Kultura gruzińska o polskości

   W 1991 r. Gruzja, będąca jedną z kaukaskich republik radzieckich ZSRR proklamowała niepodległość i podjęła próbę budowy własnego państwa. Krótki okres nadziei został zniweczony przez zamach stanu i obalenie, wybranego w pierwszych demokratycznych wyborach, prezydenta Zwiada Gamsachurdii. Między sprawcami przewrotu stanu (głównie wojskowymi, na czele których w późniejszym okresie stanął Edward Szewardnadze) i zwolennikami obalonego Gamsachurdii wybuchła wojna domowa, która trwała do końca 1993 r. Do destabilizacji młodego państwa przyczyniły się również ruchy separatystyczne wchodzących w skład Gruzji: autonomicznej republiki Abchazji i autonomicznego obwodu Osetii Południowej. Doszło do wojny gruzińsko-abchaskiej i gruzińsko-osetyjskiej, które w obu przypadkach zakończyły się przegraną Gruzji i secesją tych regionów. Od tej pory, mimo że obie wojny skończyły się, urząd prezydenta pełnił Edward Szewardnadze, niepodległa Republika Gruzji została uznana przez opinię międzynarodową, a nawet przyjęta do Rady Europy, cały kraj przeżywa kryzys polityczny, gospodarczy i społeczny.
W tym gorącym i burzliwym okresie (pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych XX wieku), kiedy Gruzini wyrazili najpełniej swoją tożsamość poprzez deklarację niezależnego państwa, potomkowie polskich zesłańców mieszkający w Gruzji, do tej pory powszechnie określani mianem Polaków, musieli również określić swoją przynależność narodową. Dla większości z nich oznaczało to rozpocząć poszukiwania własnej tożsamości. Głównie z ich inicjatywy dnia 9 lutego 1995 r. powstało w Tbilisi Stowarzyszenie Polaków Gruzji "Polonia". Jego założycielką i prezesem została Maria Filina (wykładowca filologii słowiańskiej na Państwowym Uniwersytecie w Tbilisi). W czasie pierwszej rozmowy z nią w 1997 r. w Tbilisi wspomniała o wydarzeniu, które szczególnie utkwiło jej w pamięci, związanym z początkiem działalności stowarzyszenia. Po publicznym ogłoszeniu powstania stowarzyszenia, pewnego dnia do jej domu w Tbilisi przyjechał z Achalciche (miasteczka w południowej Gruzji) Nodari Poniatowski. Postawił na stół wódkę domowej roboty "czaczę" (z wytłoczyn winogron, które zostają po przerobieniu ich na wino), kiełbasę i bez dalszych ogródek zadeklarował chęć wstąpienia do Stowarzyszenia. Jeszcze w Achalciche spisał historię rodzinną i narysował drzewo genealogiczne. Zebrał pozytywne oświadczenia pozostałych członków rodziny na temat przystąpienia do polskiej organizacji i przyjechał do Tbilisi. Ta opowieść o początku znajomości Marii Filiny z mieszkańcami Achalciche stanowi również jeden z najważniejszych punktów rodzinnej historii, opowiadanej przez samych Poniatowskich. Jest to początek współczesnej legendy, jaka powstała na temat niespodziewanych okoliczności i splotu przypadków, które wpłynęły na ich decyzję zwrócenia się w kierunku ojczyzny przodków.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Achalciche, bez większych trudności szybko znalazłam się w domu Poniatowskich. Spotkani w autobusie do Achalciche Gruzini zawieźli mnie do "polskich" Poniatowskich. Ta wizyta, zarówno dla nich, jak i dla mnie była niezwykłym przeżyciem: dorośli zwolnili się z pracy, dzieci nie chodziły do szkoły. Trwało święto. Siedzieliśmy za stołem. Oni opowiadali, ja słuchałam. Trzeciego dnia pojechaliśmy z całą rodziną wynajętym autobusem do rodowej wsi Uraweli. Tam rozmawiałam z najstarszym, wtedy jeszcze żyjącym, Edmundem Poniatowskim. Skupieni wokół niego słuchaliśmy opowieści rodzinnej, której nieznane karty odkrywał przed nami. W międzyczasie każdy z członków rodziny starał się przypomnieć sobie tę historię i w ten sposób wnieść coś nowego do opowieści Edmunda. Odniosłam wówczas nieodparte wrażenie, że historia Poniatowskich rodzi się na nowo, w naszej obecności. Proces ich powrotu do przeszłości zaczął nabierać szybkości.
Przyjechałam do nich ponownie po roku, to znaczy w październiku 1998 r. Nodari Poniatowski, na miesiąc przed naszym powtórnym spotkaniem, utworzył w sierpniu 1998 r., Związek Polaków Gruzji Południowej, z siedzibą w Achalciche i objął funkcję przewodniczącego. Oprócz Poniatowskich do Związku zapisało się jeszcze 14 rodzin polskiego pochodzenia.
Tym razem wydarzenia w Achalciche i okolicach potoczyły się w takim tempie, iż obserwowanie i notowanie ich przychodziło mi i Poniatowskim z wielkim trudem. Co chwilę odkrywaliśmy, razem z członkami rodziny, tak zaskakujące fakty i miejsca, dotyczące historii Poniatowskich, że momentami wydawało mi się, iż to nasze zainteresowanie powoduje kolejne niezwykłe odkrycia i sensacyjne wiadomości krążące po okolicy. Szczególnie głośną i rozpowszechnioną w tym czasie stała się opowieść o kilku tysiącach dolarów, jakie otrzymali w spadku Poniatowscy od dalekiego krewnego z Polski, a które to dolary czekają na nich w banku. Tego typu opowieści błyskawicznie obiegały cały okolicę, sprawiając, że na początku sceptycznie nastawieni Poniatowscy zaczynali w nie wierzyć i włączać do legendy rodzinnej.
Poza tym nie zawsze pozwalali mi tylko słuchać, ale otwarcie traktowali jako "emisariusza polskości". Zadawali mi pytania o życie i ludzi we współczesnej Polsce. Prosili o napisanie alfabetu. Przekazywali listy zawiadamiające Polaków w Polsce o istnieniu Polaków w Gruzji, którzy proszą o pomoc i wsparcie rodaków. Samo słuchanie okazało się być rzeczą bardzo trudną, a czasami wręcz niemożliwą. Często stawiałam pytanie: jak można zachować obiektywizm i dystans w stosunku do człowieka, którego chce się odkryć i poznać, równocześnie pozostając z nim w partnerskich i równorzędnych relacjach?
Myślę, że znalezienie odpowiedzi na pytanie staje się o wiele trudniejsze w przypadku zagłębiania się w kulturę gruzińską, bo ci ludzie - rodzina Poniatowskich, jak również pozostałe rodziny z polskim nazwiskiem - są już piątym lub szóstym pokoleniem, które wychowało się w Gruzji. Ich tradycja, kultura, zwyczaje rodzinne, mentalność należą do kultury gruzińskiej.

Zmiany polityczno-ekonomiczne w Gruzji w latach 1990 - 1998

Ciekawość, która spowodowała poszukiwanie przez potomków dokumentów polskich przodków i śladów tożsamości polskiej nie była przypadkowa. W ciągu ostatnich 10 lat w Gruzji większość jej mieszkańców rozpoczęła intensywne poszukiwanie własnej tożsamości. Upadło imperium, jakim był ZSRR. Po tylu wiekach zależności od różnych imperiów Gruzini mieli szansę na stworzenie niepodległego państwa. Podtrzymywanie kultury, tradycji i języka gruzińskiego stworzyło silną podstawę, na której mogli oprzeć swoją tożsamość narodową. Ludzie mieszkający w republice gruzińskiej przestali być szarą, bezimienną masą, jaką starano się z nich uczynić w okresie Związku Radzieckiego. Wielu moich rozmówców podkreślało strach, jaki czuli przed chociażby najmniejszą wzmianką o swoim pochodzeniu. W okresie Związku Radzieckiego unikali rozmów, a nawet słuchania opowieści, które chcieli przekazać im dziadkowie. Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Trzeba było się określić. Narodowość stała się ważna. Sytuację dodatkowo skomplikowały ww. dramatyczne wydarzenia polityczne, wynikiem których był upadek gospodarki i trwający do dzisiaj kryzys ekonomiczny.
"Zachodzące w państwie kardynalne zmiany, charakterystyczne dla okresu przejściowego prowadzą do złożonych, pełnych przeciwieństw procesów społeczno - politycznych, które to procesy odbijają się na społeczeństwie wieloetnicznym zamieszkującym strefę przygraniczną. Występują wewnątrz grup jak i pomiędzy grupami. Takie procesy dają o sobie znać szczególnie w państwie, w którym zachodzi rozpad jedności społeczeństwa, rozpad ekonomiczny i polityczny państwa." (Melikiszwili 1998, s. 2). Do takiego wniosku doszli gruzińscy etnolodzy po przeprowadzeniu badań terenowych w regionie Dżawachetii, stanowiącym wspólną jednostką administracyjną z Meschetią - regionem zamieszkania członków Związku Polaków Gruzji Południowej. Jej bliższe zanalizowanie jest konieczne dla pełniejszego zrozumienia współczesnej sytuacji społeczno - ekonomicznej, w jakiej żyją potomkowie Polaków w Gruzji południowej. Według ww. etnologów gruzińskich proces reform ekonomicznych w Gruzji rozpoczął się jeszcze za czasów rządów formacji socjalistycznej, kiedy władze szukały sposobów ratowania ustroju. Lata 1990 - 1994 to już okres przechodzenia na gospodarkę rynkową, którą chciano w krótkim czasie zastąpić dotychczasowy system. Tymczasem polityka finansowo - kredytowa państwa z tego okresu doprowadziła kraj na skraj przepaści i katastrofy gospodarczej. Ponadto należy podkreślić, iż rozpad gospodarki planowanej w Gruzji i próba wprowadzenia stosunków rynkowych przypadły na początek wydarzeń wojennych. W wyniku wojny część infrastruktury gospodarczej uległa zniszczeniu, wzrosła przestępczość, doszło do masowych wyjazdy z kraju Gruzinów i nie-Gruzinów w celu polepszenia sytuacji ekonomicznej. Państwo chciało wyjść ze strefy rosyjskiego rubla i wprowadziło na okres przejściowy gruzińskie kupony. Wprowadzona w 1995 roku narodowa waluta "lari" w pewnym stopniu poprawiła położenie ekonomiczne Gruzji. Jednak wraz z pojawieniem się "lari" wzrosły ceny na usługi i towary, co spowodowało nieufność niegruzińskiej ludności ze strefy przygranicznej do nowej wspólnoty płatniczej. Mieszkańcy Meschetii i Dżawachetii woleli nadal posługiwać się rublem i ormiańskim "dramem". Złożyły się na to dwie inne przyczyny: regiony te znajdują się w sąsiedztwie z Armenią i w związku z tym łączą je z tym krajem bliższe związki handlowe i ekonomiczne. Poza tym ludność miejscowa pracująca w wojskowych bazach rosyjskich otrzymuje zapłatę w rublach rosyjskich (Melikiszwili 1998, s. 79).

Zmiany świadomości etnicznej mieszkańców Gruzji

Inną zmianą, na którą etnolodzy gruzińscy położyli szczególny nacisk, to przełom psychologiczny, jaki dokonał się w świadomości ludzi po przemianach społecznych i ekonomicznych. Ludzie stracili minimum zabezpieczenia socjalnego, na jakie mogli liczyć w czasie gospodarki planowanej. Część z nich zdołała się przystosować do nowych warunków ekonomicznych. Natomiast większość znalazła się w trudnym położeniu. W kraju zapanował chaos i kryzys gospodarczy. Nowe warunki ekonomiczno - społeczne wpłynęły na kierunek rozwoju i transformacji grup etnicznych, zamieszkujących w Gruzji. W wielu regionach pojawiły się tendencje separatystyczne, które groziły (wystarczy wspomnieć o Abchazji i Osetii Południowej) grożą rozpadem państwa gruzińskiego (Melikiszwili 1998, s. 80 -81). Do takich regionów należy w mniejszym stopniu Meschetia, która była miejscem moich poszukiwań, ale mieszkańcy sąsiedniej prowincji - Dżawachetii, która jest w 90% zamieszkana przez Ormian, wyrażają coraz głośniej deklaracje oderwania regionu od Gruzji. Na początku lat dziewięćdziesiątych władze gruzińskie utworzyły z połączenia Meschetii i Dżawachetii nową jednostkę terytorialną tzw. "Samcche - Dżawchetię". Zabieg ten miał na celu przeciwdziałać tendencjom odśrodkowym Ormian (w nowej prowincji ich udział procentowy zmalał na korzyść Gruzinów). Oprócz tego regiony południowej Gruzji: Meschetia i Dżawachetia były i pozostają bardzo zróżnicowane etnicznie. W tym miejscu posłużę się również cytatem z pracy gruzińskich etnologów: "Procesy integracyjne wśród mieszkańców tego regionu zachodziły w sferze społeczno - ekonomicznej. Co zaś tyczy się tradycji etnicznych, to każda grupa przeciwstawiała się próbom przezwyciężania stereotypów narodwych. W radzieckich warunkach funkcjonowały na podstawie oficjalnych wskaźników określających każdą grupę etniczną (Melikiszwili 1998, s. 94).1 Niewątpliwie nowe warunki polityczne i ekonomiczne przyczyniły się do wybuchu i narodzin tożsamości większych i mniejszych grup etnicznych, takich na przykład jak Polacy. Niektórzy moi rozmówcy wskazywali na ostatnie czasy (10 lat), ze szczególnym uwzględnieniem początkowego okresu rządów Zwiada Gamsachurdii, kiedy postawiono głośno pytanie o narodowość. Ich opinie wahają się między dwoma biegunami. Z jednej strony nikt wcześniej, to znaczy w ZSRR, nie pytał o narodowość. Według nich nie miała ona wtedy żadnego znaczenia. Lali Poniatowska mówi o tym tak: "Aż do ukończenia Instytutu nawet nie przyszło mi do głowy, że jestem Polką, chociaż w metryce i paszporcie miałam napisane Poniatowska. Po prostu moje życie było gruzińskie...Prawie wszyscy moi sąsiedzi są Ormianami...Nigdy nie było żadnej różnicy. Po prostu nie myśleliśmy o tym." Na moje pytanie: "Kiedy pani zaczęła myśleć o sobie, że jest Polką?" odpowiedziała: "Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Dopiero po pierestrojce Gorbaczowa: Szen so mechi har?(Czy jesteś Ormianką?) Zwiad Gamsachurdia występował w telewizji i powiedział, że jesteśmy gośćmi i wszyscy zaczęli się obrażać." W ciągu dalszej rozmowy Lali. Poniatowska przeszła na drugi biegun opinii o narodowości w ZSRR: "Nasze Achalciche nie jest tak bardzo prowincjonalnym miastem. Wszyscy posługiwali się rosyjskim, dlatego że większość pracujących w mieście stanowili Ormianie. Ludzie wiedzieli kto, jakiej jest narodowości... Nie wolno nie wiedzieć. To nie jest jednorodne miasto." (wyw. nr 11). Natomiast w większości wypowiedzi rozmówcy są zgodni co do tego, że ten krótki okres, kiedy prezydentem został Z. Gamsachurdia, był pełen lęku i niepokoju. Ludzie nie wiedzieli, co się wydarzy. Mówili, że czuli się nieprzyjemnie, ale to szybko minęło. Inga Kalinowska, która wychowała się w rodzinie Poniatowskich (matka z domu Poniatowska) tak charakteryzuje ten czas w Achalciche: "U nas mieszkało bardzo dużo narodowości. Ludzie u nas są bardzo dobrzy i niczego takiego nie było. To było bardzo krótko to: Gruzja dla Gruzinów i dlatego do niczego u nas nie doszło. Nigdy niczego takiego nie było." (wyw. nr 13). Na to doświadczenie niepewności i niepokoju z początku lat dziewięćdziesiątych wskazuje również wspomnienie Szalwy Poniatowskiego: "Nie, niczego takiego nie było oficjalnie, ale chciano, żeby zmieniać nazwiska na gruzińskie. Tak nie mówił rząd, ale ludzie zaczepiali mnie na ulicy i tak radzili...Po prostu przyjaciele tak mówili mi. Ale żeby władze coś...Nie, niczego takiego nie było. Oni się bali, że Gamsachurdia może coś..." (wyw. nr 18).

Zróżnicowanie etniczne Meschetii

Meschetia dzieli się obecnie na cztery rejony: achalcyski, który zamieszkuje 54 822 osoby, adigeński - 21 282 osoby, aspindzyjski - 13 432 osoby i borżomski - 38 973 mieszkańców. W samym Achalciche mieszka 24 650 osób. Jeżeli chodzi o zróżnicowanie narodowościowe, to większość mieszkańców Meschetii stanowią Gruzini. Drugie miejsce zajmują Ormianie, którzy stanowią ponad jedną trzecią zaludnienia. Do mniejszości etnicznych należą: Grecy, Żydzi, Osetyjczycy, Rosjanie, Ukraińcy i Polacy. W ostatnich latach bardzo dużo mniejszości etnicznych wyjechało z tych terenów. Po wybuchu wojny w Osetii Południowej Meschetię opuściło około 700 Osetyjczyków. Wyjechała również pewna liczba Rosjan, chociaż nadal duża ich część skupia się wokół wojskowej bazy niedaleko Uraweli. W ostatnich latach emigrują do Izraela tzw. achalcyscy Żydzi, określani tym mianem, ze względu na to, iż w większości w tym rejonie zamieszkiwali miasto Achalciche. Należy tutaj wspomnieć też o grupie Turków meschetyjskich, którzy zostali wysiedleni przez Stalina w roku 1944 do Azji centralnej. Do dzisiaj przyjeżdżają odwiedzać miejsca rodzinne. Duża ich część chciałaby powrócić do Meschetii, na co nie zezwalają im władze Gruzji. Nadal jest to nierozwiązany problem w tym regionie.2
Już w czasie pierwszego pobytu w Meschetii zorientowałam się, że panuje tutaj bardzo skomplikowana i niejednorodna sytuacja etniczna. Na pytanie o narodowość ludzie musieli mi tłumaczyć, że nie jest to dla nich odpowiedź prosta. Jura Kuzniecow (Rosjanin, pochodzenia ukraińskiego) - mąż Nazibroły Poniatowskiej powiedział: "Mówimy w języku rosyjskim, gruzińskim, ormiańskim. W Achalciche mieszka dużo Ormian. Wcześniej mieszkali tutaj Turcy meschetyjscy, ale ich wszystkich wysiedlili." (wyw. nr 4). Do listy języków dorzucił jeszcze język turecki, jaki znają i pamiętają najstarsi mieszkańcy Achalciche i Uraweli.

Zarys historii osadnictwa mniejszości etnicznych i religijnych w Gruzji południowej
W czasie przeglądania materiałów w archiwum Muzeum Achalcyskiego, szczególnie dokumentu "Wiadomości o liczbie rdzennej ludności w powiecie achalcyskim" z 1874 roku, moją uwagę zwróciły kategorie narodowe i religijne, według których podzielono mieszkańców miasta Achalciche oraz okolicznych powiatów, (dane dotyczące powiatu urawelskiego).
Mozaikę narodowościową uzupełniają i wzbogacają podziały religijne. Niejednorodność religijna często wewnątrz tylko jednej grupy etnicznej jest wynikiem burzliwej historii południowych rejonów Gruzji. Zawieruchy wojenne i wydarzenia polityczne powodowały fale emigracji ludności zasiedziałej tutaj od wieków bądź napływ przesiedleńców z innych krajów, najczęściej z sąsiadujących z Gruzją. W ciągu paru wieków, jakie upłynęły od momentu wyodrębnienia się osobnego księstwa gruzińskiego na tych terenach: Samcche - Saatabago (połowa XV w.) wielokrotnie pustoszały całe wsie, upadały ośrodki życia kulturalnego i handlowego jak np. miasto Achalciche. Na przełomie XV i XVI w. w wyniku rozdrobnienia feudalnego Gruzji księstwo Samchce uzyskało niezależność. Jednak już w latach dwudziestych XVII wieku księstwo zostało podbite przez imperium osmańskie. Po zwycięskiej wojnie z Turcją Rosja na mocy porozumienia pokojowego zawartego w Adrianopolu w 1829 roku otrzymała wybrzeże Morza Czarnego od Kubania do Poti oraz tzw. paszałyk achalcyski czyli Meschetię i Dżawachetię.
Przed inwazją Turków osmańskich najliczniejszą grupę w Meschetii i Dżawachetii tworzyli tutaj Gruzini chrześcijanie, należący do autokefalicznego kościoła gruzińskiego, który uformował się pod wpływem Bizancjum i Antiochii z własnym katolikosem (patriarchą) aż do czasów uzależnienia go od Sankt Petersburga w 1811 r. Dużo też na tych terenach mieszkało Gruzinów katolików obrządku łacińskiego. W XVIII wieku do Achalciche dotarły misje kapucyńskie (Chmielecki 1998, s. 45). Prowadzona przez zakonników szkoła stała na bardzo wysokim poziomie. Uczęszczały do niej nie tylko dzieci katolików, ale również i prawosławnych. Achalciche stanowiło wtedy prężnie działający (z własną drukarnią) ośrodek kultury katolickiej. Za czasów panowania Imperium osmańskiego dużo Gruzinów uległo islamizacji. Gruziński następca tronu byłego księstwa Samcche-Saatabago Beka Dżakeli przyjął Islam i już jako Sapar pasza objął rządy w nowo utworzonej w 1625 roku jednostce administracyjnej - paszałyku achalcyskim. Ludność miejscowa została zobowiązana do przyjęcia państwowej religii - Islamu. Najszybciej zislamizowali się gruzińscy feudałowie, którzy chcieli nadal dzierżyć władzę i wykonywać funkcje urzędnicze w państwie osmańskim. Rozpoczął się wtedy proces turkizacji, który przybrał na sile w ciągu XVIII w. Achalciche zaczęło być prężnym ośrodkiem kultury muzułmańskiej na rubieżach państwa osmańskiego. Przy meczecie Ahmeda w Achalciche powstała szkoła religijna i biblioteka. Przyczyniało się to do coraz większego wynarodowienie ludności gruzińskiej, chociażby z tego względu, że językami powszechnie używanymi był turecki, osmański lub arabski (Baranowski, Baranowski 1987, s. 135). Na terenach Meschetii już od XIII -XV w. powstawały enklawy Kipczaków, Oguzów i Turkmenów, które wtapiały się w środowisko gruzińskie, wzbogacając je jednocześnie o elementy swojej kultury (Borawski 1996, s. 308).Gruzińscy katolicy chcąc uniknąć prześladowań, a jednocześnie zachować wiarę, przyjmowali obrządek ormiański, gdyż Ormianie początkowo na terenie Gruzji nie odczuli żadnych prześladowań religijnych ze strony Turcji. Na tereny Gruzji Ormianie przenikali już od XIV wieku to znaczy, od kiedy upadły tutaj rządy Mongołów, a Armenia została podbita przez Turcję (Woźniak 1971, s. 292). Za panowania tureckiego w Gruzji przybyła pierwsza większa grupa Ormian do Meschetii i Dżawachetii. Według ks. Michała Tamaraszwili byli to głównie Ormianie gregorianie i niewielka grupa katolików. W 1769 r. doszło do konfliktu pomiędzy Ormianami gregorianami i miejscowymi katolikami łacińskimi. Ormianie przekupili paszę i skonfiskowali dobra misji kapucyńskiej. Zamknęli kościół i uprowadzili 4 misjonarzy do Armenii. Oburzenie Watykanu i szybka interwencja ambasadora Francji w Konstantynopolu u władz tureckich przyczyniły się do uwolnienia kapucynów, tak że mogli wrócić oni do Achalciche (Chmielecki 1998, s. 57, 74). Po przyłączeniu paszałyku achalcyskiego do cesarstwa rosyjskiego w 1829 r. w Meschetii mieszkała ludność posługująca się językiem gruzińskim i tureckim. Spisy ludności, jakie przeprowadzono w drugiej połowie XIX wieku dzieliły miejscową ludność na prawosławnych, katolików i muzułmanów. Przeważającą liczbę jego mieszkańców stanowili Gruzini. Poza tym mieszkali tutaj także Azerowie, Turcy, Ormianie i Kurdowie. Jeszcze wtedy Meschowie, (bo tak nazywano zislamizowaną ludność gruzińską) uważali się za Gruzinów (Borawski 1996, s., 311). Chociaż widoczne były w ich języku i kulturze wpływy tureckie (Woźniak 1971, s. 300). Urzędnicy nowej administracji rosyjskiej postawili Meschom warunek: przyjmą chrześcijaństwo albo będą musieli wyemigrować ze swojej ojczyzny. Zislamizowani Gruzini nie chcieli wrócić do religii chrześcijańskiej. Zaczęli opuszczać całymi wsiami południową Gruzję i przesiedlać się do Anatolii, Kurdystanu, Iraku. Część z nich jednak została (Baranowski, Baranowski 1987, s.144 - 145). Wtedy też w większości wyjechali do Turcji Kurdowie, część Azerów i w końcu sami Turcy, którzy wcześniej zamieszkiwali te tereny (Woźniak 1971, s. 295). Konsekwencją pokoju adrianopolskiego była również liczna emigracja Ormian z rejonów Armenii Zachodniej. W trakcie wojny turecko - rosyjskiej tereny te przeszły chwilowo w posiadanie Rosji. Jednak po zwróceniu ich Turcji ludność ormiańska, która poparła w czasie wojny Rosjan znalazła się w trudnej sytuacji. Postawiono przed nią wybór albo pozostanie pod władzą Turków, albo przesiedli się na tereny podlegające rządom carskiej Rosji. W ramach ogłoszonej oficjalnie repatriacji w latach 1829 - 1830 wyemigrowało około 90 tysięcy Ormian z Erzerumu, Karsu, Bajazetu. Do Achalciche i Achalkalaki przybyło wtedy 7300 rodzin z Erzerumu.. Nowi mieszkańcy Gruzji południowej zostali zwolnieni od podatków i świadczeń ziemskich na okres 6 lat (Zakrzewska-Dubasowa 1977, s. 174 - 175). W sumie na terenach całego byłego paszałyku achalcyskiego osiadło 30 tys. Ormian tureckich (Woźniak 1971, s. 295). Przesiedleńcy zajmowali głównie wsie opuszczone przez Gruzinów muzułmanów. Achalciche wówczas podzieliło się na stare i nowe miasto, które utworzyli nowo przybyli Ormianie. Przybysze utrwalali obrządek ormiański, któremu na początku dobrowolnie podporządkowali się katolicy gruzińscy. Zdaniem księdza Tymona Tytusa Chmieleckiego ormiański obrządek katolicki ściśle był związany z przynależnością narodową Ormian. Obrządek ten różni się w znacznym stopniu od łacińskiego. Porozumienie się z katolikami łacińskimi było tym trudniejsze zważywszy na to, iż dla Ormian jakiekolwiek odejście od zwyczajów narodowych było nie do pomyślenia (Chmielecki 1998, s. 299, 135.)
W ciągu XIX wieku dochodziło do licznych konfliktów między katolikami ormiańskimi i katolikami gruzińskimi, co doprowadziło między innymi do wydalenia kapucynów z Gruzji w 1845 roku. Rosja w tych konfliktach przeważnie popierała Ormian (Chmielecki 1998, s. 299). Carat rozpoczął politykę wynarodowienia Gruzinów od wprowadzenia w 1886 r. zakazu używania języka gruzińskiego w czasie nabożeństwa w kościele katolickim i cerkwi, którą podporządkował patriarsze w Sankt Petersburgu. A jak napisał ks. Tymon Tytus Chmielecki: "Dla wiernych Gruzinów oznaczało to odejście od właściwego im obrządku łacińskiego, kompletny brak wychowanie religijnego w ojczystym języku gruzińskim, a w konsekwencji pewną armenizację z punktu widzenia religijnego. Pogłębiała ona jeszcze bardziej trudną sytuację żyjących na tych terenach Gruzinów, zdominowanych przez ludność ormiańską i narażonych na wynarodowienie."(Chmielecki 1998, s. 293). Na jednym terytorium znaleźli się wrogo do siebie nastawieni ormiańscy gregorianie, ormiańscy katolicy, gruzińscy prawosławni i gruzińscy katolicy oraz gruzińscy muzułmanie. W 1919 roku wybuchło powstanie ludności muzułmańskiej przeciwko władzom nowo powstałej niepodległej Republiki Gruzińskiej. Doszło do wojny domowej między Gruzinami muzułmanami i Gruzinami chrześcijanami. Konflikt został sprowokowany przez Turcję, która obiecywała muzułmanom utworzenie niezależnego państwa na terenie Meschetii. Po zażegnaniu konfliktu, głównie dzięki państwom Ententy, rząd gruziński przeprowadził referendum w sprawie samookreślenia narodowego. Mieszkańcy Meschetii zadecydowali o tym, że pozostała ona w granicach państwa gruzińskiego. Po raz pierwszy doszło do tak poważnego konfliktu między wyznawcami Islamu i chrześcijanami. Od tego czasu muzułmanów zaczęto pogardliwie nazywać Turkami. Miało to swoje dalsze reperkusje. Władze bolszewickie zaliczyły tę ludność do tureckiej grupy etnicznej. Rozpoczęły otwartą turkizację Meschów poprzez zastąpienie języka gruzińskiego w szkołach i urzędach językiem tureckim (w alfabecie arabskim, potem łacińskim), by skończyć na wprowadzeniu języka uniwersalnego dla wszystkich, czyli rosyjskiego. Finałem takich poczynań władz było wysiedlenie Turków meschetyńskich jako "wrogów ZSRR" przez Stalina w 1944 r. do Uzbekistanu, Kazachstanu i Kirgistanu. Zburzono nieliczne świątynie i cmentarze muzułmańskie (Borawski 1996, s. 311 - 313). Do dnia dzisiejszego Turcy meschetyjscy pragną wrócić do Gruzji, na co nie zgadzają się władze gruzińskie, które obawiają się kolejnej grupy etnicznej aspirującej do utworzenia autonomicznego obwodu na ziemiach należących do Gruzji. W Uraweli - wsi rodowej Poniatowskich byli oni jedyną rodziną chrześcijańską wśród społeczności muzułmańskiej, czyli Turków meschetyńskich. Po wysiedleniu tych ostatnich natychmiast osiedlono na ich miejscu Gruzinów z Imeretii (zachodniej Gruzji), którzy według moich rozmówców do dnia dzisiejszego nazywają Poniatowskich uszczypliwie Turkami (Tatarami).
W połowie XIX wieku do Meschetii przybyły grupy prawosławnych staroobrzędowców przesiedlanych z głębi Rosji. Pojawili się również tzw. sektanci - głównie małokanie i duchoborzy.
W tym samym czasie dotarli tutaj Ukraińcy, których dużą grupę sprowadził Iwan Paskiewicz. Wśród współczesnej ludności pochodzenia ukraińskiego sporą grupę tworzą potomkowie kozaków zaporoskich, którzy za walkę z caratem zostali zesłani na Kaukaz. Z nich właśnie pochodzi żona T. Poniatowskiego. Jej nazwisko rodowe brzmi Szewczenko.
W pierwszej połowie XIX do Gruzji południowej przybyli Niemcy, którzy tworzyli zwarte grupy osadnicze. Dzisiaj pozostały po nich już tylko ulice i domy, wyróżniające się obcością wśród miejscowej zabudowy. Niemców mieszkających od pokoleń w Gruzji spotkał tragiczny los. W latach czterdziestych jako wrogowie Związku Radzieckiego zostali wywiezieni do Kazachstanu oraz na Syberię.
Pierwsza połowa XIX wieku to również okres napływu do Gruzji południowej grup Kurdów - koczowników.
Przed panowaniem tureckim oprócz Gruzinów mieszkali w Meschetii w małej liczbie Żydzi i Grecy. Do ich podstawowych zajęć należał handel i rzemieślnictwo, dlatego też skupiali się w większych miastach (Czikowani 1979, s. 10). Historia Żydów gruzińskich liczy prawdopodobnie 26 wieków. W Nawróceniu Kartlii wspomina się, że za czasów panowania Aleksandra Macedońskiego to jest w IV wieku p.n.e. przybyło do Gruzji wojownicze plemię Hunów (chodzi tutaj o Hunów - Honów - Huriani, którzy są starogruzińską nazwą Żydów), które poprosiło ówczesnych władców Gruzji o nadanie ziemi w zamian za płacenie daniny. Po zbudowaniu Mcchety w I wieku n.e. Żydzi osiedlili się w tej starożytnej stolicy Gruzji (Nawrócenie Kartlii 1995, s. 11, 13). Żydzi mieszkali w Achcalciche jak również w Adzchuri i Chertwisi. W XIX wieku Żydzi przemieszczają się stopniowo do Achalciche, gdzie zamieszkują jedną dzielnicę nazywaną Rabatem (po gruz. cichis ubani). Grecy w porównaniu z Żydami stanowili mniejszą grupę, ale łączyły ich silniejsze więzi ze współwyznawcami Gruzinami (Czikowani 1979, s. 11). Pierwsza akcja osadnicza Greków miała miejsce za panowania jednego z ostatnich władców Gruzji Herakliusza II (1762 - 1798). W drugiej połowie XVIII wieku król Herakliusz II podjął próbę naprawy i reform gospodarki Gruzji wschodniej. Sprowadził dużą grupę przedsiębiorczych Greków, którzy zajmowali się wydobywaniem miedzi i srebra. Osiedlił ich na terenach przygranicznych (Baranowski, Baranowski 1987, s. 129). Spora ich grupa przybyła razem z Ormianami z Erzrumu po zawarciu pokoju w Adrianopolu w 1829 r. i zamieszkała na terenie obecnej Dżawachetii oraz Meschetii (Berdzeniszwili 1998, s. 64). Grecy już w końcu XIX w. roztopili się niemal całkowicie w środowisku gruzińskim.
Natomiast emigracja Osetyjczyków należy do jednych z najwcześniejszych w Gruzji. Pierwsi przybysze osiedlili się w środkowej Kartlii już w XIII wieku. Masowy napływ Osetyjczyków nastąpił na przełomie XVII i XVIII wieku i przybrał na sile pod koniec XIX wieku, kiedy Osetyjczycy posuwali się w głąb Gruzji wschodniej i południowej. Dotarli do powiatu borżomskiego i dalej do Meschetii, gdzie tworzyli zwarte wsie osetyjskie (Totadze 1994, s. 191-193). Większość z nich wyjechała z Gruzji po wybuchu wojny w Osetii południowej w 1992 r.
Jednak do największego iskrzenia na tych terenach dochodziło między grupą ormiańskich gregorian i katolików a grupą katolików gruzińskich. Ci ostatni z kolei nie żyli w zbyt wielkiej zgodzie z prawosławnymi Gruzinami, którzy zostali podporządkowani cerkwi rosyjskiej. Również wewnątrz jednej grupy narodowościowej tj. ormiańskiej gregorianie i katolicy nie pozostawali w przyjaznych stosunkach.

Początki osadnictwa polskiego w Gruzji

Polacy, którzy zamieszkali w Gruzji południowej znaleźli się w regionie o wyjątkowo skomplikowanej strukturze etnicznej i religijnej. W połowie XIX wieku za zgodą rządu carskiej Rosji przysłano do Gruzji kapłanów polskich, co miało na celu zapewnienie opieki duchowej emigrantom polskim, a szczególnie żołnierzom służącym w armii carskiej na Kaukazie. Ks. Tymon Tytus Chmielecki pisze, że przybyła tutaj taka ich ilość, że Gruzinom zaczęła zagrażać nie tylko armenizacja, ale również polonizacja. Przez 60 lat funkcje wizytatorów Kaukazu i Zakaukazia, czyli delegatów biskupich na Kaukaz pełnili Polacy. Dopiero w 1907 roku funkcję tę objął gruziński duchowny ks. Michał Antonow (Chmielecki 1998, s. 223). Pierwsi polscy polscy misjonarze - jezuici pojawiają się w Gruzji już w XVII wieku. Ich działalność misyjna trwa do lat 20-tych XVIII wieku. Potem następuje przerwa w kontaktach polsko - gruzińskich. Dopiero po powstaniu kościuszkowskim w 1794 roku sąd wojskowy w Kijowie zesłał na Kaukaz schwytanych żołnierzy polskich próbujących przedostać się do powstania lub wziętych do niewoli po przegranych bitwach. Służyli oni wcześniej w dywizjach koronnych stacjonujących na Ukrainie, które po rozbiorze Polski zostały siłą wcielone do armii carskiej. W końcu XVIII wieku na Kaukazie znaleźli się oficerowie polscy z dawnych wojsk kresowych. (Woźniak 1996, s.256). Kraj ten podobnie jak Polska stopniowo zostaje podporządkowany carskiej Rosji, zaczynając od wschodniej Gruzji w 1795 roku, a kończąc na podbiciu terenów południowej Gruzji pozostających do czasu zawarcia układu pokojowego w Adrianopolu między Rosją i Turcją w 1829 roku, pod zwierzchnictwem imperium osmańskiego. W działaniach wojennych frontu rosyjsko-tureckiego, który przebiegał przez dzisiejsze tereny regionu Samcche - Dżawachetii, pod dowództwem księcia Iwana Paskiewicza brała udział duża grupa żołnierzy polskich. Należeli do nich zarówno wykształceni oficerowie (niektórzy z dyplomem ukończenia medycyny) jak i prości żołnierze. Wielu z nich pochodziło z rodzin szlacheckich z terenów kresowych byłej Rzeczpospolitej (Woźniak 1996, s. 256). Po odbyciu służby wojskowej część z nich zostawała i osiedlała się na stałe w Gruzji, czego dowodem są ich dzisiejsi potomkowie - założyciele Związku Polaków Południowej Gruzji. W ciągu XIX wieku w armii carskiej na Kaukazie służyli nie tylko zesłańcy polityczni tzn. uczestnicy powstań narodowych lub tajnych stowarzyszeń spiskowych, ale również ludzie mający nadzieję na zrobienie kariery wojskowej. W 1840 roku w Gruzji znajduje się ok. 4 tys. Polaków, w przeważającej liczbie są to żołnierze (Woźniak 1998, s. 39). Sytuacja Polaków w armii carskiej zmienia się po upadku powstania górali z północnego Kaukazu (powstanie Szamila) na początku lat 60 XIX wieku. Kaukaz przestaje być nazywany "ciepłą Syberią". A nawet: " Pełniący obowiązki sekretarza komisji poborowej w Pułtusku w 1911 r., brał za zupełne zwolnienie od służby wojskowej łapówkę w wysokości od 200 do 300 rubli, natomiast za przydział do garnizonów na Zakaukaziu po 20 rubli."(Baranowski, Baranowski 1985, s. 66). W latach 30 i 40 XIX wieku do Gruzji przybywają wychodźcy ekonomiczni. Należą do nich urzędnicy, lekarze, akuszerki, nauczyciele, kupcy i rzemieślnicy. Po zakończeniu kolejnej wojny rosyjsko - tureckiej (1876 - 1878), Gruzja przeżywa rozwój ekonomiczny. W związku z tym napływają do niej liczne rzesze polskich specjalistów, inżynierów kolejowych i budowlanych. Według spisu ludności Cesarstwa Rosyjskiego z 1897 roku kolonia polska na obszarze całej Gruzji liczyła 8220 osób. Większość Polaków zamieszkiwała duże miasta, wśród których na pierwsze miejsce wysuwa się Tyflis (4133 osoby), następne jest Batumi (722 osoby), Kutaisi (487 osoby), i w końcu Achalciche (Woźniak 1996, s. 259), gdzie mieszkają Poniatowscy, którzy w czasie przeprowadzania spisu musieli być już zasiedziałą tam rodziną. Przeważająca część polskich emigrantów w gubernii tyfliskiej i kutaiskiej urodziła się w Królestwie Polskim. W Achalciche znalazło się 372 osoby o takiej właśnie proweniencji (Mądzik 1987, s. 32). Największą grupę stanowili mężczyźni, co związane jest z wojskowym i zarobkowym charakterem gruzińskiej kolonii Polaków. Najwięcej wśród nich było osób odbywających służbę w carskiej armii, potem pracujących jako służba prywatna, kolejarze, oraz zatrudnionych w administracji, sądownictwie, policji, służbie sanitarnej (wśród nich znajdują się również lekarze), rzemiośle. Bardzo małą grupę stanowili polscy emigranci, którzy posiadali nieruchomość lub majątek ziemski, z którego się utrzymywali (Mądzik 1987, s. 38). W latach 1921-24 doszło do masowych powrotów Polaków z Gruzji do niepodległej ojczyzny. Spis przeprowadzony w 1926 roku na terytorium Federacji Zakaukaskiej pokazuje, że na terenie Gruzji zostało 3159 Polaków, w tym posiadających obywatelstwo polskie było 62, a uważających język polski za ojczysty 1357 mieszkańców Gruzji (Mądzik 1987, s. 178).

Polacy w Achalciche

Wydaje się, że największą grupę Polaków w Achalciche i okolicach tworzyli żołnierze służący w miejscowym garnizonie. Współcześni Polacy z Achalciche i okolic wskazują najczęściej na takie właśnie pochodzenie swojej rodziny. Ich przodkowie walczyli w armii księcia Iwana Paskiewicza z Turkami. W nagrodę za wygraną w wojnie lub wzorową służbę w twierdzy achalcyskiej otrzymywali majątek ziemski, żenili się z Gruzinką lub Ormianką i osiadali na stałe. Arczil Gulisaszwli, który jest dalekim krewnym rodziny Poniatowskich mieszkającej dzisiaj w Achalciche, (jego prababcia Wiktoria była córką Aleksandra Poniatowskiego), postanowił odtworzyć historię rodzinną. Z jego rekonstrukcji wynika, że ojciec Wiktorii znalazł się w Achalciche jako zesłaniec polityczny po upadku powstania styczniowego. Swoje przypuszczenia Arczil Gulisaszwli oparł częściowo na opowieściach rodzinnych, częściowo na danych archiwalnych. Według spisu rodzin zamieszkałych w Achalciche w 1886 roku Aleksander Poniatowski pochodził z powiatu ihumeńskiego w guberni mińskiej. W 1881 roku do Achalciche przybył pradziadek Arczila - Jan Chmielewski, który urodził się w Ożumiechu na Podlasiu. W roku 1880 został powołany do armii carskiej. Służył jako szeregowy w 150-tym Pieszym Pułku Tamańskim, który stacjonował właśnie w twierdzy achalcyskiej. Jeszcze w czasie służby Jan Chmilewski poznał Wiktorię Poniatowską. Zdaniem ich prawnuka mogli oni spotkać się na niedzielnym nabożeństwie w kościele rzymsko-katolickim, w którym zbierali się Polacy mieszkający w Achalciche. Ich ślub odbył się 26 stycznia 1885 roku. Po zakończeniu służby wojskowej Jan Chmielewski rozpoczął pracę na kolei żelaznej. Wtedy też młodzi małżonkowie wyjechali do Tbilisi (Gulisaszwili 1992, s. 7). Z czasem rodzina Gulisaszwili utraciła kontakt z Poniatowskimi w Achalciche. Dzisiaj obie rodziny w ogóle nie znają się. Zaledwie kilka lat temu w wyniku poszukiwań Arczila Gulisaszwili dowiedziały się o swoim istnieniu.
Jeżeli chodzi o innych Polaków, którzy znaleźli się w Gruzji południowej to w literaturze przedmiotu można spotkać się z pojedynczymi informacjami o lekarzach polskich, którzy mieszkali i pracowali w Achalciche. W czasie wojny rosyjsko - tureckiej, której działania toczyły się w końcu lat dwudziestych, funkcje lekarzy wojskowych w rejonie Achalciche i Achalkalaki pełnili polscy absolwenci medycyny Uniwersytetu Wileńskiego (Woźniak 1996, s. 257). We wspomnieniach dekabrysty M.I. Puszczina w części dotyczącej oblężenia Achalciche, w sierpniu 1928 roku, można znaleźć wzmiankę o doktorze Bartoszewiczu, który niedawno przybył z Uniwersytetu Wileńskiego. Puszczin określa go mianem wzorowego lekarza i bardzo szlachetnego człowieka. Pochlebnie wyraża się również o batalionowym lekarzu Jarockim (Niersisian 1985, s. 209). Oprócz Puszczina również inni dekabryści wymieniają kilka polsko brzmiących nazwisk ludzi związanych z okresem walk Rosji z Turcją pod Achalciche, np. Orzycki (Niersisian 1985, s. 32, 144, 236, 255).
W 1829 roku w garnizonie rosyjskim w Achalciche służyło przynajmniej paru oficerów polskiego pochodzenia. Jednym z inicjatorów wydawanej od lutego 1829 roku rękopiśmiennej gazety "Achalciskij Merkury" był kapitan Łaszkiewicz z pułku szirwańskiego należącego do garnizonu Achalciche. Również w Specjalnym Korpusie Kaukaskim, który stacjonował w okolicach Achalciche służył szeregowy Stanisław Karwicki i paru innych Polaków (Watieszwili 1973, s. 238-239, 174).
W Słowniku lekarzy polskich XIX wieku znajduje się biogram doktora medycyny Fortunata Iwaszkiewicza, który w 1860 r. uzyskał dyplom petersburskiej Akademii Medyczno - Chirurgicznej. Po ukończeniu studiów został skierowany do służby wojskowej w Gruzińskim Pułku Grenadierów ponieważ studiował na koszt rządowy. W 1870 roku uzyskał stopień doktora medycyny i rozpoczął pracę jako lekarz w 156-tym Jelisawietopolskim Pułku Piechoty z miejscem postoju w twierdzy achalcyskiej. W 1876 roku objął stanowiska chirurga w szpitalu, w mieście Achalciche. Dwa lata później zmarł na tyfus plamisty. Jego nazwisko widnieje dzisiaj na pomniku w Karsie, w Armenii (Szarejko 1997, s. 185). Z kolei Stanisław Piotrowski po odbyciu służby wojskowej pracował jako felczer w latach 1897 - 1899 na terenie powiatu achałkałackiego, natomiast w roku 1902 pracował w mieście Achalciche (Mądzik 1987, s. 50). Jeszcze jedną postacią, w życiorysie, której przewija się ww. miasteczko jest Wincenty Karpowicz. Do Gruzji przybywa w 1851 roku jako stypendysta uniwersytetu carskiego, aby odpracować swoje studia medyczne. Zakochuje się w księżniczce gruzińskiej Melanii Tumanawi. Żeni się z nią i osiada w Tyfilisie. Rodzina Karpowiczów często sędzała wakacje w majątku pod Achalciche (Wawrzykowska - Wierciochowa 1977, s. 19).
W danych statystycznych, do których dotarłam w archiwum Muzeum Achalcyskiego, w rubryce "Pozostałe narody europejskie: Polacy i Niemcy", w powiecie achalcyskim w roku 1874 odnotowanych jest 8 osób. Identyczna liczba widnieje w tej samej kategorii (Polacy i Niemcy), ale dotyczy powiatu urawelskiego, który jest "kolebką rodzinną" Poniatowskich. Jaką liczbę wśród nich stanowili Polacy, a jaką Niemcy - nie sposób jest już dzisiaj ustalić.
Jak wyżej wspominałam według spisu ludności przeprowadzonego przez władze carskie w roku 1897 w Achalciche mieszkało już 372 Polaków. Kolejny spis ludności różnicowanej według narodowości z 1912 roku, (pochodzący z archiwum Muzeum Achalcyskiego) podaje liczbę 75 Polaków mieszkających w tym mieście.
Oprócz danych archiwum Muzeum Achalcyskiego, istnieją jeszcze inne ślady obecności Polaków w Achalciche. Na byłym cmentarzu katolickim w górnej części miasta, zwanej Rabatem, znajduje się grób Aleksandra Kajetanowicza Poniatowskiego, z datą urodzin - 1822 r. i śmierci - 1907 r.(napisy w języku gruzińskim). Jeżeli to właśnie on jako pierwszy Poniatowski z Polski przyjechał do Achalciche, to musiał trafić do Gruzji w ciągu tego okresu. Czy znalazłszy się w Gruzji od razu przyjechał do Achalciche? W rodzinie Poniatowskich nie zachowały się żadne przekazy, które wspominałaby konkretnie o nim.
Oprócz ww. grobu, znalazłam jeszcze inne nagrobki z napisami w języku polskim: Eżbiety Wiercińskiej. " Zmarła 5 maja, 1885 r. Żyła lat 24", oraz z napisem częściowo już nieczytelnym: Franuś Zdziechowski, 1893 r. i ostatni z nazwiskiem - Dorotowski.
Poza tymi trzema nagrobkami z polskimi napisami na cmentarzu w Achalciche znajduje się jeszcze wiele innych mogił Polaków, na których napisy występują w języku gruzińskim lub rosyjskim.
Cmentarz, na którym zostali pochowani Polacy znajduje się również we wsi rodzinnej Poniatowskich - Uraweli.
Ślady Polaków przebywających w Gruzji w XIX i na początku XX wieku pozostały nie tylko w lokalnych archiwach, ale można je również znaleźć w postaci polskich mogił.

Asymilacja - małżeństwa mieszane

Jak już wspominałam, Polacy, którzy przybyli do Achalciche z reguły służyli w armii carskiej. Pierwsze wzmianki o żołnierzach polskich na tych terenach pochodzą z lat dwudziestych XIX wieku, kiedy Rosja toczyła z Turcją wojnę o panowanie w byłym księstwie gruzińskim Samcche - Dżawachetii. Zdaniem księdza Juliana Dobkiewicza, mieszkańca Tbilisi, autora korespondencji do czasopisma "Kraj" z 1883 r., w wielu punktach Kaukazu stacjonowały oddziały armii carskiej rekrutujące się co najmniej w 1/3 z Polaków. Dla niektórych było to zesłanie za buntowniczą działalność, a niektórzy po prostu odbywali służbę wojskową, co wówczas trwało od kilkunastu do kilkudziesięciu lat. Wielu z nich po takim czasie zostawało w Gruzji na stałe (Woźniak 1996, s. 267). Specyfika polskiej emigracji w Gruzji polegała na tym, że przeważającą jej część stanowili mężczyźni. Szansa na znalezienie kandydatki na żonę narodowości polskiej była nikła. Jeżeli w Gruzji pojawiły się Polki to były one żonami, które przyjechały z kraju do swoich mężów. W późniejszym okresie populacja Polek powiększyła się o nowe pokolenie urodzone na Kaukazie.
W takiej sytuacji Polacy zawierali związki małżeńskie najczęściej z Gruzinkami katoliczkami, Ormiankami katoliczkami, rzadziej z Rosjankami. Zdarzały się również małżeństwa z kobietami nie katoliczkami, ale to wzbudzało zgorszenie i oburzenie szczególnie misjonarzy katolickich. Ojciec Damiano da Viareggio przez pięć lat pełnił obowiązki wizytatora Achalciche w imieniu ówczesnego prefekta Kongregacji Propagandy Wiary. Jest on autorem listu z 1844 roku do wspomnianej instytucji, w którym wymienia powody odsunięcia księdza ormiańskiego o nazwisku Szangulianti ze stanowiska przełożonego katolików w Achalciche. Jednym z nich był zarzut, iż ksiądz Szangulianti polecił udzielić ślubu między polskim żołnierzem - katolikiem i Ormianką - gregorianką. Było to wykroczenie nie tylko przeciwko prawu kościelnemu, ale zostało również uznane za naruszenie rosyjskiego prawodawstwa państwowego. Władze zagroziły ojcu Damiano, jako zwierzchnikowi ww. księdza, wydaleniem z Gruzji (Chmielecki 1998, s. 145).
Z kolei biskup diecezji tyraspolskiej obejmującej również Gruzję, Franciszek Zottmann w relacji do Rzymu z 1882 r. pisze, że Polacy są oddani w większości religii katolickiej, stwierdza jednak z przykrością, że szybko wzrasta wśród nich liczba małżeństw z członkami innych kościołów (Chmielecki 1998, s. 268).
Wątek ślubu z innowierczą Gruzinką lub Ormianką powtarzał się w opowieściach Poniatowskich i innych achalcyskich potomków Polaków. Legenda Poniatowskich właśnie zaczyna się od ślubu prapradziadka Feliksa z Gruzinką. Za ten swojego rodzaju "mezalians" pradziadek został wykluczony z rodziny przez Poniatowskich w Polsce. Tamara Poniatowska mówi o tym tak : "Mój dziadek napisał list, w którym stwierdził, że potrzebujemy pomocy, żyjąc na Kaukazie...Taki list wysłał do Stanisława Augusta, ale król napisał, że po co on ożenił się z Gruzinką. Napisał, że musi teraz pracować i przysłał pieniądze, i maszyny."(wyw. nr 1). Lejla Poniatowska, która należy do drugiej gałęzi gruzińskich Poniatowskich stwierdza: "Potem został już tutaj ten człowiek. Potem nasza babcia była Ormianką. Na pewno przyjeżdżali tutaj tylko mężczyźni. Kobiety nie przyjeżdżały i oni byli zmuszeni wżenić się w inny naród. To oczywiste."(wyw. nr 20). Katoliccy rodzice nie udzielali zgody swoim dzieciom na małżeństwa z innowiercami, co podkreślał Jura Kuzniecow - mąż Nazibroły Poniatowskiej: "Tak to wiem, że katolicy nie pozwalali na małżeństwa z prawosławnymi, a prawosławny nie mógł wziąć katoliczki. Tak powinno być, żeby ochronić wiarę, a teraz wszystko przemieszało się."(wyw. nr 4). Prawdopodobnie wypowiedź ta jest echem lęku przed utratą katolickiej wiary, jaki odczuwali polscy emigranci w XIX wieku, albowiem zawarcie małżeństwa z wyznawcą prawosławia powodowało, że dzieci z takiego związku automatycznie były przypisane do cerkwi prawosławnej. Chociaż w rozmowach z innym przedstawicielem Poniatowskich sprawa małżeństw mieszanych wygląda inaczej. Nodari Poniatowski: "Trudno jest znaleźć żonę Polkę. Nasi przodkowie, kiedy przybyli do Uraweli mieli żony Polki. Może nasi synowie też znajdą dla siebie Polki." A Jura Kuzniecow w trakcie drugiej rozmowy mówi tak: "Polak starał się szukać w 100 % Polki, a teraz już prawie nikogo nie ma. Życie stało się trochę inne. Wszystko zmieniło się... On (Szalwa Poniatowski) specjalnie się tutaj nie ożenił się. Chce tylko z Polką."(wyw. nr 4). Może właśnie tę chęć powrotu do idealnego początku historii o przodkach, którzy żenili się tylko z Polkami katoliczkami odzwierciedla marzenie 38-letniego Szalwy Poniatowskiego: "Ożenię się i zostanę jak prawdziwy Polak...a póki co nie mogę ożenić się z Gruzinką."(wyw. nr 4). Szalwa zdaje sobie sprawę, że wyjazd do Polski, małżeństwo i osiedlenie się w tym kraju będzie dla niego wielką próbą. Ale przecież podobną próbę przeszli pierwsi polscy przodkowie Poniatowskich w Gruzji. Dlaczego on nie miałby temu podołać? Inne rodziny wyrażają podobny pogląd na temat wejścia swoich antenatów w środowisko gruzińskie. Helena Koperska: " No został. Ożenił się z Gruzinką i został tutaj. Pojawiły się dzieci, potem wnuki, i jeszcze, i oni wszyscy zostali do końca."(wyw. nr 16). Witalij Maron: "Dziadek służył w armii carskiej w achalcyskiej twierdzy. Potem spodobał mu się ten kraj. Spodobało mu się to miasto. Dziadek ożenił się z Gruzinką. Pojechali do Polski, ale wrócili do Gruzji."(wyw. nr 22). Powrót dziadka i babci do Gruzji rodzina Maronów uzasadnia tym, że babcia Gruzinka bardzo źle znosiła klimat polski i mimo, że trzy starsze siostry obecnego seniora rodu Maronów - Witalija urodziły się w Polsce, to rodzice zdecydowali się na życie w Gruzji.
Zatem Polacy żenili się z Gruzinkami i Ormiankami, i osiadali na stałe na Kaukazie. Stopniowo w ciągu XIX i XX wieku wrastali w miejscową społeczność i przyjmowali kulturę gruzińską. Ulegali asymilacji. Według moich achalcyskich rozmówców dla ich przodków wcale nie był to łatwy okres. Larysa Poniatowska: "To na pewno było bardzo trudne dla nich. No cóż, przyszli, powalczyli i nie mogą wrócić z powrotem. To był ciężki moment dla nich."(wyw. nr 20). A że nie była to łatwa i łagodna aklimatyzacja świadczą również wspomnienia polskich zesłańców właśnie z tego okresu. Mateusz Gralewski spędził 12 lat jako zesłaniec na Kaukazie, służąc w armii carskiej. W swoich wspomnieniach pisze o wielkiej tęsknocie Polaków za ojczyzną: "To zamknięcie między skałami śród tłumów obcych ideą, wśród niewolników (Rosjan) z wychowania i z tradycji. Ten brak własnego powietrza i swojskiego odzywającego się ciągle w społeczeństwie żywiołu, niejednokrotnie brak nadziei powrotu - ogarniał niekiedy duszę Polaka cierpieniem." (Gralewski 1877, s. 510). Powstało wtedy dużo podobnych relacji i pamiętników z pobytu Polaków w Gruzji. Polacy są autorami licznych opisów przyrody Gruzji oraz prób interpretacji kultury i zwyczajów Gruzinów. Wszystko było dla nich inne, dziwne, egzotyczne i barwne. Obcy byli ludzie i obca była im przyroda kaukaska. Przez niektóre opisy przebija doznanie obcości otoczenia, które przejmuje grozą polskich pionierów. Zofia Krauzowa w swoich wspomnieniach o odwiedzinach u stryja Stanisława, mieszkającego i pracującego w Achalciche tak pisze o swoich wrażeniach z tego miejsca: "Szliśmy kamienistymi ścieżkami, odkrywając dolinki, skały, źródła z lodowatą wodą, bielusieńkie lilie i łąki pełne narcyzów. Wszystko było inne, bujniejsze, a górskie szczyty pokryte śnieżnymi czapami. Nagle nadbiegły chmury i rozszalała się burza z grzmotami odbijanymi stokrotnym echem. Toteż grzmot nie ustawał, a ulewa zalewała świat szarymi strugami. Byłam przerażona, bo takiej burzy nie widziałam ani w Ślinkach, ani w Łozowatce, gdzie ciotki wynosiły święte obrazy, stawiały je w oknach i zapalały świece odmawiając pacierze. Uczyły mnie też liczyć sekundy od błyskawicy do grzmotu, a liczba ta była wskazówką, o ile kilometrów od nas uderzył piorun. Tutaj nie mogłam się doliczyć ani pół sekundy! Zdawało się, że ognisty zygzak trzasnął tuż obok, bo natychmiast po nim rozlegał się ogłuszający grzmot, odbijany od górskich ścian."(Krauzowa 1979, s. 53). przez Ww. Arczil Gulisaszwili w rekonstrukcji swojej historii rodzinnej napisał, iż w Achalciche stosunki wojska carskiego, w którym służył jego pradziadek Jan Chmielewski, z miejscową ludnością nie układały się najlepiej. Głodowe porcje, jakie otrzymywali żołnierze powodowały, że często zdarzały się napady wygłodniałego wojska na okoliczne wsie. Dalej prawnuk Jana Chmielewskiego próbuje przybliżyć klimat i atmosferę miejsca, w którym przyszło żyć jego przodkom: "Miasto Achałcyche było wówczas tyglem wyznań, narodowości, zwyczajów. Po jednostajnym życiu w rodzinnej wsi Jan Chmielewski znalazł się w całkowicie innym świecie. Przed jego oczami rozpościerał się górzysty krajobraz z licznymi świątyniami prawosławnymi, rzymsko-katolickimi, katolików gruzińskich, ormiańskimi, i greko-katolickimi, meczetami i synagogami. Obok niego przechodzili ludzie mówiący po gruzińsku, otomańsku, turecku, rosyjsku."(Gulisaszwili 1992, s. 7).
Komuś, kto jest pierwszy raz w Gruzji, jawi się tak wiele różnorodnych miejsc, ludzi i doznań, iż podążenie śladem jednego z nich jest jak zagłębienie się w jedną z uliczek labiryntu, od której odbiegają następne i następne. Czyż można się nie zagubić? A jak napisał Andrzej Woźniak: "Obecnie wiadomości faktograficzne zawarte w książce Strumpfa 3 są dla nas cenniejsze, niż próba ich interpretacji. Odczytujemy ją (interpretację) jedynie jako świadectwo oddziaływania złożoności materiału kaukaskiego na wyobraźnię naukową badacza."(Woźniak 1983, s. 318).
Materiał kaukaski jest tak nieznany i obcy, że szukamy w nim zadomowienia. Najłatwiej zadomowić się poprzez wejście w rodzinę bądź zawarcie przyjaźni. Czy tak było również z pierwszymi Polakami na tych terenach? Czy ułatwiała im kontakt z mieszkańcami Gruzji wzajemna sympatia Polaków i Gruzinów? Oba narody były ciemiężone przez tego samego zaborcę. Być może wyłowienie tej wspólnoty tragicznej historii i dziejów, odwołujące się jeszcze do czasów, kiedy Polska próbowała zawrzeć z Gruzją sojusz wojskowy przeciwko potędze Turcji osmańskiej, stanowiło jedną z prób oswojenia obcej kultury kaukaskiej. Polacy przebywający w Gruzji cieszyli się dużym szacunkiem, sympatią i przyjaźnią jej mieszkańców. Jak twierdzi Woźniak Polacy odegrali znaczącą rolę w życiu gospodarczym i kulturalnym Gruzji drugiej połowy XIX i początku XX wieku. Pierwsze linie kolejowe, drogi, mosty, tunele, gmachy użyteczności publicznej, instalacje sanitarne, które istnieją do dnia dzisiejszego, zbudowali między innymi polscy specjaliści. Wielu polskich lekarzy, artystów, administratorów i rzemieślników zdobyła sobie uznanie i podziw otoczenia (Woźniak 1996, s. 260).
Gruzini i dzisiaj pamiętają zasługach uczynionych przez Polaków dla ich kraju. Potrafią wymienić kilka nazwisk polskich inżynierów, geodetów lub lekarzy, o czym miałam sposobność sama się przekonać podczas dwóch pobytów w Gruzji. Hanna Malewska napisała, że wśród wad Polaków nigdy nie było ksenofobii czy też pogardy dla egzotycznych tubylców i dlatego dobre wspomnienia o Polakach rozsiane są po wielu zakątkach świata i dalej: "Ale na Kaukazie było to coś więcej, była to przyjaźń przy góralskim ognisku, bardzo łatwo stawał się każdy demokratą."(Malewska 1977, s. 198).
Zatem powodów dla przyjaźni polsko - gruzińskiej istniało kilka. Przyjaźń stanowi jedną z ważniejszych wartości w życiu Gruzinów. Prawie zawsze pierwszy kontakt z innym człowiekiem kończy się zawarciem przyjaźni. Istnieje wśród Gruzinów legendarne uzasadnienie przyjmowania obcego przybysza z wielką gościnnością, a nierzadko przepychem. Nieustanne wojny, najazdy i napady, jakie zdarzały się w ciągu całej historii Gruzji powodowały, że życie w tym kraju nie należało do najbezpieczniejszych. Człowiek, który został wspaniale ugoszczony z potencjalnego wroga przeobrażał się w przyjaciela, a nierzadko stawał się bratem rodziny.4 W przypadku Polaków takie zawarcie przyjaźni mogło przyczynić się do ułatwienia asymilacji z obcą kulturą. Jednak wydaje się, że większą rolę w tym procesie odegrało małżeństwo i wejście w rodzinę gruzińską lub ormiańską. Ks. Józef Dobkiewicz w swoich korespondencjach do petersburskiego "Kraju" o życiu diaspory polskiej w drugiej połowie XIX wieku wspominał o tym, że właściwie w każdym mieście powiatowym na Kaukazie można spotkać polską rodzinę. Ludzie ci mimo, że pracują ze sobą po pewnym czasie dowiadują się, że są tej samej narodowości. Ksiądz Dobkiewicz zwracał uwagę na katastrofalny poziom znajomości języka polskiego ówczesnych Polaków, nie wspominając już o ich dzieciach. O żołnierzach, którzy żenili się z miejscowymi kobietami i zostawali na stałe w Gruzji pisał tak: "Dawniej, kiedy służba wojskowa trwała długo, żołnierz kaukaski, choć i doczekał się dymisji, to jednak straciwszy w domu krewnych, albo też w sercu swoim przywiązanie do kraju, żenił się po wysłudze lat z "krajówką" i zostawał tutaj, jakby nic wspólnego nie łączyło go z przeszłością; takich starych szynkarzy, rzemieślników itd. można i teraz tu jeszcze spotkać; zostawiają oni dzieciom tylko nazwisko polskie."(Woźniak 1996, s. 267). W takim przypadku asymilacja zachodziła dosyć szybko. Następne pokolenie należało już do miejscowej kultury. Tym bardziej, że Polacy w Gruzji nigdy nie tworzyli zwartych skupisk. Ich kontakt z "polskością był ograniczony z powodu wielkiej odległości Polski od Gruzji oraz trudnej sytuacji politycznej, w jakiej znajdowały się oba kraje. Proces asymilacji dotyczył w większym stopniu Polaków mieszkających na prowincji w małych miasteczkach niż tych, którzy zamieszkiwali duże miasta np. Tyflis. Polacy pozostający na prowincji w podtrzymywaniu polskości byli zdani całkowicie na swoją rodzinę.

Tradycja polska i gruzińska

Wiele napisano o roli rodziny w międzypokoleniowym przekazie języka, kultury i tradycji narodowej. Badanie, w jaki sposób rodzina wpływa na podtrzymywanie tożsamości etnicznej, należy do kanonu etnologicznego. Znaczące w tej kwestii są wnioski i ustalenia, do jakich doszedł w badaniach nad rodziną polonijną w Stanach Zjednoczonych A. Posern-Zieliński. Według niego zachowanie tradycyjnych wzorów przez emigrantów jest łatwiejsze w życiu prywatnym niż w publicznym. W ramach rodziny - tej najbliższej dokonuje się międzypokoleniowa transmisja - nie tylko tradycji, języka, ale również świadomości pochodzenia, sentymentów i przywiązania do kraju pochodzenia (Posern-Zieliński 1982, s. 73). Znaczenie rodziny w wychowywaniu i przekazie kultury polskiej, w warunkach gruzińskich, jest bardziej oczywiste w przypadku małżeństw, w których oboje małżonkowie pochodzili z Polski. Ale jak ten problem wyglądał w związkach mieszanych? To, w jakim języku mówi się w domu, według jakiej tradycji obchodzi się święta, w dużym stopniu zależało od kobiety - matki bądź babci. To ona spędzała większość czasu z potomstwem. W Gruzji istniał i istnieje zwyczaj, który wychowanie i edukację dzieci zalicza do podstawowych obowiązków kobiety. A przecież żony Polaków z Achalciche i okolic były Gruzinkami bądź Ormiankami. Chociażby z takiego powodu rodzina nie mogła być dla ich mężów - Polaków znajomym światem, czy też mikrotwierdzą, w której mogliby się odseparować, choć na krótki czas od obcego otoczenia (Woźniak 1996, s. 268-269). Czy w takim przypadku rodzina mogła być narzędziem podtrzymywania tożsamości etnicznej i świadomości polskiego pochodzenia? Polacy chcąc czy nie chcąc bardzo szybko wtapiali się w miejscowe otoczenie i kulturę. Rodzina z polsko - gruzińskiej stawała się gruzińska. Następne pokolenie rodziło się już jako Gruzini. Potwierdzeniem tej sytuacji może być wypowiedź jednej z moich rozmówczyń, której matka pochodziła z domu Poniatowskich - Ingi Kalinowskiej: "Nie, w naszej rodzinie nie było niczego polskiego, tak jak wy myślicie o tym. U nas wszystko było bardziej po ormiańsku i gruzińsku. U nas tak się zdarzało, że jak bracia ożenili się z Gruzinkami to wszystko było po gruzińsku. Jak z Ormianką to po ormiańsku." (wyw. nr 13). Tradycję polską w takiej rodzinie zastępowała tradycja gruzińska. Język, obchodzenie świąt, kuchnia, a więc wszystko to, co kształtuje świadomość etniczną zmieniało się. Ale pamięć o polskim pochodzeniu, polskie nazwisko, wzmocnione dodatkowo dobrą opinią, jaką cieszyli się w Gruzji Polacy, zostało zachowane przez te rodziny. Pamięć o polskich przodkach i krewnych, o polskiej krwi jest przekazywana młodszemu pokoleniu do dnia dzisiejszego. Na tym właśnie poziomie funkcjonuje pamięć o polskości. Myślę, że mogła ona ulec wzmocnieniu poprzez tę cechę kultury gruzińskiej, która kładzie duży nacisk na wartość rodziny i krewnych w życiu człowieka. Czyż więc jest to polskość, która była podtrzymywana i jest nadal podtrzymywana przez "gruzińskość"? W dalszej części niniejszego opracowania wyróżnię kilka cech i wartości kultury gruzińskiej i pokażę, w jakim stopniu wpływały one na zachowanie pamięci o polskości i jak w obecnej sytuacji przyczyniły się one do budowania polskiej tożsamości przez Poniatowskich i inne achalcyskie rodziny.

Rodzina i krewni

Rola rodziny w życiu człowieka podkreślana jest przez współczesnych potomków polskich emigrantów. Pamięć o polskim pochodzeniu była przekazywana przez rodzinę. Pięknie tę postawę wyraził w formie toastu w czasie uczty mąż Nazibroły Poniatowskiej - Jura Kuzniecow: "Tylko jedno wam powiem. Ogromne imperia giną, a małe zostają. One są zahartowane w walkach. Było imperium rzymskie, mongolskie, rosyjskie, a historia cały czas coś innego tworzy. Ten człowiek, który potrafił ochronić swoją narodowość, wiarę i nadzieję zawsze będzie mógł żyć. Zawsze przetrwa, a ogromne imperia szybko upadną. Wszyscy mali przeżyją. A ten kto wie skąd on pochodzi, kim byli jego przodkowie i przekazuje to dzieciom. Ile to już pokoleń przeminęło? Oni już 100 lat przekazują sobie tę wiedzę, nie, więcej niż 200 lat."(wyw. nr 4). Na pytanie, dlaczego ich przodkowie nie wrócili do Polski, dlaczego zostali w Gruzji rozmówcy podkreślali wagę posiadania rodziny przez nich już tutaj na miejscu - w Gruzji. Larysa Poniatowska tak opowiada o tym: "Na pewno nie mieli takiej możliwości. Wszyscy ludzie chcą żyć tam, gdzie się urodzili. Tam gdzie są ich wszyscy krewni."(wyw. nr 20). Inga Kalinowska w odpowiedzi na to samo pytanie: "Nie wiem, na pewno nie miał tam domu, nikt mu nie został w Polsce. Nie miał nadziei. Pewnie nie miał tam rodziny. Tam było bardzo ciężko. Wszystkich zsyłali i eskortowali Rosjanie."(wyw. nr 13). I Jura Kuzniecow w odpowiedzi na pytanie o powroty Polaków do kraju w latach dwudziestych: "Oni już nie mogli. Nie dali rady. Tutaj mieli duże rodziny."(wyw. nr 4). O tym, że życie bez rodziny i krewnych jest bardzo ciężkie i właściwie nie do zniesienia dla nich świadczą słowa żony Jury - Nazibroły Poniatowskiej, która przez pięć lat mieszkała na Węgrzech: "A na Węgrzech bardzo dobrze się nam mieszkało, ale mimo to siedziałam i płakałam. Chcę do domu, chcę do domu. Nie ma tutaj naszych...Pojedziemy do Gruzji. Tam wszyscy moi mieszkają i brat, i siostra. Po co mam żyć oddzielnie? Nikomu tutaj nie jestem potrzebna."(wyw. nr 10). Obok rodziny wysuwa się w tych wypowiedziach na pierwszy plan przywiązanie do kraju, w którym się urodziło i wychowało. Związek z krajem urodzenia, w którym mieszkają krewni, przyjaciele i znajomi zawsze był bardzo ważny dla Gruzinów. W czasie naszych rozmów często powtarzali, że bardzo rzadko można spotkać Gruzinów w innych częściach świata, którzy byliby emigrantami z własnej, niewymuszonej przez wydarzenia polityczne lub warunki ekonomiczne woli. Czasami widoczne było u moich rozmówców rozdarcie między chęcią powrotu do kraju przodków i przywiązaniem do kraju urodzenia. Powrót do tego pierwszego kraju funkcjonuje raczej na zasadzie postulowanego wzorca zachowań, jakie identyfikują prawdziwego Polaka. Wspomniany już Szalwa Poniatowski opowiadał, że wielkim marzeniem jego ojca Edmunda był powrót do Polski, ale przez całe życie nie udało mu się go zrealizować. Nie pozwalały mu na to władze sowieckie. Jednak w ciągu ostatnich 10 lat właściwie już nic nie stało mu na przeszkodzie, lecz wtedy: "On (ojciec) potem mówił: Kiedy byłem jeszcze młody to myślałem, że pójdę pieszo do Polski, a teraz co ja Gruzinów opuszczę? On już wtedy był bardzo stary."(wyw. nr 18). Ale to wielkie marzenie odziedziczył jego syn Szalwa, który za najważniejszy cel w życiu postawił sobie wyjazd do Polski i małżeństwo z Polką. Jednak takiego wyjazdu do ojczyzny przodków nie wyobraża sobie większość potomków Polaków. Koperscy: "A tak, żeby chcieli wyjechać do Polski - to nie widziałem takiego człowieka. To nie jest rok czy dwa lata. To już prawie wiek. Oni mieszkają tutaj od wieków."(wyw. nr 16). Wskazują oni również na trudności, jakie mieliby z przyzwyczajeniem się do polskiego otoczenia i kultury. Guliko Koperska: "Ich sposób życia, rodzina, kontakty są już tak mocno zmieszane w Gruzji. Jeżeli człowiek stąd pojedzie tam, to może w ogóle nie przyzwyczaić się do tamtego życia. Tutaj urodzili się."(tamże).

Pamięć o przodkach

Przywiązanie do miejsca urodzenia i wychowania wzmocnione jest przez jeszcze jeden fakt, a mianowicie - jest to ziemia i ojczyzna ich bezpośrednich przodków. Dziadkowie, babcie czy w końcu rodzice zostali pochowani tutaj. Korzenie żyjących współcześnie tkwią w ziemi gruzińskiej. Przez te liczne lata, czy też jak sami mówią "stulecia" powstała więź między ich rodziną a Gruzją. Poza tym ciągłość pokoleniowa między ludźmi, którzy już odeszli i żyjącymi ich dziećmi nadal jest odczuwana w Gruzji. Uważam, że kult przodków, który funkcjonuje w kulturze gruzińskiej przyczynił się w znacznym stopniu do zachowania pamięci o polskich prapradziadkach. Wskazuje na to wyraźnie zdanie Jury Kuzniecowa: "To jest moja ziemia. Tutaj moi przodkowie zostali pochowani. Jeżeli stanie się tak, że ludzie nie będą szukać się nawzajem i nie będą znać nikogo - wszystko stracimy, wszystko zniknie. On nie może wyprzeć się swoich przodków dlatego, że oni nie wiedzieli skąd, jak, za co, po co, a teraz wszystko zapomina się. W życiu jest dużo problemów. Za mąż wychodzą, zmieniają nazwiska, ale tożsamości nie zmienią."(wyw. nr 4). Dla innej przedstawicielki rodziny Poniatowskich - Lali nie do pomyślenia jest sytuacja, w której ona wyjechałaby do Polski i zostawiłaby w Gruzji rodzinę i krewnych, mimo że straciła tych najbliższych w tragicznych okolicznościach. Na niej tutaj spoczywa obowiązek opiekowania się ich grobami i pamiętania o wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Kult przodków zapewnia ciągłość rodziny i zachowanie nazwiska. I jeszcze raz Jura: "Można aż do 10 pokolenia pamiętać o przodkach. My żyjemy teraźniejszością, ale trzeba pamiętać o swojej przeszłości."(tamże). Ciągłość rodziny zachowywana jest także przez zwyczaj nadawania imienia dziadka pierworodnemu synowi. Natomiast imię wujka, czyli brata matki przeważnie otrzymuje młodsze rodzeństwo. Dzięki temu imię nie ginie. Ono utrzymuje więź z przodkami. Szalwa Poniatowski mówi o tym tak: "No jest tak. My wiemy tak - pierwszy przyjechał Aleksander. I ojciec Nodari nazywał się też Aleksander. Młodsi synowie noszą imiona wujków. Mnie na przykład nazwali Szalwa i syn mojego siostrzeńca powinien nosić moje imię. U nas tak jest przyjęte. Tak, żeby nie stracić tego imienia, żeby nie zginęło. Tak przekazywali."(wyw. nr 18). Dzięki temu zwyczajowi współcześni potomkowie Polaków noszą polskie imiona. W rodzinie Poniatowskich powtarzają się na przemian imiona Feliks i Aleksander. Koperscy wymieniają krewnych, którzy nazywają się: Stanisław, Mikołaj, Bronisław i Paulina. Podobnie rzecz przedstawia się u Maronów, wśród których można spotkać: Stanisława, Władysława, Józefa i Rozalię. Wszystkie te rodziny z dumą podkreślają fakt, że zachowały do dnia dzisiejszego polskie imiona, co stanowi kolejny dowód ich polskości. W czasie przyjęcia gruzińskiego, która określana jest jako akademia życia i kultury gruzińskiej zawsze jednym z pierwszych toastów jest toast za przodków, rodziców i przyszłe dzieci. Z utrzymaniem jedności rodziny związane jest również zachowanie niezmienionego nazwiska. Wiele razy zmuszano ich do zmiany nazwiska na rosyjsko lub gruzińsko brzmiące. Według Awtandila Marona zmiana nazwiska oznacza: "Maron to jest bardzo dobre nazwisko. Chcieli, żeby zmieniać, ale po co? Zuch Maron!...Jeśli człowiek zmieni nazwisko to stanie się kimś innym. Jeśli zmienię nazwisko to stanę się innym człowiekiem. Zmienię swoją narodowość. Zgubię swoich. Kiedy przyjechałem z wojska to chcieli, żebym zmienił nazwisko. Ja przecież jeden byłem i moje siostry. Byłem najmłodszym bratem. Teraz mam 3 synów to znaczy, że jest 3 Maronów. Potem oni będą mieli dzieci i powiększy się klan Maronów. Dlaczego mamy zmieniać nazwisko?"(wyw. nr 22). Zdanie ojca uzupełnia syn Witalij.: "I Maronów będzie dużo."(tamże). Tak silna jest identyfikacja w tej rodzinie z nazwiskiem, że wnuczek Awtandila, który ma zaledwie 5 lat na pytanie kim jest odpowiada: "Ja - Maron" Na podanie w wątpliwość nazwiska jego młodszej siostry mały Maron przerywa te dywagacje: "Ja, tata i siostra jesteśmy Maron."(tamże). Larysa Poniatowska uważa, że nie pozostało im właściwie nic innego jak nazwisko: "Co nam pozostało? Bronić swojej rodziny i nazwiska."(wyw. nr 20).

Jedność rodziny

Maronowie trzymają się razem, tak jak i pozostałe polskie rodziny. A to oznacza, że spotykają się często na rodzinnych uroczystościach i zjazdach. Na pytanie czy utrzymują kontakty również z dalszą rodziną odpowiadali z wielkim oburzeniem: "Przecież to mój kuzyn. To jak mamy nie utrzymywać ze sobą kontaktów? Nie, no jak można inaczej?! Zawsze spotykamy się ze sobą. Obowiązkowo w sobotę wsiadam w autobus. To jest przecież mój brat stryjeczny. Bardzo się lubimy i szanujemy. Jak to można nie spotykać się ze sobą? Przecież to jeden naród - brat stryjeczny." - Awtandil Maron (wyw. nr 22). Inga Kalinowska na to samo pytanie dała stanowczą odpowiedź, że cała rodzina Poniatowskich jest sobie bliska. Ona sama najbliższe kontakty utrzymywała z matką Nodara Poniatowskiego. Spotykała się również z innymi krewnymi ze strony Aleksandra, a już szczególnie bliskie stosunki łączą ją z gałęzią wywodzącą się od Stanisława - "Ilu nas by nie było - wszyscy jesteśmy bardzo bliscy sobie."(wyw. nr 13). Poza tym wszyscy się doskonale znają w Achalciche. Znają swoją rodzinę, która mieszka w innych miastach lub wsiach. Tu trzeba podkreślić inną cechę kultury gruzińskiej, która polega na dobrej znajomości stopnia pokrewieństwa nawet najdalszej rodziny. Gruzini nie muszą się zastanawiać przy wymienianiu licznych krewnych. Czasami potrafią doszukać się krewnego pośród na pierwszy rzut oka obcych ludzi. Czy we wszystkich przypadkach chodzi o autentyczne pokrewieństwo tego zapewne nie wiedzą ani oni sami, ani ja. Może jest to próba oswojenia obcego. Lecz niewątpliwie posiadanie krewnych w obcych miejscach otwiera wiele dróg przed człowiekiem. Poniatowskich, Koperskich, Maronów zawsze intrygowało to ilu mają jeszcze krewnych w Gruzji. A także czy istnieje jakaś gałąź ich rodziny w Polsce? A jak sami mówią: "Tutaj Poniatowskich jest bardzo mało. Nasza rodzina jest bardzo mała." - Lejla Poniatowska (wyw. nr 19). W związku z tym, każdy kto pochodzi z tej rodziny jest identyfikowany z nią nawet przez otoczenie. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które wyszły za mąż i należą do rodziny noszącej inne nazwisko. Wiele z nich zatrzymało swoje panieńskie nazwisko. Na przykład Nazibroła, Lejla, Larysa. Poniatowskie i Guliko Koperska. W przypadku pozostałych córek Poniatowskich, które po zawarciu związku małżeńskiego zmieniły nazwisko, nadal są określane przez przyjaciół i sąsiadów jako Poniatowskie. Pozostali Gruzini mówią o nich, że są Polkami, bo noszą takie, a nie inne nazwisko. Wyróżnia się ono innym brzmieniem.

Geografia polskich nazwisk

Jeśli sami zainteresowani nie chcieliby przywiązywać wagi do swojego pochodzenia, to zawsze Gruzini przypomną im o nazwisku, o którym wszyscy wiedzą, że jest polskie. Należy tutaj podkreślić, że na podstawie tylko tej jednej cechy kultury gruzińskiej -różnicującej nazwiska według narodowości możliwe jest wstąpienie do Związku Polaków Południowej Gruzji. Wystarczy polskie nazwisko. Jedna z pierwszych rozmów w Gruzji zawsze dotyczy nazwisk gruzińskich i nie gruzińskich, regionów z których pochodzą. To, że Gruzini z dużą swobodą potrafią przypisywać określone nazwiska do określonych regionów Gruzji często wprawiało mnie w zdumienie. Nie rzadko ich orientacja sięgała dalej. Wiedzą czy dane nazwisko jest szlacheckie czy chłopskie. Gruziński etnolog - Lija Melikiszwili na uzasadnienie tej orientacji wskazuje na znajomość historii, która ułatwia Gruzinom poruszanie się w geografii nazwisk: "Wiecie co, w gruzińskich rodzinach nie ma mitologii. Tego nie powiedziałabym. To, że wiedzą, że ten jest pochodzenia książęcego lub królewskiego - to wszystko jest dokładną historią, prawdą. Na przykład ktoś nie może tak powiedzieć, dlatego że wszyscy wiedzą, jakie on ma pochodzenie. Ludzie wiedzą, że w tej wsi mieszkają załóżmy, Cereteli - książęta, a w drugiej Cereteli - chłopi. Wszyscy wiedzą o tym. Teraz powiem wam, że naród gruziński bardzo dobrze zna swoją historię."(wyw. nr 23). Nie tylko gruzińscy etnolodzy zwracali uwagę na tę umiejętność rodaków, ale również moi rozmówcy. Merab Modebadze: "To nie jest takie proste, ale u nas wszyscy ludzie wiedzą wszystko na temat tego skąd pochodzą. Kto wcześniej był bogaty. Cereteli, o takie bogate rodziny. Prosty człowiek nie ma prawa nosić takiego nazwiska. Jest ono przekazywane jak spadek z pokolenia na pokolenie. Nazwiska są różne w południowej Gruzji, różne w północnej i zachodniej Gruzji. A już zupełnie inne nazwiska występują we wschodniej Gruzji i zupełnie inne obyczaje tam panują. Na pewno w Polsce też tak jest."(wyw. nr 16). Dalej Merab mówi o rozpoznawaniu na podstawie nazwisk narodowości: "Ormiańskie nazwiska kończą się inaczej i osetyńskie nazwiska kończą się inaczej."(tamże). Na moją wątpliwość wyrażoną kolejnym pytaniem: skąd wiedzą, że to jest właśnie ta, a nie inna narodowość? Czy tę różnicę od razu słyszą już przy podaniu nazwiska? Merab odpowiada: "Od razu, momentalnie. Osetyjczycy mają inne nazwiska. Rosjanie to jest jasne. W Tbilisi mieszka około 103 narodowości. W Gruzji mieszka bardzo dużo narodowości. Azerbejdżanie też mają inne nazwiska. Odróżniają się też nazwiska Turków."(tamże). Według Gruzinów nazwiska określonych narodowości mają charakterystyczne końcówki. W przypadku Polaków nazwisko kończy się na końcówkę ska, ski. Do Związku Polaków Południowej Gruzji należą rodziny, których nazwiska trochę odbiegają od powszechnie przyjętej opinii na ten temat. Rodziny Maronów i Zilberszteinów są jednak przekonane o swoim polskim pochodzeniu. Czasami wyrażają wątpliwość, że może przodkowie ich przodków przybyli do Polski jeszcze z innej strony świata. Według Awtandila Marona ich nazwisko jednoznacznie wskazuje na polską narodowość: "A przecież nie zdarza się tak, żeby Maron był Gruzinem. Jak powinno być: Maron czy Maroniszwili - Gruzin? A może Maronian - Ormianin?"(wyw. nr 22). Natomiast nazwisko rodziny Zilberszteinów wzbudzało nieco więcej kontrowersji. Mimo to Zilberszteinowie zawsze uważali się i uważają za Polaków. Przy czym sami zauważają, że może nazwisko rzeczywiście brzmi "z lekka" po niemiecku albo po żydowsku, ale jedno wiedzą na pewno: ich przodek przyjechał z Polski. Wydaje się, że tutaj większą rolę w zachowaniu pamięci o polskim pochodzeniu odegrał przekaz międzypokoleniowy i opowieści rodzinne, które zdominowały opinie o nie-polsko brzmiącym nazwisku. Dziadek i ojciec zawsze przekazywali swoim dzieciom wiedzę na temat początków rodziny.

Rodzina i religia

Z przekazem świadomości polskiego pochodzenia w rodzinie zwykle wiąże się również zachowanie przynależności do religii katolickiej. Ale jak wyglądała sytuacja w przypadku, kiedy owa świadomość była podtrzymywana przez rodziny zakorzenione w kulturze gruzińskiej? Polacy, którzy przybywali na te tereny zazwyczaj szybko asymilowali się z otoczeniem poprzez małżeństwa. Starali się zawierać związki małżeńskie z wyznawczyniami tej samej wiary, a więc w pierwszym rzędzie z Gruzinkami katoliczkami i Ormiankami katoliczkami, a dopiero na końcu z innowiercami - Ormiankami gregoriankami. Natomiast unikali małżeństw z kobietami należącymi do cerkwi prawosławnej z tego powodu, iż dzieci z takiego związku automatycznie podlegały cerkwi prawosławnej, a to oznaczało, że ich rodzina traciła wiarę katolicką już w drugim pokoleniu.
Analiza roli rodziny w przekazie religii staje się tym trudniejsza, że oprócz tarć i konfliktów, jakie miały miejsce w Meschetii pomiędzy tymi czterema grupami wyznaniowymi, a o których pisałam wcześniej, dołącza się jeszcze powszechnie panujący strach przed prześladowaniami i utrudnieniami, jakie stwarzały władze komunistyczne wyznawcom każdej religii.
W Achalciche, które było prężnym ośrodkiem religijnym istniały 4 parafie ormiańsko-katolickie (czyli cztery kościoły): Podwyższenia Krzyża Św. (wzniesiony w 1866 r.), Wniebowzięcia NMP (1836 r.), Św. Jana Chrzciciela (1850 r.) i w Achalciche Iwlita Św. Krzyża (1891 r.). Oprócz nich istniała jeszcze parafia rzymskokatolicka pod wezwaniem Św. Różańca NMP (1450 r., kiedy to prawosławni Gruzini oddali go katolikom). W momencie objęcia władzy przez bolszewików wiele kościołów i cerkwi zostało zamkniętych. Ludzi tak jak w całym Związku Radzieckim spotykały trudności i nieprzyjemności za praktykowanie religii. Mieczysław B. Lepecki w swoich refleksjach z podróży po Gruzji, którą odbył zaraz w niedługim czasie po aneksji Gruzji przez Rosję sowiecką zauważył, że bolszewicy nie zakazali całkowicie praktyk religijnych, ale walczą z nimi inną bronią, czyli lekceważeniem, śmiechem i izolacją kleru. Na kościoły nałożono duże ciężary podatkowe. Powołano do życia specjalne organizacje bezbożników, które wyszydzały wszelkie przejawy religijności: "Ksiądz, lama czy szaman to według ich opinii najgorszy gatunek człowieka. Żaden urzędnik, nie mówiąc już o członku partii komunistycznej nie poda mu ręki publicznie, tak jak u nas nikt nie kwapi się z podaniem ręki katowi. W kult nie uderza się w Związku Sowieckim nigdy wprost, lecz zawsze rykoszetem. Oczywiście skutek jest ten sam, albo może nawet większy." (Lepecki 1935, s. 55 -56).
Ojciec Nodara - Aleksander Poniatowski w czasie studiów należał do takiej właśnie Organizacji Bezbożników aktywnie działającej w Tbilisi w latach trzydziestych.
Sytuacja zaostrzyła się po II wojnie światowej. Większość istniejących jeszcze kościołów i cerkwi zburzono lub przebudowano na obiekty o zupełnie innej użyteczności. W najlepszym przypadku przekształcono je w muzeum. Według moich rozmówców w Achalciche wyglądało to w podobny sposób. Na miejscu jednego kościoła w latach pięćdziesiątych zbudowano Dom Oficerów, na miejscu drugiego Rajkom. Kościół, który stał na wzgórzu zwanym Rabatem został zamknięty. Od tego czasu niszczał tak, że obecnie zostały z niego ruiny.
Ludzie bali się przyznawać do swojego pochodzenia i religii. Za wszystko można było zostać aresztowanym i wywiezionym. Od lat czterdziestych tzw. "czystki" spotykały różne grupy etniczne, zaczynając od Niemców i Turków meschetyńskich. Po ich wywiezieniu właściwie każdy mógł spodziewać się deportacji.
Wątek prześladowań i strachu stale obecnego w tym okresie często pojawiał się w wypowiedziach rozmówców. Każdy kto został zauważony przez "specjalnego obserwatora" w kościele czy cerkwi musiał liczyć się z wyrzuceniem z pracy, a nawet aresztowaniem. Taką chwilę grozy opisała Tamara Poniatowska: "Kiedyś przyjechała wycieczka, bo oni cerkiew traktowali jak muzeum. Chcieli pokazać jak trzeba było się zachowywać w cerkwi. Kazali mi iść. Od razu wiedzieli kogo wybrać. Zaprowadziłam ich tam, zapaliłam świeczki, pomodliłam się. Patrzyli jak w muzeum. To był oczywisty dowód na to, że chodzę do cerkwi, ale wiadomo, że jak wejdę do cerkwi to muszę zapalić świeczkę. Potem chcieli mnie oskarżyć Mój wuj był partyjny i kiedyś powiedział, że naśle na mnie ludzi. Oni mnie sfotografują i w gazetach będą pisać o tym, co wyprawiam. Przestraszyłam się i chodziłam do kościoła jak go nie było w domu."(wyw. nr 1). W czasach, do których odnosi się powyższa wypowiedź kościół jako instytucja znika z pola widzenia. Ludzie oprócz nielicznych jednostek tracą wiarę i wiedzę na jej temat. Część z nich dzisiaj, kiedy panuje wolność wyznania, podjęła próbę powrotu do religii.
Polacy z Gruzji południowej wybierają wiarę przodków, których nie zawsze identyfikują z katolicyzmem. Mówią, że dziadkowie, tak jak wszyscy Polacy w okolicy, chodzili do jednego kościoła, w którym najgłośniej dzwoniły dzwony i na miejscu, którego zbudowano potem Dom Oficerów. Często jednak po dalszym zbadaniu tej kwestii okazywało się, że był to kościół ormiański, albo nie wiedzieli na czym polega różnica między kościołem katolickim a cerkwią prawosławną.
Niewątpliwie chęć powrotu do wiary przodków czy nawet samo przypomnienie, jakiego wyznania byli dziadkowie, utrudniają skomplikowane podziały religijne panujące na tych terenach. Ponadto utożsamianie katolicyzmu z polskością nie jest tak oczywiste dla nich jak pozostaje nadal dla nas - Polaków w Polsce. W Achalciche mieszkało dużo gruzińskich i ormiańskich katolików. W czasach panowania carskiej gruzińscy katolicy zostali podporządkowani hierarchii ormiańskiej. Gruzini pomimo nienajlepszych stosunków z Ormianami uczęszczali do ich kościołów. Chowali zmarłych na ormiańskich cmentarzach. Katolicyzm był dominującą religią na tych terenach, zatem nie może dzisiaj stanowić wyznacznika polskości w opozycji do np. prawosławnych Gruzinów.
Wielu moich rozmówców dopiero odkrywała na nowo religię przodków gruzińskich, ormiańskich, polskich. Poprzez ich odkrywanie uchylała się również zasłona przed badaczem. Zaczynali przypominać sobie jak to było na początku - kto nauczył ich pierwszej modlitwy, jakiego wyznania byli dziadkowie.
Powoli rysował się obraz rodziny, której rola w przekazie religii kończyła się na pokoleniu dziadków. Larysa Poniatowska: "Moja babcia była katoliczką. Nasza rodzina nie była bardzo wierzącą rodziną. Tata mój nie bardzo był zainteresowany tymi sprawami, a moja mama była z takiej rodziny, z którą nie mamy kontaktów. Myślę, że byliśmy katolickiej wiary."(wyw. nr 20). Rodzice należeli już do tej generacji, która nie przykładała dużej wagi do religii, poza nielicznymi wyjątkami. Do nich należał ojciec Guliko Koperskiej: "Ojciec nauczył mnie tego, że żegnacie się tak według wiary rzymskokatolickiej. To ojciec nauczył mnie tak, to przechodzi z pokolenia na pokolenie. No wtedy były takie tendencje w czasie socjalizmu, że ludzie bali się zesłania. Przywykli już do tutejszych warunków. I tak stało się, że nie straciłam tej wiary."(wyw. nr 16). Większość jednak rodziców "nie interesowała się tymi sprawami". Temu stanowi rzeczy sprzyjało wcześniej wspomniane lekceważenie i wyśmiewanie praktyk religijnych w czasie ich dzieciństwa i wczesnej młodości, które później przekształciło się we wszechwładną atmosferę strachu. To właśnie babcia lub dziadek pozostaje osobą, która wprowadzała współczesnych achalcyskich Polaków w tajniki wiary. Wszystko to najczęściej odbywało się w wielkiej konspiracji. Jako małe dzieci byli prowadzani przez babcię lub ciocię do kościoła, gdzie zostali wcześniej ochrzczeni. Najczęściej wymieniają kościół, który podlegał katolikom ormiańskim w Iwlicie - wsi położonej koło Achalciche. Niektórzy dziadkowie byli tak pobożni, że nie można było usiąść do stołu bez wcześniejszej modlitwy. Tina Kiknadze: "Babcia była bardzo wierząca i cały czas chodziła do cerkwi. Sadzała nas obok siebie, żebyśmy też modlili się."(wyw. nr 15). I dopóki oni żyli obchodzono w ich domu wszystkie święta religijne. Ale potem po ich śmierci tradycja religijna zaczęła zanikać. Tina Kiknadze: "Do cerkwi chodziłam bardzo rzadko, dlatego że jak nas wychowywali to zawsze mówili, że nie ma Boga na świecie. I tak przestaliśmy w ogóle chodzić. Ale moja matka chodziła i kiedy byliśmy mali chodziliśmy. A jak już dorośliśmy przestaliśmy w ogóle chodzić do cerkwi. I cerkiew zaczęli zamykać. Nie istniała cerkiew tutaj. Nie było gdzie chodzić."(tamże). To co mówią achalcyscy Polacy o swoim stosunku do wiary odzwierciedla wypowiedź Ingi Kalinowskiej: "Zawsze prowadzili nas tam. Nawet nie interesowaliśmy się tym, ale oni prowadzili nas tam. Prowadzili to szliśmy. Ale żeby powiedzieć o tym, że to było po katolicku? Niczego nie obchodziliśmy po katolicku."(wyw. nr 13). Ostatnia część tej wypowiedzi odnosi się do pytania o święta religijne. Z całego religijnego roku obrzędowego funkcjonują w ich świadomości Boże Narodzenie i Wielkanoc. W niektórych rodzinach obchodzi się te święta dwukrotnie to znaczy według kalendarza katolickiego i prawosławnego. Moi rozmówcy nie wymieniali zbyt wiele tradycji związanych z Bożym Narodzeniem. Wspominali jedynie o pójściu do "cerkwi" i zapaleniem tam świeczek. Wydaje się, że taki stosunek może wynikać z tradycji gruzińskiej, według której nie obchodzi się uroczyście tych świąt. O wiele barwniejszym świętem jest Nowy Rok, o czym wspominali również mieszkańcy Achalciche. Lejla Poniatowska: "U nas nie obchodzono tak Bożego Narodzenia. Bardziej świętowano Nowy Rok. A na wsi obchodzili stary Nowy Rok 14 stycznia. A mama świętowała obydwa. Nie żyła wcale znowu tak rozkosznie. No mimo wszystko można było kupić indyczkę i zrobić gruzińskie "guzinaki". To taki placek z miodu i orzechów."(wyw. nr 11). Natomiast w czasie Wielkanocy malowano jajeczka na czerwono i zanoszono na groby przodków. Zdaniem księdza Jerzego Szymerowskiego, który od 4 lat pełni funkcje kapłana w parafii katolickiej w miasteczku położonym 11 kilometrów od Achalciche - Wale, podstawy wiary katolickiej są słabe, mimo iż większość mieszkańców regionu uważa się za katolików. Ks. Jerzy Szymerowski: "Tam w Achalciche dużo katolików mieszka, bardzo dużo katolików mieszka. No, ale ten katolicyzm to jest jak on mówi: świeczkę zapalić. On tylko to rozumie. Oni nic więcej nie wiedzą. A po co to palić? Jaki to ma sens? Jakie to ma znaczenie?"(wyw. nr 14). Ksiądz Jerzy zaczynał nauczanie swoich wiernych od początku. Przy czym uważa, że skutki tych nauk są: "To jest wszystko płynne. To jest takie płynne, że wy sobie nie wyobrażacie. Na przykład przyjdą dzieci na katechezę, te dzieci do komunii. Ja ich tak nie mogę zebrać, żeby zaczęły chodzić na katechezę. No nie mogłem. Na różaniec ludzie chodzą, na katechezę nie. Wszystko płynne. Jednego dnia może być 50 osób, drugiego może nie być nikogo."(tamże). Jednocześnie wspomina o tym, że wielu ludzi zupełnie wykorzenionych z religii powróciło do niej w ostatnich latach. Zaczęli chodzić do kościoła, cerkwi, przypominać sobie modlitwy, zbierać ikony, święte obrazki, modlitewniki.
Wielu z nich pokazywało również mi malutkie święte obrazki, które tak jak "ciocia" Tamara dostała od spotkanej przypadkowo dziennikarki z Polski. Myślę, ze w znacznym stopniu powrót do wiary utrudniają podziały religijne, które związane są również z podziałami etnicznymi, wciąż obecnymi na tym obszarze. Często ludzie stają przed problemem: do jakiego kościoła pójść? Mogą wybierać między kościołem ormiańskich katolików, Ormian gregorianów, katolickich Gruzinów, (którzy przez długie lata uczestniczyli w obrządku ormiańskim) i prawosławnych Gruzinów. Wybór jednej z trzech pierwszych opcji może wiązać się z opowiedzeniem się przy narodowości ormiańskiej. Dopiero w ostatnich latach przyjechało na te tereny kilku księży obrządku łacińskiego, którzy znają język gruziński. Do takich należy wspomniany wyżej ksiądz Jerzy Szymerowski.
Natomiast cerkiew prawosławna jest utożsamiana w Meschetii z narodowością gruzińską. Również wewnątrz niej istnieją podziały. Według księdza Jerzego na tych terenach istnieją 3 odłamy gruzińskiej cerkwi. Niedaleko Achalciche znajduje się klasztor, który zbuntował się i nie uznaje gruzińskiego katolikosa (patriarchy).
Do tego dołączają się nienajlepsze, często wrogie stosunki między katolikami i prawosławnymi. Od kilku lat trwa między nimi spór o kościół w Iwlicie. Aktualnie pieczę nad nim sprawują prawosławni. Ksiądz Jerzy Szymerowski, po przyjeździe do Wale popadł na początku w konflikt z lokalną hierarchią cerkwi prawosławnej. Spotkała go również nieufność ze strony miejscowych parafian - gruzińskich katolików. Za najmniejsze zmiany, jakie chciał przeprowadzić w ich kościele był podejrzewany o to, że "został nasłany przez prawosławnych". Starał się przystosować kościół do wymogów, jakie stawia obrządek łaciński. Kościół w Wale w czasach komunistów służył za magazyn. Został otwarty w latach 1980. Potem katolicy z tego regionu musieli walczyć z prawosławnymi o pozostanie pod zwierzchnictwem władz katolickich. Dla nich najważniejsze było zachowanie wiary przodków. Z tym związany jest również konflikt, jaki istnieje nadal pomiędzy nimi i księdzem, który nie chce się zgodzić na odbywanie przez miejscową ludność dotychczasowych praktyk, polegających, np. na zapalaniu przez każdego wiernego świeczek przed obrazem wewnątrz kościoła. Po kategorycznej odmowie kapłana katolicy z Wale zapalają świeczki na zewnątrz kościoła. Również w wielkiej konspiracji przed księdzem dotrzymują wierności innym obrzędom przodków, które na przykład polegały na złożeniu dziękczynnej ofiary z barana. Ksiądz mówi o tym tak: "To jest magia. Tutaj z początku na siłę barany rezali, zarzynali. Tutaj ludzie mają sny, wiecie. Tutaj ludzie mają sny. Jemu się śni, że pan Bóg mówi mu, ze ma iść barana zarżnąć w kościele. Tak, bo mu dziecko wyzdrowiało. Oni składają śluby jakieś panu Bogu. Jakieś nieszczęście, coś się stanie i on składa śluby i jeszcze takie, że jak mi Boże dasz zdrowe dziecko, to ja ci barana zarżnę."(tamże).
Ludzie, którzy odeszli od wiary, a pragną teraz powrócić, odczuwają rozdarcie i zagubienie pośród tylu kościołów. Konflikt wynikający z trudności wyboru widoczny był podczas rozmowy z ciocią Tamarą i Nodarim Poniatowskim. Tamara Poniatowska uważa się za katoliczkę. Po tym stwierdzeniu miała miejsce krótka dyskusja. W końcu Nodari przedstawił swoje stanowisko: "Babcia była katoliczką też, ale w zasadzie, w danym momencie wyznajemy prawosławną wiarę i gruzińskiej katolickiej nie powinniśmy, dlatego że moja mama była prawosławna. Ale szanujemy wiarę przodków. Ja nie to...ja naszą wiarę i ich wiarę. Kiedy jest Wielkanoc to obchodzę ją dwa razy. Maluję jajeczka."(wyw. nr 9). O tym jak bardzo są zdezorientowani świadczy opowieść Szalwy Poniatowskiego o chrzcie, któremu poddał się przed pójściem do wojska: "Mnie ochrzcili w ormiańskiej cerkwi. Tak w katolickiej w Achalciche. No tak gregorianie. Nie wiem. Katolicy i gregorianie to Ormianie. Ja już nie wiem, u których. Chodziłem po prostu pomodlić się i już nie wiem, co to była za cerkiew. Jak byłem w tej to ktoś powiedział, że jak jestem tym i tym to nie powinienem chodzić do tej właśnie. Ja po prostu nic nie wiedziałem. Tylko tak się modliłem. Nikt mnie tego nie uczył. I gdzie byłem ochrzczony teraz już nie wiem."(wyw. nr 18).
Ludzie wykorzenieni ze swojej tradycji religijnej poszukują miejsca dla siebie pośród mozaiki religijno - narodowościowej, która odżyła po opadnięciu wszelkich nakazów i gróźb, jakie panowały w czasie ZSRR. Członkowie Związku Polaków Południowej Gruzji wiedzą już teraz, że ich dziadkowie byli katolikami. Czasami upewniali się w tym przekonaniu pytając o moje wyznanie.

Gruziński stół u Polaków

O tym jak elementy gruzińskiej kultury wpływały na zachowanie pamięci o przodkach przez współczesne rodziny polskiego pochodzenia świadczą także tradycje związane z ucztowaniem. Gruzini do dnia dzisiejszego starają się zachować cały niezmieniony rytuał i rozbudowaną etykietę związaną z zachowaniem się podczas uczty. Wszystko, o czym mówi się podczas długich posiedzeń za stołem stanowi dla najmłodszego pokolenia pierwsze źródło wiedzy o świecie i ludziach. Stół w kulturze gruzińskiej jawi się jako swego rodzaju niepowtarzalna akademia życia. Gruziński etnolog Lija Melikiszwili: "Kiedy u nas jest jakaś uczta za stołem, święto albo przyjęcie to zawsze wybiera się "tamadę". Ten człowiek powinien być bardzo mądry. Powinien bardzo dobrze mówić i powinien bardzo dobrze znać historię. I zawsze ten stół jawi się dla dzieci jako szkoła. Wtedy dzieci już od małego w domu słuchają o swojej historii i znają ją. Tak więc u nas ludzie bardzo dobrze znają swoją historię. Nie wszystko dokładnie oczywiście, ale znają podstawy."(wyw. nr 23).
Funkcje stołu w życiu Gruzinów można rozpatrywać na kilku poziomach. Ryszard Kapuściński zwrócił uwagę na stół jako ognisko zawierania i podtrzymywania przyjaźni. Na stół, który jest podsumowaniem każdego dnia. Jest to na tyle uroczysty moment, że można należycie uczcić przeżyte wydarzenia, że można uczcić samo życie. To co się dzieje za stołem jest kultem obyczajowej formy, do której Gruzini są bardzo przywiązani. Steven Runciman napisał: "Wschodni chrześcijanie przypisywali większe znaczenie prawowitemu kultowi niż prawowitej wierze. Byli gorąco przywiązani do swojej liturgii" Być może w Gruzji zachowały się ślady takich poglądów, lecz nie w stosunku do wiary, ale właśnie na poziomie obyczajów związanych z biesiadowaniem (Kapuściński 1983, s.25). Ten obraz poszerza jeszcze jedno ważne spostrzeżenie: "W mniemaniu Gruzinów ucztowanie było czynnością wyjątkową, niemal błogosławioną, w której nie było miejsca na problemy dnia powszedniego"(Maciejewska 1998, s. 50). Ksiądz J. T. Krusiński w swoich relacjach z podróży do Gruzji w XVII wieku krytycznie odniósł się do podniosłego nastroju, jaki panuje podczas wznoszenia toastu, kiedy wygłaszający go Gruzin unosi puchar z winem i rozpoczyna ożywioną gestykulację. Przywodziło to na myśl księdzu ofiarę, jaką składa się w czasie nabożeństwa. Niezwykłą atmosferę uczty gruzińskiej, jaką odczuwali odwiedzający Gruzję podróżnicy i jaką miałam okazję wielokrotnie odczuć sama częściowo może tłumaczyć następująca refleksja na temat roli wina w biesiadowaniu: "Wino, któremu towarzyszył zestaw tradycyjnych gruzińskich potraw, było najważniejszym elementem tych biesiad. Pomimo świeckiego charakteru tych zebrań traktowane było ono na nich w sposób graniczący z ofiarą" (Maciejewska 1998, s. 48-49).
Chciałabym jednak zwrócić uwagę na funkcję edukacyjną gruzińskiego stołu, o której wyżej wspominała Lija Melikiszwili. W trakcie uczty nauce i wychowaniu poddawane są dzieci i poddawani są obcy przybysze zaproszeni w gościnę. Uczty, w których najczęściej brałam udział posiadały specyficzny charakter z jeszcze jednego powodu. Były wydawane przez rodziny polskiego pochodzenia z okazji przyjazdu i odwiedzin ich przez przybyszów z mitycznego kraju przodków - Polski. Taka biesiada stanowiła wyjątkową okazję nie tylko dla gości, ale również dla gospodarzy, którzy mogli poszerzyć wiedzę o ojczyźnie polskich prapradziadków i upewnić się w swoim przekonaniu o polskim pochodzeniu rodziny. To właśnie w trakcie uczt opowiadano całą historię rodzinną. Opowiadano czy przypominano? Dzięki obecności większości członków rodziny możliwe było uzupełnienie brakujących elementów historii rodzinnej bądź też stworzenie nowej wersji. I znowu najmłodsze pokolenie zaznajamiało się z dziejami swojej rodziny. Opowieść ta była przeplatana licznymi toastami, nieodłącznym składnikiem uczty.
Toasty wygłasza głównie "tamada", który kieruje ich kolejnością oraz wyznacza innych mówców. Czuwa również nad całym przebiegiem przyjęcia. Włoski podróżnik Archangele Lamberti o wznoszeniu toastu napisał: "Gdy głowa uczty tamada wznosił toast wszyscy musieli podnieść swoje czarki z winem i wysłuchać go z powagą. Aby wypić za kogoś toast należało podać mu za pośrednictwem usługującego do stołu czarkę napełnioną winem."(Maciejewska 1998, s. 49). Powyższa relacja z 1654 roku nie różni się właściwie niczym od dzisiejszych zwyczajów biesiadnych. Wygłoszenie toastu jest wielką umiejętnością, którą można osiągnąć tylko wtedy, jeśli od najwcześniejszego dzieciństwa zostało się wychowanym w sztuce, jaką nadal pozostaje uczta gruzińska. Toasty wygłaszane są w patetycznym tonie. Podniosły styl mówienia może być rażący dla obcego, nie gruzińskiego ucha. Jednak z czasem nastrój uczty udziela się wszystkim uczestnikom, również gościom. Nasi gospodarze wkładali w toasty całą duszę, tak żeby zmieścić w tych kilku słowach całe piękno i poezję, jakie mieli w sobie. Kiedy przeżywa się coś bardzo intensywnie, odczuwa się świat na wysokim stopniu wrażliwości - wtedy nie można o tym inaczej mówić jak w sposób podniosły i wielki.
Wydaje się, że na podstawie toastów można zauważyć, w jaki sposób ten fundamentalny składnik kultury gruzińskiej przyczynił się w przeszłości do zachowania wiedzy o polskich przodkach oraz jak wpływa on na współczesną identyfikację z ojczyzną prapradziadków. Dzięki toastom można prześledzić sposób, w jaki wyrażają się potomkowie polskich emigrantów o swojej polskości, o związanych z nią życzeniach na przyszłość.
Istnieje schemat, według, którego wygłasza się przynajmniej te pierwsze toasty. Biesiady będące naszym udziałem posiadały mniej więcej taki scenariusz. Na początku wznosi się toast za gości, a także za ojczyznę gości i gospodarzy. Nodari Poniatowski: "Niech żyją Polacy w Polsce i Polacy w Gruzji.! Niech żyją Polacy na całym świecie! Niech żyją polskie Polki w Gruzji i niech będą zdrowe w Polsce też, wszędzie gdzie się tylko znajdą!"(wyw. nr 22). Treść tego toastu zwraca uwagę na rozróżnienie, jakie uczynił rozmówca. Mimo, że wszyscy siedzący za stołem zostali nazwani Polakami to jednak jedni z nich zyskali miano "polskich Polek" w odróżnieniu od tych, którzy mieszkają w Gruzji. W późniejszych rozmowach nasi gospodarze określali się już wprost jako "gruzińscy Polacy". Następne toasty najczęściej wyrażały wielką radość z powodu spotkania Polaków z Polski z Polakami z Gruzji. Tengiz Poniatowski: "Potem będziemy ciągnąć dalsze wspomnienia i teraz za to wypijemy. I toasty będziemy liczne wznosić i opowiadać historie. Wypijemy za Polskę! Za was i za nas! Z tych, co w zdrowiu do nas dojechali. Za zdrowie i pokój! Wszystko powiedzie się!"(wyw. nr 4). I jeszcze Awtandil Maron: "Bardzo cieszę się, życzę wam, żebyście zawsze do nas przyjeżdżały! Kiedy tylko będziecie miały czas, wakacje przyjeżdżajcie do nas. Popatrzycie jak nasz naród tutaj żyje. Kiedy wrócicie do swojej ziemi ojczystej przekażcie wszystkim Polakom, waszym znajomym, że w Gruzji mieszkają Polacy i są aktywni. Zawsze mamy ich na uwadze i niech oni mają na nas wzgląd. Niech Bóg da wam wszystkim zdrowie!"(wyw. nr 22). Widoczne jest tutaj rozróżnienie na nas i na nich i pewne napomnienie, żeby jedni pamiętali o drugich. A co mówią toasty o ojczyźnie? Awtandil Maron: "Za wielką Polskę wypijemy! Wszyscy, którzy tutaj siedzimy jesteśmy Polakami, wśród nas nie ma obcych. Daj Bóg!"(tamże). Przebija przez te słowa poczucie wspólnoty, jaką tworzą wszyscy uczestnicy biesiady. Wspólnota biesiadna utożsamiona jest w tym przypadku ze wspólnotą narodową - wszyscy jesteśmy Polakami. I jeszcze o radości ze spotkania i z tego, że "polskie Polki" przypomniały sobie o nich mówi mąż Nazibroły Poniatowskiej - Jura Kuzniecow: "Chcę wypić za was, za miejsce, z którego przyjechaliście. Za to, że interesujecie się tym! No i co ja jeszcze mogę powiedzieć!? Niech Bóg da wam zdrowie! Niech spełni się wszystko o czym myślicie i o czym marzycie. A Gruzja to bardzo gościnny kraj i przyjmujemy was jak tylko możemy. Gdyby było lepiej to wszystko wyglądałoby inaczej. Ale mimo to chcę wypić za was. Dziękuję wam wszystkim. Wy tacy dobrzy, wspaniali i zostańcie takimi, jeżeli tylko możecie! Za pokój! Niech Bóg da! Za was!"(wyw. nr 4). Jura wznosi toast za Polskę - "za miejsce z którego przyjechaliście" czyli za ojczyznę gości. Swoją ojczyznę utożsamia raczej z "gościnną Gruzją", w której on jako przedstawiciel gruzińskich Polaków przyjmuje nas najlepiej jak tylko potrafi. Bardzo często nasi gospodarze wyrażali rozdarcie między ojczyzną przodków i ojczyzną - miejscem gdzie się urodzili i wychowali, gdzie mieszkają ich bliscy. Niektórzy z nich uważają za swoją ojczyznę zarówno Polskę jak i Gruzję. Inni określają tym mianem tylko Gruzję. Chociaż zastrzegają się, że szacunek dla ojczyzny przodków nadal ich obowiązuje. W tym miejscu przychodzi czas na obowiązkowy toast za przodków. Tengiz Poniatowski: "Chcę wypić za przeszłych Polaków, za wykształconych Polaków. Za osobę mojego ojca. Gdyby to było wcześniej, w przeszłości kiedy oni żyli można by dowiedzieć się dużo więcej. Wiedzieli więcej od nas, ale oni już nie żyją. Wypijmy za nich! Za ich pamięć! Za mojego ojca, za ojca Nodara!"(tamże). Również w rodzinie Koperskich ojciec rodziny wzniósł toast za przodków gości i swojej żony Guliko Koperskiej: "Chciałem wypić za waszych przodków! Za przodków tutejszych Polaków, którzy zostali tutaj. Ich już nie ma teraz. Dzieci wyrosły. Została rodzina. Oni na pewno starali się, żeby było lepiej, żeby było dobrze. Oni przeminęli, a teraz żyje jedno pokolenie, a potem drugie, trzecie, czwarte aż po setne pokolenie. Za przodków! Za przodków!"(wyw. nr 16). Treść toastów świadczy o wielkim szacunku dla przodków. Te wypowiedzi uczą następne pokolenia kim byli protoplasci ich rodzin. Utrwalają w ich świadomości obraz "Polaka wykształconego" - jak to określił Tengiz Poniatowski. Podkreślają ciągłość rodziny poprzez zachowanie więzi z przodkami. Najtrafniej ujął sens tych toastów Jura Kuzniecow: "Co robić - starcom należy się wieczna pamięć, a młodym zdrowie!"(wyw. nr 4).
Powyższy sposób przekazu międzypokoleniowego - jego wzniosłość i powaga mogły w znacznym stopniu wpłynąć na wytworzenie sentymentu do dalekiej ojczyzny prapradziadków, jaki odczuwają obecnie ich potomkowie.
Zatem jest to sentyment w formie toastów. Język, w którym wygłasza się toasty, należy do języka mitu. Uczta gruzińska z rozbudowanym ceremoniałem stanowi najlepszą okazję do odtworzenia mitu rodzinnego. Słowo wypowiedziane w formie toastu przez samo wypowiedzenie zostaje ziszczone. "Na Kaukazie zaś wznoszenie toastów jest zwyczajem odwiecznym, ceremoniałem niemal mistycznym, opartym wiarą w to, że słowa wypowiedziane w toaście muszą się ziścić, że ten co nie dopełni ceremoniału picia, narusza święte obowiązki gościa - biesiadnika."(Szczęsnowicz 1990, s. 44). Siła tego słowa może być tak duża, że pragnienie, marzenie w nim zawarte próbuje się zrealizować w czasie i przestrzeni, która nie należy do święta (uczty) lecz do rzeczywistości codziennej. Zaczyna się żyć z tym pragnieniem na co dzień. Sentyment do Polski bardzo często wyraża się w pragnieniu odwiedzenia przynajmniej jeden raz w życiu Polski. Marzeniem wielu starszych członków ich rodzin jest śmierć w Polsce.
Bez marzeń trudne jest życie współczesnych rodzin polskiego pochodzenia w Gruzji. Myślę, że najwyraźniej było to widoczne w czasie biesiady, kiedy każdy uczestnik może wyjawić swoje najskrytsze marzenie w toaście, które w trakcie uczty posiada moc sprawczą. Wielu z nich chce jak najszybciej nauczyć się języka polskiego i pojechać do Polski. A jeżeli nie oni sami to chcą, żeby ich dzieci kontynuowały plany rodziców i dziadków. Za takie marzenia koniecznie trzeba wznosić toasty. Awtandil Maron: "Bez marzeń nie można żyć. Niech Bóg da, żeby każdemu spełniły się jego marzenia. Pijemy do dna. O tak u nas jest w rodzinie polskiej i gruzińskiej. Nodar szeni genacwale (z gruz. oby całe zło, które ciąży nad tobą spotkało mnie) pijemy za nasze marzenia. Niech każdemu spełni się jego marzenie! Niech spełni się do końca!"(wyw. nr 22).
Następne toasty zwykle wznosi się za dzieci, za wnuków, za przyszłość. Tengiz. Poniatowski wygłasza toast za męża Nazibroły Poniatowskiej: "No wypijmy za niego toast! Za ciebie! Za polskiego rzecznika! Za gości z Polski! Za twoje dzieci, żeby miały wszystko! Życzę wszystkiego najlepszego!"(wyw. nr 4). Na to Jura Kuzniecow: "Chcę was wszystkich pobłogosławić, podziękować wam! Nie myślałem, że tylu Polaków do nas zjedzie. Pojedziemy do Uraweli. Dzisiaj czuję się jak na małym święcie. Troszeczkę u nas skromnie. Chcieliśmy was za to przeprosić. Może jeszcze poprawi się nasze życie. Przyjęliśmy was z czystym sercem, a to najważniejsze. Niech Bóg da wam trzy razy lepiej niż teraz macie! Dziękuję wam, że wszyscy wznieśliście toast za mnie. Życia, zdrowia, pieniędzy, wnuków! Niech wam da trzy razy więcej! Bóg lubi trójcę! Trzy razy więcej niż wy mi życzyliście!(tamże).
W naszych biesiadach nie było końca radości i podziękowaniom za to, że spotkaliśmy się, że interesowały nas losy ich rodziny, że oni sami zaczęli przypominać i odtwarzać swoją historię. Chwile spędzone za stołem to czas zawierania przyjaźni między biesiadnikami. Merab Modebadze: "Za przyjaźń Gruzinów do Polski."(wyw. nr 16).
To również czas umacniania się jedności rodziny. Ciągłość rodu i rodziny podkreślana jest przez toasty za przodków i dzieci, za poszczególnych członków rodziny. Goście czyli obcy również zostają włączeni do wspólnoty, którą tworzą wszyscy uczestnicy uroczystego spotkania - uczty gruzińskiej. Dzięki tworzeniu wspólnoty z nami - gośćmi z Polski potwierdzona została "polskość" gospodarzy. Merab Modebadze niejednokrotnie wznosił toasty za swoją żonę Polkę - Guliko Koperską: "Za ciebie Guliko, niech Bóg da ci wszystko, co najlepsze! Chciałem poczęstować domową wódką, ale popatrzę, jak będą miały czerwone policzki to nie, a jak... Za was! Za wasz naród! Ona chciała przygotować taki poczęstunek narodowy gruziński, a ja mówię jej: upiecz ziemniaki, mięso i już. Polacy bardzo lubią mięso i ziemniaki."5 (tamże). Przy okazji tego toastu można zauważyć, jak wygląda w ich oczach obraz Polaka. Przy takich właśnie okazjach młodsze pokolenie, które przysłuchuje się zawsze toastom i temu, co się mówi za stołem, dowiaduje się czegoś o Polakach i Polsce. Poznaje również historię rodziną, dzięki temu pochodzenie polskie nie jest dla nich tylko "suchą" informacją.
To właśnie za stołem przypominano zarówno nam jak i sobie losy rodziny. Opowieści rodzinne, które są częścią składową tożsamości Poniatowskich powstawały w czasie takich niekończących się posiedzeń za stołem. Biesiada stanowi integralny składnik kultury gruzińskiej. Toasty, które wygłaszali biesiadnicy mogą być jednym z kluczy do zrozumienia odradzającej się "polskości" w rodzinach polskiego pochodzenia mieszkających w Gruzji południowej.

Obraz Polaków w oczach mieszkańców Gruzji południowej

Utożsamianiu się z "polskością" współczesnych mieszkańców Achalciche sprzyja pozytywny obraz Polaka, jaki obecnie panuje w Gruzji i zna go większość Gruzinów. Polacy identyfikowani są z cywilizacją europejską, która dzięki ich wybitnym zasługom trafiła do Gruzji. Jura Kuzniecow: "Wszyscy Polacy byli wykształceni. I Europa, i cywilizacja była tam... Car Rosji bardzo bał się ich, dlatego ich tutaj zesłał. Z nimi związana była cywilizacja. Zawsze mądrych ludzi trzymali w klatkach, żeby ich głos nie mógł trafiać do prostych ludzi."(wyw. nr 4). Tak więc Polacy są narodem wykształconym, mądrym. Wszystko co zostało mądrze zbudowane w Gruzji jest dziełem polskich specjalistów. Merab Modebadze: "Poza tym oni byli bardzo mądrym narodem. Jeśli coś tutaj zbudowane jest mądrze to zbudowali to Polacy. W Gruzji, w Achalciche. Byli bardzo wykształceni - inżynierzy. Oni mieli inżynierię kolei żelaznych."(wyw. nr 16). Polacy, którzy przybyli do Gruzji nie byli zwykłymi ludźmi. Byli mistrzami we wszystkim, czym się zajmowali. Ciekawą historię na ten temat przypomniała Guliko Koperska. Otóż Polacy mieszkający w Kutaisi wykonywali tak piękne i oryginalne guziki, że w języku gruzińskim przyjęła się nazwa "Polaki" na guziki.
Do stereotypu Polaka należy również przekonanie, iż polskie nazwiska kończą się na ski, ska.
Poza tym naród polski tworzą osobnicy wysocy i jasnowłosi. Awtandil Maron: "Mówią, że jest to bardzo gościnny naród...bardzo dobry naród, wysoki, piękny."(wyw. nr 22). W czasie wizyty u rodziny Koperskich rozmówcy wskazywali na wygląd jednej ze swoich córek, który miał świadczyć o jej polskich korzeniach. Odcinała się od otoczenia jaśniejszą cerą i włosami.
Pozytywnego obrazu Polaków nie zakłóca opinia, według której Polacy lubią handel i biznes.
Poza tym bardzo lubią mięso. Merab Modebadze: "Ona chciała przygotować taki poczęstunek narodowy gruziński, a jaj jej mówię: Upiecz ziemniaki, mięso i już. Polacy bardzo lubią mięso i ziemniaki."(wyw. nr 16).
Tylko nieliczni ludzie, z którymi rozmawiałam, kojarzyli Polaków z wyznaniem katolickim. Większość dowiadywała się dopiero w czasie naszego spotkania o tym, że katolicyzm jest dominującą religią w Polsce. Wydaje się, że taka sytuacja wynika po części z zakazów, jakimi obłożone zostały wszelkie przejawy religijności w czasie rządów komunistów w Gruzji. Poza tym w ciągu XIX i XX wieku (zwłaszcza) wśród inteligencji gruzińskiej panowało podejście do spraw wiary, które charakteryzowało duże przywiązanie i szacunek dla religii przodków, połączony ze sceptycyzmem i dystansem. Mimo to kościoły rzymsko-katolickie w Gruzji często bywają nazywane kościołami polskimi, w szczególności kościół świętych Piotra i Pawła w Tbilisi. Rzadko natomiast spotykałam się z takim określeniem świątyń katolików rzymskich w południowej Gruzji, co może być spowodowane skomplikowaną sytuacją etniczno-religijną, jaka istnieje w Meschetii. Aktywni działacze na rzecz odradzania polskości podkreślają katolicyzm i wielką pobożność "prawdziwych Polaków". Wydaje się jednak, że obraz Polaka katolika powstał dopiero w ostatnich latach w wyniku ich poszukiwań.
Specyficzną cechą stereotypów na temat Polaków jest to, że Gruzini i współcześni potomkowie polskich przybyszów utożsamiają Polaków z pozytywnymi cechami, które charakteryzują również naród gruziński. Bardzo często podkreślają podobieństwo losów historycznych i zbieżność charakterów. Tengiz Poniatowski: "Ludzie dobrzy, zdolni. Kochają swoją rodzinę, niezależność i lubią wszystkich ludzi. Tak samo jak Gruzini. Bardzo gościnni."(wyw. nr 2). Nodari Poniatowski uzupełnia wypowiedź brata: "Gruzini i Polacy to sławne narody, wielkie, odważne. Połowa pułkowników w Rosji była Polakami."(tamże). Prawie wszyscy ludzie, z którymi zetknęłam się w Gruzji, a więc nie tylko potomkowie Polaków powtarzali powyższe opinie o "starych przyjaciołach Polakach". Większość rozmówców powtarzała, że bardzo lubi i szanuje Polaków. Przybysze z Polski zawsze robią na nich dobre wrażenie. Tina Kiknadze i matka Guliko Koperskiej "rodowite" Gruzinki, z powodu wielkiej sympatii i przyjaźni do Polaków wstąpiły do Związku Polaków Południowej Gruzji. W pełni popierają działalność Nodara Poniatowskiego. Odnalezienie w rodzinie babci, kuzynki, żony, nawet najdalszej krewnej, która posiada pochodzenie polskie stanowi dzisiaj dla Gruzinów powód do wielkiej dumy i honoru. Wydaje się, że jest to jeszcze jeden powód, dla którego potomkowie Polaków pragną odtworzyć więź z ojczyzną przodków. Przejawy sympatii i szacunku do Polaków spotykały mnie na każdym kroku w Gruzji. Prawie zawsze polskie pochodzenie otwierało domy i serca gruzińskie.

Podsumowanie

Proces odbudowy tożsamości polskiej przez współczesnych potomków Polaków, którzy w ubiegłym wieku znaleźli się w Gruzji rozpoczął się wraz z przemianami polityczno - społecznych w tym kraju na początku lat dziewięćdziesiątych XX w.
Zdaję sobie sprawę, że nasz przyjazd - sporej grupy Polaków również przyspieszył formowanie się ich tożsamości polskiej. Myśl o Polsce dopiero zaczynała kiełkować w ich myślach i sercach, aż tu nagle w niecały miesiąc (wrzesień 1997 r.) po zapisaniu się kilku Poniatowskich do tbiliskiego Stowarzyszenia Polaków zjawiają się w ich domu z wizytą Polacy z Polski. To było niemałe zaskoczenie i potwierdzenie ich dążeń w kierunku zbudowania więzi z Polską.
Nie tylko ja dowiedziałam się czegoś o ich rodzinie, życiu, poglądach, ale również oni dzięki kontaktowi z nami wzbogacili swój obraz Polaków. Mogli sprawdzić jak zachowują się Polacy, jak brzmi język polski, jakiego są wyznania, jaka jest różnica czasu między Polską a Gruzją itd.
Zadawane przeze mnie pytania o ich historię rodzinną, o język, religię wpłynęły na formowanie przez nich planów postępowania w przyszłości. W trakcie spotkań i rozmów z nimi, niejednokrotnie doświadczałam uczucia, że budowanie ich tożsamości odbywa się na moich oczach. Jest to dynamiczny, gorący temat. Poszukiwanie i rozmowy z członkami rodziny Poniatowskich, we wszystkich zakątkach Achalciche i regionu Meschetii, poszukiwanie polskich grobów na miejscowym cmentarzu sprawiły, że do wielu odkryć historii rodzinnej dochodziliśmy wspólnie.
Z całą pewnością można jednak stwierdzić, że odtwarzanie przeszłości rodziny rozpoczęli jeszcze przed kontaktem z nami. Jednym z warunków wstąpienia do Stowarzyszenia Polaków w Tbilisi było spisanie historii rodu. Nodari Poniatowski rozrysował nawet drzewo genealogiczne Poniatowskich z Achalciche.
Niewątpliwie odradzanie się tożsamości po okresie strachu i pozornej ciszy, jaka w tym względzie panował w byłym Związku Radzieckim jest zjawiskiem, któremu można przypisać cechy uniwersalne, podobne tym, jakie można zaobserwować w innych sytuacjach i krajach, lecz sposób podejścia do swojej tożsamości i odtworzenie jej wyrasta z kultury gruzińskiej, w której zakorzenieni są już od kilku pokoleń współcześni członkowie Związku Polaków. Zgodnie z klasycznym twierdzeniem w etnologii, iż mity stają się specyficzną formą wiedzy o świecie zawartą w kulturze konieczne jest w tym przypadku większe zagłębienie się w kulturę gruzińską. W niniejszej pracy jedynie zarysowałam głównie filary tej kultury, których wpływ najsilniej odbił się na tworzeniu mitologii rodzinnej.
Wydaje się, że opowieści Poniatowskich i pozostałych rodzin skupiły się na pochodzeniu nazwiska. Takie, a nie inne nazwisko świadczy o narodowości polskiej. Członkowie Związku Polaków w Gruzji Południowej kładli nacisk na to, że pomimo strachu i prześladowań ciągu całej historii ZSRR, nigdy nie zmienili swojego nazwiska na gruzińskie lub rosyjskie, co niejednokrotnie im sugerowano. Dla nich zmiana nazwiska równa się zmianie narodowości. Niektórzy z nich przy określaniu swojej narodowości oprócz nazwiska mogą również powołać się na wpis Polak w paszporcie lub metryce urodzenia.
Gruzini znają historię swoich rodów. Identyfikują nazwiska z pochodzeniem społecznym, regionalnym i narodowym. Według etnologa gruzińskiego Liji Melikiszwili powszechnym zjawiskiem w historii gruzińskiej było poszukiwanie korzeni w obcych i dalekich krajach przez rodziny, o których nikt nic na pewno nie wiedział tutaj na miejscu w Gruzji. Na podstawie zbieżności nazwisk doszukiwano się pokrewieństwa z królewskimi rodami z dalekich części świata lub jak to ma miejsce obecnie ze słynnymi gwiazdami filmowymi i estradowymi w Ameryce, Europie itd.(wyw. nr 23).
I właśnie Poniatowscy oparli swoją opowieść rodzinną na nazwisku, które wskazywało nie tylko na polską przeszłość, ale również na pokrewieństwo z ostatnim królem Polski Stanisławem Augustem Poniatowskim. Opowieść ta upowszechniła się dzięki plotkom o spadku i dzisiaj wszyscy w regionie, a niektórzy nawet w Tbilisi, znają i wyróżniają tę rodzinę. Gruzini w końcu dowiedzieli się skąd wzięła się ta polska rodzina. Dzięki temu Poniatowskim łatwiej jest funkcjonować i działać.
Większość moich rozmówców określa siebie mianem Polaków, ale ojczyzną pozostaje dla nich Gruzja. Czasami dodają, że drugą ojczyzną, którą czują sercem i duchem jest Polska. Wielu mieszkańców Achalciche i okolic uważa się jednocześnie za Gruzinów i Polaków. Często wskazują na rozdwojenie, jakie panuje pod tym względem w ich rodzinach. Stronę męską nazywają polską, bo pradziadek był Polakiem, natomiast strona żeńska jawi się jako gruzińska lub ormiańska, w zależności od pochodzenia babci, matki itd. W związku z tym połączeniem nie określają siebie jako czystych Polaków (tak mówili o nas), ale jako gruzińskich Polaków.
Achalcyscy Polacy cały czas są w trakcie poszukiwania dla siebie miejsca pośród mozaiki etnicznej Meschetii. Po rozpadzie ZSRR i odrodzeniu się państwa gruzińskiego groziło im wyobcowanie. Mitologia i tożsamość zadomawia ich w otoczeniu. Wydaje się, że postawienie na Polskę powiodło się. Już zaowocowało utworzeniem Związku Polaków Połudnniowej Gruzji (1998 r.). Na nowo związali swoim działaniem Gruzję - swoją ojczyznę z ojczyzną przodków Polską. W trudnej sytuacji pod względem ekonomicznym, politycznym, napięć społecznych i etnicznych, w jakich znajduje się obecnie Gruzja, przeszłość polska i związana z nią mitologia daje im nadzieję na przyszłość ich dzieci.

Patrycja Prześlakiewicz

Niniejszy artykuł to fragment książki "Etnos Przebudzony", pod redakcja prof. Lecha Mroza, w ramach serii Studia Ethnologica IEiAK i Wydawnictwa DIG, Warszawa, 2004;

BIBLIOGRAFIA

Baranowski B., Baranowski K.
1987 Historia Gruzji, Wrocław.

Berdzeniszwli D.
1998 Achalkalaki dżawachetskij, Artanudżi, t. 7, s. 51-75.

Borawski P.
1996 Turcy meschetyńscy - jeden z problemów etnicznych współczesnego Kaukazu, "Etnografia Polska", t. XL, z. 1-2, s. 307-317.

Chmielecki T. T.
1998 Gruziński katolicyzm w XIX i na początku XX wieku w świetle archiwów watykańskich, Toruń.

Czikowani T.
1979 Mescheti Samcche. Istoriul - etnograpiuli narkwewi, Tbilisi.

Gralewski M.
1877 Kaukaz.Wspomnienia z dwunastoletniej niewoli, Lwów.

Gulisaszwili A.
1992 Z Ożumiecha na Kaukaz, "Gazeta Przasnyska", nr 1-2 (6/7), s. 7-8.

Kapuściński R.
1983 Zaproszenie do Gruzji, Warszawa.

Krauzowa Z.
1979 Rzeki mojego życia, Kraków.

Lepecki Kp. M. B.
1935 Sowiecki Kaukaz. Podróż do Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu,Warszawa.

Maciejewska K.
1998 Wino w obrzędowości i sztuce Gruzinów, "Pro Georgia", t. VII, s. 39-53.

Malewska H.
1977 Apokryf rodzinny, Kraków.

Mądzik M.
1987 Działalność społeczna - kulturalna i polityczna Polaków w Gruzji na przełomie XIX i XX wieku, Lublin.

Melikiszwili L.
1998 Polietniczieskoje obszcziestwo i konflikt, Tbilisi.

Nawrócenie Kartlii
1995 przeł. D. Kolbaja, Warszawa.

Niersisian M. G.
1985 Dekabristy ab Armenii i Zakawkazie, Erewań.

Posern-Zieliński A.
1982 Tradycja a etniczność. Przemiany kultury Polonii amerykańskiej, Wrocław.

Szarejko P.
1997 Słownik Lekarzy Polskich, t. IV, Warszawa.

Toasty i kuchnia kaukaska
1990 przeł. R.Szczęsnowicz, Warszawa.

Totadze A.
1994 Osetiny na gruzinskoj ziemlje, [w:] Osetinskij wopros, Tbilisi, s. 189-209.

Watieszwili D.
1973 Russkaja obszcziestwienna mysl i pieczać na Kawkazie w pierwoj treti XIX wieka, Moskwa.

Wawrzykowska-Wierciochowa D.
1977 Z orlego gniazda, Warszawa.

Woźniak A.
1971 Struktura etniczna współczesnej Gruzji i jej historyczne uwarunkowanie,
"Etnografia Polska", t. XV, z..1, s. 285-303.
Woźniak A.
1983 Kultura ludowa Gruzji w relacjach polskich do początków XX wieku, "Etnografia Polska", t. XXVII, z.. 1, s. 297-320.
Woźniak A.
1996 Z badań nad Polonią gruzińską drugiej połowy XIX i początku XX wieku, "Etnografia Polska", t. XL, z.1-2, s. 255-273.
Woźniak A.
1998 Polacy w Gruzji w pierwszej połowie XIX wieku, "Niepodległość i pamięć. Polacy na wschodzie", r. V, nr 2(11), s. 29-45.

Zakrzewska-Dubasowa M.
1977 Historia Armenii, Wrocław.



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!