Przez Gruzję i... 600$ na granicy

czyli najpierw o świątyniach a potem o gruzińskim systemie, Saakaszwilim i łapówkach słów kilka...

Pora wracać - do granicy pozostaje nam jakieś 700 km, co oznacza, jeśli się śpieszyć 2 dni, jeśli nie to 3. Wybieramy drugi wariant planując trochę pozwiedzać... W końcu Gruzja słynie z chrześcijańskich świątyń - a my tu ciągle o muzułmańskich obrzędach, górach, koniach i off-roadach.

Aby stereotypom stało się zadość zachaczamy o Gruzińską Drogę Wojenną, zwiedzając świątynię Annuri.


Tankujemy w przydrożnej stacji. 95 to luksus, wlewamy 92...


Mijamy tym razem Tbilisi (bezskutecznie poszukujemy tam mapy Turcji...), nocujemy w hoteliku koło Gori. W cenę wliczona jest mała kolacja... Była istotnie mała - kromeczka chleba i plasterek sera... Siedzimy jak łosie myśląc że przyniosą coś więcej...


Na szczęście Lenka wykazała czujność rewolucyjną i raczkując po restauracji wprosiła się na chrzciny odbywające się w sali bankietowej...


Zaliczamy kolejną stereotypową atrakcje Gruzji - Gori z muzeum Stalina (w tle dom w którym mieszkał ojciec Stalina, szewc)


A to wagon, którym jeździł...


i prezenty, które dostawał od możnych tego świata


Samo Gori, to dość zwykłe miasteczko, typowa radziecka zabudowa lat 50-tych, pomniki Stalina (które jak twierdzą niektórzy ostały się tylko tu - co prawdą nie jest) - ale i starymi kościołami, wąskimi uliczkami, przytłoczonymi przez Aleję Stalina


Za czasów Saakaszwili obskurne balkony zasłonięto różnokolorowymi płytami z plastiku.
Zbudowano również fontanny... Dość często słychać jednak głosy niezadowolenia - "Poza fonatannami, zastraszaniem i aresztowaniami to nic z tego Sakaszwilego nie wynikło!"

I jeszcze skalne miasto - urokliwe, choć nadmiar betonu którym je "poprawiali", psuje trochę ogólne wrażanie.

Niestety Niwa coś zaczyna się psuć - pod górkę ciągnie jakieś 50km/h...
Spec w Kutaisi próbuje zrobić co może - co gorsza nie przyznaje się, że nie może i samochód dalej ledwo jedzie. Dopiero wizyta w największym w mieście warsztacie zmienia postać rzeczy.

Okazuje się niemiecki wtrysk nie wytrzymuje gruzińskiego paliwa, mimo tego, że staramy się tankować na lepszych stacjach.

Uff - dobrze, że popsuł się teraz a nie w Turcji, gdzie Niwa jest rzadkością.
Niestety - tracimy dzień na zabawy z samochodem. Przy dwóch miesiącach, to nie dużo... i bardzo dużo - szczególnie dla gruzińskich pograniczników, którzy od razu zauważają, że przekroczyliśmy czas pobytu samochodem w Gruzji o 1 dzień.

Pamiętna granica - czyli o strachu, łapówkach i Saakaszwilim

Do Gruzji własnym samochodem można wjechać jedynie na 20 dni. Obawiając się, że to może być troche mało, spytałam przy wjeździe:
- Jak można to przedłużyć?
- Musicie wyjechać i wjechać do Gruzji ale tylko przez tą granicę... albo karę zapłacicie.
- A duża ta kara? - pytam, wiedząc że nie będziemy tam i spowrotem jechać 700km z powodu durnego przepisu.
- Nie niewielka - odpowiada celniczka.

Cóż widać, dla Pani celniczki 600$ to mało - bo tyle właśnie wynosiła kara i była to kara oficjalna...

Probuję ich wziąć na litość, na dziecko - ale nic - zastraszeni, zatwardziali.
Zabieram się do rozkładania karimaty mówiąc, że zamierzamy tu nocować z dzieckiem.

Niby chcielby nam pomóc, ale mówią, że ich aresztują jak nas puszczą, bo teraz masowo aresztują i nikt im nie uwierzy że nie wzięli łapówki, jeśli dla nas zrobią wyjątek.... Boją się zrobić cokolwiek.

Cóż (może CBA mnie za to nie będzie ścigać...) - proponuję po połowie - oczy świecą się szefowi zmiany - ale przeraźliwie się boi...

Co możemy zrobić? Dzwonimy do ambasady - nic niestety poradzić nie mogą.
- Musicie dostać zgodę od Sakaszwilego, wtedy by nas puścił. A tak to mnie aresztuje - mówi szef pograniczników. Takich znajomości cholera niestety nie mamy...
Faktycznie, Sakaszwili powsadzał wielu - jednych za łapówki, innych bo przeszkadzali... - mówią spotkani ludzie, tłumacząc wyklinanych przeze mnie pograniczników.

- Jeśli przyniesiecie papiery potwierdzające, że popsuł się nam samochód to bedę miał przynajmniej jakieś potwierdzenie... - dodaje szef zmiany.
- To brzmi lepiej - nadzieje odżywa, choć nadzieja...


Opuszczamy granicę, wracamy do Batumi, do zakładu remontowego (a nie na nadbrzeżny bulwar jak na zdjęciu...).
Rozmawiam z szefem, z pracownikami - nikt nie chce mi pomóc i wystawić papierka, że samochód się popsuł i był tu naprawiany. Boją się panicznie. Proponuję pieniądze. Nic z tego.
- Wie Pani, teraz to można za wszystko być aresztowanym....

Ale pomocni Ci Gruzini - tego naprawdę się nie spodziewałam...
Robię scenę. Na środku ulicy, z dzieckiem próbuję odwołać się do uczuć narodowych - Gruzini to w końcu patrioci - myślę...
- Tak, Gruzini do dobrzy do wypicia wina, a jak trzeba człowiekowi naprawdę pomóc, to nikt się nie znajduje! Myślałam, że Gruzini są bardziej pomocni niż Rosjanie (tak, tak trzeba porównać, to działa na ich honor) a okazuje się że zupełnie odwrotnie!!! My tu przyjeżdżamy rozwijać u Was turystykę, a wy drobnej przysługi nie możecie człowiekowi zrobić!!! Zastraszenie jesteście, o własne d... się tylko boicie, niewolnicy systemu... Coś tam jeszcze o przyjaźni polsko-gruzińskiej dodaje, żebym nie była wzięta za Rosjankę - zwykle mi to nie przeszkadza, ale w tym momencie byłoby niestrategiczne.

Podziałało... tłum się zbiegł, wszyscy coś tam radzą, jakiś starszy pan mówi, że dziś trudne czasy, ale postara się pomóc. No tak, starsze osoby częściej mają dystans do systemu...

- Siadaj, pojedziesz ze mną - podjeżdża jakiś gość całkiem niezłym samochodem, coś poradzimy.
- Jedziemy na milicję, mam tam znajomego, oni wypiszą wam "sprawkę".
Wchodzimy na komisariat przypominający więzienie - coś tam podpisuję, że tu byłam chyba. Tłumaczymi, że chodzi o papierek, że popsuł się nam samochód - i nic więcej.
- Pomógłbym Wam - tym bardziej, że to mój przyjaciel, ale wiesz, dzis takie czasy - aresztują mnie, stracę pracę. Dziś nic nie można zrobić bez zgody prezydenta....
Dostaję głupawki... no już jeśli milicja boi się, że ją wsadzą, to na prawdę dobrze temu systemowi nie życzę...
- Co tu u was Związek Radziecki? - pytam po powrocie do samochodu.
- Gorzej - odpowiada gość, który pewnie z ZSRR niewiele pamięta. Za byle co można iść siedzieć.
- Walczą z korupcją terrorem... ale czy naprawdę już ludzie nie biorą? - pytam.
- Kiedyś wszyscy brali łapówki, celnicy w szczególności... Teraz się boją. Też biorą, ale nie na takim poziomie, większe pieniądze wchodzą w grę. Teraz zeszło to do podziemia, mafia się tym zajmuje, ale ich takie kwoty jak 1000 lari nie interesują. Wiesz, kiedyś, dzięki drobnym łapówkom mogłem przynajmniej utrzymać rodzinę. Teraz moja pensja jest równie mała - więc jakoś sobie trzeba radzić....

Koczujemy pod zakładem. Jakiś sympatyczny mechanik przynosi chaczapuri. Głupio mi się robi...

Gość ciągnie nas na górę do jakiegoś mieszkania - gołe baby na ścianach - wygląda na kawalerską norkę.
- Ta kobieta wypisze wam sprawkę - mówi.
I faktycznie - po dłuższej chwili kobieta napisała całe wypracowanie, o tym, że samochód sie popsuł itp. Podpisała się... ale pieczątki już nie mogła postawić... Że nie ma, nie wie...
Znając jaką wagę przywiązują w tych regionach do czerwonej pieczątki, nie liczę, że cokolwiek wskóramy. Jeszcze kontrolny przegląd - pomazali nam tu i ówdzie olejem, żeby było widać, że naprawę robili przegląd.

Warsztaty powoli się zwijają, robi się późno. Gość z samochodem odjeżdża. Nie chce od nas kasy. Też widzi, że taki papierek to tylko pozory. Wracamy na granicę.
- I tak nic nie wskóracie..., te rękopisy to sobie możecie włożyc... - gość z granicy śmieje się z papierka...
- To po co nas durniu wysyłasz z dzieckiem, żebyśmy cały dzień tracili i załatwiali sprawki! Sumienia nie masz!

Zbliża się wieczór. Szukamy miejsca na namiot. Zjeżdżamy z drogi na jakiś zielony teren poprzecinany jakimiś rowami... Rano okazuje się że to poligon, ponadto czynny...

Trudno - szkoda nam czasu i dziecka (jest 40 stopni w cieniu) - trzeba będzie potem pędzić przez Turcję.
Mówię celnikom/pogranicznikom co o nich myślę (niecytowalne), dodaję na odchodne "Niech żyje Abchazja w Rosji" (w tym momencie naprawdę tak myślę) i jeszcze kilka innych poruszających serca gruzińskich patriotów sloganów i wpłacam te cholerne 1000 lari.

Jeszcze trochę procedur granicznych - jakiś celnik widząc moją minę i słysząc "A patrzcie gdzie chcecie..." - boi się już zajrzeć nawet do bagażnika...Tym razem przejeżdżamy szybko. Uff Turcja, w końcu w cywilizowanym kraju...

I tak rodzą się stereotypy... Mimo pewnego niesmaku jaki pozostał, na pewno wrócimy jeszcze do Gruzji, a z pewnością do Pankisi.

PS. Przekraczając granicę obiecaliśmy sobie NIEKUPIĆ 50 gruzińskich win. Już 10 nie kupiłam, decydując się na mołdawskie wzamian. Nie zdziwiły mnie demonstracje na ulicach Tbilisi przeciw Saakaszwilemu. Też bym się dołączyła.... Czy pomogą trudno powiedzieć - może jednak Sakaszwili będzie musiał troche odpuścić i dać ludziom żyć.

Ciąg dalszy...

Część X Powrót przez Turcję, Bułgarię, Rumunię i Słowację
Powrót do opisu podróży - Z niemowlakiem wokół Kaukazu .



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!