Wymodlić pokój na Kaukazie

Pankisi onieśmiela. Chrześcijaństwo, pogaństwo, islam, wszystko wymieszane jak w jakimś cudownym wywarze, od którego można postradać zmysły. A gdy jeszcze miejscowe kobiety zaczną wzywać w ekstatycznym tańcu imion Boga...

W jednym z najbardziej wysuniętych na północ zakątków Gruzji, u stóp wysokiego Kaukazu leży dolina rzeki Alazani i wąwóz o nazwie Pankisi. Z, górującego nad Pankisi wzniesienia, na którym zachowały się ruiny świątyni chrześcijańskiej z początkowego okresu chrystianizacji Gruzji (IV w.), rozciąga się widok na całą dolinę położoną na styku Gruzji z Czeczenią, Dagestanem i Azerbejdżanem. Na pierwszym planie szmaragdowa rzeka Alazani i dwie wieże: starego i nowego meczetu w Duisi – największej i centralnej wsi całego wąwozu. Meczety w Duisi toną w rozległych ogrodach. Pnąca się tam winorośl, krzewy, drzewka owocowe i warzywniaki otaczają, budowane na wzór kachetyński (wschodnia Gruzja), piętrowe domy gruzińskich Czeczenów, nazywanych w Gruzji – Kistebi, a w spolszczonej formie – Kistami. Baczny obserwator zauważy też, pasące się na łąkach wzdłuż rzeki, stada koni i owiec.

Cudowne źródło i gniazdo jaskółek

Spokój doliny burzą, podnoszące się co jakiś czas, tumany kurzu na głównej drodze we wsi. Wzniecają je jeźdźcy na małych konikach, pędzący z jednego krańca doliny w drugi, w kierunku drogi prowadzącej do Czeczenii. Stamtąd, od końca XVIII w., przyjeżdżali do Gruzji pierwsi przodkowie Kistów – dumni Majstyńcy i Melchowie, największe rody czeczeńskie z pogranicza Czeczenii i Inguszetii. Dziś w samym Pankisi mieszka około 8 tysięcy Kistów. Jak głosi legenda, około 200 lat temu kilku czeczeńskich chłopców z Majsty, czyli górnej Czeczenii, wyprawiło się w poszukiwaniu zbłąkanych owiec i zagubiło w górach Kaukazu. Po paru dniach ojcowie owych chłopców wyruszyli na poszukiwania, które zawiodły ich na drugą stronę gór. Znaleźli się w gęstych i nieprzebranych lasach Gruzji. Znużeni wędrówką wbili swoje laski w ziemię i zdrzemnęli się na chwilę. Chwila wydłużyła się w całą noc, a rano, w miejscu gdzie zostawili laski, ujrzeli tryskające źródło. Na złączeniu lasek jaskółki zdążyły już uwić sobie gniazdo. Ojcowie zarzucili dalsze poszukiwania i uznali całe zdarzenie za znak dany od Boga – tu zamieszkają po wsze czasy, oni, ich dzieci i wnuki. Sprowadzili więc z Czeczenii swoje rodziny i osiedli na tej ziemi. Książęta gruzińscy, do których należała dolina, chętnie oddawali Czeczenom swoje tereny w dzierżawę. Potrzebowali bitnych górali do obrony rubieży gruzińskich przed grabieżczymi napadami rabusiów z Dagestanu i chanatów azerbejdżańskich.
Z czasem, przez cały wiek XIX, oprócz Majstyńców, do Pankisi zaczęły napływać inne rody czeczeńskie i inguskie. Byli to głównie zbiegowie przed carskimi wojskami, które w tym czasie podbijały Kaukaz Północny i tłumiły kolejne powstania czeczeńskie. Wśród uciekinierów nie brakowało też osób poszukujących schronienia przed, ciążącym na nich, brzemieniem „odpowiedzialności za przelaną krew”, popularnie określaną mianem „krwawej zemsty” lub banitów wyrzuconych poza nawias społeczeństwa. Założycielem jednej wsi w dolinie Pankisi o nazwie Żokoło był np. niejaki Żokoła – herszt bandy abregów (kaukaskich rozbójników). W końcu wojska gruzińskie okrążyły Żokołę w jednym z domów w dolinie pankiskiej. Po długich pertraktacjach Żokoła zgodził się przyjąć warunki Gruzinów. Złożył broń, oddał zagarnięte kosztowności i osiadł z braćmi w Pankisi. Zaczął nowe życie. Podobnie jak i wielu innych. W Gruzji szczęścia szukali bowiem również Czeczeni i Ingusze, którzy mieli dość, narzucanej im odgórnie siłą, islamizacji, dość misjonarskich wybryków słynnego przywódcy powstania przeciw Rosji, imama Szamila i jego rządców (naibów), dość wtłaczania w państwo oparte na szariacie. Żeby to jeszcze Czeczen, ale on był tylko nadętym Awarem! Wielu z nich chciało zachować lokalne kulty, oddawać cześć przodkom, a Ingusze – pozostać wierni swojej mieszance pogaństwa z chrześcijaństwem. Górale gruzińscy (Pszawowie i Tuszyni), mieszkający w regionie sąsiadującym z Pankisi, mimo że formalnie zostali schrystianizowani, nadal oddawali cześć lokalnym bóstwom, jak choćby Białemu i Łaszarskiemu Jerzemu (Georgi) czy bogini przyrody i łowów, Tuszoli, więc ze zrozumieniem przyjmowali uciekinierów z Kaukazu Północnego. Zawierali z nimi pobratymstwo albo wchodzili w związki rodzinne, zawierając małżeństwa lub przyjmując całe rodziny do swoich rodów. Kościół gruziński nie dawał jednak za wygraną. Raz po raz wysyłał do górali gruzińskich i Czeczenów swoich misjonarzy. W 1866 r., prawosławnej misji Kościoła gruzińskiego, udało się we wsi Żokoła zbudować cerkiew, do której uczęszczali, zarówno górale gruzińscy, jak i Czeczeni. O dolinie Pankisi nie zapominali również misjonarze islamscy z sąsiedniej Czeczenii i Dagestanu. W 1902 r. postawili meczet w Duisi, który wkrótce stał się centrum działalności, popularnych na Kaukazie Północnym, bractw sufickich. Najwięcej zwolenników w Pankisi zdobyło bractwo Kunta Hadżi Kiszyjewa (jednego z przeciwników imama Szamila i prowadzonej przez niego walki zbrojnej z wojskami cara) należące do tarikatu ("drogi") Kadirija. W całej dolinie wyrastały wtedy, jak grzyby po deszczu, kolejne bractwa, w tym także – co jest rzadko spotykane – kobiece. Owe „hadżistki” – jak się tu je nazywa – zbierają się we wszystkie większe święta i odprawiają grupową modlitwę ekstatyczną, czyli „dzikr”. Modlą się po arabsku, czeczeńsku i gruzińsku, a nierzadko jest to mieszanina czeczeńskiego z gruzińskim, tzw. dialekt kistyński, którym posługuje się większość gruzińskich Czeczenów.
Kistowie w ciągu ponad 200 lat pobytu w Gruzji przejęli wiele elementów kultury gruzińskiej, są jednak rzeczy, które się nie zmieniły. Oprócz religii i, częściowo, języka zachowali surową etykietę zachowań wewnątrz rodziny. I tak np. wszelki dotyk i kontakt damsko-męski w obecności innych ludzi traktowany jest jako tabu. Zaloty odbywają się głównie przy pomocy gestów, mimiki twarzy, ale nigdy w obecności świadków. Kobieta, szczególnie młodo poślubiona, nie może siedzieć w obecności teściów i braci męża, nigdy nie odzywa się też pierwsza w ich obecności. Wszystkich członków rodziny obowiązuje zakaz nazywania się prawdziwymi imionami. Ale już zwyczaje dnia codziennego Kistów, takie jak kuchnia, uroczystości rodzinne, wesela, pogrzeby i święta uległy całkowicie wpływom kultury gruzińskiej. Kistowie, tak jak Gruzini, uprawiają winorośl i piją wino szklankami lub w bawolich rogach.

Władze gruzińskie całkowicie zaakceptowały czeczeńskich przesiedleńców i zbiegów. W okresie powstania niepodległej Republiki Gruzińskiej (1918-1921) przyznały im obywatelstwo. Urzędnicy nadawali wówczas Czeczenom imiona i nazwiska gruzińskie. W efekcie wielu Czeczenów używa dziś podwójnych imion – czeczeńskich i gruzińskich. To, że w gruzińskim paszporcie ktoś figuruje jako Irakli (popularne imię gruzińskie) wcale nie znaczy, że jest tylko Iraklim. Wszyscy wiedzą, że tak na prawdę nazywa się Wacha. Między innymi, dzięki takiej „masce gruzińskiej” Kistowie uniknęli stalinowskich deportacji do Azji Centralnej w 1944 r., co spotkało ich pobratymców z Czeczenii, Inguszetii i Dagestanu.

Do powstania tego niezwykłego kalejdoskopu kultur w Pankisi przyczynili się również, przybywający od końca XIX w. z Dagestanu i Azerbejdżanu, Lezgini i Awarowie oraz Osetyjczycy z Osetii Południowej. W ten sposób region zaludniły grupy etniczne błąkające się na rozdrożach kulturowych – na styku kilku języków, religii i zwyczajów dnia codziennego.

Prawdziwa Mekka dla wszelkiej maści socjologów, historyków, dziennikarzy, podróżników i, przede wszystkim, etnologów...

„Straszny” wąwóz

Pierwszy raz odwiedziłam Kistów w Pankisi jesienią 2004 r. Domorośli „eksperci od Wąwozu” straszyli mnie porwaniami cudzoziemców dla okupu, ciężką sytuacją humanitarną i ogólnym brakiem bezpieczeństwa. Od początków II wojny rosyjsko-czeczeńskiej, czyli od 1999 r., do doliny przybyło bowiem ponad 10 tysięcy uchodźców z Czeczenii. Prawie cały ciężar utrzymania nowych przybyszów ponosili ich najbliżsi krewni – Kistowie. W domach, szkołach, ośrodkach zdrowia i innych pomieszczeniach publicznych mieszkali schorowani, pozbawieni jakiegokolwiek dobytku ludzie. Niektórzy uchodźcy hodowali owce, zakładali pszczele pasieki i trenowali swoich synów w, popularnych na Kaukazie, sportach walki. „Niech zrobią karierę sportową, to wyjdą z tej nędzy” – myśleli. Wszystko to jednak było za mało. W końcu zaczęło dochodzić do konfliktów między Kistami i uchodźcami. Czeczeni z Czeczenii zaczęli wprowadzać swoje porządki w dolinie. Powołali, odrębną od kistyńskiej, Radę Starszych. Wyśmiewali język czeczeński, jakim mówią Kistowie. Islam i rytuały kistyńskich bractw sufickich uważali za skażone pogańskością i „błędami”. Próbowali narzucić Kistom radykalną formę islamu, głosili powrót do „czystej” religii Proroka, zyskującej coraz większą popularność w Czeczenii. W odpowiedzi Kistowie zamknęli przed tymi, najbardziej wojującymi z miejscową tradycją, drzwi do meczetu w Duisi. „Nowi” Czeczeni przy pomocy misjonarzy z Arabii Saudyjskiej zbudowali jednak swoje meczety w Duisi, Omalo i Birkiani, dzisiaj określane powszechnie mianem „wahhabickich”. Przychodzą do nich tylko ci „prawdziwi” Czeczeni, „prawdziwi” muzułmanie. A przecież Kistowie nie są ani jednym ani drugim. Mimo oporu wobec neofickiej hucpy uchodźców – Kistowie przestają powoli uczęszczać na wspólne nabożeństwa z Gruzinami. Cerkiew w Żokoło pustoszeje. Coraz rzadziej przyjmują też zaproszenia gruzińskich górali na chrzciny i wesela. Kistowie znów, jak 200 lat temu, znaleźli się na rozdrożu – między „czeczeńskością” i „gruzińskością”.
A kłopotów tylko przybywało. W latach 2001-2002 w dolinie grasowały liczne bandy przemytników broni, handlarzy żywym towarem i narkotykami. I kto winny? Kistowie. Dolina została zamknięta dla wszystkich poza stałymi mieszkańcami Pankisi. Na drogach wjazdowych wojska gruzińskie i oddziały samoobrony kistyńskiej wystawiły punkty kontrolne. Blokada Pankisi zakończyła się pod koniec 2002 r., kiedy Kistowie z pomocą wojsk gruzińskich całkowicie rozprawili się z bandami w dolinie. Mimo to dwa lata później, w 2004 r., na wjazd do Pankisi wciąż było potrzebne zezwolenie władz gruzińskich i należało przestrzegać specjalnych środków ostrożności. Nie można było zostawać w dolinie na noc, trzeba było wracać do centrum rejonu – Achmety, a w wąwozie cudzoziemcowi miała towarzyszyć uzbrojona ochrona. Im bardziej zbliżał się termin wyjazdu do Pankisi, tym więcej pojawiało się obwarowań i zakazów. Nie! To nie ma sensu – uznałam – kto będzie chciał rozmawiać z cudzoziemką otoczoną uzbrojonymi ochroniarzami, która nie będzie nic jeść ani pić, a przed zmrokiem będzie uciekać na nocleg do miasteczka, oddalonego kilkanaście kilometrów. Na nic taki wyjazd! W takich warunkach nie da się przecież rozmawiać z ludźmi! Rezygnuję! Zrezygnować łatwo! A jednak nie! Przypomniałam sobie o gruzińskich etnologach, którzy po secesji Abchazji i Osetii Południowej, prowadzili od połowy lat 90. badania we wszystkich rejonach zapalnych Gruzji. – Ależ skąd – jaka ochrona? Po co nocleg w Achmecie?! Co za bzdura z tym jedzeniem i spaniem! – usłyszałam – Możecie spokojnie jechać „marszrutką” z Tbilisi do Duisi. Tam wyjdzie wam na spotkanie rodzina, która jest z nami zaprzyjaźniona i sprawuje nieformalne przywództwo w całej dolinie pankiskiej!
Podróżowanie po prowincji gruzińskiej jest dużo łatwiejsze i bezpieczniejsze, jeśli można poruszać się szlakiem rodzinno-krewniaczym. W momencie pierwszego spotkania obcy nie jest tak bardzo obcy. Ta zasada ma szczególne znaczenie w trudno dostępnych, izolowanych regionach, gdzie ludzie zawsze starają się oswoić obcych – czy to przez pokrewieństwo, czy poprzez gościnę. Gość zostaje przyjacielem rodziny i z potencjalnego wroga zamienia się w przyjaciela, a nierzadko w kogoś o wiele bliższego – pobratymca lub nawet krewnego!

No i udało się! Pojechałam do Pankisi, żyję i przekonałam się jak dalekie od prawdy było czarnowidztwo „ekspertów”. Żadna tam "czarna dziura Kaukazu", jak się czasem pisze w polujących na sensacje mediach. W Pankisi panował spokój, chociaż bieda, frustracja i przygnębienie Kistów były widoczne na każdym kroku. Pankisi nigdy nie było bogatym rejonem Gruzji. Tymczasem ponad 4 tysiące uchodźców czeczeńskich nadal pozostawało gośćmi Kistów. Większość pozbawionych perspektyw i pomocy socjalnej uchodźców (ani be ani me po gruzińsku, o pracy nawet nie ma co marzyć), nie chcąc być ciężarem dla swoich krewnych w Gruzji, marzyła o wyjeździe do Europy Zachodniej lub Ameryki Północnej. Części z nich udało się w ramach tzw. „transferu” znaleźć azyl w Europie Zachodniej i Kanadzie. Ci, którzy pozostali wołali do cudzoziemców: Zabierzcie nas do swoich walizek! Chcemy, jak wy, mieć prąd i gaz, ogrzewane mieszkania i ciepłą wodę!

Wróciłam do Pankisi wiosną tego roku, kiedy uchodźców czeczeńskich zostało w dolinie zaledwie 200-300 osób. Część z nich wróciła w ramach tzw. dobrowolnej repatriacji do Czeczenii, część wyjechała do Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, gdzie uzyskała azyl. Zostali tylko Kistowie i uchodźcy kistyńscy z Czeczenii (Kistowie, którzy wyjechali w poszukiwaniu pracy do Czeczenii w początkach lat 90. i uciekli wraz z wybuchem II wojny czeczeńskiej).

Dzikr

Odwiedziłam ten sam dom, co 2 lata temu. Piętrowy z rozległym tarasem, obrośnięty winoroślą. Z jej owoców robi się ciężkie, purpurowo-granatowe wino kistyńskie, które zostawia na ustach specyficzny osad tej samej barwy. Dom otoczony jest dużym ogrodem, pełnym kwiatów i krzewów, które zbierała we wszystkich zakątkach Kaukazu jego właścicielka, Makwała. Imię „Makwała” nadała jej gruzińska nauczycielka. W języku gruzińskim oznacza ono „czarne jeżyny”, bo takiego koloru oczy miała niesforna, wiecznie marząca i śmiejąca się, dziewczynka kistyńska, która przyszła do pierwszej klasy w szkole w Tbilisi.

Dziś Makwała należy do jednego z bardziej szanowanych rodów kistyńskich w całej dolinie i praktycznie nie ma rzeczy niewykonalnej w Pankisi dla ponad 70-letniej „Badi”, jak ją pieszczotliwie nazywają Kistowie.

Makwała na powitanie ściska, całuje i krzyczy: – Gdzie tak długo byłaś, czemu nie przyjeżdżałaś, jak się czujesz, rodzina i dzieci zdrowe?! Zamiast wsiąść do samochodu – biegnie przed ładą-niwą. Nie ma cierpliwości w niej siedzieć. Tyle spraw do załatwienia! Po drodze musi wszystko pokazać, musi zwołać wszystkich na powitanie. Musi przekazać mi, a ja światu, posłanie kobiet kistyńskich: Marszua Kawkaz – „Nigdy więcej wojny! Pokój na świecie!” Badi zwołuje swój „żeńskij otriad”, jak nazywa kobiece bractwo „hadżistek”, w Duisi. „Hadżistki” należą jednocześnie do fundacji Makwały – Marszua-Kawkaz, założonej w 2003 r.
Kobiety pankiskie cały czas mają nadzieję, że ich modlitwa przyniesie upragniony koniec konfliktów na Kaukazie Północnym. Tak jak w wojnach XIX w., kiedy chustka rzucona przez kobietę na pole bitwy przerywała dalszą walkę. Tylko czy dziś ktoś na Kaukazie zauważy tę chustkę i zrozumie sens gestu...? Dlatego Badi chce poruszyć cały świat.

Objeżdżamy domy wszystkich „hadżistek” w Duisi. Badi dobija się do żelaznych wrót domów kistyńskich. Na podwórkach pojawiają się staruszki, ledwo trzymające się na nogach, z białymi, mokrymi ręcznikami na głowach (jest okropny upał!). Znękane staruszki mówią, że dziś to nie mają sił na „dzikrowanie” i tłumaczenie cudzoziemce, o co chodzi kobietom kistyńskim... Ale Badi jest nieustępliwa. Spiera się, tłumaczy, przekonuje. Kobiety wiedzą, że jej nie można odmówić. Po godzinie uwijania się po wsi zawracamy pospiesznie do, stojącej obok starego meczetu, sali kobiecej. Wszystkie już są. Czekają na nas. „Hadżistki” siedzą w kręgu. Wśród nich, majestatycznie spoczywa na poduszkach Alcani – mistrzyni "hadżistek" w Duisi. Po dwukrotnej pielgrzymce do Mekki przywdziała zieloną suknię i białą chustę. W dolinie uważana jest za osobę świętą. Alcani daje znak. Cichną wszystkie rozmowy i narzekania staruszek. „Hadżistki" zaczynają modlitwę – dzikr! Wyśpiewują modlitwy po arabsku i kistyńsku. Wymieniają wszystkie imiona Boga. Powtarzają je rytmicznie, zaczynają klaskać w ręce, uderzać miarowo w ziemię i kołysać się. W modlitwę do Boga, wplatają modlitwy o pokój w Pankisi, o życie wieczne dla swoich zmarłych, proszą też o zdrowie dla rodzin i pomyślność dla gościa przysłuchujących się dzikrowi. Dalej śpiewają o losach Czeczenów walczących o wolność Czeczenii w XIX w., o Czeczenach zesłanych na Syberię i tych ginących obecnie na wojnie... Kiedy emocje sięgają szczytu, wstają i odsuwają poduszki. Zaczynają bieg po kręgu, najpierw powoli, majestatycznie, potem co raz szybciej, rytmiczniej. Znów wzywają Boga jego niezliczonymi imionami. Klaszczą w ręce i uderzają nogami o ziemię. W końcu te, ponad 70-letnie staruszki, jeszcze przed chwilą ledwo człapiące, pędzą po kręgu, co raz bardziej uniesione, jakby wzbijały się ponad ziemią. Na znak Alcani zmieniają kierunek biegu, wpadają w trans, niewolniczo posłuszne rytmowi nieustannie powtarzanej modlitwy. W końcu Alcani stopniowo spowalnia tempo biegu. Zziajane, mokre i lekkie jak piórka, z biegu przechodzą do majestatycznego kroku. W końcu stają już jakby wyciszone. Alcani błogosławi wszystkich. Na potwierdzenie rozlega się zewsząd: „amin, amin, amin”. Wszystkie dziękują za obecność i wspólną modlitwę. Mi też.
Badi nie bierze tym razem udziału w dzikrze. Z zapałem opowiada, o czym śpiewały jej „diewoczki”. Tłumaczy jak razem z pieśnią, wysiłkiem i wydzielanym potem, człowiek uwalnia się od nieczystości spowodowanej grzechem i wyzwala w sobie energię do życia, do realizacji kolejnych wielkich celów. A celów i zadań przed „otriadem” Badi co najmniej kilka. Badi pragnie, aby jej grupa jeździła z koncertami po Europie i pokazywała wszystkim ludziom kulturę kistyńską. Żeby ludzie zobaczyli jak Kistowie potrafią śpiewać i modlić się. – mówi – Nie jesteśmy dzikusami i terrorystami, a tak piszą w Rosji i w Europie. Będą apelować do opinii światowej o pokój na Kaukazie, o to, by nie zapominać o tej krainie, o jej nieszczęściach. Chcą osobiście zaprosić wszystkich chętnych do odwiedzenia Pankisi. – Niech przekonają się na własne oczy, że mówimy prawdę. Pragną, aby ludzie z całego świata podziwiali piękno przyrody otaczającej Kistów. – Za pieniądze z koncertów w Europie i na całym świecie, zbudujemy bazę turystyczną w najpiękniejszym miejscu gruzińskiego Kaukazu – nad wąwozem Hadori. W tej bazie będzie praca dla bezrobotnych, młodych Kistów. Po bazie przyjdzie pora na postawienie domu dla sierot i ludzi bezdomnych z Czeczenii. Tak w zarysie wygląda plan Badi i jej „żeńskiego otriadu”. Mimo, że oprócz samej założycielki do grupy należą najbardziej szanowane kobiety kistyńskie w Pankisi, większość Kistów ironicznie się uśmiecha. Działalność staruszek „hadżistek” najwięcej śmiechu i kpin budzi wśród młodych Kistów, odrzucających tradycje bractw sufickich ojców i dziadków. To oni, młodzi przecież najlepiej wiedzą, czym jest islam i zbawienie. Trzeba wierzyć tylko w to, co mówią uzdrowiciele islamu, misjonarze przyjeżdżający do Pankisi z ojczyzny Proroka – Arabii Saudyjskiej i z Czeczenii. W nowych meczetach w Duisi, Omalo i Birkiani gromadzą się wszyscy zwolennicy oczyszczenia islamu z sufickich i pogańskich "naleciałości", w tym z dzikru. Co z tego, że ludzie z rodu Badi, ona sama i jej nieżyjący mąż (mistrz świata w zapasach), należą do najbardziej cenionych mieszkańców Pankisi, spokrewnionych z przywódcami czeczeńskich elit. Badi ze swoim planem jest „wariatką”. Taką samą wariatką jak wtedy, kiedy chcąc wrócić do pełnego zdrowia po zawale serca, kapała się zimą w rzece Alazani. Codziennie o świcie razem z najbliższą przyjaciółką przychodziły nad rzeczkę. Zakładały białe, długie chałaty i rozpuszczały czarne włosy, które przysłaniały im twarze. Po krótkiej rozgrzewce wskakiwały do przerębli. Kąpiel, nawet latem, w stroju kąpielowym, jest dla kobiet kistyńskich zakazanym owocem, nie mówiąc już o wykonywaniu takich dziwnych ruchów jak gimnastyka i pływanie, zwłaszcza zimą... Badi z dnia na dzień czuła się zdrowsza. Kąpiele Badi przestały być jednak anonimowe, kiedy pewnego ranka zbłąkany kierowca autobusu ujrzał ze wzgórza dwa „cziorty” w dolinie. Podniósł alarm, postawił na nogi cały wąwóz. Szybko okazało się, kim były te „cziorty”! Całe Pankisi trzęsło się ze śmiechu jeszcze kilka lat po zdarzeniu. Ale mimo to Kistowie nie potrafią odmówić Badi niczego – ustępują przed autorytetem rodziny i charyzmą tej drobnej Kistynki.
Następnego dnia staruszka postanawia nas zawieźć do, najdalej wysuniętej na północ w dolinie, wsi, Dzibachewi. Z tego miejsca prowadzi najkrótsza droga do przyszłej bazy turystycznej w Hadori. Znów jedziemy ładą-niwą. Znów Badi biegnie przed ładą i zbiera pod drodze swoje „hadżistki”. Tym razem wszystkie są odświętnie ubrane w suknie, które uszyła im Badi. Tłoczą się w nieszczęsnej ładzie. Przy wyjeździe ze wsi w samochodzie siedzi piętnaście trajkoczących kobiet! Badi zmęczona biegiem siada w bagażniku... i zarządza próbę! Piętnaście Kistynek zaczyna śpiewać. Mijani po drodze ludzie stają jak wryci. Najgorzej, kiedy napotkani mężczyźni okazują się krewnymi lub znajomymi naszego kierowcy – 20-letniego Wachy. Chłopak, purpurowy ze wstydu, kuli się na ich widok i zakręca pośpiesznie przyciemnione szyby. W samochodzie robi się duszno, nie do wytrzymania. Ale duch przezwycięża słabość ciała! Już na miejscu, w Dzibachewi, nieco zgniecione, ale nadal pełne entuzjazmu „hadżistki” śpiewają spokojniej, nie tak ekstatycznie jak w czasie poprzedniego dzikru w meczecie. W dzikr wplatają poezje Badi, która jeszcze w dzieciństwie słynęła w całej dolinie z układania pieśni. Do dzisiaj całe Pankisi je zna i śpiewa. Badi tym razem każe kobietom śpiewać swoje nowe wiersze o marzeniach i planach wszystkich Kistów na przyszłość. W pewnym momencie zaczyna sama śpiewać. Od śmierci męża i brata nigdy tego nie robiła. Słuchamy jak urzeczeni. Przysłuchują się również młodzi – Wacha i jego koledzy. Przestają się śmiać i wstydzić „dzikristek”. Widzą, że nawet ta, nic nie rozumiejąca z ich tradycji, cudzoziemka, nie śmieje się, słucha i nieustannie domaga się powtórek, nagrywa, robi zdjęcia. Badi kończy pieśń i pokazuje jeszcze raz miejsce, na którym zbuduje bazę dla turystów, jeszcze raz opowiada cały swój plan. Nikt nie przerywa, wszyscy słuchają, mimo że słyszeli te opowieści Badi już tysiąc razy. Ale co z tego? Słuchają po raz tysiąc pierwszy! W drodze powrotnej Wacha nie kuli się i nie zakręca przyciemnionych szyb w ładzie. Czyżby przestał wstydzić się szalonych staruszek? Czy też w samochodzie zrobiło się po prostu pusto, bo większość „hadżistek” wysiadła wcześniej?

Na tym nie koniec atrakcji. Gruzińscy górale – Tuszyni, zapraszają mnie na chrzciny dziecka. Wierzą, że obecność obcej, cudzoziemki, na chrzcinach jest dobrą wróżbą na dalsze życie ich potomka. Zapraszają mnie, jak kiedyś zapraszali Kistów, aby w ten sposób zawierać z nimi pobratymstwo. Na biesiadzie po chrzcinach piją wino, śpiewają i tańczą wszyscy – Tuszyni, Kistowie, Bacbijczycy (gruzińscy Ingusze), Kachetyńczcy... „Oczyszczaczom” islamu nie udało się na szczęście uczynić z wszystkich Kistów mizantropów.

Pankisi mieni się tysiącem najróżniejszych barw, migocze tysiącem rozmaitych kształtów. Zaczyna mi się kręcić w głowie. Bogactwo kultur skupionych w jednej małej dolinie oszałamia nie tylko mnie, ale również samych Kistów. Coś na podobieństwo „poznawczego dzikru”.

PATRYCJA PRZEŚLAKIEWICZ



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!