Gruzja przed rewolucją

Początek listopada 2003 r. Jadę do Gruzji po 5 latach od pierwszego pobytu w tym kraju, kiedy poszukiwałam śladów potomków polskich zesłańców na Kaukazie.
Tym razem wracam w roli międzynarodowego obserwatora wyborów parlamentarnych i referendum w Gruzji (2 listopada 2003 r.)
Wracam pełna ciekawości i leku. Jaka tym razem okaże się Gruzja? Czy przyjmie mnie równie serdecznie i otwarcie, jak w czasie poprzednich dwuletnich badań? Czy będzie to rozczarowanie...
Poprzednie wybory w Gruzji, zarówno prezydenckie jak i parlamentarne, nie odbiegały od normy zakaukaskiej – na porządku dziennym było sterowanie, podkładanie głosów i ustalanie wyników zawczasu, zazwyczaj przez już rządzącą ekipę i to zarówno na szczeblu lokalnym jak i centralnym. Czy tak będzie również tym razem...

W trakcie drogi przez Turcję pierwsze trudności. Jak to zwykle po drodze do tego kraju, (z Polski nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych z Gruzją). Czy to w Stambule, czy to w Moskwie, prawie zawsze przed odlotem samolotu do Gruzji – długotrwałe kontrole i przeszukiwanie pasażerów, ale tylko tych o ciemniejszej karnacji i włosach. Mimo polskiego paszportu kilka razy znajdowałam się w tej grupie...
Tymczasem tu, w Turcji, miała być tylko dwugodzinna przesiadka. Chodziłam po lotnisku w Stambule i odliczałam minuty. Nie mogłam uwierzyć, ze za 2 godziny będę w Gruzji i... Bałagan i chaos zaczął się, kiedy samolot, do którego wsiadłam, (wypełniony głównie obserwatorami), został cofnięty z pasów startowych. Tureckie linie lotnicze jako powód wstrzymania lotu podały złe warunki atmosferyczne w Gruzji. Przerwa między jednym lotem a drugim, która według planu miała potrwać dwie godziny, przedłużyła się do 10 godzin, aż do rana następnego dnia.
Opóźnienie samolotu powodowało kolejne opóźnienia i ustawiczny brak czasu już w Gruzji, pośpiech którego tak nie znoszę. Jest to jednak sposób działania większości międzynarodowych organizacji w tym regionie, zupełnie nieprzystający do tempa i rytmu czasu, w jakim nadal żyje większość ludzi w Gruzji. Spieszy się tylko centrum Tbilisi – stolica kraju.
W trakcie pierwszych godzin pobytu na lotnisku pod Tbilisi, odprawy paszportowej i jazdy autobusem po mieście rażąca była dla mnie obojętność Gruzinów wobec przyjeżdżających na wybory cudzoziemców. Nie było miejsca na żaden entuzjazm czy chociażby przyjazne nastawienie Gruzinów, które było tak częste w czasie moich wcześniejszych pobytów w Gruzji. W ich oczach można było wyczytać: ”duża, bogata organizacja międzynarodowa i jej wysłannicy, których zaprosił Szewardnadze...”
W Tbilisi podzielono nas na dwuosobowe drużyny i przydzielono do określonych okręgów wyborczych. Znalazłam się w regionie ”Megrelia, Zemo–Swanetia i Guria” (zachodnia i północna Gruzja). Moim partnerem wyborczym został były ambasador Wielkiej Brytanii w Gruzji. Niezbyt przypadliśmy sobie do gustu. Mieliśmy kłopoty z komunikowaniem się i zrozumieniem. Ambasador poza wytworną angielszczyzną nie znał dobrze żadnego języka, spośród używanych w tym regionie. Ale nie to było wówczas najważniejsze.

Najważniejsza była Megrelia – ojczyzna ”Zwiadzistów”. Od dawna zamierzałam tam pojechać i proszę jadę.
To właśnie tu miała być usytuowana mityczna Kolchida nad Morzem Czarnym. To tutaj przybyli Argonauci po złote runo. Dzisiaj Gruzini – Megrelowie pokazują wąskie zejście z tunelu prowadzącego przez skały nad rzekę, z której Jazon zabrał złote runo i czarodziejkę Medeę. Większość terenów Megrelii to nizina (najniżej położony teren w całej Gruzji) otoczona niewielkimi, skalistymi górami. Klimat jest ciepły i wilgotny, z łagodnością płynącą od morza. W tym czasie (koniec października i początek listopada) prawie całą Kolchidę spowijały mgły i ciężkie deszczowe chmury. To miejsce przypominało mi troszkę – położeniem i klimatem region Polski, w którym się wychowałam, czyli Żuławy i nizinę elbląską, otoczoną również od północnego wschodu wzgórzami tzw. wzniesieniem elbląskim i położoną w takiej samej odległości od morza. Z tą niewielką różnicą, że polski Bałtyk jest kilka – kilkanaście stopni zimniejszy od Morza Czarnego.

Megrelia uważana jest za ojczyznę Konstantine Gamsachurdii (słynnego pisarza i poety gruzińskiego) oraz jego syna Zwiada Gamsachurdii – pierwszego prezydenta Gruzji (obalonego w 1992 r.). Mimo upływu tylu lat nadal znajdowała się tam i znajduje siedziba zwolenników Zwiada Gamsachurdii, tzw. ”Zwiadzistów” i wszelkiego rodzaju opozycji w stosunku do rządów E. Szewardnadze.
Megrelia stała się również schronieniem dla największej liczby uchodźców gruzińskich z czasów wojny w Abchazji (1992–1994). Do dzisiaj na terenie Megrelii i Swanetii działają aktywnie grupy gruzińskich partyzantów – bojowników o przyłączenie Abchazji do Gruzji. Rejony przygraniczne (z Abchazją) penetrują również paramilitarne ugrupowania abchaskie. W ostatnich latach działalność nasiliły wszelkiego rodzaju grupy przestępcze dokonujące rozbojów i porwań zakładników dla okupu.
Kampania przedwyborcza, przed naszym przyjazdem do Megrelii, obfitowała w różnego rodzaju incydenty. Do ostatniej chwili zmieniały się osoby na stanowisku przewodniczącego Rejonowej Komisji Wyborczej w Senaki. W zależności od reprezentowanego przez nie bloku partyjnego wydawały one różne rozporządzenia odnośnie mianowania przewodniczących (podlegających im) Lokalnych Komisji Wyborczych.
Centralna Komisja Wyborcza, do której odwoływali się niezadowoleni członkowie RKW i LKW, nie panowała nad sytuacją, i np. podtrzymywała poprzednie nominacje przewodniczących LKW, co powiększało zamieszanie i napięcie. Pod koniec października. doszło do potyczek zbrojnych w regionie. Siły policyjne i zbrojne bojówki Kachy Rusia (byłego burmistrza Senaki i właściciela największej wytwórni herbaty w regionie) brutalnie rozpędziły demonstrantów z opozycyjnego bloku partyjnego Ruchu Narodowego (na czele z Mikaelem Saakaszwili), którzy zablokowali lokalną drogę łącząca Kutaisi z Poti.
W tym czasie najsilniejszą pozycją polityczną i zapleczem finansowym w rejonie miasta Senaki cieszył się blok partyjny Przemysł Uratuje Gruzję, którego kandydatem do parlamentu był startujący z listy większościowej (”mażoritani”) Kacha Rusia. Równie silną pozycje zajmował inny przedstawiciel Przemysł Uratuje Gruzję – Guram Misabiszwili, który pełnił funkcję przewodniczącego władz rejonu Senaki i popierał działania właściciela fabryki herbaty.

Rankiem następnego dnia wyruszyliśmy z Tbilisi – tureckimi autokarami, (które opanowały transport gruziński), na miejsce – do Senaki. Droga prowadząca z Tbilisi do Senaki przez Kutaisi należy do najpiękniejszych tras w Gruzji. Krajobraz zmienia się po każdym zakręcie drogi. Od wysuszonych, półpustynnych gór wokół Tbilisi po zalesione góry pełne buków, orzechów, jodeł i świerków centralnej i zachodniej Gruzji, przez które w wielu miejscach trzeba przejeżdżać wydrążonymi w górach tunelami, aż po teren leżący 20–30 metrów nad poziomem morza w dolinie rzeki Rioni. Osiem godziny jazdy mija w błyskawicznym tempie.
Już w Senaki zamieszkaliśmy u miejscowej rodziny, w charakterystycznym dla zachodniej Gruzji dwupiętrowym domu z podcieniami i wykuszami, obrośniętym przez winorośl. W jedną ze ścian frontowych wpuszczona była wnęka, w której stał z białego marmuru posąg Matki Bożej – patronki Gruzji. Zza ogrodzenia wystawała rosnąca w ogrodzie wysoka kukurydza i drzewa obwieszone dojrzałymi granatami.
W Senaki do naszej drużyny dołączyła tłumaczka Cicjana (nauczycielka j. angielskiego w miejscowej szkole) oraz kierowca Levan ze swoim samochodem. Przydzielono nam do obserwacji około 40 stacji wyborczych, głownie w rejonie Senaki.
Ponownie problemem okazał się język. Nasza tłumaczka, mimo że uczyła w szkole angielskiego, w rzeczywistości mówiła trudną mieszaniną kilku języków. Na prowincji gruzińskiej ludzie dopiero od kilku lat zaczęli uczyć się języka angielskiego. Wielu ludzi w Gruzji na wsiach nie zna również języka rosyjskiego. W każdym razie dzięki znajomości tego ostatniego języka komunikacja między nami w końcu stała się możliwa. Również nasza podstawowa znajomość języka gruzińskiego była w wielu momentach przydatna, aczkolwiek większość mieszkańców Megrelii posługuje się własnym językiem – megrelskim, który razem z językami gruzińskim, swanskim i lazyckim należy do grupy języków kaukaskich. Megrelowie są dwujęzyczni. Ich językiem państwowym jest gruziński (szkoła, urzędy, życie publiczne), natomiast codziennym, rodzinnym pozostaje megrelski, niezrozumiały dla większości Gruzinów niepochodzących z Megrelii, nie mówiąc już o cudzoziemcach...

Wizytując nasze stacje wyborcze na dzień przed wyborami; – jak przystało na oflagowanych różnymi świstkami i tabliczkami obserwatorów; – zastaliśmy większość członków komisji wyborczych czyniących, wydawałoby się, już ostatnie, kosmetyczne przygotowania lokali wyborczych...
Zakłopotanie nasze i odwiedzanych komisji powodował widok członków komisji, którzy w pośpiechu (pośpiech dotarł również do nich!) nanosili ręcznie poprawki lub sporządzali nowe listy wyborców. Panowało zamieszanie i zdenerwowanie. Z list wyborców, które wisiały już przed lokalami wyborczymi, nic nie mogliśmy zrozumieć. Obok drukowanych list (często z pisemnymi poprawkami, przekreśleniami) wisiały listy sporządzone w formie pisemnej ( w tych punktach gdzie komisja zdążyła). Okazało się, że dopiero 25 października 2003 r. Centralna Komisja Wyborcza przysłała listy wyborców do Rejonowych i Lokalnych Komisji Wyborczych, które miały za zadanie skorygować je i nanieść wszystkie zmiany. Listy nie były uaktualniane od czasów ZSRR. Część komisji zdążyła odesłać poprawione listy do CKW, która następnie w przeddzień wyborów miała przysłać do wszystkich LKW oficjalne uaktualnione wersje list wyborców. Okazało się, ze CKW przysłała oficjalne listy w przeddzień wyborów, ale poprzednie, bez uwzględnienia zmian wcześniej dokonanych przez LKW.
W odróżnieniu od sytuacji w mieście, w stacjach położonych w oddalonych górzystych rejonach, panowała dużo luźniejsza atmosfera. Członkowie komisji obecni cały dzień na posterunku grali w karty, wznosili toasty dopiero, co dojrzałym winem. Jako goście byliśmy ustawicznie zapraszani i zaciągani do wspólnej biesiady, z której ledwo udawało się nam wymykać.

Zakłopotanie, w jakie wpadaliśmy, już po raz kolejny tego dnia, spowodował fakt, iż kilka stacji wyborczych znajdowało się w siedzibach lokalnych władz lub w sztabach wyborczych kandydatów do parlamentu. Na przykład w stacji wyborczej usytuowanej w wytwórni herbaty ”Gergeti”, znajdował się również sztab wyborczy wspomnianego już Kachy Rusii, najbardziej wpływowego mieszkańca Senaki. Ponadto Kacha Rusia pełnił funkcje dyrektora tej wytwórni od kilku lat, a członkowie komisji wyborczej byli w większości, jak się okazało, jego wieloletnimi i zaufanymi pracownikami. Członkowie komisji usilnie nas zapraszali do biura szefa. Kiedy próbowaliśmy uniknąć spotkania z jednym z najpoważniejszych kandydatów w mieście i wsiadaliśmy pośpiesznie do samochodu, usłyszeliśmy, iż właśnie sam Kacha Rusia wyszedł ze swojego biura na nasze powitanie. Ale my już w tym czasie byliśmy w innym punkcie wyborczym, gdzie zamiast Kachy przywitał nas ogromny portret Józefa Stalina wiszący w centrum holu. Później przekonaliśmy się, że więcej podobizn wodza przetrwało w Senaki, łącznie z popiersiem stojącym na placu przed dworcem. Chwilowo znajdowało się w renowacji. Nasze zdziwienie było tym większe, iż Megrelia wydawała się regionem tradycyjnie opozycyjnym, jednym z pierwszych, który opowiedział się za niepodległością Gruzji. Propagującym antysowietyzm i zerwanie z przeszłością ZSRR. Mimo tych zmian dla wielu ludzi Józef Stalin symbolizuje lepsze czasy, kiedy Gruzja była perłą ZSRR. Ostatnie 10 lat bez prądu, wody, z zaległymi pensjami i emeryturami, bezrobociem, rozpadem struktur państwowych, wciąż dotkliwymi konsekwencjami wojen (uchodźcy, partyzanci, zamknięte granice) sprawiło, że ludzie (nawet Megrelowie) zaczęli darzyć minioną epokę sentymentem. Wielu z nich nie może przestawić się na inny sposób życia, zarabiania pieniędzy. Chociaż w wielu miejscach ludzie potrafią zdobywać środki na utrzymanie w nowych warunkach np. zajmując się handlem. W odróżnieniu od okresu sprzed kilku lat, w większości domów był prąd i woda. Ludzie pozakładali prywatne linie energetyczne. Omijali niepanujące nad wieloma dziedzinami życia struktury państwowe.
Mankamentem wielu punktów wyborczych – usytuowanych w budynkach użyteczności publicznej – były katastrofalne warunki sanitarne: walące się toalety lub ich brak, brak wody. W takim stanie znajduje się większość szkół i szpitali, itd. Sytuacja jest porównywalna do warunków w Groznym (nawet gorsza od kiedy PAH i inne organizacje humanitarne zbudowały toalety prawie we wszystkich szkołach i szpitalach w Groznym).
Tego dnia sytuacjom budzącym nasze zakłopotanie i zdziwienie nie było końca, a przecież czekał nas jeszcze najważniejszy i najdziwniejszy dzień: wybory!

Wszystkie lokale wyborcze startowały o godzinie 7. Na tę chwilę wybraliśmy wytwórnię herbaty ”Gergeti” Kachy Rusii.
Na miejscu wyczuwalne było napięcie i zdenerwowanie członków komisji, troskę aby procedery odbywały się w należnym porządku, aby zagraniczni goście nie zauważyli żadnych uchybień.
Przewodniczący Lokalnej Komisji Wyborczej wygłosił na początku mowę w stylu podniosłym, przypominającą przemówienie przewodniczącego komsomołu. Nie wszyscy odebrali ją z jednakowym przejęciem – część obserwatorów, głównie młodych, tłumiła chichot.
W naszej stacji wrzucenie pierwszego głosu do urny stanowiło wielki zaszczyt, który przypadł najstarszej, uprawnionej do głosowania mieszkance okręgu wyborczego. Była nią weteranka II wojny światowej, działaczka Komsomołu, i mimo szacownego wieku, wciąż aktywna pracowniczka wytwórni herbaty. Ona również wygłosiła krótkie przemówienie i oddała głos. Dopiero potem zaczęło się normalne głosowanie.
Tu tak jak i w pozostałych punktach (oprócz nas) byli obecni obserwatorzy z partii politycznych, biorących udział w wyborach oraz z organizacji pozarządowych, takich jak ”Międzynarodowa Fundacja na rzecz Sprawiedliwych Wyborów”. Większość z nich nie tylko obserwowała przebieg wyborów, ale również służyła radą i pomocą komisji wyborczej w trakcie głosowania, a potem liczenia głosów.
Tymczasem udaliśmy się do innych punktów. Wszystko na pierwszy rzut oka przebiegało bez zarzutu, w spokoju, zgodnie z normami demokratycznymi. Jednak gdy zadawaliśmy pytania, trudno było uzyskać odpowiedź. Członkowie komisji czy lokalni obserwatorzy gruzińscy odgradzali się od nas niewidoczną zasłoną, ograniczali nam dostęp do prawdy.
W jednym tylko punkcie wydawało się, że ta zasłona na krótki czas się uchyliła. Jeden z obserwatorów, (jak nam go ktoś przedstawił) ostatni prawdziwy ”Zwiadzista”, przestrzegał nas przed groźbą dramatycznych wydarzeń w Gruzji, jakie mogą nastąpić po wyborach. Na początku widoczne było zdenerwowanie pozostałych członków komisji w oczekiwaniu na to, co powie dalej, ale po rozwinięciu tematu kryzysu światowego, który lekko zahaczał o ogólnoświatowy spisek – pozwolono mu na rozmowę z cudzoziemcami bez skrępowania. Uznano go (tak jak i nas) za niegroźnego wariata.
Po awanturze, którą przypadkowo podsłuchaliśmy w innej stacji wyborczych, dostaliśmy od członków komisji naręcza kwiatów... ”Nie można denerwować i niepokoić gości, a tym bardziej cudzoziemców!” Z kolei inny przedstawiciel komisji chciał namalować portret ”obserwatorów” i gorąco zapraszał na kilka minut do siebie. Sporo wysiłku kosztowało nas wymawianie się od tych propozycji... Tak jakby chcieli zatrzymać nas przed przekroczeniem bariery między fałszem a rzeczywistością.

Przykładem sprawnie wyreżyserowanej rzeczywistości wyborczej był punkt umieszczony w lokalnej mleczarni. Dyrektor zakładu pełnił jednocześnie funkcję przewodniczącego komisji wyborczej (!) Reprezentował blok partyjny ”Dla Nowej Gruzji”, prezydenta Eduarda Szewardnadze. Tym razem nie udało się nam uniknąć spotkania z dyrektorem. Na ścianach jego gabinetu widniały liczne pamiątkowe zdjęcia jego rodziny ze spotkań z Szewardnadze. Jego pracownicy tworzyli zdyscyplinowaną komisję wyborczą. W tym punkcie wszystko przebiegało miękko, sprawnie, bez potknięć. Sprawiało wrażenie (tylko wrażenie, nie mieliśmy okazji zebrać na to dowodów, będąc tam jedynie około 2 godzin) wcześniej ustalonego działania, bez większych niespodzianek. Wszyscy domyślali się już od dawna, jaki będzie wynik głosowania... Szef wiedział.

Na koniec głosowania i noc liczenia głosów powróciliśmy do naszej ulubionej stacji wyborczej w fabryce herbaty. Oficjalne zamknięcie stacji poprzedziła, równie długa jak poranna, przemowa przewodniczącego komisji. Ale tym razem nikt nie żartował i nie naśmiewał się z niego. Większość członków komisji i obserwatorów partyjnych pilnie studiowała podręczniki procedur wyborczych. Były tak skomplikowane i na tyle niejasno sformułowane, iż każdy ze studiujących rozumiał je inaczej. Uzgodnienie jednej interpretacji poprzedzały burzliwe dyskusje i awantury.
Nie dostawaliśmy już kwiatów, na chwilę o nas cudzoziemcach – zapomniano!
W końcu następne sześć godzin spędziliśmy obserwując procedurę, która polegała na tym, że jeden członek komisji – wyciągał po kolei każdy głos z urny, odczytywał głośno wynik, pokazywał wszystkim i odkładał go do określonej grupy. Członek komisji, który nieprzerwanie wykonywał te czynności pod koniec piątej godziny osłabł i mówił już tylko szeptem. Nie sposób było wytrzymać w środku. Co jakiś czas któryś z obserwatorów wymykał się na zewnątrz, aby spełnić kilka toastów młodym winem – za ojczyznę, za przodków, za rodzinę, za dzieci, za spotkanie, za przyjaźń, za wynik wyborów!
Komisja starała się prowadzić procedurę wyborczą krok po kroku, zgodnie z podręcznikiem. W efekcie noc skończyła się koło godziny 7 rano, kiedy do punktu rejonowej komisji wyborczej wkroczył tryumfalnie zmęczony i spocony, ale zadowolony przewodniczący. Niósł ciężki worek z głosami na plecach. Nie miał już sił na żadne podniosłe przemowy.

Tymczasem w stacji rejonowej (w teatrze miejskim w Senaki) panował chaos i zamieszanie. W całym budynku kręciło się dużo ludzi, w tym policji i żołnierzy. Widoczne były komputery, ale nikt przy nich nie siedział. Nikt nie wiedział, gdzie jest przewodniczący. Ciągle wpadali przedstawiciele lokalnych komisji z workami głosów. Nikt jednak nie przejmował się nimi. Glosy były zrzucane na jedną kupkę pod ścianą. Nie zauważyliśmy, aby ktokolwiek wpisywał przywożone wyniki do protokołu. Wybory się skończyły, po co tym dalej się tym zajmować...
Nasz pobyt w Senaki również dobiegł końca. W drodze powrotnej do Tbilisi nasze autokary zostały obrzucane kamieniami przez zbierających się na trasie ludzi. Pojechaliśmy dalej, czując stopniowo narastające napięcie – rozchodzące się od epicentrum przyszłych wstrząsów – Tbilisi.

Pierwszego dnia po wyborach w centrum Tbilisi zaczęły się gromadzić tłumy. Po jednej stronie stanęli zwolennicy Michaela Saakaszwili z flagami, po drugiej wojsko i policja. Centrum miasta zostało zablokowane. Spod opery demonstracja zwolenników ”Saakaszwili – Ruchu Narodowego” i ”Burdżanadze – Demokratów” ruszyła w pochodzie na plac Wolności. Telewizja gruzińska transmitowała na żywo przebieg wszystkich demonstracji. Napięcie i podniecenie ludzi rosło każdego dnia. Coraz częściej słuchałam skarg sfrustrowanych Gruzinów. Sytuację następnego dnia zaostrzyły pierwsze oficjalne wyniki podane przez Centralną Komisję Wyborczą. Tego dnia i w ciągu kilku kolejnych, demonstracje były kontynuowane na ulicach miasta, nieprzerwanie do obalenia Szewardnadze w końcu listopada 2003 r.

Przez te kilka dni, które spędziłam poza Tbilisi, na gruzińskiej prowincji w Megrelii, sam przebieg wyborów w wydał mi się raczej spokojny, mimo incydentów w przeddzień wyborów i drobnych potyczek w kilku lokalach wyborczych. Na szczeblu lokalnym widoczne były starania zarówno członków komisji jak i obserwatorów partyjnych, oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych, aby wszystkie procedury przebiegały sprawnie i bezkonfliktowo. Senaki i okoliczne wsie są zamieszkane przez małe, zżyte od pokoleń społeczności, często spokrewnione ze sobą, gdzie prawie wszyscy wszystko o sobie nawzajem wiedzą. Np. naszemu kierowcy wystarczyło jedno spojrzenie na samochód jadący w tyle za nami, aby ocenić, że w tym przypadku nic nam nie zagraża. Wiedział, kto w nim siedział, z jakiej pochodził rodziny, gdzie mieszkał, czym się zajmował. Cały nasz w efekcie bardzo skuteczny system bezpieczeństwa opierał się na tej zasadzie. Podobna, w moim odczuciu, zasada rządziła wyborami, ich nadzorowaniem, głosowaniem czy liczeniem głosów. W wielu punktach wyborczych wszyscy wiedzieli z góry kto wygra, jaki kandydat osiągnie w danym okręgu najwięcej głosów. Nie było miejsca na niespodzianki Przedstawiciele partii podzielili miedzy sobą głosy.
Jednak władze centralne tym razem nie wzięły pod uwagę, że ludzie w całej Gruzji mieli dość rządów Szewardnadze i jego zwolenników, że tym razem mógł zostać zawiązany inny ”układ sił lokalnych”. Tak też się stało. Wyniki głosowania pokrzyżowały plany ekipie rządzącej. I mimo nowego ”układu sił” władze centralne wolały utrzymać swoje ustalenia, zgodnie z którymi większość w parlamencie powinien był uzyskać blok partyjny prezydenta. Dalsze manipulacje tylko pogarszały sytuację – zwiększały napięcie społeczne.
Niezgodności wyników podawanych przez Centralną Komisję Wyborczą i ich ciągłe zmiany mogły również wynikać z bałaganu i chaosu, jaki panował nie tyle na szczeblu lokalnym, co rejonowym i centralnym. Najbardziej widocznym przykładem były listy wyborców. Mimo poprawek nanoszonych przez Lokalne Komisje Wyborcze – komisja centralna posługiwała się starymi, nieaktualnymi listami z czasów ZSRR. Duża liczba tzw. martwych dusz (nieżyjących ludzi, uchodźców, nie mieszkających w danym punkcie) umożliwiała istotne manipulacje i powiększała chaos. W wielu punktach głosowali wszyscy, nawet ci, których nie było na oficjalnych listach wyborczych CKW. W efekcie liczba głosów, jakie otrzymywała z rejonowych punktów wyborczych CKW nie zgadzała się z liczbą uprawnionych do głosowania.
Również skomplikowana ordynacja wyborcza i procedury liczenia głosów mogły spowodować wiele błędów w czasie sumowania wyników głosowania. Ponadto wydaje się, że Rejonowe Komisje Wyborcze pracowały odrębnym trybem. Podawały z góry ustalone wyniki. Wrażenie to dodatkowo pogłębił chaos w tych punktach, szczególnie nad ranem po dniu wyborczym.
W czasie kolejnych dni napięcie i gniew Gruzinów tylko narastały aż do wybuchu po ogłoszeniu pierwszych wyników przez Centralną Komisję Wyborczą. Największą frustrację zauważyłam w Tbilisi, mniej jej było w Senaki. Zwykli ludzie w Senaki ani nie popierali bloku rządowego Szewardnadze, ani nie ufali nowym siłom – Ruchowi Narodowemu. Lider tego ostatniego – Michael Saakaszwili pełnił – kiedyś funkcję Ministra Sprawiedliwości w rządzie Szewardnadze. We wrześniu 2001 r. Saakaszwili zrezygnował z zajmowanego stanowiska, co stało się jednym z kroków na drodze do zdobycia władzy w niedalekiej przyszłości. Tutaj w sercu Megrelii, jak dowiedzieliśmy się, ostatniego dnia, od naszych gruzińskich przyjaciół, każdy kocha Zwiada i nosi go głęboko w sercu. A obecni politycy są bardzo daleko od idei pierwszego prezydenta. Tak naprawdę nie mieli na kogo głosować w czasie tych wyborów. To nie są kandydaci, którzy cokolwiek zmienią w ich kraju.

Patrycja Prześlakiewicz



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!