Część IV Z Rosji przez Turcję do Gruzji


Wyjeżdżamy z Kabardyno-Bałakrii (droga wyjazdowa z Piatigoroska)


i główną drogą Karaczajo-Czerkiesji kierujemy się do Soczi.


Z prędkością 40km/h wjeżdżamy do zatłoczonego kurortu. To z tego portu odpłwa nasz prom do Turcji... Chcemy wprawdzie jechać do Gruzji nie do Turcji, ale granica (nie tylko lądowa, ale również morska) między Gruzją i Rosją jest zamknięta, stąd dodatkowy punkt programu w postaci Turcji...
Z Lenką na rękach szturmuję kolejkę i wykupuję ostatni samochodowy bilet na prom... (początkowo miła kolejka trochę pomstuje gdy "oformlienie" naszego biletu trwa koło godziny...)


Niestety nikt nie wie skąd prom odpływa, kiedy i gdzie właściwie mamy czekać... Po prostu ruski dworzec i powtórka z rozrywki. 3 lata temu spędziliśy tu cały dzień w oczekiwaniu na wodolot, który zamiast 3 płyną 13 godzin...
Koczujemy pod "Morskim Wokzałem" nie dziwiąc się niczemu. Lenka z uśmiechem na ustach pochłania smaczne rosyjskie lody "w stakańczykach" czyli w waflach, w których leżą w lodówce (ostatnimi czasy zwykle równiez w papierkach)


Na promie postanawiamy wykupić kajutę - a niech tam, w końcu jedziemy z dzieckiem, trochę luksusu nam się należy... Noc spędzamy na pokładzie i na barowych ławach - w kajucie temperatura której nie powstydziła by się rosyjska bania...


I wreszcie Trabzon z którego pozostaje nam raptem 200km do Gruzji.


Radość po przekroczeniu granicy turecko-gruzińskiej (która dzięki Lence trwała 2 godziny a nie 5) i pierwszym dłuższym postoju po morderczym promie z Soczi do Trabzonu...


Kąpiel w Morzu Czarnym, które Lence do gustu nie przypadło, jak zresztą każde inne...


Uśmiech Lenki przyciąga gapiów - po półgodzinnym plażowaniu Lenka wprosiła się na nocleg w Batumi.


Przystanek Tbilisi. Tym razem my wpraszamy się na nocleg do przemiłej rodzinki Tamary.


Mały podróżnik po nieco zabójczym tygodniu w samochodzie stawia pierwsze kroki w okolicach łaźni w Tbilisi...


Lenka wzbudza zainteresowanie zarówno kobiet jak i mężczyzn. Na Kaukazie nie jest niczym dziwnym to, że ktoś podejdzie do naszego dziecka, złapie za rączkę czy nóżkę - pozdrowi. Nawet jeśli jest to mężczyzna - nie wywołuje to żadnych dziwnych skojarzeń, które zaraz przyszłyby na myśl reprezentantowi kultury zachodniej.


Z ulic miasta...

W stronę Pankisi kierujemy się po mapie - miejscowi mówią, że ta droga nie była remontowana od czasów radzieckich - i faktycznie - resztki asfaltu gorsze są od jego braku - 20, 30km/h posuwamy się do przodu. Mało kto tędy jeździ, istnieje bowiem droga okrężna, choć mniej urokliwa.


Przy drogach, w Gruzji bardzo popularna jest budowa źródełek pamięci osoby z rodziny przyjaciela - z nazwiskiem, datą urodzin i śmierci, czasami wizerunkiem. Choc źródełka zwykle znajdują się przy drodze - co nie oznacza jednak, że dana osoba w tym miejscu zginęła...


Jeśli o jakmiś miejscu można powiedzieć, że zostało zapomniane to zdecydowanie jest nim Tianeti - większość domów straszy oknami pozabijanymi deskami, puste ulice, jeden sklep. Uchował się też Stalin - miejscowy dziadek z dumą mówi - Wtedy przynajmniej tutaj się coś działo, a dzisiaj widzicie, wszyscy wyjechali, nikt tu już nie chce mieszkać.


Jesteśmy w Kachetii (którego to regionu częścią jest wąwóz Pankisi),jednym z bardziej urodzajnych regionów Gruzji, słynącym z wina, przepięknych świątyń i ciekawej historii. Zwiedzamy dwie światynie w okolicach wąwozu - Ikatlo (na zdjęciu powyżej) i Alawerdi. Więcej o gruzińskich światyniach, historii


Ikalto - po jakiejś nieprzespanej nocy...


Alawerdi


W Alawerdi Lenka zdjecia nie ma, bo spała w samochodzie pod opieką pani sprzedającej "siemiczki".

Ciąg dalszy...

Część V Wąwóz Pankisi
Powrót do opisu podróży - Z niemowlakiem wokół Kaukazu .



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!