Część Siódma

SZYRWAN

Miejscowość. – Chaństwo bakińskie. – baku. – Pamiątki dziejowe. – Polskie pieniądze i napisy. – Ognie bakińskie. – Czciciele ognia. – Zatonięcie statku. – Ludność stepowa. – Chaństwo szemachińskie. – szemacha. – Postępowanie z pastorem Zielonką. – Powrót gubernatora z majówki. – Marzenia. – Kozacy na stacjach. – Chaństwo szekińskie. – Nucha. - Hadżi-Murat. – zmowy na życie Hamzad-Beka. – Czyny Hadżi-Murata. – Walenrodyzm miurydzki. – Śmierć Hadżi-Murota. – Karabag i Ormianie.

**

Od Kuby na południe, ku Szyrwanowi, prowadzi droga przez coraz więcej zwężającą się płaszczyznę między brzegiem morza kaspijskiego i zniżającym się grzbietem odnogi gór. Płaszczyzna ta od strony Kuby urozmaicona pochyłemi wzgórzami, porosłemi gęstwiną lasów i przerznięta kilku rzeczkami: Deli-czajem, Kara-czajem, Belbele-Czajem, Szabranią, Dewizą, Gulgeniem i Ataczajem, należy do najpiękniejszych pomorskich okolic. Mnóstwo ładnych, a kilka obszernych i pięknych sadów rozkosznie zajmują oko podróżnego. Sławne sady w Dewizy, gdzie dawniej była hodowla wielbłądów, zniszczone zostały przy upadku chanów Kubińskich.

Tłusta gleba ziemi wydaje piękne zboża i ogrodowizny, ale drogi w czasach dżdżystych stają się trudnemi do przebycia. Brak mostów na rzeczułkach i na strumieniach, w czasie ulew podnoszących się wysoko, utrudnia bardzo komunikację.

Rajską tę okolicę zamyka trzecia stacja pocztowa Kizil-Burun [1], za którą zalega kilkumilowa pusta i jałowa przestrzeń, zabudowana tylko paru budynkami pocztowemi. Gnieniegdzie zaledwie wegetują kępami trawy omdlałe, chwasty dzikie i sterczą łodygi brunatnego zielska. Pełno gadów i płazów za to żyje tu w nich życiem właściwem.

Nie biegają tu jak w minionej okolicy sławione przez Lezginów dżejrany (jelenie [2]), ale pełzają gromadami olbrzymie żółwie, a zabijające węże prężąc się na swych ogonach przypatrują się podróżnym. Nie latają tu ptaki, rozkosz lasów i sadów Kubińskich, ale wirują niedojrzane z osobna dokuczliwe moszki (muszki) w tysiącznych, ciemnych kolumnach.

Parę tylko zamków na zniżającym się od zachodu łańcuchu góry urozmaica widok, a olbrzymia skała Chidyr-Zinde, na trzy części rozcięta, zwraca na siebie oko każdego. Skała ta z poziomą ścianą, wznosi z jednej strony ku chmurom swoje cyple, niby wspaniałe wieżyce, z pod których biją trzy strumienie wody źródlanej. Chidyr-zinde formując z innemi małemi grupę skał, wygląda zdala jak miasto z wspaniałemi gmachami. Zdaje się podróżującemu, że widzi świątynie i zamki, bramy i baszty obronne. Nie jeden też już album i nie jedna już ilustracja posiada rysunki skał Chidyr-zinde [3].

Teraźniejsze stacje pocztowe przerobione zostały z dawnych karawan-serajów, zbudowanych na oazach wązkiej pustyni, za czasów arabskich albo perskich. Szczątki najpiękniejszego Karawan-seraju, ozdobionego ślicznemi rzeźbami, opuszczonego z powodu wyschłego źródła wody, sterczą jeszcze między Kilazi s Sumgaitem [4].

Teraz jest tu granica gubernji szemachińskiej, niegdyś była tu za Persów granica władztwa szyrwańskiego [5].

Szyrwan ze wschodu przylega do morza, południa i ze wschodu oroszony jest zgięciem koryta rzeki Kury, a z północnej strony otoczony śnieżną górą Kaladarską, z powodu której jadąc z Dagestanu do Gruzji, trzeba w objeździe nakładać kilkanaście mil drogi [6].

Kraj ten w kolei wypadków dziejowych, należał do różnych zdobywców. Przed najazdem moskiewskim ostatecznie należał on do Persów i dzielił się na trzy odrębne chaństwa: jedno Bakińskie zajmujące półwysep apszeroński, drugie szemachińskie przylegające do wyższej części zachodniej rz,. Kury, i trzecie szekińskie czyli nuchińskie wpierające się w góry na północ od Szemachy.

Ziemia bakińska, mało rodząca zboża, ale za to posiadająca brzeg morski, liczne słone jeziorka, i kilkadziesiąt studni płynu nawtowego, białego, czarnego i ciemnozielonego, który w wielu zresztą miejscach za wsadzeniem laski w ziemię, wytryska jak mojżeszowa woda ze skały, wabiła do siebie chciwych zysku grabieżców.

Warego-Rusowie w X. wieku po dwakroć napadali te strony, a Piotr W. handlem, bojami i traktatami z szachem perskim, torował sobie tędy drogę do Indji [7]. Rozbite karawany moskiewskie przez chana szyrwańskiego, a oszacowane na cztery miljony rubli, podały zręczność Piotrowi w 1722r., a po nim jego następcom do opanowywania kilku punktów nadbrzeżnych, z których następnie ustępowali [8]. Ostateczne zajęcie kraiku tego przez Moskali nastąpiło dopiero w 1806r. po sześciomięsięcznem oblężeniu i bombardowaniu miasta Baku. W czasie prowadzonych układów między kniaziem Cycjanowem i Husajn-Kuli-Chanem, w bliskości murów warowni, kula karabinowa puszczona z miasta przeszyła Cycjanowa, którego dokłuli zaraz kindżałami ludzie otaczający Husajna. Podanie niesie, że wypadek ten nie był przewidziany przez chana, ale że dał mu początek entuzjazmowany jakiś mieszczanin. Na miejscu zgonu Cycjanowa, dla uwiecznienia jego pamięci ks. Worońców w 40 lat potem kazał postawić pomnik, który otacza już teraz przedmieście, strukturą swoich domów przypominające Jerozolimę [9].

Domy te nowe łudzą wędrowca cechą starożytną, gdyż wiele odłamów ze starych karawanserajów, a nawet kamieni grobowych, z rzeźbami i napisami odwiecznemi, pokazuje się wmurowanych w ściany. Kopuły biało malowane z otworami u wierzchu dla przeprowadzenia dymu, rozpierają się znów na murach jak kibitki koczujących kałmuków na stepach. Sprawia to piękny widok, a osobliwie przy wschodzie i przy zachodzie słońca.

Miasto Baku sięgające kilkunastowiekowego istnienia obwarowane jest grubym murem kamiennym, który podobnie jak w Derbencie ukazuje się na swem przedłużeniu i z pod wody morskiej [10]. Okazałe to jest miasto zewnątrz, a tem bardziej wewnątrz. Posiada kilka wspaniałych pomników przeszłości, które szczęśliwie ocalały śród ciągłych zawieruch bojowych. Najprzód uderza oko nadmorska baszta, na sto stóp wysoka a nazwana basztą dziewiczą. Niektórzy za dozwoleniem komendanta miasta, odważają się wschodzić na nią po nadpsutych wschodach, aby zadowolić oko rozległym widokiem na morze, miasto i okolicę [11]. Następnie stary karawan-seraj z pięknie urządzonym wodotryskiem n dziedzińcu i z wygodnemi stajniami dla przyjezdnych kupców, jest cennym starożytnym zabytkiem. Ale i baszta i karawan-seraj znikają z myśli podróżnego, gdy się znajdzie przed szczątkami zamku, zbudowanego w stylu arabskim przez Abbasa II. króla perskiego [12], a części odnowionego i przeznaczonego na arsenałza namiestnictwa ks. Worońcowa. Nie wiadomo czem się zajmować, czy rozkładem zamku, jego wspaniałemi komnatami, utęczonemi różnokolorowem światłem z góry bijącem, czy meczetem jego ze smukłym minaretem, czy też ową wspartą na kolumnach na środku dziedzińca salą audiencjonalną z otaczającym ją zdala krużgankiem, przeznaczonym dla publiczności?... Jest to łącznie zapewno najpiękniejsza budowa na całem zachodniem pobrzeżu morza kaspijskiego. Jednak to arcydzieło architektoniczne niknie znowu wobec uroczystej bramy prowadzącej do wspomnianego dziedzińca. Oczów nie można oderwać od tego tworu genjalnego, ślubującego budownictwo z rzeźbą. Dziwna rzecz! są tam tylko linje proste i zgięte, ale w takiem zgodnem ujęciu, w takiem samo przez się wyrastającem przedłużaniu się, że w miarę wpatrywania się, brama ta w zachwyconych oczach rośnie jak w sennem widziadle, splata się w nowe linje, rozmarza na końcu!... Taki jednak twór o mało że już nie był rozebrany na nowe budowle!...

Odchodząc z zamku, mijała już ochota przypatrywania się dalszego miastu. Zresztą stały tam domy z płaskiemi dachami i z krużgankami zwyczajnemi na Kaukazie. Lecz na jednym domie uderzył nas szczegół. Był to szyld z błędnym napisem w dwóch językach, który w rzetelnej kopji załączam.

„Wnof odkrywasye BuFeT
Вновь открыта гостиница
MIHAŁ KARŁOW ” .

Michał Karłow, pomyślałem to Moskal. Dlaczegoż po polsku afiszował się publicznie aż w Azji?... Widziałem wprawdzie polskie szyldy w Charkowie, w Rostowie na Donie i jeden w Tyflisie, ale tu?... Ciekawy wchodzę z dwoma rodakami w bramę domu, a tam na dziedzińcu przy wschodach do owego bufetu, znowu znajduję drugi szyld, który ogłasza co następuje:

„Съ денгами
Милости просимъ
dzyś zapyniendzye
Ayutro darmo
Нонче за денги
А завтра въ долгъ”.

Dla zaspokojenia ciekawości weszliśmy na krużganek i spotkaliśmy starca w szlafroku, w czapeczce czerwonej na głowie i z fajką w ustach. Zapytujemy go o traktiernię i o gospodarza.

- Ja jestem gospodarz, odpowiada nam po moskiewsku.

- Czy jesteście Michał Karłow?

- Tak, jestem Michał Karłow, dymisjonowany podoficer.

- Dlaczegoż umieściliście napisy polskie na szyldach?

- A dlatego, że tak trzeba.

- Dlaczegoż trzeba? Przecież tu nie ma Polaków.

- To nic, ale tak trzeba.

- Może macie żonę Polkę?

- Nie, mam żonę Ormiankę.

- A wy jesteście Ruskij?

- O nie, jestem dawny unita z gubernji mohylewskiej.

- Któż wam te znaki malował?

- Jest tu w garnizonie Polak, mój przyjaciel, co mi je wymalował.

Z tych odpowiedzi domyśleliśmy się reszty.

Rozstawszy się z Karłowem, zwiedziliśmy pracownię jubilera miejscowego, Persa, który na wystawie londyńskiej otrzymał medal za emaliowe wyroby. Świadectwo komitetu wystawy wisiało w jego zakładzie, w ramach, za szkłem oprawne. Pokazywał nam kindżały i szaszki, których rękojeście i pochwy upiększał srebrem i złotem. Trafem ujrzeliśmy u niego naczynie napełnione staremi polskiemi pieniędzmi, a najwięcej z czasów Zygmunta III.

- Co to są za pieniądze ? rzekł z nas jeden.

- Są to stare bazy.

- A po co ich masz tyle?

- Mam do stopienia.

- A skąd je masz?

- Były one u nas zwyczajne w obiegu, a od paru lat nie przyjmują ich do kas rządowych.

Poczem pozwolił nam wybrać z nich kilkanaście najwyraźniejszych sztuk, każąc sobie płacić za złotówki po 40 gr., to jest po wartości, jaką miały gdy były w kursie.

Przechodząc między kramami spostrzegliśmy aptekarza, starego już Persa. Miał on w pudełkach i w woreczkach mnóstwo ziół i proszków. Był on zarazem i lekarzem (chakim). Chorzy podchodzili do kramu i opowiadali o swoich dolegliwościach. On znający na pamięć artykuły kara-badima [13], czarodziejskiej księgi lekarskiej, upowszechnionej w rękopisach u Persów i w przerobionem tłomaczeniu u Gruzinów, wedle recept przepisanych wydawał lekarstwa, wydawał różne talizmany, różne karteczki ze słowami, które noszone na piersiach miały uzdrawiać cierpiącego. Do takich słów liczyły się perskie wyrazy tajemnicze abrakadabra, amszapsans i bachman.

Zwykle podobny aptekarz uczy astrologii, uczy zaklęć, udziela usypiające rozkosznie i rozweselające pigułki narkotyczne, maści do upiększania brwi, twarzy i paznogci i do czernienia włosów; podaje on również sposoby podniecające namiętności, rodzące męstwo i waleczność, przyprawiające o szczęśliwy kiejf i t. d. Aptekarz taki aby jeszcze zyskać dla swego kramu przychylność płci pięknej, nieraz nieznacznie, bez narażania siebie pochlebia przechodzącym kobietom, wzdychając i niby do siebie mówiąc po turkomańsku:

- Dżanym sany guzlar czoch jakszy! (Duszko – dziewczę, masz oczy bardzo ładne).

- Styrem sany manym ruhu! (Lubię cię moja duszo). Albo to samo Ormiance:

- Sirumem kez im hokiz.

W ciężkich chorobach mieszkańcy Kaukazu nie odrzucają opieki lekarzy europejskich, a osobliwie podczas epidemii, jednak wolą swoich chirurgów, a osobliwie słynnych w tej sztuce chakimów góralskich [14]. Ich sława do tego stopnia wzrosła, że nawet ranni wyżsi oficerowie moskiewscy przywoływali ich do siebie. Sposób leczenia przez nich używany jest kosztowny, bo skaleczoną część ciała obwijają co dobę w gorącą jeszcze owczą skórę. Gdy chory w kilku miejscach jest ranny, zaszywają go nawet w skórę bydlęcą. Ciało przytem mażą maściami, kości zaś złamane zręcznie wstawiają w łupki. Wobec tych chakimów, znakomity chirurg Pirogow stracił zupełnie tu sławę, nieszczęśliwie operując rannych w r. 1847, przy aule Sałty [15].

Sztukę leczenia chakimów kaukaskich miał studiować nasz rodak, lekarz Kazimierz Sawicz. Praca ta sądzę że byłaby korzystną, tembardziej że przyznawał on im w pewnym stopniu znajomość botaniki i odkrycia własności niektórych roślin nieznanych gdzieindziej.

Obecnie kilkutysięczna ludność miasta Baku, oddalona od wojowniczych gór, przeważnie oddana przemysłowi i handlowi, straciła bojowego ducha. Za to zyskała wiele na łagodności charakteru i obyczajów, a wypadki złodziejstwa albo dawniej licznego rozboju, stały się bardzo rzadkiemi.

Przyszłość tego miasta ma wielką perspektywę. Ogromna jego przystań zasłoniona trzema łatwemi do ufortyfikowania wyspami ma zostać portem wojennym. Ujścia Wołgi i Kury zapewnie podały myśl do zużytkowania spławów tych rzek w niechybnej przyszłości wielkiej wojnie na Wschodzie. Mówiono już o asygnowaniu pieniędzy na rozpoczęcie tych robót. Projektowano jeszcze przeprowadzenie stąd kolei żelaznej do Tyflisu [16].

Po za murami miasta, nie będę zaprzątać uwagi rybołówstwem, która ma na brzegu kaukazkim przynosi skarbowi 300 tysięcy rubli; nie będę się rozpisywać o solnych zakładach, ani też o owych bałachańskich studniach naftowych wydzierżawionych przez rząd dwom Ormianom Kuchadzaniemu i Mirymaniemu za 100 tysięcy rubli czynszu rocznego, ale opowiem o Kwebrach u owych ogni bakińskich, które A. Humboldt opisał w swym Kosmosie i które wielu podróżnych z dalekich stron dla nauki i dla podziwiania cudu natury przybywa tu odwiedzać [17].

Gdyśmy we trzech jechali z Baku, a wybraliśmy dla tego umyślnie czas wieczorny, podnosząca się przed nami wzniosłość miejscowości zakrywała nam w ciągu pół godziny cały widok. Naraz między wsią Surhan aEmirdżan [18], gdzie się znajdują najobszerniejsze rezerwuary weglowo-wodorodnego gazu, o dwie mile odległych od miasta, ujrzeliśmy płomienie wychodzące z ziemi i z kominów nad białemi wysokiemi murami czworobok zabudowanemi. Stanąwszy już z wschodniej strony przed bramą tego budynku, przypominającego podróżne karawan-seraje, ujrzeliśmy wewnątrz wązkie zabudowania z płaskiemi dachami opierające się o mury, a po środku ocembrowany rezerwuar gazu z dzwonnicą nad nim.

Na dziedzińcu spotkaliśmy wychodzącego naprzeciwko nam sześćdziesięcioletniego starca. Domyśliliśmy się, że był on jednym z Gwebrów, czcicieli ognia, nazywanych tu judasami [19]. Skłonił on się nam najuniżeniej i prosił nas na odpoczynek. Wymówiliśmy się od spoczynku, a prosiliśmy o pokazanie nam kaplic i o pozwolenie widzenia ich nabożeństwa.

- Dobrze, odpowiedział i to zaraz.

Uderzył we dzwony, bijąc sercem w jedną stronę. Był to jak nam tłumacz objaśnił, zwierzchnik domu, mającego znaczenie klasztoru. Mężczyzna ten pełnego zdrowia ubrany był w zawój i odzież miejscowych Persów, z wierzchu zaś miał biały chałat na sobie. Pokutował już lat 25, a nazywał się Amindas.

Na głos dzwonów, z różnych cel, których drzwi otwierały się wprost na dziedziniec, wysuwały się blade postacie jak duchy z tamtego świata, bose i okryte jedynie szerokimi a długiemi koszulami (albami) aż do kostek. Olbrzymie paciorki nanizane na sznurki, wisiały u ich rąk albo zwieszały się z ich szyj.

Podstąpił naprzód Kaksza z Mustancą. Założywszy ręce na piersi skłonili się nam nizko. Obydwaj byli mężczyźni od 30 do 40 lat mieć mogący, ale pokutujący dopiero od pół roku.

Za nimi posuwał się Rubgio, 40-letni człowiek, i już czteroletni pokutnik, prowadząc za rękę ślepego, starszego od siebie, dziewięć lat na pokucie zostającego Gangagio. Nie dowiedzieliśmy się czy wypadek zdarzył, czy też dobrowolnie dla uczczenia bóstwa wykluł sobie oczy.

Zaproszono nas do głównej kaplicy Amindasa.

Szliśmy za światłem kagańca przez długą celę wylepioną na ziemi gliną i zasłaną kobiercami. Na nich u ścian leżała odzież, kołdry, poduszki, naczynia do gotowania i do jedzenia, różne gospodarskie narzędzia, uprząż końska i t. d. Za tą celą znaleźliśmy się w kaplicy przegrodzonej nizkim murem. Z niego dwoma rurkami wydobywał się gaz, który Amindas popatrzywszy się na nas znacząco, zapalił.

Gwebry weszli potem za przegrodę i przywdziali na się białe w różnokolorowe pasy lekkie kapy. Pozapalali świeczki u ołtarza nizkiego, z kilka stopni urządzonego, a przykrytego jedwabną materją. Zobaczyliśmy wtedy porozstawiane na ołtarzu najdziwaczniejsze bałwanki. Jedne były pyzate lub chude, z wypukłemi brzuchami, inne ze skrzydłami, z rybiemi ogonami i z potwornemi łebkami. Znalazł się między niemi i cherubinek, służący u nas do upiększania komod. Obok tego było wiele porozstawianych błyszczących talerzyków, lusterek i ampułek.

Nabożeństwo zaczęli Gwebry od umycia rąk i obtarcia ich ręcznikami i od medytacji w najskromniejszej postawie ze spuszczonemi oczami. Słyszeliśmy ich wzdychania z głębi piersi pochodzące, a osobliwie ciężkie westchnienia Rubgio, którego duch zapewne na pół tylko przebywał między śmiertelnikami.

Ślepy Gangagio na znak mu dany przez trącenie go w rękę, trzykrotnie zatrąbił na rogu. Amindas zaczął spiewać i trybularzem ołtarz okadzać. A gdy czynił ofiary, obmazując chlebem usta bożków, wszyscy Gwebrowie to stojąc to klęcząc śpiewali wspólnie pieśni przy brzęku janczarskich talerzy i triangułów. Była znów chwila, że wszyscy klęcząc pospuszczali głowy i zanurzali się w rozmyślaniu. Przy końcu ofiary Amindas zwrócił się ku Gwebrom i ku nam i obkadzał nas trybularzem; potem ręką czerpiąc wodę z miseczki, pokropił nas wszystkich; nareszcie wziąwszy z ołtarza talerzyk metalowy, każdemu z nas podał z niego do ręki po kawałku uświęconego lodowatego cukru. Na tem zakończyło się nabożeństwo.

Pogaszono światła i za kagańcem poszliśmy do drugiej kaplicy przez dziedziniec. Gdy ją oświetlono gazem, oglądaliśmy niektóre osobliwości. Przed ołtarzem opatrywaliśmy wielki biały kamień z boków zaokrąglony a u wierzchu ścięty. Na tym kamieniu wyżłobiona stopa, napełniona była wodą.

- Jakie to ma znaczenie? zapytaliśmy.

- Jest to, odpowiedzieli, stopa pierwszego człowieka Adama.

- A ta woda co znaczy?

- Jest to woda cudowna, uzdrawiająca od niemocy.

- Czy tu sam Adam stąpił i czy sama stopa sączy tę wodę?

- Nie. Stopa jest wykuta przez nas i my wodę nalewamy, ale jest ona mocy cudownej.

- Przynajmniej nie kłamią, w pół głosu przemówił jeden z towarzyszów.

Na ołtarzu między bałwankami zauważyliśmy krzyż mosiężny i na nim rozpiętego Chrystusa, któremu zamazano usta ofiarnym chlebem. Toż samo uczyniono i św. Mikołajowi wyobrażonemu na blaszce mosiężnej i kilku aniołom ze skrzydełkami. Kaplica cała odznaczała się czystością i porządkiem.

W trzeciej kaplicy Kaksza pokazywał nam swoje bałwochwalcze statuetki, które się rozbierały. Sam je lepił z gliny lub robił z drzewa i ustawiał je nad otworami z gazu. Chełpił się, że z tych bałwanów wydobywał się płomień nosem, ustami lub uszami. Otworzył on nam skrzynię i pokazał mnóstwo bałwanków najdziwaczniejszych kształtów, które przed przybyciem do klasztoru nabył u kupca Anglika i które mógł odstępować. Pokazywał nam i nowe księgi od tegoż Anglika nabyte, a odznaczające się pięknym drukiem i ładnym papierem. Był on jedynym pismiennym między pięciu Gwebrami.

Inne kaplice nie miały nic nowego, a odróżniającego je od tych, które wspomniałem.

W towarzystwie Gwebrów, poszliśmy potem za mury do wyschłej studni napełnionej gazem i do naszego przybycia już nakrytej namoczonym grubym wojłokiem. Amindas kazał nam stanąć o kilka sążni. Gdy jeden Gwebr ścisnął wojłok, drugi w tejże chwili rzucił w studnię wiązkę zapalonej słomy. Obaj uciekli całym pędem. Raptem gaz z ogromnym wstrząsającym powietrze hukiem wyrzucił w górę plącą się czerwonym płomieniem słomę.

Poprowadzono nas do drugiej studni. Przy jej ocembrowaniu stał słup kamienny, za który zaglądając trzymali się ciekawi. Obok stał zawsze Gwebr dla dania pomocy w razie czyjego zawrotu głowy. W głębinie widać było płomieniami rozpaloną do czerwoności i wypaloną z boków skałę. Zaglądający więc do tej studni stał nad przepaścią, od której go przedzielało może ze dwa sążni skały wiszącej, a nieujętej jeszcze płomieniem. Ogień ten nie od dawna istniał, bo dopiero od lat ośmiu. Gwebry wydrążyli tam studnię bardzo głęboką i dokopali się wody. W następstwie czasu woda ta wyschła i otworzyła się krater wulkaniczny, jak to zdarza się i w innych miejscach chaństwa bakińskiego. Wulkany takie po pewnym przeciągu czasu trawią się. Czasem płomienie buchają na kilkanaście sążni nad ziemię i prędko znikają. Ostatni wulkan o trzy mile za Baku ku południowej stronie, trwał tylko trzy doby [20].

Od ogniowej studni postępując ku klasztorowi, weszliśmy na cmentarz. Zliczyliśmy zaledwie kilkanaście wkopanych w ziemię płaskich kamieni. Na zapytanie dlaczego ich tak mało? Odpowiedzieli Gwebry, że oni nie wszystkich grzebią w grobach. Tłomaczyli nam, że każdy z nich należy do innego wyłącznego żywiołu, który za życia przedewszystkiem czci. Należy każdy albo do ziemi, albo do wody, albo do ognia, albo do powietrza.

Ten który należy do ziemi, grzebie się w niej po śmierci w siedzącej postawie, na wschód obrócony. Tego który należy do wody, przywiązują po śmierci do kamienia i rzucają go w wodę. Należącego do ognia wrzucają w ogień. Należącego zaś do powietrza, palą na ogniu, a prochy jego rozsypują na wiatr [21].

Zapytani o historię klasztoru i o ich własną. Gwebry odpowiedzieli że istnienie ich zacisza sięga dopiero lat kilkudziesięciu; że bywało ich poprzednio po kilkunastu i po więcej, i że oczekują oni przybycia jeszcze kilku nowych pokutników [22]. Odpowiedzieli nam, że są bezżenni, prowadzący życie czyste i ubogie i poświęceni na tem miejscu do śmierci jedynie Bogu, którego czczą we wszystkich żywiołach. Opowiedzieli nam, że do ich zacisza przybywają niekiedy tłumy pielgrzymujących Persów z Jezd (Yezd) i Indusów z Multan i innych stron północnych Indyj; że ich wyznawcy Persowie rozeszli się po całej Azji, a głównie w Indjach, że zajmują się oni handlem, że między niemi nie ma kast i że kobiety u nich mają jedne prawa z mężczyznami [23]. Chwalili wielu swoich współwyznawców z cnót szczególnych i przytaczali Dżiamsiezi Diższibboja jak wcieloną cnotę.

Rzeczywiście mieli go za co chwalić. Diższibboj, jak się później dowiedziałem, wydał miljon złp. na szkoły ludowe i znaczne pieniądze łożył na pisma ludowe w guzareckim narzeczu [24]. Kilka miljonów poświęcił na różne dobroczynne zakłady, budował szpitale dla chorych, utrzymywał gospody z żywnością dla biednych podróżnych, i bił tamy zabezpieczające ludność od wylewu wód. Królowa angielska chciała go za żywota nagrodzić. Nadała mu za te czyny tytuł baroneta, a miasto Bombaj postawiło kolumnę z jego posągiem, jako hołd dla znakomitego przemysłowca i dobroczyńcy ludzkości.

Żegnając się z Gwebrami, wedle zwyczaju udarowaliśmy ich kilku rublami, - oni zaś dali nam pamiątkę po parze paciorków z koronek swoich.

W 1858 roku, w jesieni blizko tych ogni zdarzył się na morzu straszny wypadek. Gdy parostatek przeznaczony dla morskiej komisji naukowej, prowadzony przez kapitana ze zniesionej floty czarnomorskiej, zbliżał się ku brzegowi, jeden ze starych kaspijskich majtków widząc niebezpieczeństwo, ostrzegał kapitana o podwodnej na tej drodze skale. Kapitan zaufany w posiadaną mapę, na której owa skała nie była oznaczona, strofował majtka za jego niepokój, a nareszcie za natrętne jego ostrzeżenia kazał go jako niesfornego aresztować. Majtek krzyknął wówczas:

- Módlcie się bracia, bo giniemy.

W tej zaraz chwili gdy to wymówił, spód statku zdruzgotał się i niebawem z całą załogą i jak powiadano, że z dwumiljonowym kapitałem poszedł na dno morza. Czterech tylko ludzi ocalało, którzy po wyrzuceniu ich przez wodę na jednę z pobliskich wyrastających skał, opowiedzieli właśnie historję tego nieszczęścia.

Od ogni, od morza i od Baku jadąc ku Szemasze, potrzeba było wracać się znowu przebytą drogą ku Chidyr-Zinde, a potem przejeżdżając ku zachodowi kilkomilowy pas stepu nagiego, aż do stacji pocztowej Dengi. Potem trzeba było przejeżdżać góry, na których leżące obszerne płaszczyzny, chociaż zdolne do uprawy rolnej, przecież nie były zajęte żadnemi osadami, prócz kilku siół małakańskich [25]. Rzadko też gdzie spostrzegłem hurty koczujących kształtnych i dorodnych Turkomanów, których niewiasty brzydotą się odznaczały. Plemię to odcechowywało się od Turkomanów dagestańskich więcej śniadą, oliwkowatą nawet cerą ciała.

Przedtem hurty te bujały swobodnie po płaszczyznach, a za mego tam pobytu każda z gromad miała wydzieloną sobie pewną przestrzeń ziemi, której granicy nie mogła przechodzić. Pole każdej gromady posiadało trzy główne koczowiska, na których stawiano namioty i kopano lepianki obłożone z wierzchu darniną. Stosownie do pory roku zmieniano miejscowość. W lecie wybierano najwyższą, na wiosnę i w jesieni średnią, a w zimie zajmowano najniższą. Nie znając rolnictwa, koczownicy z naturalnych przyczyn robili te wędrówki. Hodując albowiem konie, bydło i owce, wypasali ciągle stepy, posuwając się w lecie ku chłodniejszej miejscowości, schodząc zaś z niej ku zimie [26].

Prócz pasterstwa, w każdej gromadzie znajdowali się ludzie trudniący się rzemiosłem, a kobiety oprócz gotowania i pielęgnowania dzieci zajmowały się jeszcze tkaniem sukna zwyczajnego i wielbłądziego, oraz wyrabianiem kobierców. Moskale zachęcali tych koczowników do usadowienia się we wsiach, ale napróżno. Koczownicy wymawiali się nieprzyzwyczajeniem, które ich dość musu kosztuje, jeżeli im wypadnie przebyć choćby dobę pod dachem między ścianami.

Sioła małakanów, którzy z powodu odosabniania się od urzędowego wyznania, za karę przesiedleni tu zostali, są widocznie dobrze zagospodarowane. Wszystkie chaty są stawiane na sposób moskiewski, ale czyste zewnątrz i wewnątrz i jasne. Cieląt ani świń nie chowają w izbach, a cały swój dobytek utrzymują w szopach. Konie rasy moskiewskiej hodują wybornie i trudnią się furmankami.

Lud ten cały czas jest czerstwy, ciemny, zabobonny i nieczuły. Zwyczaje ich różnią się niezmiernie od prześladujących ich braci prawosławnych. Między innemi różnicami jest i ta szczególna, że u małakanów wolno śpiewać jedynie dziewczętom i to wtedy gdy są same. Mężczyzna chcący słuchać ich śpiewu, nie powinien im się ukazywać, gdyż zaraz przestają. W pewne uroczystości robi się wyjątek od tego zwyczaju. Wszystkie pieśni dziewcząt małakańskich mają nutę na pół dziką i tęskną, smutne wrażenie na słuchającym czyniące.

Po za kilkunastomilowem na pół pustkowiem, po za górą szekińską, poczyna się piękny równiejszy kraj, starożytna Albanja, o którą narody przechodzące od południa i z północy Kaukazu kilkakrotnie walczyły z sobą [27].

U wstępu leży Szemacha, główne miasto guberni szemachińskiej. Według planów rządu moskiewskiego zabudowywać się ono poczęło dopiero od 1824 roku na miejscu starożytnej Kamachji, zniszczonej wojnami i trzęsieniami ziemi [28].

W Nowem tem mieście są ulice szerokie i sad obszerny; są domy o płaskich dachach stylu mieszanego, a wszystkie do siebie podobne. Jest sobór, dom gubernatora i parę budynków wojskowych, wyróżniających się strukturą, ale żaden z tych gmachów nie przedstawia smaku estetycznego.

Sobór jest postawiony na najwyższym punkcie miasta, w czem się nie wyróżnia i od cerkwi w innych miastach. Moskale bowiem we wszystkich swoich osadach kaukazkich, nigdy żadnego nieprawosławnego domu modlitwy nie pozwalali budować na głównym placu, lub ulicy i nigdy nie pozwalali stawiać wyższych kościołów lub meczetów nad cerkwie. Dominowanie nawet budynku miało być jedynie z okazów wyższości kościoła prawosławnego nad inne.

Gdy protestanckiemu misjonarzowi Zielonce, udającemu się z Hamburga do Palestyny w lecie 1857 roku udzieliło ministerstwo petersburskie bilet upoważniający go do odprawiania nabożeństwa i miewania kazań w drodze przez Moskwę i Kaukaz, jednocześnie wydało ono do gubernatorów tutejszych rozporządzenie dotyczące właśnie powyższego przedmiotu. Rozporządzenie to co do słowa zaleca:

„aby w miejscach przez któreby przejeżdżał ten ksiądz, żeby mu otwarcie nie wzbraniać nabożeństwa ani kazać, owszem okazywać mu w tem jak największą przychylność, jednak utrudniać te zamiary różnemi miejscowemi powodami, jak np. wymówką braku odpowiedniego lokalu i t. p. Gdyby zaś Zielonka chciał koniecznie swój zamiar uskutecznić, w takim razie dopilnować aby nie dostał na ten cel żadnego lokalu na pierwszorzędnej ulicy, i aby między mieszkańcami nie było o tem nabożeństwie żadnego rozgłosu” [29].

Nie sławiąc się żadnemi gmachami, Szemacha wszakże słynie z swoich wyrobów jedwabnych, znanych tu pod nazwą moui. Słynie jeszcze tańczącemi, bębniącemi, stukającemi w palce drewnianemi naparstkami i śpiewającemi bajaderkami, których jednak nie miałem zręczności poznać.

W okolicach Szemachy na meczecie jednego z aułów, mówił mi Edward Milewski, że któryś z zesłanych znalazł wmurowany kamień z napisem: „ Polonus Johannes Dembovscius fecie 1618” [30]. Sprawdzenie tego i dania szczegółowszych objaśnień, nie miał nikt sposobności dokonać.

Za Szemachą, ku zachodowi, roślinność coraz jest bujniejsza, zboża rosną do koła i lasy wyglądają tu i owdzie. Jest to miejsce wycieczek urzędników moskiewskich i bawiących się handlarzy. Wypadło żem jechał z Szemachy śród ciemnej nocy majowej, gdy gubernatorstwo wracało ze świtą z majówki, jaką mu wyprawił oddział saperów urządzających szosę przez górę Aksaj. Poczet konwojowy mocno śniadych milicjonierów, w łachmytach czapkach, z połyskującemi a brzęczącemi szaszkami na spienionych rumakach, wyglądał malowniczo ale i dziko zarazem. Odrywane przez wiatr szmaty palących się w ręku tych jeźdzców pochodni, przelatywały w powietrzu i dogorywały na drodze i na polu. Tętent galopujących koni, krzyki przeraźliwe ludzi i jeden w ciszy sunący się między nimi powóz, naprawdę wszystko to przypominało bajki nianiek, mówiących o djabłach wiozących bogatą duszę do piekła!...

Na drugi dzień z góry aksajskiej ujrzałem przed sobą świat nowy. Bita droga wijąca się po stromej pochyłości wypadła mi przez las czarujący. Słońce oświetliło całą okolicę i dodało blasku prześlicznym krajobrazom. Od północy za chełmami chaństwa szekińskiego, z dziesięciomilowej odległości patrzały się na niziny, ucięte równo jakby pod sznur góry lezgińskie [31]. Pośród łąk i zboża wiły się strumienie, zdążające ku południowi do Kury, najpoważniejszej z rzek tutejszych. Skowronki poczęły głosić swe piosnki nad polami, a gile i papugi wykrzykiwały z lasu. Wsie malowały się biało na zielonych dolinach, a wieś Aksaj nad rzeczką Ak-su, najwyraźniej się ukazała u podnóża góry, także w bieli i w zieleni. Każdy dom stał oddzielnie, w środku sadu gęstego, ciemnego, zarosłego olbrzymiemi drzewami i ogrodzonego wysokim murem z nizką furteczką. Po za każdym domem stały budowle dla bydląt i dla jedwabników.

Coś tu pachło sielskością i miłością, że mimowolnie przypominały się słowa: „ dla kochanka i kochanki dosyć domku pustelnika”.

Jeden też z młodzieńców polskich, znających te strony, gdym mu opowiadał wrażenia przejażdżki przez Szyrwan, rzekł do mnie:

- Masz słuszność, tam powinno być szczęście, do którego każdy tak wzdycha i tęskni, a którego jak wielu mówi, podobno nikt nie osiąga. Dla ludzi miłujących prostotę, nie ma nic milszego nad wiejskie ustronie, pośród tkliwej rodziny i uczciwego ludu. Będąc tam upojony wonią kwiatów i odurzony silnym zapachem drzew orzechowych, wyobrażałem sobie, czy też śniłem, że mam taki rozkoszny sad, jakby lasek z dzikiemi i urodzajnemi drzewami i krzewami; wyobrażałem sobie że mam krówki, kozy i owce darzące mnie mlekiem, że na chleb powszedni mam kawałek roli, i strumień mruczący i staw zarybiony. Pracuję, gospodarzę i nie jedne trudy dzielę z moim sąsiadem. Lecz mój sąsiad często nie odpowiada mej duszy, nie rozumie mnie. Jeśli co śpiewam, myśl ani melodja mojej pieśni go nie wzrusza; jeśli zaś czytam i zachwycam się ustępem wzniosłym, on drzemie lub ziewa. Nie współczuje on ze mną, a więc często nudzimy się wzajem. – Pewnego razu wśród takiego usposobienia wychodzę z mego gaju, odwiedzić sąsiednią wioskę. Spotykam w niej huryskę raju z piękności, dziewicę chrześcijańską z cnót. Spojrzałem na nią: spuściła swe słodkie i błyszczące oczy, i ja spuściłem oczy, bom nie mógł wytrzymać także jej chwilowego spojrzenia, tego wzroku, w którym dusza przemawiała do mnie, i że to cacko śliczne ma w sobie ducha żywego i ożywiającego!... Niewinność jej i skromność zapala moją wyobraźnię, z wyobraźni wypada iskra miłości. Kocham… Jestem mężczyzną, więc jestem przeznaczony do życia załomowego. Na długo nieraz, a może i na zawsze wypadnie mi porzucić moje ustronie. Wstydzę się mego uczucia, nie wyjawiam go nikomu, nawet przed sobą je taję. Miłość powiadam sobie jest głupstwem; miłość trzyma w ręku szkła powiększające i zmniejszające; pierwszemi się patrzy na przymioty, a drugiemi na wady. Chcę być mądrym, roztropnym, odpycham więc uczucie; ale znów bez niego jest mi źle, pusto, głucho, martwo, nawet głupio… a więc gorzej niż z miłością. Zdecydowałem się… i badam uroczą dziewicę. Badam jej uczucie dla mnie i jej pojęcia o obowiązkach mężczyzny. Znajduję je zgodnemi z mojemi. Dziewica zostaje moją bogdanką. Wprowadzam ja do mojego ustronia, z którego wytwarza się raj ziemski. Ubóstwo domowe wynagradza nam zbytek bogactwa przyrody, a uciechy światowe toną we wzajemnym naszem przywiązaniu i szczęściu…

- Czy tych marzeń, rzekłem, które tak ci się plątały w głowie, które tak ci się kołysały i usypiały duszę, nic tam nie zamąciło przy tych sadach aksajskich?

- Owszem, odrzekł, widok gnuśnych mieszkańców, a osobliwie obdartych i brudnych kobiet przypomniał mi rzeczywistość. Jedna przyroda godna tam kochania, a ludzie niczem jej uduchownić nie starali się, a może tylko że… nie potrafili.

W krainie tej jako tylko przejezdnemu wypadło mi mieć stosunki przeważnie z urzędnikami pocztowymi, często pijanymi, lub z kozakami dońskimi.

Kozacy są tu porozstawiani na każdej stacji po 10 i po 20, dla konwojowania poczt. Giną oni jak muchy od skwarów letnich, a osobliwie od wody niezdrowej, rozwijającej straszliwe febry. Zarządzono później dystylowanie wody, o wiele zmiejszyło śmiertelność. Wydano również rozporządzenie, w skutek którego co cztery letnie miesiące, kozacy i wojsko regularne, nawet w czasie służby miewało rozpięte mundury, szyje bez halsztuchów, a czapki okryte białemi pokrowcami. W tymże czasie przeprowadzenie etapowe aresztantów, bywało wstrzymywane.

W czasie wolnego czasu od konwojów, piśmienni kozacy pisali albo czytali swoje i cudze listy z Donu, rozprawiali, śpiewali pieśni o tym Donie, o Wołdze i pożyczone pieśni od zaporożców o Dunaju. Właśnie jeden z urjadników chełpił się przedemną w Kjakakczaju, z swego malarskiego talentu, pokazywał mi swój portret rysowany z lustra i dwie ryciny zawieszone na drzwiach stacji pocztowej. Jedna z tych rycin wyobrażała Persa, prowadzącego pod ręką muzułmankę z odkrytą twarzą; druga przedstawiała kozaka z butelką a kozaczkę z kieliszkiem w ręku, w tańcu narodowym. U spodu ostatniej ryciny wiersze po moskiewsku:

„Sasza, Masza
Lubow nasza”,
miały wyobrażać samego Olesia z Marją narzeczoną, z którą miał się pobrać po powrocie na ziemię dońską.

- Pisała ona gołąbka, rzekł do mnie, więc jej poszlę te malaturki.

  • To ona może będzie rada? powiedziałem.

- Zlituj się pan, przecierem się dla niej starał; czyżby mogła być nie radą?...

Na północ od tych okolic u stóp olbrzymich pionowych skał nad ruczajami i na lesistych wzgórzach mieszkają Szekińcy, lud pochodzenia lezgińskiego, a nazywany teraz Nuchińcami od nazwy miasta Nuchy [32].

Miasto to obronne, a liczące kilka tysięcy ludności, po opisach innych miast, nie ma nic szczególnego w sobie do zarysu. Ale wypadek jaki się tam zdarzył z Hadżi-Muratem w 1852 r. ma wielkie miejscowe znaczenie, musi uwagę naszą zatrzymać i dla poznania charakteru tego partyzanta cofnąć nasze opowiadanie do początkowych dziejów miurydyzmu.

W ciągu opisu mego wspomniałem już, że Hamad-Bek [33] w 1834 r. wytępił awarską rodzinę chanów, w rodzinnym języku nazywanych nuncalami; że padła stara chanowa Paku (Baku) Bike, żona zmarłego a nieprzyjaznego Moskwie Sułtana-Achmeta; że padł jej syn panujący Abu-Nuncal-Chan i że przed nim padł drugi jej syn Oma-Chan.

Ojciec Hadżi-Murata, mieszkaniec Chunzachu, był właśnie opiekunem jednej z tych ofiar Oma-Chana [34]. Srogi wypadek z nim, legł ciężkiem brzemieniem na duszy 60-letniego starca. Nie mógł on przenieść śmierci swego wychowańca, który wedle religijnego miejscowego pojęcia był jego duchowym synem i o którego los przez całe życie winien się troszczyć, za niego ginąć i mścić się za niego. Myślał więc o zemście.

Lecz Czapan-Bek, młody miuryd, który własną ręką zabił Oma-Chana, umarł także z rany. Ojciec zaś Czapana-Beka wzruszony przedzgonnemi syna prośbami, pochodzącemi z niepokojonego sumienia, śród zawieruchy wypadków, porwał 12-letniego Bułacza, brata Oma-Chanowego i z narażeniem się własnemu przechowywał go u siebie… dopóki go od niego nie wyciągnięto pod miecz.

Starzec całą przeto zemstę obrócił na imama Hamad-Beka i postanowił go zabić.

Gdy jednego wieczora przyszli do domu dwa jego synowie Osman i Hadżi-Murat, pierwszy 22-letni a drugi 18-letni młodzieniec, i gdy opowiadali starcowi o swoich czynach bojowych i o tem jak ich dżygitami nazywają, gniewem uniesiony starzec zawołał:

- Dzieci, wstydźcie się, wstydźcie się takiej waleczności! Ja uważam was raczej za niegodziwców. Hańba ciąży na mnie, że mam takich synów, bo wy macie zajęcze serca a podłe dusze. Wy zaplamiliście oblicze naszego rodu, które było bez piętna…

Ujął się potem starzec za głowę w rozpaczy.

- Co to jest, ojcze, zawołali synowie.

- Słuchajcie mnie dzieci! Sułtan-Achmet był wielki chan. On swego syna oddał mi na wychowanie. Ja byłem drugim ojcem Oma-Chana, a wy zostaliście jego braćmi. Węzeł duchowy skojarzył nasze rody… Tego Oma kazał potem Hamad-Bek zabić, on poddańczych… a wy mu służycie i jeszcze macie odwagę patrzeć w źrenice ludzkie i macie bezczelność chełpić się z swojej dzielności przed własnym ojcem waszym.

Ze wzruszenia nie mógł długo starzec mówić, a potem zapowiedział synom:

- Jestem stary i słaby, ale pójdę jutro i zabiję Hamzada… Niech mnie zabiją później… Wy zaś niby waleczni, a podobni do kobiet, po mojej śmierci… żyjcie z niemi rozkosznie!...

Te wyrzuty i zagrożenia silne wrażenie zrobiły na młodzieńcach. Poczęli oni ważyć obowiązki rodzinne z obowiązkami miurydów, a myśl narażania się ojca na niebezpieczne przedsięwzięcie, zryzykowała ich do wystąpienia przeciw imamowi.

- Dobrze ojcze, rzekli, my za ciebie pójdziemy zabić Hamzada. Jeśli się to nam nie uda, nie powiesz już abyśmy plamili oblicze naszego rodu.

Usłyszawszy te słowa, starzec uradował się wielce i wykrzyknął:

- Taka mowa przystoi dzieciom prawowiernego ojca. Usta z których płynie są błogogłośne. Tchnienie mojej zemsty zlewam na was, aby was rozwścieklić jako wilków. Bądźcie mężniejsi od serca lwiego, bądźcie zręczniejsi od tygrysiego skoku. Allach widzi…

Starzec jednak nie chciał mścić się bez wiedzy swoich krewnych, owszem chciał mieć ich wszystkich uczestnikami swego spisku. Posłał więc synów, aby ich zwołać na naradę.

Wkrótce widząc się starzec w kole czterdziestu osób, zjednoczonych krwią i uświęconych przyjaźnią, ozwał się do nich:

- Com powiedział synom moim, powtórzę i wam, że mnie napadła zgryzota sumienia. Nie mogę jeść, ani pić, ani mówić ze wstydu i z boleści, że poddańczych Hamzad zabił mojego wychowańca Oma-Chana, że on zrobił się panem nad Awarją i że wy go słuchacie!... Byłbym przeklęty, gdybym się nie mścił za niego.

- Słuszność przemawia ustami jego, szeptali do siebie niektórzy z zaproszonych.

- Bylibyście i wy przeklęci, domówił starzec, i dusze wasze byłby podłemi i wieki czekałyby na otwarcie im raju, gdybyście ze mną nie wsparli synów moich, którzy pójdą jutro zabić Hamzada.

Milczenie ogólne zapanowało w sakli, milczenie wyrażające wahanie albo przerażenie.

- Słuchajcie! wykrzyknął starzec, albo ożywcie słabe moje siły śmiercią Hamzada, albo… zamordujcie mnie własnemi rękami!

Po długich naradach krewni zgodzili się na zgubę imama i zgodzili się zadać mu cios śmiertelny w następny dzień piątkowy (dżuma), w którym Hamzad przychodził zwykle na modlitwy. Udział swój i tajemnicę spisku, zaprzysięgli wszyscy na koranie [35].

W liczbie ludzi związanych przysięgą, znajdował się bratanek starca, miuryd Machomet-Hadżi-Jaw, który przy wytępianiu domu chańskiego, przeciął twarz Abu-Nuncal-Chanowi. Poszedł on do Hamzada, kazał go obudzić i opowiedział mu szczegółowo o całym spisku. Imam wysłuchawszy go na znak że do tej sprawy nie przywiązuje wiele wagi, machnął tylko ręką [36].

Na drugi dzień o zorzy, znowu poszedł Machomet-Hadżi-Jaw do imama, prosząc go, aby nie chodził do meczetu. Hamzad-Bek jednak nie chciał go posłuchać, zalecił tylko, aby oprócz miurydów z jego świty, nikt nie ważył się wchodzić do meczetu z orężem.

Spiskowi dorozumiewając się z tego polecenia, że ich zamiar został odkryty, wylękli się swej przysięgi. Poczęli wzajemnie wyrzekać się wieczornej zmowy i unikać spotkania dwóch braci, którzy ich poszli nawoływać do meczetu. Powróciwszy młodzieńcy do domu rzekli do starca:

- Ojcze! wszyscy nasi krewni i kunacy zdradzili nas. Hamzad wie o całym spisku. Cóż więc nam wypada robić, uciekać czy zostać?

- Allach! wykrzyknął starzec. Co wy mówicie? Wczoraj przysięgliście zabić Hamzada, a dziś chcecie uciekać?... Wstyd i hańba takim muzułmanem!... Powiadam wam, że jeśli nie chcecie, abym się wyrzekł ojcostwa nad wami, żebym was z domu nie wypędził i żebyście nie byli odpowiedzialni na sądzie Bożym, idźcie sami i zabijcie Hamzada!...

Nim jednak wyszli bracia z domu, ojciec wydostał starą kolczugę i rzekł do nich:

- Jeden z was niech ją przywdzieje.

- A więc włóż ty Osmanie, rzekł Hadżi-Murat, boś starszy.

- Ja jestem starszy, rzekł Osman, dłużej żyłem na świecie, a więc tobie a nie mnie należy się kolczuga.

Włożył kolczugę Hadżi-Murat. Obaj wsunęli pistolety i kindżały w zanadrza sukmanek i zarzucili na siebie burki.

Niedługo potem, w południe, donośny głos mułły ozwał się z minaretu chunzachskiego.

- Prawowierni, chodźcie i módlcie się, albowiem Bóg jest wielki i nie ma Boga prócz Boga, a Mahomet jego prorok [37].

Na ten głos szli prawowierni do meczetu, u drzwi którego postawiona była warta z przybocznej straży imama.

Warta ta mająca baczność na młodych braci, nie spostrzegłszy na żadnym broni u pasa, wpuściła ich do wnętrza. Tam między licznym ludem, siedli oni pośrodku meczetu, naprzeciw bocznych drzwi, przez które imam winien był wchodzić z zamku.

Ukazał się też wkrótce Hamzad-Bek, otoczony miurydami uzbrojonymi nabitą palną bronią, lub obnażonemi szaszkami albo kindżałami.

Osman podniósł się na nogi i głośno zawołał:

- Cóż to, nie wstajecie… czy nie widzicie, że wszedł dostojny człowiek?...

Wszyscy powstali. Hamzad zatrzymał się śród ludu, skinął na spiskowych młodzieńców, aby podeszli do niego i krzyknął:

- To wy odważyliście się na przysięgę, żeby mnie zabić?...

- Rzeczywiście, ozwał się Osman, my przysięgliśmy cię zabić i przysięgi dotrzymamy.

W tejże chwili pistolety dwóch braci wystrzeliły i Hamzad ugodzony jedną kulą, padł na posadzkę meczetu.

Miurydzi dali ognia, a Osman zabity legł obok Hamzada. Haddżi-Murat przysiadłszy po swym wystrzale, ocalił swe życie. Korzystając ze słabego a dymem jeszcze zmniejszonego światła w meczecie, schował się on między ludem.

Przerażenie wywołało chwilowe oniemienie, które przerwał przytomny Hadżi-Murat.

- Chunzanowie, zawołał, Hamzad zabity, wytępmy miurydów.

Okazało się wtedy, że na orężu nie zbywało. Wielu spiskowych i niespiskowych wstydząc się zostać w domu, a bojąc się także jakich osobistych przygód, weszło do meczetu z pochowaną bronią.

Powstał zamęt i bój. Wystrzały, cięcia szaszek i kindżałów rozdawały się echem między poprzecznemi arkadami i filarami. Tylko trzydziestu miurydów zdołało uciec i zawarować się w zamku.

Cała już ludność wystąpiła przeciw miurydom, ale nie mogła opanować zamku, bronionego przez garstkę ludzi. Hadżi-Murat znowu zawołał:

- Chunzachowie! Moja albo Osmana kula trafiła w mordercę chanów awarskich. Ja mam prawo rozporządzać ich mieniem i zamkiem. Zapalcie go, a niechaj spłoną w ogniu ostatni u nas miurydzi. Biorę na siebie odpowiedzialność za wszystko, co według mej woli uczynicie.

Cały zamek był potem objęty płomieniem.

Miurydzi rozpaczliwie rzucali się z okien i wszyscy poginęli. Mocno ranny Machomet-Hadżi-Jaw został jeden przy życiu, ale zaoczywszy go Hadżi-Murat wołał do ludu:

- Oto stryjeczny brat mój, który pierwszy rzucił się na Abu-Nuncal-Chana, który przysięgał z nami zabić Hamzada, a który potem wydał nas zdradziecko. Wart on jest abyście go ciężko ukarali.

Tłum porwał rannego Machomet-Hadżi-Jawa i rzucili go w płomienie.

Po tym tryumfie nad oczekiwanie pomyślnym dla spiskowych, stanął Hadżi-Murat przed ojcem. Starzec objął po długim konwulsyjnym uściskiem i drżący przemawiał:

- Dzieci, wybawiliście mnie od hańby. Ja nie płaczę po Osmanie, bo on umarł zaszczytnie, jako prawowierny. Skończył jak dżygit i widzi w raju Oma-Chana, który nie będzie mi czynić wyrzutu, a ja przed nim oczów spuszczać nie będę. Teraz ja mogę umierać spokojnie…

Hadżi-Murat objął zaraz tymczasowe rządy chaństwa. Kazał on ratować resztek zamku i ocalić okruchy mienia. Napisał winszujące listy do krewnych wytępionej rodziny i do Moskali.

Nim nadeszły posiłki tych ostatnich, Hadżi-Murat dwa razy odbijał siły Szamila od Chunzachu. Po przybyciu Moskali regencję rządu objął syn Kazi-Kumuchskiego chana, Machomet-Mirza, następnie Achmet-Chan z Mechtulji jako wuj i z prawa pierwszy opiekun Sułtan-Achmeta, dziecięca z wyłącznie pozostawionej przy życiu żony młodego nuncala. Wszelako Hadżi-Murat był rzeczywistym rządcą, a tamci jakoby nominalni.

Awarja miała osobne rządy, niby niezależne wewnątrz i cieszyła się, że ma u siebie załogę moskiewską, jako pomóc przeciw miurydom. Lecz zapatrywanie się takie polityczne nie długo trwało. Ludność wiejska zaczęła powoli okazywać sympatię dla miurydów. Nareszcie i sami Chunzanowie po kilku leciach uczuli, że istotnym ich rządcą już nie jest ani żaden chan, ani Hadżi-Murat, ale dowódca moskiewskiej załogi, jenerał Pułło.

Hadżi-Murat nie rad był z Pułły. Stosunki między nimi były coraz zimniejsze i drażliwsze. Moskale uznawali, że Hadżi-Murat był sprawcą zguby silnego i słynnego imama, że on podniósł siłę i znaczenie panów Dagestanu, że przez jego wpływ usadowili się oni w Awarji; ale zarazem uznawali, że po siedmioletnim zagospodarowaniu się ich w tej krainie, był im ten człowiek nietylko niepotrzebny, ale już zawadzający. Miarkowali oni, że jeśli on się odważył wystąpić przeciw wodzowi miurydów, zdolny on byłby i do takich czynów, któryby wcale przez nich pożądane nie były. Wydał on się im niebezpiecznym. Chcieli go się pozbyć, ale nie chcieli go śmiercią gładzić, aby nie wywoływać powszechnego oburzenia. Postanowili więc wysłać go z Kaukazu [38].

Razem z innymi aresztowanymi prowadzony w więzach na jego pośmiewisko i na urąganie się ludności, Hadżi-Murat, w czasie spoczynku żołnierzy nad korytem Kojsu, rzucił się w urwisko. Żołnierze przeklinając, jak go nazwali, awanturnika, nie odważyli się sięgać po niego, a mszcząc się kijami na innych więźniach poszli sobie dalej i rozgłaszali, że się Hadżi-Murat utopił.

Tymczasem Hadżi-Murat trafiwszy na płytkie dno koryta nie utonął, chociaż wywichnął sobie ramię, okaleczył sobie nogę z bolu zemdlał. Gdy go muskająca woda przyprowadziła do przytomności, znalazł w sobie tyle siły, że brodem wody dostał się na nizki, przeciwległy brzeg rzeki. Upadł tam znowu zemdlony, a chociaż powtórnie przyszedł do przytomności, nie był jednak już w stanie nie tylko iść dalej, ale nawet nie mógł się sam podnieść.

W takim stanie, na trzeci dzień, znalazł go między krzakami pasterz, dozorujący stada owiec. Orzeźwił wodą, a potem zabrał go do siebie iż pomocą chirurga wiejskiego przyprowadził do lepszego zdrowia. Gdy już mógł jako tako odbywać podróż, przesyłano go tajemnie z aułu do aułu, aż do ziem niepodległych.

Hadżi-Murat stawił się przed Szamilem z uznaniem i żalem za winy poprzednie i z uznaniem jego władzy. Szamil dał mu wkrótce sposobność do bojowej zemsty nad Moskalami. Przez męstwo i stosunki Hadżi-Murata, Awarja wkrótce była zdobytą, a załogi moskiewskie prawie wszystkie w pień wycięte zostały. Wielkie składy prochu, kul, czterdzieści dział i kilka magazynów żywności, dostało się w ręce miurydów. Hadżi-Murat mianowany został naibem oswobodzonej Awarji.

Był wówczas w Czeczeni sławny partyzant Duba [39], byli inni wodzowie ludu odznaczający się strategicznemi i taktycznemi zdolnościami, ale nad Hadżi-Murata nie było odtąd w górach partyzanta. Stał się on owym idealnym dżygitem górali, którzy właśnie smakowali w podjazdowych bojach. Hadżi-Murat niezdolnie nieraz kierował kilkotysiącznym oddziałem złożonym z piechoty, ale gdy go imam posłał na czasie kilkuset jezdnych, dla jakiejkolwiek dywersji, wówczas on sprytem swoim, zręcznością, bystrością i walecznością, przebijał się przez linje osad i fortów moskiewskich. Zwykle zakotłował, zmącił i tak odurzył nieprzyjaciół, że ci i opatrzeć się nie mogli, jak im na rozległej przestrzeni popalił magazyny i składy, jak im pozabierał konie, jak nabrał niewolnika i jak obciążony zdobyczą, pomimo rozstawionych na niego zasadzek, potrafił zawsze cofnąć się w góry.

Oto w 1844 r. przejeżdża on cichaczem kilka rzek, przebywa bezdrożnych kilka gór, przesuwa się pod kilku fortami i dostaje się nad morze do aułu Bujnak, zajętego przez batalion Moskali. Wpada on tam do zamku, straż w pień wycina i uwozi w góry chanowę z dziećmi [40].

Oto następnie odważa się on wpaść do wnętrza fortecy Temir-Chan-Szury i przyczyniwszy nie mało szkody, położywszy nie mało trupa, wraca ztamtąd tryumfalnie.

Obskoczony w lasach irpelińskich [41] przez dragonów i przez dwa bataliony piechoty, nie poddaje się z dwustu ludźmi. Z drzewa i z pozarzynanych koni robi sobie wał obronny, odbija dwa szturmy kilkakroć silniejszego nieprzyjaciela, a w nocy zręcznym manewrem wydostaje się z matni.

W 1850 r. z trzystu ludźmi porusza on cały podległy Dagestan. Głośno o nim wszędzie od gór do morza. Kolumny 40-tysiącznego wojska rozstawiono na niego. On też rozdziela swój hufiec na zagony, albo go skupia. Wszędzie się ukazuje a ująć go trudno, jakby czarodziej tumani i sidli przeciwnika. W jednej wsi pyta się sam o Hadżi-Murata, w innej powiada, że pędzi za nim. – Na jednem wzgórzu tabassarańskiem spoczął on w nocy. Moskale w tropy za nim poszli, ale naliczywszy na wzgórzu kilka chorągwi oznaczających liczbę setek, wstrzymywali swój napad aż do świtu. O świcie, najprzód w ciszy postępując, a potem z okrzykiem „Ura” weszła kolumna na wzgórze, lecz noc zastała miurydów, a tylko kilka starych płacht wiewających na drążkach zatkniętych w ziemię. Hadżi-Murat w tym czasie palił stojące w stogach siano samurskiego pułku, przy Daszlagarze.

W 1851 r. otoczony w Tabassaranji przez zdolnego jenerała Argutyńskiego, w jasny letni dzień, w południe nawet, powraca w góry pod samemi murami fortu Czyrachskiego, w oficerskich milicjonierskich szlifach.

Wieleby jeszcze wyliczać potrzeba było wypadków, charakteryzujących zdolność Hadżi-Murata, a osobliwie tych na pozór dziecinnych lub donkiszockich dowcipów wojennych, któremi zwyciężał nieprzyjaciela, albo też siebie ratował. Wszystkie jego ruchy były najnieznośniejsze dla Moskali, najuciążliwsze i najwięcej niepokojące.

Żony i dzieci najezdników wyobrażały go sobie jako wilkołaka; w górach zaś był on legendą cudowną a ciekawą. Postawa jego dodawała obrazowości opowiadaniom i pieśniom o nim. Był bowiem kulawy, przechylony, ze złamanem biodrem i z zepsutem okiem. Wyglądał na strasznego niedołęgę, albo na cudactwo zaklęte, tworzące dziwa bojowe!...

Starszyzna moskiewska przemawiała nieraz do żołnierzy przed bitwą:

- Gdy zobaczycie w boju najpotworniejszego człeka między góralami, łapcie go i żywcem dostawiajcie, bo to Hadżi-Murat.

Takim był Hadżi-Murat!

Nagle w 1851 roku, po wyprawie na Tabassarań, przyjeżdża z gór tajemny goniec do Temir-Chan-Szury i wręcza ks. Argutyńskiemu list Hadżi-Murata. W liście tym prosił naib, aby był przyjęty na osiedlenie do podbitego Dagestanu, i obiecywał z swej strony pomoc do zwalczenia Szamila. Chociaż słychać było o kłótniach między tym naibem a imamem, jednak Argutyński niedowierzając, wręcz odmawia mu wstępu i składa o tem relacje do Tyflisu. Hadżi-Murat znowu wysyła podobny list do młodego Worońcowa, dowodzącego kiuryńskim pułkiem, prosząc o pozwolenie mu osiedlenia się w podbitej części Czeczni. Worońcow zapytuje ojca, co ma czynić w tym ważnym wypadku. Namiestnik odpowiedział, że jeśli Hadżi-Murat zgodzi się na przyjęcie poddaństwa Moskwy, może zamieszkać jedynie w Tyflisie, gdzie znajdzie dla siebie odpowiednie utrzymanie.

Po odebraniu tajemną drogą takiej odpowiedzi, Hadżi-Murat już jawnie zaczął występować przeciw Szamilowi. Imam zebrawszy oddział, ruszył ku Chunzachowi w Awarji, aby go ukarać. Hadżi-Murat zawiadomiony o pochodzie Szamila, uciekał z garstką przybocznej straży ku Terekowi i szczęśliwie umknął, straciwszy pono kilku tylko ludzi w starciu z idącą za nim pogonią. Szamil wpadł do Chunzachu, kazał zburzyć dom jego, kazał spalić ruchomości, a dzieci i żonę jego kazał zabrać i trzymać je pod pilną strażą.

Po przybyciu do fortecy Groźnej, Hadżi-Murat był gościnnie przyjęty przez młodego Worońcowa, a potem odesłany został do Tyflisu z sześciu miurydami, którzy mu towarzyszyli.

Ucieczka Hadżi-Murata o ile przykre wrażenie zrobiła w górach, o tyle przyjemną była dla Moskali. Opuszczenie sprawy miurydzkiej przez jednego z wodzów, a jeszcze tak dzielnego wojownika jakim był Hadżi-Murat, istotnie było wielkiego znaczenia. To też stary Worońcow, aby i innych naibów skłonić ku sobie, a osobliwie byłego jenerała a władcę ziem elisujskich Daniel-Beka, otoczył go wszelkiemi dogodnościami, przeznaczył dla niego w pałacu namiestnikowskim obszerne apartamenta, oddał mu do rozkazów karetę i wyjednał mu pensję roczną po 3 tysiące rubli Sr.

Hadżi-Murat w pierwsze dni, tygodnie i miesiące był modą Tyflisu. Wszędzie był oprowadzony i objaśniany. Pokazywano mu teatr, biblioteki, muzea i t. d. Zaprowadzono go do ferm rolniczych i do różnych fabryk. Pytano się o jego uwagi i spostrzeżenia i powtarzano handlowych, na placach i na ulicach, wszyscy zajęci byli sławnym dżygitem. Jeżeli rozeszła się pogłoska, że Hadżi-Murat miał przejeżdżać przez jaką część miasta, albo przez jakie rogatki, tam zaraz się wielki zgiełk ludzi pokazywał, bo każdy pragnął chociaż raz zobaczyć to koszlawe stworzenie, które tylu słynnemi czynami się odznaczyło.

Gdy Hadżi-Murat znużony widowiskami i zabawami, zapragnął obejrzeć metechski zamek [42], który był cytadelą Tyflisu, gdy chciał opatrzeć w nim prochownię, składy broni, magazyny żywności i koszary, zaraz świta mu do towarzystwa po tych wszystkich zakładach wojennych.

Potem używał HadżiMurat konnej przejazdki po wzgórzystych okolicach Tyflisu, a nareszcie na kilku brodach bawił się przeprawą przez wartkie koryto Kury, przecinającej miasto na dwie połowy. Rozrywka ta nabawiała niepokojem urzędowych przyjaciół naiba, bo rzadko kto przed nim i to jedynie w czasie niższego opadnięcia wody, odważał się na podobne, jak mówili, szataństwo. Tłomaczono sobie potem, że naib zrobiwszy się nagle bezczynnym, nie dziw, że czasem podziwaczył sobie po dawnemu.

Hadżi-Murat nareszcie zatęsknił bardzo po górach, zatęsknił do żon i do dzieci i zapragnął, by je mieć przy sobie. Tęsknota ta zaczęła go bardzo trapić, aż ks. Worońcow podał mu myśl, żeby on rodzinę swą wydostał z niewoli; obiecał mu z swej strony pomoc materialną, byle on dla dopięcia celu użył dawnych swoich stosunków w Wedeniu. Naib przyjął ten projekt po namyśle, a Worońcow cieszył się zawczasu ze zdarcia choć cząstki uroku z Szamila, gdy mu z boku uwiozą rodzinę znakomitego partyzanta. Hadżi-Murat dalej dla przeprowadzenia tego planu, uważał za najstosowniejsze wysłać od siebie dwóch jego przybocznych miurydów, którzy mieli udać od niego ucieczkę. Worońcow się zgodził na to i miurydzi przeszli w góry. Po ich odejściu jednak, gdy żadnego słuchu o nich nie było, wysłano znowu po kilku tygodniach dwóch innych z odpowiedniemi instrukcjami.

Tymczasem skwarne lato 1852 r. szkodliwie wpływało na zdrowie naiba. Skarżył się on na zawroty głowy i na osłabienie sił w ogóle. Prosił, aby go wysłano w górzyste okolice do Dagestanu, i aby mu poruczono tam cząstkę milicji dla wykonywania planów, które przedstawiał Worońcowowi. Nie mógł mu tego uczynić Worońcow, gdyż Argutyński zawsze mu nie dowierzał, ale powodując się słabem zdrowiem naiba, myślał aby go usadowić w zimniejszej krainie i między muzułmanami, któryby mu więcej sprawiali rozrywki. Obawiał się Worońcow przytem śmierci naiba, aby go na nowo między plemionami nie okrzyczano za truciciela, jak to miało miejsce po śmierci uwięzionego chana kazi-kumuchskiego.

Po przedstawieniu różnych miejscowości, Hadżi-Murat zgodził się na odesłanie go do Nuchy wzmiankowej. Nucha jako miasto obwarowane posiadała zawsze liczny garnizon moskiewski. Komenadantem wówczas był podpułkownik Buczkijew, dawniejszy bohater achtyński z r. 1849. Buczkijew o Hadżi-Muracie odebrał dwa polecenia: jedno otwarte aby starał się robić naibowi wszelkie możliwe dogodności, drugie sekretne aby miał ciągłą baczność na jego czynności i aby każdotygodniowo donosił do Tyflisu o jego zachowaniu się.

Jak poprzednio w Tyflisu, tak teraz w Nusze, Hadżi-Murat był przedmiotem ciekawości i modą dla całego miasta. Miał on tu podobnie jak i w Tyflisie oddawane sobie wojskowe honory. Tytułowano go zawsze „Wasze wysokostiepieństwo” i stosownie do tej godności, a raczej dla przezorności, stawiano mu w domu straż przyboczną z dońskich kozakow i z milicji złożoną. Gdy przejeżdżał się po mieście lub za miastem, zawsze kozacy znajdowali się w jego eskorcie.

W jesieni i w zimie zdrowie jego coraz się polepszało i naib coraz częstsze robił wycieczki za miasto, na świeże powietrze.

Razu pewnego w początkowych dniach wiosny 1853 roku wyjechał Hadżi-Murat za obronne fortyfikacje. Poczet jego eskorty składał się z pozostałych mu dwóch wiernych miurydów i z dwóch kozaków. Mgła zaćmiła całą okolicę i przez nią jeźdźcy stracili wkrótce z widoku miasto.

Nagle zatrzymał się Hadżi-Murat u grobowca przy drodze i zapytał kozaków:

- Komu jest wystawiony ten pomnik?

- Tu leży, rzekł kozak, jakiś starszyzna z gór, którego nasi mieli w niewoli. Uciekał on od naszych i gdy był w ucieczce dopędzany, zabił się na tem miejscu, jak powiadają.

Hadżi-Murat zsiadł z konia, pomodlił się u grobowca i długo rozmyślał. Nagle wydobył potem pistolety z za pasa i zabił jednego kozaka. Drugiego kozaka ominęły i kule wypuszczone z pistoletów miurydów. Popędził on do miasta i wyjaśnił zaalarmowanemu wystrzałami wojsku, skąd pochodziły te huki.

Wsiadła na koń sotnia dońskich kozaków, wsiadła i nuchińska milicja i popędziła w tropy za niebezpiecznymi zbiegami. Wszystko wojsko w okolicy i milicję całego chaństwa poruszono, rozstawiając je na drogach i na przesmykach. Wszystkim wsiom zagrożono surową karą za przechowywania naiba.

- Wilk uciekł z jamy, mówiła z uśmiechem ludność wiejska, a czy się uda obława?

Buczkijew kurjerskiemi końmi popędził do Tyflisu i stanąwszy przed Worońcowem, wyrzekł zbladły:

- Książę, Hadżi-Murat uciekł.

- Co mówisz!? wykrzyknął w przerażeniu Worońcow.

- Hadżi-Murat uciekł.

- Jeśli mi nie dostawisz Hadżi-Murata, zawołał znów Worońcow, to radzę ci żebyś sam za nim uciekał… Rozumiesz… ruszaj…

Wiadomość ta niesłychany popłoch sprawiła w Tyflisie. Wszystkim się zdawało, że straszny naib wkracza już do miasta na czele krociowego wojska. Zamykano sklepy i bano się wieczorem wychodzić na ulice. Żadne zapewnienia władz moskiewskich nie mogły uspokoić mieszkańców. Jak zwykle w dniach niepowodzenia, zaczęto się oburzać na zbytnie dowierzanie, na nieoględność, na głupotę zarządu. Wojsko szemrało, a w mieście był istotny wrzask. W zamku metechskim wytoczono działa, a nie wiedziano przeciw komu…

Zbiegi tymczasem manowcami szczęśliwie zmyliwszy ślady ścigającej ich pogoni, zbliżał się już ku granicom ziemi niepodległej. Zażyli nieco spoczynku i dali wytchnienie koniom. Potem ruszyli dalej, a spostrzegłszy pikiety, szli prosto na nie, mieniąc je za miurydskie.

Po zamianie dopiero hasła, poznał znakomity partyzant swoją pomyłkę i zwrócił konia w bok.

Jezdni z widety strzelając popędzili za nim na świeżych koniach. Hadżi-Murat zawsze z dwoma miurydami jadący, dotarłszy do lasu, rzucił konie i pieszo przedzierał się przez gęstwinę, ale chromy nie mógł zdążać w ucieczce. Miurydzi zasłaniali go sobą od dosięgających ich kul. Naraz ujrzeli się otoczonymi. Kozacy i milicja rozpierzchła po wszystkich drogach granicznych, na sygnały dane przez widetę, napłynęła z różnych stron.

Zbiegom już nie pozostawało, jak tylko bronić swojej godności miurydzkiej. Oparłszy się więc we trzech o pień drzewa, położyli i ranili kilku nieprzyjaciół. Dwaj miurydzi także padli. Hadżi-Murat spływał krwią, bo dostał trzynaście już ran w tej walce. Wzywają go do poddania się, on odpowiada ogniem. Zblizka otoczony, nie mając czasu nabijać kraje nieprzyjaciół szaszką. Chciano go koniecznie żywcem pojmać, ale nie sposób… uważano, że drogowy kosztowało jego życie. Więc nowym strzałem powalono go na ziemię.

Głowę odciętą pędem zawiózł Buczkijew Worońcowi do Tyflisu. Głowę tę przez trzy dni wystawiano na odwachu, na pokaz miastu.

Mieszkańcy z niedowierzaniem z początku jej się przypatrując, powoli się uspokajali i nareszcie swobodnie powrócili do swoich zwyczajnych zajęć.

Po tym tragicznym wypadku z naibem, Szamil przyznał się w górach do misternie ułożonej zmowy z Hadżi-Muratem [43].

Nie takie przecież było właściwe pole dla działań Hadżi-Murata. Brakło go było za wojny wschodniej!... Góry walenrodyzmu nie potrzebowały, a straciły idealnego dżygita!...

**

Kończąc na tem wspomnienia z przejażdżki po Szyrwanie, nie mogę pominąć wzmianki o Ormianach, którzy bez bytu politycznego od pięciu wieków, potrafili zachować swoją narodowość i którzy będąc licznie rozlokowani po całym Kaukazie mają tu z południowo-wschodniej strony nad brzegiem wyższego Araxu (Arass)[44] i w części północnej, przylegając do chaństwa gandżyjskiego, rdzeń narodowości swojej.

Prowincje te nazywane poprzednio Karabag (Karabach) i Szurgeli [45] są częścią dawnej Armenji, której reszta należy do Turcji i do Persji.

Karabag znany dawniej pod nazwą Aranu, z od wieków już zburzoną stolicą Berdach, był miejscem w którem wedle tradycji Timur-leng (Tamerlan) lubił gościć i oddawać się w niem rozkoszom życia [46]. Miał on zakochać się w Ormiance, która pięknością i zaletami duszy umiała mu tę stronę w raj zamienić. Moskale zabrali tę prowincję w 1806 r. po zabiciu Ibrahim-Chana przez podpułkownika Lissaniewicza [47]. Była ona już wtedy zaludniona na połowę przez Persów i Turkomanów. Ludność ormiańska niej była podległą książętom (melik) i panom (parun) według zasad feudalizmu. W Szuragelu do niedawnych czasów jeszcze Ormianie prowadzili życie koczujące.

Wszędzie oni na Kaukazie noszą ubiór zbliżony do perskiego, kontusze z wylotami i spiczaste wklęśnięte u wierzchu baranie czapki. Młode kobiety chodzą w żółtych lub w czerwonych, a stare w ciemnych szarawarkach, często jedwabnych, a tak fałdzistych, że wyglądają w nich jakby w spodnicach. Krótkie kolorowe koszulki opuszczają na te szarawarki, a na ni wkładają kaftaniki z krótkiemi wylotami, mocno spięte w pasie. Na głowie noszą czworograniaste, zaokrąglone nieco w rogach czapeczki z jedwabnej lub innej materii. Dziewczęta splatają włosy w kilka i w kilkanaście warkoczy, a zamężne niewiasty ucinają je sobie. Wychodząc z domu okrywają się całe czadrami. Nocując w wiejskiej chacie spostrzegłem, że cała rodzina, rozebrawszy się do naga spała na tapczanach pokotem, przykrywszy się szeroką jedną kołdrą.

Ormianie mają zwyczaje i obyczaje wielce zbliżone do obyczajów perskich, przynajmniej tak się zdaje na pozór. To zbliżone sięga aż do samych granic obrzędów religijnych. Na pogrzebach naprzykład, Ormianki biorąc udział tak samo jak Persjanki biją się w głowę i w piersi, tak samo rwią sobie na głowie włosy. Odwiedzając zmarłego, każdy z Ormian pojedynczo podchodzi do trupa, a potem do każdej z osób składających rodzinę nieboszczyka, wyraża swój żal, wywodzi skargi na losy, ze szlochaniem. Rodzina nieboszczyka tak samo dziękuje za oznaki współczucia odwiedzających i opłakuje zmarłego. Żony i córki w te dni opłakiwania zwykle siadają w kącie izby z rozpuszczonemi włosami.

Szczególniejsze słyszałem jedno z opłakiwań matki nad synem, który poległ w bitwie z Turkami. Wywodziła ona z lamentem:

„Oj porzuciłeś nas ty śliczny mój synu, jakby ci nie żal było matki-sieroty.

„Jakby ci nie żal było żony i dwojga dzieci, opuściłeś nas.

„Dziwili się twemu męstwu żołnierze, oficerowie i jenerałowie.

„Trzydzieści tylko i dwa lata miałeś, a zostałeś za dzielność majorem.

„Prawdziwie też po majorsku wyglądałeś, i takie błyszczące ordery nosiłeś na swoich piersiach…

„Drugiego jak ty majora już nikt nigdy nie znajdzie.

„Miałeś dom ładny z ośmiu pokojami i podwórko miałeś, a wszystko zostawiłeś i t.p. [48]

Odwiedziny zmarłego następują po zawiadomieniu dopiero pozostałej rodziny. Znakomitsze domy rozsyłały dawniej zaprosiny na pogrzeb w odległe okolice. Pogrzeb chrześcijan odbywa się w trumnie, pogrzeb zaś mahometan odbywa się przez owinięcie w białą czadrę, przez pokrycie trupa deskami w grobie i dopiero przez zasypanie go ziemią.

Za czasów perskich, chanów karabaskich, którzy byli mahometańskiego wyznania, wywożono tak samo jak i chanów bakińskich i Kubińskich do Kerbeła, gdzie poległ Hussejn. Opowiadają wszelako, że jeden z tych chanów zalecił swemu synowi, aby mu wystawił grobowiec poza Szuszą [49], a to przez przywiązanie do swoich koni.

  • Pamiętaj synu, miał mówić chan, gdy każesz stadninę przepędzać na ej lagi (górzyste strony), zaleć aby ją po trzy razy opędzano koło mej mogiły. Gdy konie wstrząsną ziemią, w której leżeć będę, ja usłyszę ich temat i odezwę się do nich.

Ormianie wyprowadzają swój początek od Hajka, prawnuka Jafetowego z nad Eufratu, z Chaldei, na 2100 z górą lat przed Chrystusem [50]. Znosili oni niewolę babilońską przez 10 wieków, dopóki Barujr nie ogłosił niezależności Armenji w 748 r. przed Chr. Wkrótce Armenja słuchała rozkazów z Niniwy, miljonowej stolicy państwa assyryjskiego [51]. Potem podbili ją Scytowie w 633 r., Grecy w 400 r., a następnie Syryjczycy. Zaledwie Artaksias i Zariadres uwolnili kraj ten z pod jarzma, gdy znowu Marek Antoniusz podbił go w 35 r. po Chrystusie [52]. Korzystając z domowych wojen rzymskich, Chazarowie najechali ten kraj i opanowali go na początku III. wieku, aż ich w 286 r. wyrugował Tyrydat II. Po śmierci tego króla pamiętnego wprowadzeniem chrześcijaństwa do Armenji [53], wywiązała się długoletnia wojna o tron miedzy Saporem II. królem perskim i Bakurjuszem I. królem gruzińskim. Wódz ormiański Walens przeważywszy się na stronę Persów, osłabił swój lud i Gruzinów. Po dziesięciu latach to jest od r. 388, poczęły się najazdy ludów północnych. W 513 r. Hunnowie-Sabiry spustoszyli cały kraj. Znowu od połowy VII. aż do połowy X. wieku, niejednokrotnie wpadali do tej ziemi Arabowie, Bizańtyńcy, Chazarowie i Waregi od morza Kaspijskiego. Gdy potęga padyszachów osmańskich, oparta już w Adrianopolu, zabierała emirstwa w Azji, podbiła i tę ziemię w 1371 roku.

Nieszczęścia krajowe, fanatyzm mahometański, czy też żądza polepszenia swego bytu, od dawna bywały przyczyną wysiedlań się Ormian z swojej ojczyzny. W wielu miastach opanowali oni handel i po różnych stronach pozakładali kolonje. W chanacie Kubińskim, w Karadżalu, widziałem obszerny cmentarz, na którym sarkofagi z napisami ormiańskiemi świadczą o istnieniu tam osady ormiańskiej przed 400 latami prawie. W sąsiednim Chaczmazie znajduje się grób z kadłubem przywódcy ormiańskiego Seneksarjansa, o którym różne chodzą podania, ale niezgadzające się z sobą: czy zmarniał on na wygnaniu, czy zginął na wojnie, lub czy zdradziecka jaka ręka powiozła głowę jego nieprzyjacielowi. Piotr W. zachęcał także Ormian do osiedlania się w chanacie Kubińskim, na brzegach morskich (Muszkur) [54]; Katarzyna II. za ich zgodą przeniosła ich stamtąd nad Terek i nad Don i jeszcze sprowadziła w 1783 r. 11 tysięcy rodzin z Karabagu w te miejsca [55].

Ogromny to był cios dla ojczyzny Ormian!

W zasadach politycznych Ormianie przechowują wiele kosmopolityzmu, który widoczny jest i w ich religji. W ich kościołach gregoriańskiego wyznania, bardzo często można spostrzedz obrazy prawosławne i katolickie. Lud powiada, że jeśli jakiekolwiek chrześcijańskie wyznanie uzna kogo za świętego, dlaczegóżby go oni mieli odurzać. Tenże lud ma podanie, że kościół ich zbudowany został przez samego Chrystusa, który przez jednego z uczniów swoich przysłał listy i wizerunek swój królowi ich Awgarowi; że następnie apostołowie Tadeusz, Bartłomiej i Judasz nauczali ich ewangelji.

Z nielicznym wyjątkiem katolików i mahometan, cała prawie ludność ormiańska wynosząca do 4 miljonów, wyznaje gregorjanizm. Hierarchja tego wyznania podzielona jest na 26 dyecezyj, z których 18 przypada na Turcją, 2 na Persją i 6 na Moskwę.

W kościołach gregoriańskich, a szczególniej w mieście Kubie uderzyły mnie głośne witania, rozmowy i przemawiania zgromadzonych. Chłopcy z dołu rozmawiali z kobietami nawet, zajmującemi galerję. W czasie nabożeństwa hałas ten ustawał… Każdorazowie byłem poruszony wzniosłemi melodiami pieśni nabożnych, śpiewanych przez służbę kościelną, ubraną w różnokolorowe komże, ale dłuższe od katolickich. Kapłan odprawiający mszę za oponą, dwa razy tylko ukazuje się ludowi, raz dla prześpiewania ewangelii, drugi raz klęczący przy udzielaniu komunii pod dwoma postaciami. Wtedy, jak to widywałem, złocista kapa, stojący złoty kołnierz, przy szczupłej twarzy, przy siwej brodzie i zapadłych oczach kapłana, malowniczo się odbija na tle czarnej opony i przypomina ubiory patriarchów żydowskich.

Patrjarcha ormiano-gregorjański, nazywający się katolikosem, przebywa w m. Eczmiadzynie, w Karabagu, gdzie istnieje i seminarium ze znaczną biblioteką [56]. Bibljoteka ta słynie z bogactwa starożytnych rękopismów historycznych, tyczących się nie tylko ormiańskiego, ale i ościennych ludów.

Literatura ormiańska jest obecnie najpłodniejsza z literatur miejscowych. W Tyflisie w 1845 r. poczęła wychodzić gazeta „Kaukaz”, potem w 1851 r. ukazała się gazeta „Ararat”, a nareszcie wydawano tygodniowe polityczno-literackie pismo „Pszczoła Armenji”. Ukazywały się tam takie niekiedy i książki ormiańskie, ale najwięcej sprowadzono ich z Konstantynopola i z Aleppo. Religijne dzieła mechitarystów weneckich i wiedeńskich, poszukiwane bywały tylko przez Ormian-katolików [57].

Ormianie posiadające jeden język książkowy, w narzeczach prowincjonalnych mają wiele naleciałości z języków tych ludów, z któremi są w częstszych stosunkach. W Karabagu używają oni wiele wyrazów turkomańskich.

Człowiek nazywa się u Turkomanów adam lub isan, u Ormian isan lub mart.

Chłop nazywa się w obu językach rajad.

Kogut nazywa się w obu językach chorus.

Ser w obu językach panyr, chociaż Turkomani nazywają go i pindyr.

Masło u Turkomanów jach, a u Ormian nazywa się jech.

Niekiedy jednobrzmienne wyrazy, mają inne znaczenie.

Mis np. znaczy u Turkomanów miedź, a u Ormian mięso; gdy przeciwnie mięso u Turkomanów nazywa się at, a miedź u Ormian jehync.

Przypisy

[1] Obecnie jest to stacja kolejowa na trasie Rostów nad Donem-Baku.

[2] Dżejran to właściwie gatunek gazeli z rodziny krętorogich występująca na pustyniach i półpustyniach Azji Środkowej, Iranu, Afganistanu i Azerbejdżanu.

[3] Góra Hydyr-zinde, znana także jako Hyzyr-zinde, Bieszmarmag, Hydyr-Musa – charakterystycznych kształtów góra we wschodnim Azerbejdżanie, uważana za świętą. Znajduje się tam pir, inaczej zijarat tzn. miejsce pielgrzymek miejscowych mieszkańców. Wokół góry Hydyr-zinde narosło wiele legend sięgających prawdopodobnie jeszcze czasów doislamskich. Według jednej z nich w jednym z wąwozów góry płynie niewielki strumyczek, który zapełnia się wodą tylko w piątki. Dawniej wierzono również, że na tej górze Bóg objawił Mojżeszowi dziesięcioro przykazań (stąd nazwa Hydyr-Musa). Nie wykluczone że legenda ta pojawiła się wraz z Żydami z Iranu, którzy osiedlali się u podnóża góry od IX wieku. Także nazwa Hyzyr ma korzenie biblijne, Hyzyr-Iljas to bowiem starotestamentowy Eliasz, który według jednego z podań znalazł na tej górze źródełko i napiwszy się z niego stał się nieśmiertelny. Do dziś wierzy się w moc uzdrawiającą góry dlatego ludzie pielgrzymują tam (dawniej składaną pod nią także ofiary chcąc przebłagać Boga aby spełnił prośbę).

[4] Kilazi to wioska nad brzegiem Morza Kaspijskiego, zaś Sumgait miasto położone na północnej stronie Półwyspu Apszerońskiego, 35 km od Baku. Sumgait to trzecie co do wielkości miasto Azerbejdżanu (260 tys. mieszkańców). Zostało założone w 1949 r. jako jeden z największych ośrodków przemysłowych republiki. W lutym 1988 r. doszło tam do antyormiańskich pogromów, w wyniku których zabito ok. 40 miejscowych Ormian, rannych zostało ok. 2 tys.

[5] Przed podbojem przez Imperium Rosyjskie obszar współczesnego Azerbejdżanu dzielił się na kilka chanatów: Chanat Kubiński (stolica – Kuba), Bakiński (Baku), Szyrwański (Szemacha), Szekiński (Szeki), Giandżyński (Gandża), Karabachski (Szusza) oraz Tałyski (Lenkoran). Były one formalnie zależne od Persji, faktycznie jednak niezależne. Chanaty gdzie rządzili władcy muzułmańscy i większość ludności stanowili muzułmanie istniały także na terytorium współczesnej Armenii. Były to: Chanat Nachiczewański i Erywański. Ludność ormiańska zamieszkiwała powyższe dwa chanaty oraz Chanat Karabachski, aż do podboju rosyjskiego stanowiła tam jednak mniejszość. Nazwa Szyrwan zaczęła być później używana na określenie trzech chanatów azerbejdżańskich (Bakińskiego, Szyrwańskiego i Szekińskiego).

[6] Gralewski ma prawdopodobnie na myśli Główny Kaukaski Grzbiet, który wrzyna się niejako w terytorium Azerbejdżanu i oddzielając region Kuby od reszty kraju. Bez pokonywania górskich przełęczy Kaukaz w jego wschodniej części można pokonać jedynie jadąc wąskim pasem nadkaspijskich nizin pomiędzy Baku a Machaczkałą.

[7] Waregowie (wikingowie) rzeczywiście docierali na zachodnie Wybrzeże Morza Kaspijskiego, trudno jednak powiedzieć czy w ich drużynach byli podbici przez nich wcześniej Słowianie. Wrzucanie do jednego worka wypraw wikingów z polityką Piotra I (XVIII w.) wydaje się więc mocno naciągane. Gralewski chciał zapewne pokazać, że obszar ten był w sferze zainteresowania Rusi-Rosji od dawien dawna.

[8] W 1722 r. wojskom rosyjskim udało się opanować całe zachodnie wybrzeże Morza Kaspijskiego, już dwa lata później, w 1724 r. na mocy traktatu giandżyńskiego Piotr I musiał jednak zwrócić podbite ziemie Persji.

[9] Gen. Paweł Cycjanow (1754-1806) – jeden z najbardziej znanych dowódców rosyjskich na Kaukazie, który działał w rosyjskiej armii i dyplomacji na tym obszarze od czasów Katarzyny II. Dzięki jego zabiegom do Rosji przyłączono wiele obszarów na Kaukazie. Zginął podczas oblężenia Baku w 1806 r. Pochowany został w Tbilisi.

[10] Pierwsze wzmianki o Baku pochodzą z VI wieku. Znaczenie miasta wzrosło po zniszczeniu stolicy Chanatu Szyrwańskiego w wyniku trzęsienia ziemi z XII w. Szyrwanszach (władca Szyrwanu) przeniósł wówczas stolicę do Baku. Miasto było stolicą niezależnego chanatu aż do początku XVI wieku, kiedy to został on włączony do Imperium Safawidów. Na przełomie XVII i XVIII w. miasto na krótko opanowała osmańska Turcja, później wróciło jednak pod władzę Persów. W 1723 r. Baku opanowała Rosja, a po wycofaniu się żołnierzy rosyjskich powstał tam odrębny Chanat Bakiński nominalnie uznający władzę perską. W 1806 r. został ostatecznie włączony do Rosji.

[11] Wieża dziewicza istnieje po dziś dzień. Jest obecnie jedną z atrakcji turystycznych miasta, z której można podziwiać panoramę Iczeri Szeher (Starego Miasta).

[12] Abbas II – szach perski z dynastii Safawidów panujący w latach 1642-1666. Za jego panowania Persja doświadczyła spokoju i stabilności. Był to także jeden z niewielu okresów pokoju z osmańską Turcją.

[13] Chodzi o „Ucoro Karabadini” („Niezrównany Karabadini”) – napisaną w X-XI w. w języku gruzińskim księgę medyczną zawierającą opisy różnorakich chorób i sposoby ich leczenia. Opiera się ona nie tylko na tradycyjnej gruzińskiej medycynie, ale także na medycynie greckiej i prawdopodobnie arabskiej.

[14] Chakimami zwano na Kaukazie nie tylko chirurgów, ale w ogóle ludowych lekarzy-samouków, znachorów którzy leczyli chorych w oparciu o przekazywane ustnie tradycje, recepty i ludowe sposoby. Słowo to zostało zapożyczone z arabskiego. Chakimowie znani byli w większości świata muzułmańskiego – od Azji Mniejszej do Indii.

[15] Nikołaj Pirogow (1810-1881) – znany rosyjski chirurg, który opracował m.in. nowe metody operowania kończyn, dzięki którym często można było uniknąć ich amputacji. Jako jeden z pierwszych przeprowadzał też operacje z użyciem narkozy. Opracowane przez siebie metody sprawdzał w polowych warunkach podczas licznych wojen toczonych wówczas przez Rosję (wojny kaukaskiej, krymskiej, rosyjsko-tureckiej z lat 1877-1878). W ciągu swojego życia przeprowadził ok. 10 tys. operacji. Operował rannych także podczas bitwy pod aułem Sałty w Dagestanie w 1847 r., gdzie po raz pierwszy zastosował narkozę przy użyciu eteru. Kariera Pirogowa bardzo się później rozwinęła, co sprawia że informacje podawane przez Gralewskiego – naocznego świadka tamtych wydarzeń o nieudanych operacjach – stają się bardzo ciekawe.

[16] Gralewski nie pomylił się co do przyszłości Baku, które w drugiej połowie XIX w. stało się największą metropolią Zakaukazia. Nie mógł jednak przewidzieć, że u źródeł jego świetności będzie nie tyle strategiczne położenie, co złoża ropy naftowej.

[17] Aleksander von Humboldt (1769-1859) – niemiecki naukowiec, przyrodnik i podróżnik, jeden z najsłynniejszych geografów w dziejach. Zajmował się m.in. geologią, astronomią, zoologią, botaniką, klimatologią, oceanografią, etnografią, lingwistyką. Jego najważniejszym dziełem jest 4-tomowy „Kosmos”, zawierający całą ówczesną wiedzę przyrodniczą.

[18] Chodzi o wioskę Surachany położoną na Półwyspie Apszerońskim, niedaleko Baku, gdzie zachowała się świątynia czcicieli ognia, która jest obecnie atrakcją turystyczną.

[19] Gwebrami nazywa się wyznawców zoroastryzmu. Określenie to pochodzi z języka perskiego (ghebr) i oznacza niewiernego. Tak wyznawcy islamu nazywali zoroastrian. Nazywani są oni także Parsami. Zoroastryzm (inaczej zaratusztrianizm) jest religią monoteistyczną założoną między XIII a VI w. p.n.e. przez działającego w północno-wschodnim Iranie Zaratustrę. Podstawą teologii zaratustriańskiej jest wiara w dwa bóstwa: Pana Mądrości (Ahura Mazda zwany również Ormuzdem) i Złego Ducha (Andgra Mainju zwany też Arymanem), które toczą ze sobą nieustanną walkę o panowanie nad światem. Zaratustrianie wierzą również m.in. w Sąd Ostateczny, szatana, niebo i piekło, nadejście Mesjasza. Wiele koncepcji teologicznych zostało zapożyczonych z zoroastryzmu przez judaizm, chrześcijaństwo i islam.

[20] Chodzi tu najwyraźniej nie tyle o wulkany co miejsca, z których wydobywa się gaz ziemny. Nota bene wulkany wokół Baku rzeczywiście istnieją, są to jednakże wulkany błotne. Metan wydobywający się ze złóż ropy na powierzchnię ziemi powoduje wyrzucanie przez wulkan błotny wody, iłu i piasku. Wulkany błotne jednak nie „płoną”.

[21] Wydaje się, iż wspominany tu przez Gralewskiego sposób postępowania z ciałami zmarłych związany jest raczej z buddyzmem i hinduizmem niż zoroastrianizmem. Tym niemniej w niektórych społecznościach zoroastryjskich w Indiach po dziś dzień wystawia się ciała zmarłych na pożarcie sępom, co budzi wiele kontrowersji i protestów.

[22] Historia świątyni we wsi Surachany związana jest nie tyle z zoroastryzmem co z hinduizmem. Być może przed przybyciem islam w tamte strony istniała w tym miejscu świątynia zoroastryjska, nie zachowały się na to jednak żadne dowody. Świątynia której ruiny istnieją do dziś powstała na przełomie XVII i XVIII wieku i została prawdopodobnie wybudowana przez hinduskich kupców mieszkających w Baku. Później osiedlili się tam hinduscy mnisi. Świadczą o tym przede wszystkim znajdujące się tam napisy w sanskrycie oraz liczne zapiski europejskich podróżników, którzy odwiedzili Surachany w XIX w. (jeden z nich był np. świadkiem uprawiania jogi przez tamtejszych mnichów). W 1925 r. ruiny świątyni odwiedził także Jivanji Jamshedi Modi – zoroastryjski kapłan i naukowiec z Indii, który jednoznacznie stwierdził, iż nie mogła być ona świątynią zoroastryjską lecz hinduistyczną. Również informacje podawane przez Gralewskiego o życiu mnichów i odprawianych przez nich obrzędach wydają się potwierdzać tę tezę.

[23] Jazd – duże miasto w środkowym Iranie, stolica prowincji. W czasach Sasanidów Jazd był centrum zoroastryzmu. Po podboju arabskim (VII w.) w Jazdzie osiedlali się wyznawcy zoroastryzmu z sąsiednich prowincji. Zanim w mieście zapanował islam Jazd przez wiele stuleci był jeszcze miastem zoroastryjskim (ponieważ wyznawcy zoroastryzmu lojalnie płacili podatki muzułmańscy władcy pozwalali im kultywować swoją religię. W środkowym Iranie do dziś żyją niewielkie społeczności zoroastrian (łącznie liczą ok. 20 tys.). Wspomniane przez Gralewskiego miasto Multan leży z kolei w prowincji Pendżab w Pakistanie.

[24] Chodzi prawdopodobnie o język gudżaracki (gudżarati), którym mówią mieszkańcy stanu Gudżarat.

[25] Mołokanie po raz pierwszy osiedlili się na terytorium Azerbejdżanu w 1832 r. (Karabach, wieś Kyzył-kiszłak). Podobnie jak inne grupy starowierców (duchoborców, subotników i in.) władze carskie zsylały mołokan z głębi Rosji na Kaukaz aby ograniczyć ich kontakty z prawosławnymi i wykorzystać do zagospodarowywania nowych terytoriów. Wielu starowierców przesiedlało się dobrowolnie, wierząc że na Kaukazie, w pobliżu biblijnej góry Ararat w „kraju mlekiem i miodem płynącym” podczas powtórnego przyjścia Chrystusa zebrani zostaną wszyscy zbawieni. Największe skupiska starowierców znajdowały się w okolicach Szemachy, Kuby, Lenkoranu i jeziora Sewan (gubernie bakińska i jelizawetpolska) oraz w Dżawachetii (gubernia tyfliska) i guberni karskiej (obecnie w Turcji). Większość wiosek starowierców opustoszała po rozpadzie ZSRR, ich mieszkańcy ze względu na trudną sytuację ekonomiczną i niestabilność wyjechali do Rosji.

[26] Koczownictwo w Azerbejdżanie istniało bardzo długo. Koczowali zarówno tureckojęzyczni Azerowie (nazywani Tiurkami, Turkami lub Tatarami azerbejdżańskimi), jak i Kurdowie. O „tiurkskich” koczownikach pisze m.in. Mieczysław Lepecki w swojej książce „Sowiecki Kaukaz” (Warszawa 1935), który podróżował po Zakaukaziu w pierwszej połowie lat 30. XX wieku.

[27] Kaukaska Albania – państwo istniejące na obszarze współczesnego północno-wschodniego Azerbejdżanu i południowego Dagestanu pomiędzy II w. p.n.e. a III w. n.e. Stolicą Albanii była prawdopodobnie Gabala. Państwo zamieszkiwały różne plemiona mówiące językami kaukaskimi. Pod wpływem sąsiedniej Armenii Albania przyjęła chrześcijaństwo, istniał nawet odrębny Kościół Albański pozostający w unii z gregoriańskim kościołem ormiańskim. Albanię próbowali podbić Rzymianie, jednak bezskutecznie. Udało się to dopiero perskim Sasanidom, którzy opanowali Albanię w połowie III w. Odtąd była ona satrapią Persji. Mieszkańcy wielokrotnie buntowali się przeciwko władzy Sasanidów, nie udało im się jednak odzyskać niepodległości. Ostateczny cios Albanii zadali Arabowie, którzy opanowali kraj w VII w. powoli go islamizując. Z kolei lata panowania perskiego doprowadziły do iranizacji w sferze językowej, następnie zaś turkizacji w wyniku fal najazdów koczowników tureckich z Azji Środkowej. Pozostałościami dawnych kaukaskich ludów zamieszkujących Albanię są prawdopodobnie niewielkie wymierające obecnie grupy etniczne rozsiane po północnym Azerbejdżanie takie jak Udyni, Chynałygcy, Budugowie i inni. Albania zajmuje bardzo ważne miejsce w tożsamości narodowej Azerów, którzy odwołują się do jej dziedzictwa, chcąc dowieść „starożytności” swojego państwa. Na każdym kroku podkreślają również, że kościoły chrześcijańskie znajdujące się na terytorium Azerbejdżanu to nie kościoły ormiańskie (choć przez setki lat służyły społecznościom ormiańskim) lecz albańskie.

[28] Szemacha – miasto w północno-wschodnim Azerbejdżanie, położone na południowych stokach Wielkiego Kaukazu. Dawna stolica Chanatu Szyrwańskiego. Obecnie Szemacha jest rejonowym miasteczkiem liczącym ok. 20 tys. mieszkańców. Po raz pierwszy wzmiankowana przez Klaudiusza Ptolomeusza na przełomie I i II w. p.n.e. jako Kemachia. Aż do połowy XVIII w. Szemacha była jednym z najważniejszych miast na Kaukazie, została jednak zrównana z ziemią podczas najazdu perskiego szacha Nadira w 1742 r. (mieszkańcy zostali ukarani za to że byli sunnitami). Miasto zostało odbudowane, ale nigdy nie wróciło już do dawnej świetności. Szemacha leży w rejonie częstych trzęsień ziemi. Największe miały miejsce w latach w 1667, 1859 oraz w 1902 r. Dawniej w mieście żyło wielu Ormian, uciekli jednak stamtąd w związku z konfliktem karabachskim.

[29] Pastor chciał zapewne głosić słowo Boże wśród kaukaskich Niemców. Kolonie niemieckie na Kaukazie Północnym i Południowym zaczęły powstawać pod koniec XVIII w. Osadnictwo niemieckie na tych obszarach inicjowały władze carskie, chcące jak najszybciej skolonizować Kaukaz; osadnicy pochodzili głównie z południowo–zachodnich Niemiec, ale także z Prus. Zdecydowaną większość z nich stanowili protestanci. Zakładali wsie na wybrzeżu czarnomorskim, w dzisiejszym Kraju Stawropolskim, a także w Gruzji (m.in. w okolicach Tbilisi), północnym Azerbejdżanie i Armenii. Na Kaukazie istniało wiele zborów protestanckich, niemieckich szkół, internatów, niemieccy fachowcy pomagali w tworzeniu przemysłu na Zakaukaziu itd. Wiele niemieckich osad przetrwało aż do czasów II wojny światowej (nosiły najczęściej nazwy takie jak: Neues Stuttgart, Katerinenfield, Elendorf itd.); jeszcze w 1939 r. w Gruzji było 20 tys. Niemców, w Azerbejdżanie – 23 tys., w Kraju Krasnodarskim – 34 tys., Kraju Stawropolskim – 45 tys. Po wybuchu wojny radziecko–niemieckiej w 1941 r. większość z nich została wysiedlona do Azji Centralnej. Część Niemców kaukaskich (tzw. Kaukasendeutsche) wróciła na Kaukaz, zdecydowana większość po rozpadzie ZSRR repatriowała się jednak do Niemiec. Mimo to w Kraju Krasnodarskim wciąż żyje ich ok. 18 tys., w Kraju Stawropolskim – 8 tys., w Kabardyno–Bałkarii – 2,5 tys., kilkaset osób mieszka też w Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie.

[30] Co oznacza: „Polak Jan Dębowicki/Dembowicki zbudował w r. 1618”.

[31] Gralewskiemu chodzi prawdopodobnie po prostu o Główny Kaukaski Grzbiet.

[32] Nucha – do 1968 r. nazwa miasta Szeki w północno-wschodnim Azerbejdżanie, liczącego obecnie ok. 60 tys. mieszkańców. Nucha była stolicą Chanatu Szekińskiego włączonego do Imperium Rosyjskiego w 1819 r. Stała się wówczas stolicą powiatu w guberni jelizawietpolskiej. Miasto słynie z produkcji jedwabiu. Jest pięknie położone wśród zalesionych wzgórz, u stóp Głównego Kaukaskiego Grzbietu. Znajduje się tam wiele zabytków m.in. pałac szyrwańskich chanów i cerkwie albańskie.

[33] Chodzi o Gamzat-beka – imama Dagestanu i Czeczenii w latach 1832-34, następcę Gazi-Muhammada i poprzednika Szamila, zabitego w chunzachskim meczecie w 1834 r.

[34] To znaczy że Oma-chan był mlecznym bratem Hadżi-Murata. Na Kaukazie zwyczaj oddawania dzieci na wychowanie innym rodzinom był bardzo rozpowszechniony. Mleczne dzieci było traktowane na równi z naturalnymi, dlatego obowiązek zemsty rodowej również ich obejmował.

[35] Gralewski nie mówi tego explicite, Gamzat-bek padł tymczasem ofiarą krwawej zemsty rodowej – spisku zorganizowanego przez Hadżi Murata i krewnych rodziny chańskiej, której celem było ukaranie śmiercią zabójców. Nawet dzisiaj podłożem wielu politycznych zabójstw na Kaukazie jest zemsta rodowa, choć często szuka się innych przyczyn.

[36] Inne źródła potwierdzają, że imam wiedział o przygotowywanym zamachu na jego życie, nie zachował jednak wystarczających środków bezpieczeństwa.

[37] Na modlitwę wzywa nie tyle mułła co muezzin. Na całym świecie azan, czyli wezwanie do modlitwy jest taki sam: „Allah jest największy. Zaświadczam, że nie ma boga prócz Allaha. Zaświadczam, iż Muhammad jest wysłannikiem Allaha. Śpieszcie na modlitwę. Podążajcie po nagrodę. Modlitwa lepsza jest od snu (to zdanie śpiewa się tylko przed modlitwą poranną). Allah jest największy. Nie ma boga prócz Allaha.”

[38] Oficjalną przyczyną aresztowania Hadżi-Murata były jego rzekome tajne związki z Szamilem, które prawdopodobnie rzeczywiście miały miejsce utrzymywali je bowiem właściwie wszyscy władcy dagestańscy uznający formalnie władzę rosyjską. Był to więc raczej pretekst do usunięcia coraz silniejszego i wpływowego gracza na dagestańskiej scenie politycznej.

[39] Duba Waszyndorojski – jeden z naibów Szamila w Czeczenii (Waszyndoroj – auł w górskiej Czeczenii). Według niektórych źródeł zarządzał ziemiami między rzekami Argun i Martan. Był jednym z najważniejszych czeczeńskich dowódców w wojnie kaukaskiej i zaufanych ludzi Szamila.

[40] Hadżi-Murat porwał wdowę po swoim wrogu Achmed-chanie Mechtulińskim, którą zwali Noch-Bike. Ponieważ była one jednak teściową zwolennika Szamila Daniel-beka Elisujskiego imam nakazał Hadżi-Muratowi oswobodzenie branki.

[41] Erpeli – duża kumycka wieś niedaleko Bujnacka. Przed podbojem rosyjskim stanowiła wolny dżamaat. Erpelińcy poparli imama Szamila podczas wojny kaukaskiej za co auł został zburzony a oni sami wysiedleni. Wrócili po zakończeniu wojny.

[42] Zamek i kościół Metechi pochodzące z XIII w. to jedne z największych zabytków Tbilisi.

[43] Szamil nigdy nie przyznał się do takiej zmowy. Gralewski przytacza tu po prostu jedną z wersji poddania się przez Hadżi Murata Rosjanom. Niektórzy historycy rzeczywiście twierdzą, że był to krok uzgodniony z imamem, którego celem było poznanie obozu wroga od środka aby łatwiej z nim walczyć (czyli „wallenrodyzm”, o który pisze Gralewski w innym miejscu pamiętników). Nie ma na to jednak żadnych historycznych dowodów.

[44] Araks – rzeka na Zakaukaziu o długości ponad 1000 km. Bierze początek w okolicach Erzurum w Turcji i płynie na wschód. Stanowi prawy dopływ Kury, która wpada do Morza Kaspijskiego. Araks stanowi częściowo granicę turecko-armeńską, armeńsko-irańską i azerbejdżańsko-irańską. Ma duże znaczenie symboliczne dla Azerów, ustalona traktatem w Turkmanczaju (1828 r.) kończącego wojnę rosyjsko-perską granica między tymi państwami przebiegała właśnie po rzece Araks. Granicą tą na trwałe rozdzielono naród azerski pomiędzy Rosję a Persję.

[45] Szuragel – bezleśny i bezwodny płaskowyż w północno-zachodniej Armenii. Przed podbojem rosyjskim istniał tam Sułtanat Szuragelski zależny od Chanatu Erewańskiego. Sułtanat został przyłączony do Rosji w 1805 r.

[46] Karabag to oczywiście Karabach, zwany dawniej przez Ormian Arcahem. Podawana tutaj przez Gralewskiego nazwa Aran odnosi się do tzw. Dolnego Karabachu (Aran Karabach), położonego na wschód od Górskiego Karabachu (Daglig Karabach; nazwa azerska; po ormiański Górski Karabach brzmi: Lernajin Karabah). Barda to natomiast miasto w środkowym Azerbejdżanie (Dolny Karabach), liczące sobie ok. 2 tys. lat. Od VI w. Barda była stolicą Kaukaskiej Albanii, potem mieścił się tam garnizon wojsk arabskich. Została poważnie zniszczona m.in. podczas najazdów mongolskich. Obecnie to senne prowincjonalne miasteczko.

[47] Major Dmitrij Lisaniewicz – rosyjski wojskowy mianowany dowódcą 500-osobowego oddziału stacjonującego w Szuszy – stolicy Karabachu. Żołnierze mieli gwarantować wypełnianie przez karabachskiego chana warunków podpisanego w 1803 porozumienia o przyłączeniu chanatu do Imperium Rosyjskiego. Po rozpoczęciu wojny przez Persów w 1806 r. Ibrahim-chan zamierzał przejść na ich stronę. Opuścił Szuszę i udał się w stronę nadciągającej perskiej armii został jednak otoczony przez oddział Lisaniewicza i zamordowany.

[48] Czyżby Gralewski rozumiał ormiański? Być może. Na łamach swoich pamiętników nie pisze o tym jakich języków nauczył się podczas zesłania na Kaukazie. Wtrącane przez niego słowa ormiańskie i azerskie (lub turkomańskie jakby sam napisał) mogą świadczyć o tym, że nauczył się podstaw tych języków lub co najmniej rozumiał je.

[49] Szusza – po ormiański Szuszi; miasto w Górskim Karabachu, położone kilka kilometrów od stolicy regionu – Stepanakertu (azer. Chankendy). Miasto zostało założone w latach 1750-52 przez władcę Chanatu Karabachskiego, który kilka lat wcześniej uzyskał niepodległość od Persji. Odtąd Szusza stała się stolicą Karabachu. Chanat Karabachski został włączony do Rosji w 1805 r. W XIX w. Szusza była miastem mieszanym etniczne – ormiańsko-azerskim. Tutaj urodziło się i żyło wielu ormiańskich i azerskich działaczy politycznych, poetów, pisarzy itd. Miasto stało się niezwykle ważne zarówno dla Ormian jak i dla Azerów (tak jak np. Lwów dla Polaków i Ukraińców). Na początku XX w. (w roku 1905 oraz w latach 1919-1920) w mieście doszło do antyormiańskich pogromów. Odtąd Szusza zamieszkana była w większości przez Azerów. Po utworzeniu Nagorno-Krabachskiego Obwodu Autonomicznego w granicach Azerbejdżańskiej SRR w 1921 r. Szusza została jego stolicą, później jednak przeniesioną ją do nowo utworzonego Stepanakertu zamieszkanego głównie przez Ormian. Szusza przez cały okres sowiecki był natomiast „drugą”, azerską stolicą Karabachu. Po wybuchu wojny ormiańsko-azerbejdżańskiej o Karabach w 1992 r. Susza stanowiła najważniejszy strategicznie punkt azerbejdżański (stąd ostrzeliwano Stepanakert). W tym samym roku została jednak zdobyta przez Ormian, co spowodowało exodus ludności azerskiej. Obecnie Szusza jest na pół wyludniona. Mieszka tam jedynie niewielu ormiańskich uchodźców z Azerbejdżanu.

[50] Gralewski przytacza to legendę o pochodzeniu Ormian od mitycznego przodka Hajka – rzekomego potomka Noego, którego arka miała osiąść na świętej górze Ormian – Araracie (po ormiańsku Armenia to Hajastan). W rzeczywistości Ormianie uformowali się z plemion indoeuropejskich żyjących kilkanaście wieków p.n.e. na Wyżynie Armeńskiej (m.in. Hurytów którzy w IX w. p.n.e. utworzyli państwo Urartu).

[51] Starożytna Niniwa leżała nad rzeką Tygrys, na północy dzisiejszego Iraku, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Mosulu. Została stolicą Asyrii pod koniec VIII w. p.n.e.

[52] Najświetniejszy okres Królestwo Armenii przeżywało w I w. p.n.e. Rządy sprawował wówczas król Tigranes II Wielki. Armenia była wtedy najpotężniejszym państwem w Azji Mniejszej, sięgającym od Kaukazu do Mezopotamii.

[53] Gralewski pomylił się. Chrześcijaństwo jako religię państwową ustanowił w Armenii w 301 r. król Trdat III a nie II.

[54] Muszkur to wieś nad Morzem Kaspijskim, w chaczmaskim rejonie Azerbejdżanu.

[55] Władze carskie prowadziły konsekwentną politykę wspierania osadnictwa ormiańskiego na zajętych przez siebie terytoriach Kaukazu widząc w nich jako w chrześcijanach sprzymierzeńca i chcąc osłabić w ten sposób żywioł muzułmański. Powodowało to niechęć do Ormian wśród miejscowych mieszkańców. Ormianie uciekali przede wszystkim z Imperium Osmańskiego gdzie byli prześladowali. Największe fale emigracji miały miejsce po kolejnych, wygranych przez Rosję wojnach z Turcją. Ormianie osiedlali się na całym Kaukazie (Kaukaz Północny, Gruzja, chanaty azerbejdżańskie), przede wszystkim jednak na obszarze b. Chanatu Erywańskiego, Karabachskiego oraz Gruzji.

[56] Tutaj Gralewski popełnił dość poważny błąd wynikający zapewne z nieznajomości realiów (nie był w Armenii). Eczmiadzyn nie leży w Karabachu lecz pod Erewaniem, czyli w dawnym Chanacie Erywańskim.

~57 Mechitaryści – jedyny katolicko-ormiański zakon na świecie oparty na regule benedyktyńskiej; zakon został założony na początku XVIII w. Stambule przez Mechitara z Sebasty; zakon początkowo miał swoją siedzibę na jednej z wysp greckich, która należała do Wenecji, po zajęciu wyspy przez Turków przeniósł się do Wenecji, gdzie osiadł na wyspie Świętego Łazarza; część mnichów oddzieliła się kilkadziesiąt lat później i osiadła najpierw w Trieście, a później w Wiedniu; w 2000 r. obie gałęzie zakonu połączyły się. Mechitaryści mają kilka parafii na całym świecie oraz wiele szkół. Działają przede wszystkim na rzecz podtrzymania tożsamości narodowej Ormian.



Projekt zrealizowano ze środków Narodowego centrum Kultury