzieci w chwili, gdy los złożył w jego ręce obronę ojczystego siedliska i podniesienia sprawy.

Worońcow otrzymał od cara podziękowanie. Nie, nie podziękowanie, ale coś takiego co się po polsku nie da przetłomaczyć. Błahowolenje chyba dobrochętnością się wyrazi. Syn Worońcowa, który nie był jeszcze wojskowym, mianowanym został za zasługi ojca kapitanem gwardji, to jest stopniem odpowiadającym randze pułkownika armji. Kotzebue mianowany został jenerał-adjutantem carskim. Argutyński zaś… otrzymał w darze 3 tysiące rubli, które z gniewu kazał rozdać przybocznym oficerom, urzędnikom i pisarzom.

Po tygodniu wojsko zaczęło wracać przez Cudachar do swoich sztab-kwater, a niektóre części rozlokowane zostały przy pogranicznych fortach linjowych. Oznaki znamionujące burzę dla Moskali w Dagestanie przechodzić poczęły.

Chanowie dowodzący milicjami swoich krajów wynagrodzeni zostali. Abduł-Rachman z Kazi-Kumuchu, otrzymał order wysoki, a od Worońcowa obsypany został niezwykłemi komplementami. Zaprosił go nawet Namiestnik z sobą do Temir-Chan-Szury, aby pomówić z nim obszernie o potrzebach chaństwa i o lepszem uposażeniu jego własnej osoby. A gdy tam Worońcowowi wypadło nagle, jak sam mówił, zwiedzić nad-terekskie prowincje, prosił on Abduł-Rachmana, aby go spiesznie odwiedził w Tyflisie, dokąd miał sam inną drogą przybyć niebawem.

Pojechał więc Abduł-Rachman po drodze tyfliskiej z kilkoma ludźmi swojej świty, ale gdy stanął na pograniczu południowego Dagestanu, w m. Kubie, oficer Bielajew oświadczył mu, że jest aresztowanym, i że pod jego strażą i dodanym konwojem odwieziony zostanie do Tyflisu.

Zatrwożył się biedny chan o swój los. Worońcow miał właśnie dowody, że on po klęsce gergebilskiej wchodził w stosunki z Szamilem, i że po pierwszym niefortunnym dla Moskali szturmie Sałtów, umawiał się już o przyłączenie chaństwa do ziem miurydzkich.

W Kumuchu brat jego Agałar-Bek objął tymczasowe rządy. Młody ten człowiek, wielkich partyzanckich zdolności, namawiany był zaraz przez przyjaciół miurydów do wystąpienia przeciw Moskwie; ale on nie dał się skłonić do tego kroku, tembardziej że cztery bataliony z silną artylerią powiększyły załogę fortu i zamków kumuchskich. Spodziewał się on zresztą powrotu starszego brata.

Brat tymczasem po kilku miesiącach więzienia w Tyflisie, nagle umarł. Gruchnęła wieść w Kumuchu, że został otruty. Abduł-Rachamn nie był poprzednio lubiany od ludności, uważającej go za sprzymierzeńca Moskwy, ale aresztowanie go zmieniło zupełnie to usposobienie; śmierć zaś jego wywołała silne oburzenie.

Dom chański obchodził żałobę, a cała ludność z współczuciem przyjęła w niej udział. Kobiety z rozpuszczonemi włosami, zawodząc płacze i bijąc się po głowach odwiedzały chański zamek i roznosiły lament po całym aule. Mężczyźni domagali się zemsty krwi na Moskalach.

Agałar-Bek nie wiedział co począć. Szamotał się on w duszy z obowiązkiem braterskim i muzułmańskim i z grozami Moskwy. Argutyński w tej trudnej chwili przysłał swego sztab-oficera do szczególnych poleceń, podpułkownika Assiejewa, aby czuwał nad młodym rządcą chaństwa. Assiejew, oficer małej nauki, ale wrodzonej przenikliwościami i małoruskiej zręcznej dyplomacji, umiał poradzić sobie z Agałarem, przeważając jego wahanie się na stronę Moskwy.

Agałar jeszcze zamknął się w zamku na trzy dni rozmyślania; nikogo nie przypuszczał do siebie, ani swoich, ani wrogów. Czwartego zaś dnia wypadł jak wściekły na wzburzonych mieszkańców i trzech związanych przywódców ruchu, kazał rzucić ze skały w głęboką przepaść. Sam też odtąd leciał w przepaść, rozpił się i nikczemniał…

Nastała wyprawa 1848 roku. Z kolei rzeczy wypadało Moskalom zdobyć Gergebil jako jedyny już auł z prawej strony Kara-Kojsu, przez który Szamil miał otwartą drogę do Dagestanu, a powtóre, że omijanie tego punktu utwierdzałoby w podbitych plemionach przekonanie o wielkiej sile miurydów. To też na wojennej radzie zimowej w Tyflisie stanęło, żeby Argutyński zdobył Gergebil, Worońcow zaś obecnością swoją w Czeczni miał odciągać siły Szamila od tego aułu.

Plan ten zupełnie się powiódł w wykonaniu. Argutyński rozłożywszy część sił swoich u stóp Turczy-dachu, dla strzeżenia z tej strony ruchów górali, podstąpił ku Gergebilowi w lipcu, otoczył się szańcami, a przekopami posuwał się ku murom aułu. Jednak do szturmu nie przyszło. Gergebilczycy zaledwie dwa tygodnie mogli znieść teraz ogień artylerji. Bomby puszczane z ośmiu moździerzy do szczętu zburzyły domy. Załoga więc wcześnie opuściła auł. Resztę czasu aż do jesieni, Moskale przebywali na Turczy-Dahu i koło Kumocha.

W 1849 roku Worońcow polecił Argutyńskiemu zdobyć Czochy [36], a w dalszym wyniku opanować i grupę mniejszych wsi rozłożonych między górą Guszibem [37] a Turczy-dahem, jako zasłaniających prawy brzeg wyższego Kara-Kojsu. Argutyński dla skutku tej wyprawy żądał siły 22 tysięcy piechoty i milicji i potrójnej liczby artylerji, jaka użytą była pod Sałtami; lecz sztab główny zmniejszył jego żądanie na 18 tysięcy wojska i 48 sztuk dział różnego kalibru.

Ku schyłkowi wiosny ściągały się bataljony i milicja z Dagestanu, a z Tyflisu przybyli grenadjery, sapery i strzelcy korpusowi. Oprócz górnych dział zwykle używanych, przybyła jeszcze baterja dział polowych, osiem moździerzy i dwa działa wałowe wielkiego kalibru. Z temi moździerzami, a szczególniej z działami wałowemi było nadzwyczaj wiele kłopotu. Chociaż sapery ciągle wyrównywali drogę i chociaż każdy moździerz był ciągniony przez kilkanaście par bawołów, jednak w górzystych miejscach posuwały się one naprzód tylko po pięć wiorst dziennie [38]. Gdy wszystko przygotowano i gdy pod wystrzałami skopano drogę z Turczy-dahu ku Czochom, było już lato.

Czochy, dawna siedziba góralska, była wówczas małym na podobieństwo zamku zbudowanym fortem. Wznosił się on na obszernej pochyłej skale na miejscu zburzonego aułu. Całe ufortyfikowanie, postawione z muru kamiennego w zgiętych linjach, stosownych do podstawy skały, przedstawiało niekształtny zwężony u północnych ścian czworobok i podzielony na cztery nierówne części. Mury zaś dla ochrony załogi były podwójne, z wązkiem nad niemi ale grubem dla odbicia bomb sklepieniem.

Czochy, jako punkt obronny miały tę złą stronę, że południowa pozycja jaką zajmował Argutyński panowała nad niemi, i że każde poruszenie wewnątrz głównej części fortu, było z niej widzianem. Ta i inne przyczyny upoważniały każdego wojskowego sądzić, że Czochy nie wytrzymują ognia nawet przez kilka dni.

Jednakże Czochy odważyły się przyjąć bój śmiertelny. Poprawiając błędy, które zgubiły Gergebilców i Sałtyńców, z trzech stron usypano z ziemi ostrzeliwające się wzajemnie reduty. Wodę z jednego źródła ujęto w szerokie cembrzyny i ufortyfikowano, a drugą rozlano w skalistą kotlinę przed ścianą południową, czyniąc z niej jedną z przeszkód dla Moskali. Szamil przybywszy pod Czochy, kilkotysiącznym zastępem zajął reduty i ufortyfikował swoją pozycję na stronie północnej.

Argutyński rozważając stan rzeczy, musiał się zrzec robienia min z powodu skalistego gruntu u samego fortu i postanowił zdobyć go działaniem samej artylerji. Po urządzeniu więc z wielką pracą kilku placform, artylerja ostro poczęła wykonywać swoje zadania. Piechota głównie zajęta była szańcowaniem obozu. Starcia na oręż bywały tylko przy zajmowaniu coraz szerszej pozycji przez Argutyńskiego i przy nocnych wycieczkach miurydów. Parę tych starć było bardzo krwawych. Odzywały się niekiedy dwa działa górali, z których jedno postawione było w forcie, a drugie we wschodniej reducie. Puszczano z nich czasem pociski z toczonych kamieni, które przerażającym świstem i zgrzytem sprawiały przykre wrażenie na najezdnikach.

Gdy po kilku dniach kanonady, moskiewskie pociski nie robiły pożądanego przez najezdników skutku, naczelnik artylerji przedstawił potrzebę przestawienia dział na niższą miejscowość. Argutyński długo się nie zgadzał, ale po długiem naleganiu, zadość uczynił temu żądaniu. Urządzanie nowych placform pod ogniem fortecznych gwintówek i ciężkie prowadzenie przekopów w skalistym gruncie, spowodowało ze dwustu żołnierzy, a między nimi najwięcej Polaków i Ukraińców do ucieczki. Przeważnie dezercja nastąpiła z dwóch bataljonów Samurskiego pułku. Jeden zbiegły podoficer artyleryjski, powrócił na trzeci dzień, okazał swój żal i prosił o przebaczenie. Lecz doznawszy go, namówił dziesięciu kanonierów do ucieczki i sam przeprowadził ich do Czoch. Jak cała artylerja miurydów była zdobyczą u Moskali, tak też i obsługa jej była złożona przeważnie ze zbiegów [39].

Ustawione działa na niższej pozycji, okazywały znowu małe powodzenie, a może mniejsze niż poprzednio. Postęp burzenia murów był niewidoczny. Argutyński siedział przed namiotem na murawie, palił fajkę, wybadywał jak zwykle szpiegów i myślał o zgryzieniu twardego orzecha. Jednego razu przyszedł do niego naczelnik artylerji oddziałowej i powiada mu z uśmiechem:

- Wasza Książęca Mość miałeś słuszność.

- W czem?

- Właśnie baterja za bardzo z ubocza bije teraz w wklęśniętą linję ściany i przez to nie robi dobrego skutku.

- Więc czegoż potrzeba?

- Sądzę, że trzeba będzie działa przestawić na dawną pozycję.

Argutyński z oburzeniem popatrzył na oficera, który widocznie nie oceniał straty czasu i straty ludzi przy poprzednim przestawieniu dział. Uniesiony więc zawołał w gniewie:

- Co ty gadasz, durak!

- Zapominasz się W. K. Mość, przemówił naczelnik artylerji, ja jestem pułkownik carskiej armji.

- Ty jesteś durak! Krzyknął Argutyński. Ja ciebie każę w kopertę zapieczętować i odesłać do Petersburga… Ruszaj mi ztąd precz. Żebyś mi jutro nie był w oddziale…

Pułkownik artylerji wyjechał nazajutrz z kolumną udającą się po prowiant do Kumuchu, a działa zaczęto przestawiać z wielkim mozołem na dawniejszą pozycję.

Argutyński widział już swoje niepowodzenie. Zaczął on się martwić i z dnia na dzień coraz więcej mizernieć. Nie sypiał spokojnie ani jadał należycie. Z kilku bataljonami zrobił rekonesans wschodniej strony fortu i przekonał się o jej silnej pozycji, coraz wzmacnianej polowemi fortyfikacjami. Nie lubiał on szturmować po suworowsku [40], zapełniać fosy ludźmi zamiast faszynami, a choćby chciał, uważał że na to miał za mało wojska.

Artylerja w dalszym ciągu działając z dawnej pozycji, zdołała rozwalić południową ścianę i nadpsuć kawał wschodniej. Lecz nie wiodło się Moskalom. Górale bowiem na zwaliskach murów, nocami stawiali tak mocne kosze z faszyn [41], że baterje moskiewskie prawie tylko jedną ścianą zajęte być musiały. Padające też bomby wewnątrz twierdzy, odbijały się od skały i toczyły się na zachodnią pochyłość. Załoga ukrywająca się między podwójnemi murami, nie doznawała szkody od popękanych odłamów. Żaden ogień zająć się tam nie mógł, gdyż ani kawałka drzewa do budowli nie użyto. Załoga nie czuła się zmęczoną, gdyż codziennie się zmieniała. Liczba jej wynosiła we dnie 200 ludzi, a w nocy 400; w razach zaś spodziewanego szturmu potrajała się. Podziemne skaliste chody ułatwiały zasilanie załogi.

Rzucano bomby i do redut. Nie raz padały one aż u namiotów Szamila o kilka wiorst odległych i w pobliskiej wsi od wschodu, zajętej przez miurydów.

Jeżeli pogoda sprzyjała, przy huku moździerzy i dział, wieczorami, odzywała się codziennie muzyka. Dwa chóry jak gdyby walczyły o pierwszeństwo, tak popisywały się w wyborze sztuk granych. Najmelodyjniej jednak rozlegały się między górami tony krakowiaka, granego przez miurydzkich muzykantów. Skały odbijające echa, stały się nowym, dodatkowym, a wielkim instrumentem, potęgującym siłę pieśni podkarpackiego ludu.

Argutyński jednego poranku zwołał wyższych oficerów dla złożenia rady wojennej. Większość głosowała za dalszem bombardowaniem. Maniukin zaś doradzał i prosił, aby go posłano do szturmu z będącemi mu pod ręką czterema bataljonami pułku szyrwańskiego, istotnie w bojach przez wypróbowanemi i oszczędzanemi przez Argutyńskiego. Ten ostatni zgodził się ze zdaniem Maniukina, kazał mu przygotować szyrwańskie bataljony do szturmu, który powinien być prowadzony, jak się wyraził ze wschodniej strony. Aby zaś w poruszeniach nie mieć przeszkody, żeby nie zostawiać niepotrzebnie wojska dla pilnowania dział wielkich, które w obchodzie miurydskich pozycji użyć by się nie dały, oświadczył, że da rozkaz do przewiezienia tych dział na Turczydah, gdzie przez cały czas oblężenia jeden bataljon szańcem okopany, pilnował tej pozycji.

Przewożenie dział dokonywało się w ciągu kilku dni, a gdy już fugasy pozakładano w ziemi, kazano pozdejmować namioty i odesłać je również z wszelkiemi bagażami na Turczydach.

O świcie wojsko było gotowe do marszu skrzydłowego. Żołnierze modlili się i z niespokojem słuchali mowy o szturmie fortu.

Miurydzi baczący, szczególniej od kilku dni, poruszenia Moskali, na każdym punkcie byli gotowi dać odpór Argutyńskiemu. To też gdy Moskale szachowemi kolumnami przesuwali się ze swych pozycji, miurydzi zaraz im na pięty włazili. Wszczął się bój ogniowy. I ręczny. Zapał miurydów był wstrzymywany wybuchającemi fugasami. Poprzedzał ich żołnierz moskiewski, ubrany jeszcze w płaszcz, ale w czałmie na głowie. Niósł on chorągiew w ręku. Potem gdy został ranny w nogę, niesiony był przez miurydów obwijających mu płótnem bliznę. Na chwile nie puścił on chorągwi aż do pierwszych ustępów Turczy-dachu, przy których zatrzymali się miurydzi.

Po kilku godzinach walki ogniowej, oddział moskiewski spostrzegł, że zamiast obchodu skrzydłowego i szturmu Czoch, przyprowadzony został na spokojne legowiska, na Turczy-dahu!... Argutyński aby nie osłabiać ducha Moskali i nie wzmacniać zapału miurydów, do ostatniej chwili udawał, że ma zamiar przebojem zająć Czochy. Te pogłoski ułatwiły mu wycofanie oddziału.

Po usadowieniu się Moskali na górze, gęsta mgła zasłoniła zaraz Czochy. Zaczęło się urzędowe obliczanie strat w ciągu sześciu tygodni oblężenia i narachowano tylko 800 ludzi ubyłych z szeregów. Obliczono, że rzucono 2200 bomb. 12.000 kul działowych, granatów, ładunków kartaczowych i rakiet i koło 2 miljonów kul karabinowych. Ładunki te razem wzięte z ogromnie kosztownem ich transportowaniem, oszacowane były na 300 tysięcy rubli sr.

Gdy się na trzeci dzień mgła podniosła, oddział moskiewski ujrzał tysiące miurydów skrzętnie zajętych pracą, około odbudowania popsutych murów czochskich. Widać że nie była to praca pańszczyźniana, ale wykonywana z przejęciem potrzeby powszechnej. Widok tej roboty przedstawił zdala podobieństwo ruchu mrówczego. Każdy się spieszył, każdy coś dźwigał, znosił, odnosił, przestawiał lub kuł, ale nikt nikomu nie zawadzał. Zdawało się, że cały ten rój, był to jeden zbiorowy budowniczy fortu.

Naraz jakiś hufiec konny zajechał między robotników, a ci wystrzałami z gwintówek i okrzykami tryumfu go witali. Bystrem okiem, nawet bez lunety, można było rozeznać że Szamil, otoczony swą świta, w zielonej szacie i białej czałmie, przyjechał powitać robotników i opatrzyć ich prace. Czy o tem pisali kiedy Moskale? Nie.

Za to tysiączne ich ogłoszenia w gazetach o tryumfach nad góralami lub o ludach do nich się garnących, były tak rażącemi wymysłami, że nie raz z podziwienia trzeba było usta otwierać. Najbardziej zaś uderzało owo rzucanie kłamstwa w oczy tym nawet ludziom, którzy sami brali udział w danych sprawach. Nie dość że powiększali oni zwykle liczbę walczącego przeciwnika i jego straty, co jeszcze wszędzie jest niestety praktykowane i na czem się już ludzie znają; ale wykręcać fakta historyczne, obełgiwać siebie i świat, to za wielkie żarty, to za szkodliwe ułudy!

Oto zaledwie z wielkim trudem wydostawszy się spod Czoch, ogłosili Moskale, „że fort ten zrównany został z ziemią, że miurydzi napróżno ponosili straty w jego obronie i oręż rosyjski nowej nabył chluby.”

Przeczytawszy taki ustęp w gazetach pewien oficer przemówił do swego kolegi:

- Po tej relacji mam nadzieję, że będę awansowany. Tęgi jest nasz naczelnik sztabu, z przegranej potrafi zrobić wygraną.

- O zapewne, że umie on dobre pisać relacje i przy nim po każdej bitwie można się spodziewać carskiej nagrody.

Poprzednio mówiąc o Derbencie podałem parę dowodów o zręczności moskiewskiej fałszowania faktów politycznych, tu przytoczę dowód fałszowania faktów wojennych.

Gdy w 1842 roku korpus kaukazki był w kilku miejscach rozbitym i zdziesiątkowanym chorobami, car Mikołaj w tak trudnem położeniu dozwolił kilku niższym oficerom sztabu jeneralnego wykazać piśmienne powody klęski i sposoby podbicia gór. Z przedstawionych w tym względzie raportów, trzy głównie prace zwróciły na siebie uwagę: Niewierowskiego [42], Passeka [43] i Pruszanowskiego [44]. Passek skreślił swój pogląd wojenny ogólnikowo, nie grzeszył więc przeciw faktom; ale widział on w wojnie górali tylko chęć grabieży i silną rękę Szamila, zmuszającą ich do walki i rozwodził się nad tem, aby rząd moskiewski wniknął w potrzeby materjalne plemion, a one mu się poddadzą!?...

Niewierowski zajęty był drobnemi szczegółami strategji i taktyki, a nie potrafiwszy dosyć wniknąć w system wojenny górali, pookłamywał tylko drobne a niepotrzebne tu do przytoczenia fakta. Umyślnie także przemilczał wiele pięknych cech charakteru miurydów, a wystawił ich ujemne strony.

Lecz raport Pruszanowskiego, który wiele podróżował i umiał rzeczy badać jest ciekawym. Widocznie chciał on pisać prawdę, ale z obawy zemsty rządzących osób, podał władzy fałszywe wiadomości, które w osobistych zapiskach chciwie przepisywanych na Kaukazie, prostował na maryginesie.

Opisując działania wojenne z 1839 r., kiedy jen. Fesie 8 bataljonami i z milicją podbitych Dagestańców, przeszedł przez gminy daryjskie [45] do Chunzachu i zbudował tam cytadelę-powiada on w urzędowem piśmie:

„Potem z połową swego oddziału (Fesie) skierował się ku wsi Aszalti i do zamku Achulgo. Wygrał krwawą bitwę z 12 tysiącami miurydów, pod dowództwem walecznego Ali-Beka, Awarczyka, zmusił go do ucieczki w góry i zupełnie zniszczył wspomnioną wieś i zamek. Lecz tryumfalny pochód jen. Fesie, zatrzymany był w drodze przez niepomyślne wieści z pod Tyliti o pułkowniku Buczkiejewie, któremu jenerał poruczył połowę swego oddziału z rozkazem owładnięcia wsią wspomnianą. W ręku górali pozostała była juz jedna tylko część tej wsi, w której się Samil zabarykadował. Zdawało się, że go już w tem ostatniem schronieniu śmierć albo niewola nie minie, coby niezawodnie nastąpiło, gdyby jen. Fesie był w stanie zdobyć pozostałą część wsi; lecz gdy oddział ogołocony był całkiem z prowiantu, ładunków i prochu, przeto nie było podobieństwa zostawać mu dłużej na miejscu.

Wypisawszy się tak w tekście swoich zapisek, o tych samych ruchach podaje na maryginesie co następuje:

Dla istiny. Dla prawdy.

„W Aszalti spotkali go (jen. Fesie’go) miurydzi pod dowództwem walecznego Awarczyka, Ali-Beka, który dzielnie się bronił w Achulgo aż do powrotu naszych. Niepomyślne działania pod wsią Tylitli pułkow. Buczkiejewa, któremu jenerał poruczył, aby z jedną połową jego oddziału opanował wspomnioną wieś, zmusiły go spieszyć ku Buczkiejewowi już cofającemu się do Awarji. Połączywszy swoje siły, jen. Fesie podstąpił ku Tilitli i opanował już część wsi, gdy niebawem nadszedł Szamil i zajął resztę. Nieprzyjaciel ożywiony otrzymaną przewagą w starciach z naszem wojskiem, okazał się teraz jeszcze więcej odważnym i stanowczym. Jenerał doliczył się ogromnych strat ludzi, poniesionych przez niego i przez pułk. Buczkiejewa; zdaje się że przewidział on i przeczuł ostateczna zgubę swego oddziału przy dalszych wysileniach...”

W tym najszczerszym dokumencie moskiewskim pisanym dla kłamstwa i osobno dla prawdy, ile jeszcze widać wahania się i obawy w wyświeceniu istotnych faktów. Co się działo w 1842 r., powtarzało się i w następnych latach, kłamano i oszukiwano się urzędownie i prywatnie. Ale pomimo fałszywych relacji, Czochy tryumfowały... siła miurydyzmu stała wysoko!...

Wspomniałem, że Czochy (Czok) jako fort zbudowane były w miejscu zburzonego przez Szamila aułu. Mieszkańcy tej wsi bijąc się między sobą to za niezależnością, to za Szamilem, rozproszyli się przedtem w górach albo poszli tworzyć pułk moskiewski. Sąsiednie plemiona nazywali ich Frengami i opowiadali o niedawnem przez nich przyjęciu machometanizmu. Idąc za śladem wielu improwizowanych badaczów przeszłości i układających dzieje wedle fantazji, jeden z oficerów ormiańskiego pochodzenia Łazaradze (Łazarew), protegowany przez miejscowe władze, wygotowywał uczone zapiski, któremi utrudzał wszystkich znajomych. Pewien nasz rodak bawiąc się jego wywodami plemion, wbił mu potężnego sęka w głowę.

- Pan się mylisz, rzekł mu, twierdząc że mieszkańcy Czoch, bylo potomkami rycerzy 13go wieku. Nie są oni synami owych orężników, którzy z Teobaldem hrabią Szampanji, z Baldinem hr. Flandrji, z Bonifacym hr. Montferatu, albo też z dożą Mandolo, wyzwalali grób Chrystusów. Oni nie byli wcale synami latyńskich ludów.

- A jakżeż pan twierdzisz? zapytał badacz.

- Sądzę, że byli Słowianami. Sama nazwa wsi przypomina Czechów.

- Jeden wyraz nic nie znaczy.

- Znaczy wiele. Uważ pan, że te góry zajmowali niegdyś Polacy.

- Dziwy pan wygadujesz, żadna kronika o tem nie wzmiankuje.

- Co mi znaczy kronika wobec żywych pomników

- Pokaż pan te pomniki.

- Najprzód nad brzegiem morza Czarnego w części Kolchidy [46], a później w części Trapczontskiego cesarstwa [47], mieszkali Lazowie [48], których uznają za protoplastów polskich czyli lachskich.

- To, to prawda.

- Lezgini nazywają siebie Leksi, a że k wymawiają jakby ch, więc już jest nazwa Lech-si. Polaka nazywają oni Polek albo Polech. Swój kraj nazywają Leksistan a Polskę Lekistan. Więc o nazwach prawie nie ma żadnej różnicy.

- Wiesz pan, że dajesz mi wiele do myślenia.

- Dam panu jeszcze więcej do myślenia, gdy powiem że Ciochowie, tylko tu mogli się pomiędzy swemi braćmi osiedlić?

- Między jakimi braćmi?

- Bo tu nad Kara-Kojsu mieszkali, powiadam panu, Polacy. Znowu nazwy tego dowodzą. Kuja-dach znaczy Kujawska-góra, a w Polsce jest prowincja Kujawy; a obok góra Gunib, kształtem swoim przypomina gunie, noszone z tyłu sukien przez Kujawiaków.

Nie wiem na czem się zatrzymał studiujący Kaukaz, Lazaradze, ale słyszałem, że długo się mozolił nad nazwiskami gór, strumieni i wsi, które przypominały nazwy polskie.

Lecz mówiąc nie żartem, trudnoby było teraz poznać potomków czy dawnych krzyżowych rycerzy, czy kolonistów europejskich, tak ich wszystkich pomieszały boje, jedność wiary, potem zwyczaje i obyczaje. Wydatne różnice narodowości były obciosywane przez wiele wieków i trzeba przygotowanych badaczy, aby mogli siedemdziesięcioma językami i narzeczami przemówić do plemion i zrozumieć ich podania i ich poezję.

Moskwy zadaniem jest badać i cywilizować wschód, mówią Europejczycy. Lecz ta Moskwa, której wmawiają tak zacne posłannictwo, włożywszy na siebie maskę cywilizacji, zapuszcza się w kolebkę rodzaju ludzkiego, niszczy tam pomniki, gładzi podania, wyrzuca i przerzuca ludność, - jeśli te pomniki, te podania i ta ludność nie głoszą sławy carskiej! Wszystko się gładzi mieczem prostego zaboru.

To nie dziwy, wielu powie; cóż znaczą pomniki Kaukazu wobec wielkich pomników cywilizacji Egipcjan, Greków i Rzymian, a które znikły?... Lecz z takimi nie ma mowy, oprócz przypomnienia im historycznego pewnika, że krzywda najmniejszego ludu, odbija się krzywdą na największych nawet narodach…

Po tych nawiasowych ustępach, które nam Czochy nasunęły, należy nam wrócić do dalszych wypadków, jakie nieprzewidzianie zaskoczyły Moskali.

Po niefortunnej wyprawie i po kilku dniach spoczynku na Turczy-dahu, oddział dagestański wyprawiwszy do bliższych fortów ciężką artylerję, zeszedł na dolinę kumuchską. Tam nastąpiła nowa dyslokacja. Jedne bataljony zostały pod Kumuchem, inne poszły pod Cudachar, inne pomaszerowały na zimowe leże do swoich sztabkwater; milicje zaś udały się do domów swoich. Grenadjery, sapery, strzelcy korpusowi zupełnie opuściły Dagestan, udając się ku Tyflisowi.

Nagle Maniukin stojący z trzema bataljonami pod Kumuchem, odebrał od Jusuf-Beka chana kiuryńskiego, depeszę że Szamil wkroczył nad Samur. Udzielając tę wiadomość, chan żądał zarazem, aby mu natychmiast przysłano najmniej bataljon wojska dla wzmocnienia garnizonu kurachskiego, a w razie przeciwnym składał on z siebie odpowiedzialność za utrzymanie Kurachu, którego mieszkańcy wedle wyrażenia w depeszy, zdawali mu się wątpliwego usposobienia.

Maniukin po wahaniu się wysłał jeden bataljon piechoty chanowi, niepewny czy krok ten zgodzi się z planami Argutyńskiego; lecz ten ostatni nie tylko że pochwalił rozporządzenie się Maniukina, ale nagłą depeszą polecił mu jeszcze spieszyć z innemi bataljonami do Kurachu. Sam też zebrawszy w Temir-Chan-Szurze kilka setni milicji, przeszedł prostą drogą przez kutiszyńską wyżynę, na której zmarzło do 40 ludzi, a między nimi zesłany Polak Mikołaj Gruszczyński. Obie kolumny złączyły się z sobą na czyrachskiej górze.

Nowa depesza od chana uwiadamiała, że Szamil obległ fort achtyński. Wojsko spiesznym ciągle marszem biegło i bardzo znużone przybyło do Kurachu. Zagrożony chan przez miurydów, gdy z jednej strony na gwałt wzywał Moskali o nowe posiłki, jednocześnie poufnie gadał znakomitszym Kurachczykom, że jak tylko Szamil ukaże się u ścian Kurachu, że on bez żadnego wystrzału podda mu się.

Argutyński w Kurachu cały dzień rozpatrywał się okoliczności chwilowo, ciągle zbierał wiadomości od szpiegów i dowiedział się, że jazda miurydska pod wodzą Hadżi-Murata była już w Chazrach, że całe Kubińskie chaństwo jest przez niego zagrożone, i że ludność wielu wsi przyjęła go z największą szczerością. Przebrany po góralsku, Ormianin, kapitan Buczkijew z dwoma Achtyńczykami przeszedł między miurydami otaczającymi fort, dostał się do oddziału i zawiadomił Argutyńskiego, że załoga achtyńska składająca się z kompanji linjowego bataljonu i z miejscowej artylerji, wzmocnioną została jedną kompanją szyrwańskiego pułku z Kusar i garstką skompromitowanych wobec swoich, krajowców, i że cała ta załoga wynosząca do 500 ludzi dłużej nad dni kilka nie będzie się mogła trzymać [49].

Po zebraniu tych wiadomości, Argutyński postanowił iść wprost na przeciwnika. Nazajutrz też o świcie kilkotysięczny oddział, złożony z 8 bataljonów piechoty, z pułku dragonów, z 2 setni kozaków i z 1 tysiąca konnej i pieszej milicji przechodził górę achtyńską, ale u drugiego skłonu o dobre pół mili od Achtów został wstrzymany przez miurydów zabarykadowanych na drodze w kamiennym aule. Argutyński z obawy strat wielkich nie chcąc szturmować tej wsi, rzucił się w lewo i rozbił namioty na widoku achtyńskiego fortu. Na drugi dzień po południu spuścił się ku niemu z częścią oddziału, po bezdrożnych miejscach, odpędził rakietami miurydów z za rzeki, ale sam przejść za nimi nie mógł, gdyż most był już zepsuty, a obronna baszta mostowa z dwoma działami wpadła w ręce Szamila. W nocy Argutyński cofnął się do namiotów, tyle tylko zrobiwszy, że dozwolił załodze naczerpać sobie wody z rzeki, na zapas.

Położenie Argutyńskiego było wtedy bardzo trudne. Stojąc na swojej pozycji wprawdzie ośmielał i dodawał odwagi atakowanej załodze, ale z drugiej strony biernem swojem zachowaniem się wystawiał Dagestan na grę losów. Postanowił więc raczej poświęcić załogę, aniżeli stracić obszerną prowincją. Kazał zwinąć namioty, cofnął się ku Kurachowi i kairskim grzbietem góry zeszedł w dolinę Samurską. Tam z wielkiem wysileniem przebrnął przez rozlewy Samuru i dostał się na prawy brzeg tej rzeki, zagrażając prawem skrzydłu miurydów. Na trzeci dzień tego skrzydłowego marszu postępował ku Achtom, ale znów zatrzymany został w drodze o milę od fortu, na wzgórzach Miskendżi.

Górale wyborną pozycję dla siebie wybrali. Ściśnięta ona była między korytem Samuru i nie bardzo wysoką, ale stromą górą Miskendżi. Przed sobą mieli trzy parowy i potok rozdzierający z zachodu na wschód wspomnianą górę. Plan ich bitwy był też dobry. Chcieli oni jedną częścią swojej piechoty wstrzymywać na drodze postęp nieprzyjaciela, drugą częścią zamierzali spychać go od skrzydła w nurty Samuru, gdy jazda Hadżi-Murata ukryta po za górą, miała zajść korytem potoku i z tyłu dokonać zwycięstwa.

Lecz Argutyński zawsze rozważny w przedsięwzięciach, a natarczywy w wykonaniu, bardzo i teraz był oględny. Zrozumiał on plan miurydów, bo będąc w ich położeniu, pewnie innego by się nie chwycił; a zrozumiawszy pomysły swoich przeciwników, uniemożebnił on najprzód działanie jazdy Hadżi-Murata, przez pozostawienie za strumieniem czterech bataljonów piechoty i części milicji, w odwodzie. U pierwszego parowu znowu rozstawił bataljon z komendą rakietników, mających działać na miurydów, zajmujących górę z lewego boku. Bataljon ten i rakietnicy pierwsi rozpoczęli ogień i sprawiali popłoch na górze. Dalej trzy bataljony pułku szyrwańskiego uszykowane w kolumny szturmowe szły przez parowy, ponosząc nie wielkie straty od staczanych z góry i rozbijających się u dołu kamieni. Kolumny te naraz zawahały się, gdy przed sobą za trzecim parowem, ujrzały wał z kamieni, a za niemi miurydów ogniem parzących. Środkowa kolumna nawet rzuciła się na prawo, spychając inną kolumnę w nurty Samuru. Lewa zaś kolumna przysiadła tuż u wałów, ale w takim zagięciu parowu, że nie była postrzeżona przez miurydów. Zdawało się, że już bój dla Moskali został stracony. Argutyński w przerażeniu, zakrył sobie oczy chustką.

Za chwilę jednak rzeczy się przeinaczyły. Dragoni, rakietnicy i dwa działka górne prowadzone przez Dżafar-Kuli-Agę zdołały zająć wysepkę Samuru od lewego skrzydła miurydów. Ogień prowadzony ztamtąd, bił wzdłuż linji miurydskiej, broniącej okopów; mocno ją niepokoił i demoralizował. – Lewa też szturmowa kolumna moskiewska prowadzona przez Kiszyńskiego Małoruska, podniosła się na nogi i o parę sążni oko w oko spotkała się z miurydami, którzy niespodziewając się ujrzeć zaraz Moskali, wszystkie swoje strzały kierowali z ukosa ku innym dwom kolumnom i wystrzelali ładunki z nabitych gwintówek swoich. Przestrach padł na nich i poczęli uciekać. Mężniejsi jednak, aby zapalić towarzyszów, wyskoczyli z za wałów, wpadli z kindżałami na kolumnę. Padli oni co do jednego w liczbie 42 ludzi, nie poprawiwszy losu bitwy swojem poświęceniem. Dragoni jeszcze potrafili przepłynąć z wyspy i zająć tył miurydom. Popłoch stał się najokropniejszy. Dragoni z dwoma działami popędzili za uciekającymi po jednomilowej płaszczyźnie, na której nie było schronienia. Szczęściem, że jazda Hadżi-Murata przybiegła z za góry na tę katastrofę, wstrzymała zapęd dragonów i dozwoliła rozbitkom ratować się ucieczką. Górali zginęło w tej walce 200 poległych i dobitych, a 76 wzięto do niewoli. Z moskiewskiej strony cała strata wynosiła kilku poległych, 102 rannych i 11 utopionych.

Żołnierze dobijając po drodze rannych, chcieli wymordować i niewolników, otoczonych przez milicją. Wrywali się do nich z bagnetami, ale smagani batami milicjonierów, o mało z nimi drugiej walki nie rozpoczęli. Argutyński kazał swemu sztabowi odpędzić tych krwiożerczych żołnierzy. Więc sztabowcy z jenerałami wołali:

- Nieprzyjaciel na przodzie, tam pole dla waszego męztwa, nie ruszajcie bezbronnych.

Niektórzy dla dokładności okładali żołnierzy batami. Pewien oficer Pinkorneli, tłukąc żołnierstwo, ze łzami w oczach krzyczał:

- Ach wy podlecy, co o nas powie historja?...

Narobił on przez to wiele śmiechu i nazwano go naiwnym.

Major zaś Wojtiechowskij wołał na żołnierzy:

- Nie słuchajcie, nie oszczędzajcie podłych miurydów, kłujcie tych buntowników…

- Oto nasz naczelnik prawdziwy, z uwielbieniem krzyczeli żołnierze, to prawdziwy major, inni są zdrajcy.

Wszyscy ci krzykacze, domagający się rozlewu krwi bez narażania się osobistego, byli to znani najwięksi tchórze. Tacy tchórze za wystawianie ich w czasie walk na niebezpieczeństwo i na odsłonę mizernej ich duszy, mszczą się jak mogą za swój ujemny honor choćby na trupie. Chociażby we krwi trupa, wypada im umaczać swój bagnet i chwalić się nim przed kolegami. Byli to zwykle najwięksi bajkarze i niesnaski robiący mizeracy. Zwykle mężnych głoszą inni, tchórze zaś sami się ogłaszają.

Moskale nie nosząc nigdy swoich chorągwi w pochodach, z obawy aby nie dostały się w ręce miurydów, mieli obecnie wielki kłopot w zebraniu swoich bataljonów. Zaledwo u samego fortu achtyńskiego dopięto tego.

Szamil dowiedziawszy się o pierzchnięciu miurydów z pod Miskendżi, zwinął natychmiast oblężenie i szybkim marszem cofał się w góry.

Fort achtyński po dwutygodniowem oblężeniu przedstawiał wielkie zwalisko. Miurydzi zaraz na początku oblężenia opanowawszy basztę mostową z dwoma działami, zapalali niemi środkowe koszary, a nawet zapalili granatem i skład prochowy. Wybuch prochu wstrząsnął wszystkiemi budynkami i w gruzy obrócił jeden mur, przez który miurydzi wdzierali się do wnętrza. Moskale zasłaniali się worami sucharów i mąki i bronili się ogniem karabinowym, bagnetami, a głównie kartaczami z ośmiu dział wałowych sypanemi.

Załoga wielkie straty poniosła. Z pół tysiąca ludzi zaledwo dziesiąta część ocalała. Reszta poległa albo była okryta ranami. Między ostatnimi był komendant pułkownik Rott i jego następca. Kobiety będące w forcie brały udział w obronie. Żona rannego kapitana artylerji kierowała działem, inne kobiety przygotowywały ładunki i opatrywały rannych. – Ostatecznie kierował obroną wybrany przez oficerów na komendanta kapitan Nowosiełow, któremu przed parą tygodniami polecono podać się do dymisji za złe prowadzenie się, a głownie za szulerkę.

Widocznem było, że gdyby się Argutyński opóźnił tylko o jeden dzień, jużby fort zostawał w ręku Szamila. Nie miałby go kto bronić. Ci ludzie, których widzieliśmy wyglądali jak cienie ze znużenia i z rozpaczy. Z początku nie wierzyli swemu oswobodzeniu, potem jak błędni snuli się po obozie przybyłego wojska. Potem śmieli się oni nerwowym śmiechem lub płakali. Parę osób dostało zupełnego obłąkania umysłu.

Nazajutrz, 23. września, Argutyński z trzema szyrwańskiemi bataljonami i z milicją konną puścił się śladem za Szamilem i doszedł do Rutułu [50], o sześć mil odległego od Achtów. W czasie dniówki pod tą wsią nałożywszy kontrybucję na mieszkańców całego okręgu, powrócił znowu do Achtów, na rządy i na sądy.

Mieszkańcy płatni i bojaźliwi, z całą prawdą wyjaśniali historję przyjścia Szamilowego i wskazywali ludzi, którzy najczynniejszymi byli w wywołaniu ruchu. Urządzona na miejscu komisja śledcza, aresztowała z tego powodu wielu ludzi.

Dostawiono jeszcze do obozu trzech beków (szlachty) z sąsiedniego kubińskiego chaństwa, których miał oskarżyć jen. Dżafar-Kuli-Aga o stosunki z miurydami i popierać swe oskarżenia zeznaniami świadków. Argutyński bez sądu kazał ich zakłuć bagnetami.

Dwudziestu żołnierzy otoczyło ich kołem i przystąpiło do aktu barbarzyńskiej egzekucji. Każde pchnięcie bagnetu odrzucało skazanych w stronę przeciwną i rzucało ich związanych na ręku, znowu na bagnety. Wiły się, przeskakiwały, potrącały się biedne ofiary z wielkiego bolu, jak skorpiony wrzucone w pierścień rozżarzonych węgli. Jeden z tych beków rozpaczliwym skokiem przebił koło Moskali i biegł do urwiska nad rzeką, aby się utopić. Maniukin widząc to, zabiegł mu drogę i jednem cięciem szaszki odrąbał mu głowę. Wtedy dwaj inni Bekowie leżeli już na ziemi w podrygach konwulsyjnych. Żołnierze żgali ich jeszcze w piersi i w brzuchy, aż do ostatniego wyzionięcia ich ducha!

Ci sami żołnierze, którzy rozwścieczeni przed kilku dniami tak rwali się do kłucia niewolników, dzisiaj gdy ich wezwano do niesłychanej egzekucji, z pewnym wstrętem przystępowali do jej wykonania. Może i tych dwóch ofiar byliby nie w stanie dokłuć, gdyby Argutyński tupiąc nogami nie wrzeszczał: „prędzej, prędzej”. Wszyscy stali się litościwymi!...

Rozeszły się potem bataljony do swoich sztab-kwater. W Petersburgu z zapałem przyjęto wiadomość o obronie fortu achtyńskiego, nagrodzono wszystkich walczących stopniami, orderami i pieniędzmi. Ranny Nowosiełow powołany został na plac-majora do Carskiego-Sioła [51], w randze podpułkownika i z krzyżem św. Jerzego. Rysunkowe albumy napełniały się odtąd scenami oblężenia. Portrety oficerów i kilku żołnierzy wszędzie rozkupywano i oglądano. Cyrki konne przedstawiały widzom podniesione do potęgi okropności sceny, w których oficer inżynierji Bennet, był bohaterem romantycznym na tle rzeczywistem osnutym. Zamknięty on wypadkowo w forcie poznaje piękną córkę pułkownika Rotta i śród powszechnego niebezpieczeństwa oświadcza jej swą miłość i gotowość poświęcenia życia swego za jej życie i za honor jej niewieści. Piękna pułkownikówna przyrzeka mu oddać swą rękę, jeśli będzie ocaloną od śmierci, i za niego i za ojca rannego, którego pielęgnuje, przy gorejącej lampce modli się przed obrazem Matki Boskiej. Po oswobodzeniu fortu młoda para łączy się z sobą.

Ale o to i sąd się skończył na winowajców powstania. Nie wielu ich pozostało. Część z nich mając na piersi ordery i medale moskiewskie, zginęła na wale meskendżyńskim, inna część poszła z Szamilem w góry, a jeszcze inna grubemi pieniędzmi potrafiła dowieść swojej niewinności przed Buczkijewem, prezesem komisji.

Trzeba wiedzieć, że pomimo ustaw prawa karnego wojskowego, nigdy Moskale nie mieli stałej normy sprawiedliwości. Inaczej sądzono na linji kaukaskiej lub lezgińskiej, inaczej w Kabardzie lub Dagestanie. Nazywano te różnice „środkami miejscowych okoliczności”. W Dagestanie była przyjęta taka norma, że zwyczajnych przestępców politycznych wysyłano w głąb Moskwy, a szczególniej do Finlandji, do wojska na lat 10 lub 15, a potem na osiedlenie do Syberji. Abreków [52] to jest wychodźców z ziem podległych, a ujętych z bronią wysyłano do wojska na 25 lat, a potem do Syberji. Miurydów przeznaczano do wojska na 10 lat, a jeśliby po tym czasie miejsce urodzenia którego z nich nie było we władzy moskiewskiej, taki miał także iść do Syberji na osiedlenie. Ludzie niezdolni służyć wojskowo wysyłali się do robót fortecznych, albo od razu na osiedlenie, do Syberji.

Według tej normy właśnie, sąd wojenny skazał na Sybir czterdziestu kilku ludzi z okręgu achtyńskiego. Wszyscy oni poszli w drogę okuci w kajdany, zostawiając żony i dzieci… na wieki! Jeden wyrok był sroższy.

Kazano powiesić Achtyńczyka, który był sprężyną całego ruchu, który oddawna przygotowywał powstanie i zapalał do wolności współbraci swoich. Dowiedziono mu, że stracony Achtyńczyk, który przy odstępowaniu od Czoch przeciął drut od fugasu, uczynił to za jego namową. Dowiedziono mu, że depesze komendanta Rotta do księcia Argutyńskiego, w czasie pochodu Szamila on przejmował i odsyłał Szamilowi. Dowiedziono mu, że prowadził on tajemną korespondencję, z górami, i że Szamil zająwszy auł Achty zamieszkał w jego domu i że z nim szczególniej odbywał tajemne narady.

Pod fortem wojsko wystąpiło. Spędzono tam ludność z całego okręgu, a potem przyprowadzono skazanego na śmierć. Był to mężczyzna wysoki, z brodawką na nosie, z siwemi oczami i z nieco posiwiałą brodą. Pluł on na papier i urągał się, gdy mu czytano wyrok. Pluł on na żołnierzy, kopał ich nogami i okazywał im swoje do nich obrzydzenie, gdy mu zakładali stryczek na szyję i przymocowywali go do dyszla dwukolnej arby. Usłyszawszy rzucanie kamieni na tylną część arby, podniósł on oczy w górę; wóz się przechylił, dyszel z nim poszedł w górę.

Ludność cała wydała naraz okrzyk przerażenia, boleści i przekleństwa. Wiszący przestał żyć.

Znany to był już nam człowiek. Był to właśnie Mirza z Achtów, ten sam, który przed dwoma laty na górze Turczy-dach prowadził z nami polityczne rozprawy i który życiem swem dowiódł, że co mówił, mówił z przekonania głębokiego.

– Czyż trudne życie takiego człowieka ma przeminąć marnie, ma nie wydać owocu?... Nie, pewno! –

[1] Podczas wojny kaukaskiej po stronie rosyjskiej walczyły tzw. miejscowe milicje formowane z górali mieszkających na terytoriach opanowanych już przez Rosję. Była to np. milicja kumuchska, kiuryńska i inne. Dowództwo nie dowierzało jednak sojusznikom obawiając się o ich konszachty z Szamilem, milicjanci byli więc wykorzystywani jedynie w charakterze formacji pomocniczych. Bez pomocy tych znających miejscowe warunki ludzi Rosjanie byliby jednak niemal bezradni w dagestańskich i czeczeńskich górach.

[2] Autorowi chodziło oczywiście o tzw. wyprawę dargińską, podczas której wojskom rosyjskim pod dowództwem ks. Woroncowa udało się na krótko opanować auł Dargo w Czeczenii – siedzibę Szamila.

[3] „Kaukaskie” nazwy pułków bądź batalionów biorących udział w wojnie nie oznaczają, że ich członkami byli mieszkańcy Kaukazu. Były to zwykłe jednostki armii rosyjskiej (np. pułk szyrwański, batalion apszeroński itd.), które otrzymywały nazwy w zależności od miejsca swojej dyslokacji. W składzie ww. jednostek dominowali Rosjanie, było tam także wielu Polaków. Sam Gralewski służył właśnie w pułku szyrwańskim.

[4] Od Mingrelia, inaczej Megrelia – region na zachodzie Gruzji.

[5] Samurski las - subtropikalny, reliktowy las rosnący w delcie rzeki Samur, na południu Dagestanu; występuje tam wiele roślin endemicznych, między innymi liany; samurski las objęty jest ochroną, stworzono tam Samurski Park Przyrodniczy.

[6] Czałma – męskie nakrycie głowy używane w krajach muzułmańskich. Jest to długi kawałek materiału owinięty najczęściej dookoła fezu, tiubitiejki lub innego małego nakrycie głowy. Na Kaukazie czałmy nosili najczęściej powszechnie szanowani ludzie.

[7] Pomysły rosyjskich żołnierzy zostały wcielone w życie w połowie XX w. przez władze sowieckie, które wysiedliły z Kaukazu do Azji Środkowej takie narody jak: Czeczeńców, Inguszy, Karaczajów, Bałkarów, Turków meschetyńskich, Kałmuków. Przesiedlenia dotknęły także dziesiątki górskich wiosek w Dagestanie, których mieszkańców deportowano do Czeczenii oraz na dagestańskie równiny.

[8] Słowo „frengi”, „farang”, „frenk” itd. w różnych wersjach używane jest w wielu językach na świecie: od greckiego po języki Oceanii. Oznacza najczęściej Europejczyka, białego, obcokrajowca. Czasami, jak np. w Afganistanie i dawniej w Azji Środkowej, ma znaczenie pejoratywne, czy wręcz pogardliwe. Używanie tego słowa sięga wypraw krzyżowych, mieszkańcy Bliskiego Wschodu nazywali bowiem początkowo wszystkich krzyżowców „Frankami” (od Francuzów).

[9] Chanat Kiuryński został przyłączony do Rosji w 1812 r. W jego skład włączono wówczas kilka sąsiednich wspólnot wolnych dżamaatów (m.in. agulską i riczyńską). Władcą chanatu był wówczas Asłanbek. W 1820 r. władze rosyjskie połączyły Chanat Kazikumuchski z Kiuryńskim mianując chanem Asłan-chana kazikumuchskiego. Rządził on w Chanacie Kiuryńskim przy pomocy mianowanego przez siebie naiba. Cztery lata po śmierci Asłan-chana, w 1839 r. chanaty znów rozdzielono. W latach 1839-42 chanatem rządził Garun-bek (również z dynastii kazikumuchskich chanów) odsunięty jednak od władzy ze względu na utrzymywanie stosunków ze swym bratem – naibem imam Szamila – Hadżi-Jachją. Wówczas rządy przeszły w ręce płk Jussuf-beka.

[10] Chodzi o kiziak – suszony nawóz krowi mieszany ze słomą i formowany w kostki używany powszechnie na Kaukazie w charakterze opału.

[11] Chodzi tu o Powstanie Krakowskie, które wybuchło w Rzeczpospolitej Krakowskiej w lutym 1846 r. Zostało ono jednak stłumione przez wojska austriackie, nie zaś rosyjskie. Dziwnym wydaje się więc rzekomy udział żołnierza rosyjskiego w tamtych wydarzeniach.

[12] Rzeczony Ormianin miałby rzeczywiście gdzie się schronić w Tbilisi, w XIX w. ok. 40% ludności miasta stanowili bowiem Ormianie, z których wielu napłynęło z Imperium Osmańskiego po opanowaniu Kaukazu przez Rosję. To Tbilisi, nie zaś Erewan czy inne miasto współczesnej Armenii przez cały wiek XIX stanowiło kulturalną stolicę Ormian Imperium Rosyjskiego.

[13] Chodzi albo o wzniesienie, na którym zbudowana jest wieś Ricza (rejon agulski) albo o któryś ze szczytów w jej okolicy.

[14] Fort czyragski – garnizon wojsk rosyjskich istniejący obok wsi Czirag, tuż przed strategicznie ważną przełęczą oddzielającą Chanat Kazikumuchski od Kiuryńskiego (obecnie rejon agulski od kulińskiego).

[15] Buza – napój alkoholowy wyrabiany z jęczmienia, znany na całym Kaukazie Północnym i popularny przed upowszechnieniem się w tym regionie wódki. Co ciekawe buza wyrabiana z kaszy jaglanej znana była także w przedwojennym Białymstoku i okolicach.

[16] Rzeka o tej nazwie nie istnieje. Autorowi chodzi prawdopodobnie o Kazikumuchskie Kojsu – prawy dopływ rzeki Kara Kojsu.

[17] Chodzi o lacką wieś Kuli – stolicę współcznesnego rejonu kulińskiego.

[18] Aglar-chan – ostatni władca Chanatu Kazi-kumuchskiego. W dzieciństwie został zabrany z dworu w Kazi-Kumuchu jako zakładnik do Petersburga, gdzie został wychowany. Powrócił do Dagestanu w 1847 r. aby objąć władzę w chanacie. Sprawował ją do 1859 r. kiedy to chanat został ostatecznie zlikwidowany i przekształcony w okręg kazi-kumuchski guberni dagestańskiej.

[19] Ummu Gulsum-bike – wdowa o Asłan-chanie, sprawująca władzę w chanacie w latach 1841-1843 oraz krótko w 1849 r.

[20] Sogratl – duża wieś we współczesnym rejonie gunibskim Dagestanu. Do podboju rosyjskiego mieściła się tam stolica Andalalu – wspólnoty wolnych dżamaatów. W Sogratlu pochowany jest Muhammad al-Jaragi. Tam też urodził się i zmarł jeden z najbliższych współpracowników al-Jaragiego oraz Szamila Abdurachman-hadżi as-Suguri. Sogratl słynął w całym Dagestanie z licznych szkół koranicznych, które się tam mieściły.

[21] Szamil miał w sumie osiem żon, znane są jednak imiona tylko pięciu z nich. Pierwszą, wybraną mu przez rodziców odprawił już po miesiącu małżeństwa. Z drugą – Patimat – córką przyjaciela jego ojca ożenił się tuż przed wyborem Gazi-Muhammada na imama. Musiało to być więc w 1829 r. Miał z nią trzech synów i dwie córki. Trzecią żoną imama była Żydówka (wg. innej wersji Ormianka) Anna Ułuchanowa – branka z Mozdoku (córka tamtejszego kupca). Po przyjęciu przez nią islamu przyjęła imię Szuanet (lub Szuajat). Była ulubioną żoną imama. Czwarty raz Szamil ożenił się w 1846 r. po śmierci Patimat. Jego wybranką była Zagidat – córka Dżamaluddina Kazikumuchskiego, która urodziła dwie córki (Gralewski pisze o niej „Zeideta”). Ostatnią znaną żoną imama była niejaka Aminat. Ponieważ nie mogła znaleźć jednak wspólnego języka z Zagidat Szamil szybko się z nią rozwiódł.

[22] Turczydag – szczyt górski będący najwyższym punktem grzbietu o tej samej nazwie, wznoszący się na 2301 m. n.p.m. Spotykana jest także nazwa Durczidag. Pochodzi ona od opuszczonej obecnie lakijskiej wsi Turczi (Durczi) położonej niedaleko szczytu. Grzbiet Na południe od góry Turczydag rozciąga się porośnięty trawą Turczydagski Płaskowyż, na którym prawdopodobnie stały obozem opisywane przez Gralewskiego wojska.

[23] Andriej Placbek Kokum – generał prawdopodobnie niemieckiego lub szwedzkiego pochodzenia (na tę drugą wersję wskazywać mogą dalsze informacje Gralewskiego który określa go mianem „Finlandczyka”). Jeden ze słynnych dowódców rosyjskich podczas wojny kaukaskiej. Pisał o nim w jednym ze swoich wierszy Lew Tołstoj.

[24] Gergebil – duża awarska wieś, stolica rejonu gergebilskiego i ważny węzeł komunikacyjny w górskim Dagestanie. Leży nad rzeką Kazikumuchskie Kojsu. Słynie z sadów owocowych, gdzie rosną głównie drzewa morelowe. W 1843 r. Gergebil został opanowany przez Szamila, który umocnił go i przekształcił w główny punkt wypadowy do atakowania Rosjan. Do 1848 r. Gergebil był jedynym aułem na prawym brzegu Kazikumuchskiego Kojsu pozostającym w rękach miurydów. W tym właśnie roku oddziały pod dowództwem ks. Woronocowa opanowały i zburzyły Gergebil (rok wcześniej oblężenie zakończyło się sromotną klęską Rosjan). Po wojnie kaukaskiej na miejscu dawnego Gergebila zbudowano wieś o nazwie Chergeb, przemianowaną ponownie na Gergebil po rewolucji.

[25] Grzbiet Kaczkałyk – grzbiet górski we wschodniej Czeczenii (rejon gudermeski); nazwa pochodzi z języka kumyckiego i oznacza „sześć wiosek”, położonych niegdyś na grzbiecie.

[26] Opisywane tu, nieudane dla Rosjan oblężenie Gergebila miało miejsce w czerwcu 1847 r. Siły rosyjskie straciły wówczas ponad 500 żołnierzy i 36 oficerów.

[27] W społeczności wolnych dżamaatów Akusza-Dargo władza podzielona była pomiędzy kadiego (sędziego muzułmańskiego) oraz wybieralnego zarządcę, wodza

[28] Kubaczyńcy zwani byli dawniej Zirichgeranami. To niewielki naród w środkowym Dagestanie, liczący 3 tys.; ok. 2 tys. mieszka w rodzinnej wiosce Kubaczi. Przez część etnografów zaliczani są do Dargijczyków. Mówią w języku kubaczyńskim, który jest dialektem języka dargińskiego. W źródłach historycznych Kubaczyńcy wymieniani są od VI w. jako Zirichgeranowie, zaś od XV w. jako Kubaczi (oba terminy oznaczają ”wyrobników, producentów kolczug”: zirichgeran – z perskiego, kubaczi – z tureckiego). W wiekach V–X wioska wieś Kubaczi była głównym ośrodkiem jednego z dagestańskich państw – Zirichgeranu. W VI w. stali się wasalami Persji, zaś w VII – Arabów, którym musieli płacić roczną daninę. W XIII w. auł Kubaczi został zniszczony przez Mongołów, przetrwał natomiast najazd Tamerlana (w zamian za dostarczenie broni jego oddziałom). Na przełomie XIII i XIV w. Kubaczyńcy przyjęli islam. W XVI–XVII w. walczyli o niezależność z kajtagskimi ucmijami i chanami kazikumuchskimi. Po podboju rosyjskim wioska Kubaczi włączono do okręgu kajtagsko–tabasarańskiego guberni dagestańskiej. Tradycyjnym zajęciem Kubaczyńców było rzemiosło, przede wszystkim obróbka metali; znani byli w całym Dagestanie jako producenci doskonałej broni, uprzęży, garnków, narzędzi metalowych, wyrobów jubilerskich.

[29] Kajtagczycy to grupa etniczna żyjąca w środkowym Dagestanie; nazwa własna – Chajdak'. Część etnografów zalicza ich do Dargijczyków. Według spisu powszechnego z 1938 r. było ich 17 tys. Mówią językiem chajdackim, który jest dialektem języka dargińskiego; istnieje pięć gwar tego języka. Najwcześniejsze świadectwa o Kajtagczykach (Chajdak) pochodzą z IX–wiecznych kronik arabskich. W XIV w. Kajtagczycy ~przyjęli islam. W wiekach XIV–XIX wchodzili w skład dużego związku politycznego tzw. Ucmijstwa Kajtagskiego, które uzyskało znaczne wpływy w Dagestanie w XVIII w.; w drugiej połowie XVIII w. ucmijstwo straciło na znaczeniu po najeździe Nadir–szacha na Dagestan (1742 r.). W latach 1860. władze carskie utworzyły rejon kajtagsko–tabasarański wchodzący w skład guberni dagestańskiej. Tradycyjnie zajmowali się uprawą roli i hodowlą bydła; zimą większość kajtagskich mężczyzn emigrowała w okolice Derbentu, gdzie pracowali jako najemni robotnicy. Ich kultura bliższa jest kulturze narodów równinnej i przedgórskiej części Dagestanu (przed wszystkim Kumyków) niż górskich narodów dagestańskich.

[30] Kunactwo – rozpowszechniony na całym Kaukazie Północnym obyczaj zawierania przyjaźni pomiędzy mężczyznami różnych rodów i narodów. Kunacy byli zobowiązywani do udzielania sobie pomocy w każdej sytuacji, jak bracia. Słowo „kunak”, „konak” pochodzi z języków tureckich, gdzie oznacza „gościa”.

[31] Paul Demetruis Kotzebue (1801-1884) – graf i słynny rosyjski generał pochodzenia niemieckiego; po ukończeniu uczelni wojskowej w Petersburgu został skierowany na Kaukaz zarządzany wówczas przez gen. Jermołowa. Brał udział w wojnie kaukaskiej, rosyjsko-tureckiej, rosyjsko-perskiej oraz krymskiej; w latach 1874-80 generał-gubernator warszawski. Kotzebue był człowiekiem bardzo niskiego wzrostu (138 cm), podobno bardzo wyniosłym, nie lubianym przez żołnierzy. Miał wspierać Niemców służących w szeregach armii rosyjskiej i nienawidzić wszystkiego co rosyjskie.

[32] Chodzi tu de facto o język kumycki, który do początku XX w. był dagestańskim lingua franca w codziennych kontaktach międzyludzkich (językiem państwa, prawa, nauki, kontaktów międzynarodowych był natomiast arabski). Wszystkie języki którymi mówiły narody z tureckiej rodziny językowej nazywano wówczas turkomańskimi, turkmeńskimi lub tiurkskimi (np. azerski).

[33] Keger – niewielka awarska wioska położona we współczesnym rejonie gunibskim.

[34] Kadi – sędzia muzułmański, który wydaje wyroki opierając się na szariacie (prawie islamskim). Jego status jest dużo wyższy od imama, który jedynie przewodzi modlitwie i rytuałom związanym z pogrzebem, ślubem itd. W jednych krajach muzułmańskich kadich mianowali władcy, w innych była to funkcja wybieralna. W wielu muzułmańskich krajach (w tym na Kaukazie) kadi pełnili także funkcje polityczne będąc nierzadko głowami państw.

[35] Giaur – pogardliwe określenie „nie muzułmanina” używane w językach tureckich, zapożyczone z języka perskiego. W dawnej Turcji używane głównie w odniesieniu do chrześcijan (Greków, Ormian, Asyryjczyków itd.). Synonim arabskiego „kafir” – niewierny.

[36] Czoch - auł w rejonie gunibskim; położony na skłonie góry; w dawnych czasach Czoch stanowił wolny auł, nie podporządkowany nikomu; wraz z sąsiednimi 19-ma innymi wioskami wchodził w skład konfederacji zwanej Andalal; mieszkańcy Czocha słynęli z handlu; w XIX w. Czochcy bardzo szybko uznali władzę Rosjan, za co ich wieś została spalona przez imama Szamila; urodziło się tam wielu dagestańskich komunistów oraz nauczycieli i naukowców; do dziś we wsi stoi pomnik Stalina (w ścianie domu kultury), islam nie ma zbyt silnych pozycji, wielu ludzi uważa się natomiast za komunistów; we wsi zachował się także dom Chalil-Beka Musajasula, słynnego dagestańskiego malarza, który po rewolucji 1917 r. wyjechał z Rosji i żył na emigracji (Niemcy i USA); w jego twórczości dominują motywy dagestańskie; jest on także autorem książki o Dagestanie pt. „Kraina ostatnich rycerz”.

[37] Chodzi tu o Płaskowyż Gunibski położony w centralnej części górskiego Dagestanu. Jest to płaszczyzna o powierzchni 36 km2 i wysokości od 1400 do 2300 m.n.p.m. wznosząca się nad okoliczne góry i otoczona ze wszystkich stron kilkusetmetrowymi przepaściami. Na płaskowyżu istnieje unikalny mikroklimat, co sprawia iż występuje tam wiele gatunków endemicznych. Jeszcze w XIX w. na płaskowyżu istniał auł Gunib, który został zniszczony podczas walk z 1859 r. Dzisiejszy Gunib (tzw. Niższy Gunib) leży na półce skalnej przyciśniętej do płaskowyżu, kilkaset metrów poniżej dawnego Gunibu. Został zbudowany przez Rosjan, którzy po zwycięstwie nad Szamilem ulokowali tam swój garnizon.

[38] Czyli ok. 5,5 km (1 wiorsta rosyjska odpowiadała wówczas 1066,78 m).

[39] W tym wielu Polaków, którzy pomagali Szamilowi stworzyć podstawy artylerii.

[40] Nawiązując do gen. Aleksandra Suworowa (jednego z najsłynniejszych rosyjskich dowódców, uczestnika wojen napoleońskich) i szturmowania „po suworowsku” Gralewski miał zapewne na myśli rzeź ludnośc warszawskiej Pragi jakiej dokonały wojska rosyjskie pod dowództwem Suworowa podczas tłumienia Powstania Kościuszkowskiego w roku 1794.

[41] Faszyna – powiązane gałęzie wikliny lub innych krzewów używane obecnie głównie do umacniania brzegów rzek, dawniej zaś m.in. podczas wojen.

[42] Aleksander Niewierowski (1818-64) – rosyjski generał, uczestnik m.in. wojny kaukaskiej i wojny krymskiej. Podczas służby na Kaukazie prowadził notatki (przede wszystkim o kraju i ludziach), którą stanowią dzisiaj cenny materiał źródłowy o ówczesnym Kaukazie. Po jego śmierci wydano m.in. takie teksty jak: „O wytrzebieniu awarskich chanów”, „Historyczne spojrzenie na Dagestan” i inne. Zmarł w Lozannie gdzie udał się na leczenie choroby serca.

[43] Diomid Passek (1801-1845) – urodzony w Tobolsku na Syberii rosyjski generał, bohater wojny kaukaskiej. Bezpośrednio po ukończeniu nauki w Petersburgu został skierowany na Kaukaz pod dowództwo gen. von Klugenau. Biorąc udział w licznych walkach w Dagestanie i Czeczenii zajmował się również zbieraniem materiałów etnograficznych i poznawaniem obyczajów górali. W 1844 r. został mianowany generałem-majorem. Zginął w 1845 r. podczas wyprawy wojennej do stolicy Szamila – aułu Dargo (tzw. sucharowa ekspedycja zakończona totalną klęską Rosjan).

[44] Pułkownik Pruszanowski – oficer rosyjskiej armii walczący na Kaukazie, który pozostawił po sobie interesujące zapiski historyczno-etnograficzne o wojnie kaukaskiej i życiu górali. Zginął w 1845 r. Jego teksty były m.in. publikowane przez rosyjską prasę w XIX w.

[45] Autorowi chodzi z pewnością o gminy dargijskie.

[46] Kolchida – historyczna, używana w starożytności i wczesnym średniowieczu nazwa zachodniej części Gruzji. Przez szereg stuleci Kolchida znajdowała się pod silnymi wpływami greckimi, na jej wybrzeżu istniały greckie kolonie (np. Dioskuria – późniejsze Suchumi czy Fasis – późniejsze Poti.

[47] Cesarstwo Trapezuntu – państwo greckie na południowym wybrzeżu Morza Czarnego (dzisiejsza północno-wschodnia Turcja) istniejące w latach 1204-1461. Zostało założone przez bizantyjską dynastię Komnenów, która musiała opuścić Konstantynopol zajęty przez krzyżowców (IV krucjata). W utworzeniu Cesarstwa, którego stolicą zostało miasto Trapezunt (dzisiejszy Trabzon) pomogli władcy ówczesnej Gruzji. W osiem lat po zdobyciu Konstantynopola przez Turków osmańskich Cesarstwo zostało przez nich rozbite i włączone do Imperium Osmańskiego.

[48] Gruzińska grupa etniczna zamieszkująca historyczną krainę Lazystan, położoną w północno–wschodniej Turcji (przy granicy z Gruzją, nad Morzem Czarnym) oraz kilka wiosek w Adżarii. W Turcji jest ich od 50 do 150 tys. Mówią w języku czańskim (lazyjskim), który dzieli się na kilka dialektów. Język lazyjski jest niepiśmienny. Lazowie wyznają islam w wersji sunnickiej. Są w znacznym stopniu sturczeni i zasymilowani pod względem językowym z ludnością turecką.

[49] O oblężeniu Achtów

[50] Rutul – duża wieś na południu Dagestanu, w dolinie rzeki Samur. Stolica rejonu rutulskiego zamieszkanego głównie przez niewielki, spokrewniony z Lezginami naród Rutulów.

~51 Carskie Sioło – zbudowany w XVIII w. za czasów Piotra I kompleks pałacowy służący do 1917 r. jako rezydencja carów. Znajduje się 25 km od Petersburga.

~52 Abrek – kaukaski Robin Hood, Janosik. Z osetyjskiego „abraeg” - „rozbójnik”. Na Kaukazie Północnym w ten sposób określano ludzi, którzy opuścili swoje społeczności i zdecydowali się na życie w samotności. Najczęściej motywami kierującymi takimi ludźmi była niezgoda na niesprawiedliwość władz lub po prostu chęć rozboju. Żyli w górach, w pojedynkę, napadając na przedstawicieli władz i/bądź kupców i innych bogatych ludzi. Po zakończeniu wojny kaukaskiej to właśnie abrecy kontynuowali walkę z caratem. Wielu abreków działało także w czasach sowieckich, szczególnie w Czeczenii i szczególnie po deportacji Czeczeńców do Azji Środkowej. Za ostatniego abreka uważany jest Chasucha Magomadow, który ukrywał się przez 30 lat. Został zabity przez KGB dopiero w 1976 r. Abrecy cieszyli się z reguły szacunkiem społecznym.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury