Nas można wyciskać jak cytrynę, ale nigdy nie stracimy ducha

Tbilisi wita nas buchającym żarem z nieba. Jest 35 stopni. Wydaje się, że słońce świeci z każdej strony i gdy próbujemy zrobić zdjęcie to zawsze promienie wwiercają się w obiektyw. Reprezentacyjna ulica Szoty Rustawelego pulsuje jak nabrzmiała tętnica. To tutaj – na kończącym ulicę Placu Wolności - przemawiał w 2005 George W. Bush. To właśnie tutaj znajduje się gruziński parlament, który był ostrzeliwany przez opozycję, żądającą na przełomie 1991/92 roku ustąpienia pierwszego prezydenta niepodległej Gruzji – Zwiada Gamsachurdii; wreszcie to było miejsce, gdzie rozpoczęła się w 2003 roku Rewolucja Róż, po której władzę w Gruzji objął Micheil Saakaszwili.

Wędrujemy niespiesznie. Tłumy ludzi przelewają się z jednej strony w drugą, żółte busy – bo typowe dla posowieckich republik marszrutki zostały wyrzucone z centrum - jeżdżą w tę i z powrotem pozornie w bezładzie. Przed ekskluzywnymi sklepami słynnych projektantów mody pojawiają się ludzie zamiatający chodniki, z każdej strony dobiegają dźwięki klaksonów, które wydają się równie ważną częścią samochodu jak pedał gazu, czy hamulec. Po kilkunastu minutach boli nas głowa. Wszyscy tłuką bezlitośnie w sygnały dźwiękowe, które wydają najprzeróżniejsze dźwięki: niskie pomruki, popiskiwania, mocne basowe odgłosy, czasem klakson zawyje jak raniony zwierz, czasem zarzęzi jakby uchodziło z niego życie. Nie ma przy tym żadnej wrogości, nikt na nikogo nie krzyczy, ot taka forma asekuracji. Zatrąbię. Na wszelki wypadek.

Ulica to też miejsce spotkań, okazja do zagrania z przyjacielem w nardy, w które grano już w starożytnej Persji; to także miejsce handlu, gdzie możemy kupić słodkie jak ulepek winogrona, pestki słonecznika, orzechy, pomidory, które smakują jak pomidory a nie dmuchane warzywa przechowywane w lodówkach na zapleczach monstrualnych sklepów Europy. Tutaj kupujemy brzoskwinie, niepryskane chemikaliami jabłka, zaglądamy do wypchanej po dach wołgi, która ugina się pod ciężarem melonów i wielkich, jak piłki lekarskie, arbuzów. Za chwilę ktoś podtyka nam pod nos świeżo wypieczony chleb, który łapczywie rozdzieramy zapychając sobie usta. Zaciekawieni wchodzimy w szarą i brudną bramę. Za nią, w niewielkiej, obskurnej i betonowej budzie wypieka się chleb. W kamiennych kręgach wkopanych w ziemię. Z trudem wytrzymujemy temperaturę, która bije z paleniska i zaglądamy ciekawie do środka, przyglądając się ciastu przyklejonemu do betonowych ścian. Chudy jak miotła Gruzin odsłania w szerokim uśmiechu zniszczone zęby.
- Zaraz będzie gotowy – zapewnia i wyciera dłonie w fartuch.

Każdemu ktoś przysyła pieniądze

Pierwszą noc spędzamy u pani Julii, przyprószonej siwizną kobiety po pięćdziesiątce, której biografia jest tak zawiła jak górskie drogi Kaukazu. Mówi po polsku, bo pracowała u nas przez kilka lat, jako nauczycielka („nigdy nie opuściłam dnia pracy”). W Polsce wyszła za mąż, ale wróciła do kraju, bo straciła jednego z synów, więc chciała być przy nim, bo spoczął w gruzińskiej ziemi. Między Polską a Gruzją doszedł jeszcze epizod brytyjski, więc jak na realia gruzińskie ta drobna kobieta jest poliglotką. Jej drugi syn zakotwiczył w Wielkiej Brytanii, ale postanowił wrócić do Gruzji i wspiera matkę. Bieda w kraju aż piszczy i trzeba jakoś związać koniec z końcem. Pensja syna - nauczyciela języka angielskiego - to 130 dolarów. A ceny niemal polskie.
- Gruzja się zmienia. Ciąży ku Europie, ku Unii Europejskiej – mówi gospodyni. – Ale nastroje społeczne są podzielone. Nie ma pracy za godziwe pieniądze, trudno wyżyć. Saakaszwili jest tak samo lubiany, jak i nienawidzony. Wielu z nas nie rozumie, że musimy przejść ten ciężki okres, żeby było u nas kiedyś tak jak u was, w Unii Europejskiej. Na razie w kraju dobrze żyje się tylko politykom i lekarzom. Jak wiążemy koniec z końcem? Niemal każda gruzińska rodzina ma kogoś, kto mieszka za granicą i przysyła do domu pieniądze.
Pani Julia wydaje się pogodzona z losem. Dorabia wraz z synem na takich jak my – wynajmując pokoje w mieszkaniu. To część raczkującej turystyki gruzińskiej z niewystarczającą bazą noclegową średniej klasy. W nadmorskich miejscowościach, górskich celach wypraw, większych miastach, ludzie oddają kawałek swojego domu, żeby dorobić do niskich pensji.
Tbilisi ma dwie twarze. Jedną – nowoczesną z błyszczącymi witrynami sklepów Bossa, Armaniego, za którymi widać tylko przysypiające długonogie ekspedientki. Drugą – historyczną, monumentalną, przypominającą, że istnieje od ponad 1,5 tys. lat, że było wielokrotnie najeżdżane przez Persów, Arabów, Seldżuków i bóg wie, kogo jeszcze. To miasto kontrastów z drogimi samochodami na ulicach ale i wołgami, moskwiczami, rozgruchotanymi ładami, modnie ubranymi kobietami, zadbanymi mężczyznami, którzy mijają żebrzące dzieci, czy niezauważalnie przesuwają się wzdłuż kamienic, niskich domów, w których Bieda jest pełnoprawnym domownikiem. Widać to doskonale, kiedy niezauważalnie z głównej ulicy wejdziemy w dziewiętnastowieczną zabudowę Starego Tbilisi, gdzie ugryzione zębem czasu, nieremontowane od lat domy z przepięknymi kolorowymi werandami i balustradami, chylą się jak starcy na ławkach, mało nie przewracając. Trudno w Tbilisi znaleźć starsze budynki niż te sprzed 1795 roku, kiedy to po najeździe Persów szach Aga Muhammad Chan dał swoim żołnierzom osiem dni na gwałty i rabunki. Ponoć potem kazał usypać wzniesienie i stamtąd patrzył jak płonie miasto. Teraz większość budynków Starego Tbilisi jest zniszczona niemal doszczętnie, z szerokimi pęknięciami, w które można wsadzić głowę, wszechobecnym nieładem, prowizorycznym okablowaniem, rachitycznymi i dziurawymi rynnami. Tła uzupełniają leniwie przechadzające się koty, dzieci umorusane po pachy, częstokroć biegające w samej bieliźnie, spoglądające na nas z ciekawością; na nas, którzy mają jeszcze nieopaloną skórę i wyrysowane na twarzy zdumienie.

Przysiadamy na krawężniku przy sklepiku. Właściciel pyta skąd jesteśmy. Wyszukuje z głębin lodówki najzimniejsze piwo. Po łyku aż bolą nas zęby. Rozmowa schodzi na tematy polityczne. Ilekroć powiemy, że jesteśmy z Polski tylekroć wspominany jest nieżyjący Lech Kaczyński. Gruzini mają już wyrobioną opinię w tej sprawie. Putin z Miedwiediewem zabili nam prezydenta. Wszyscy nam współczują, poklepują po ramieniu, pytają jak nazywa się nowy prezydent. Gdy pada słowo – Rosja - zaciskają usta, pięści, przypominając jak w 2008 roku wojska rosyjskie wtargnęły na teren Południowej Osetii, broniąc rzekomo zamieszkałych na tamtych terenach ludzi, którzy opowiedzieli się za autonomią i chęcią przynależności do Rosji. Ale ta wtargnęła przecież – co zawsze Gruzini podkreślają – także poza teren Południowej Osetii, bombardując m.in. Gori, miasto, w którym urodził się Józef Stalin.

Dyktator wciąż jest żywy

Zanim odwiedzimy Gori, mamy okazję jechać taksówką z potężnym Gruzinem, który wymachując rękoma, zaskakuje nas wiedzą o Polsce („uczyłem się w szkole”), znając takie detale jak liczba ludności na terenie II RP, czy jednym tchem wymienia nazwy obozów internowania polskich jeńców wojennych na terenie ZSRR. Ale o Stalinie nie chce mówić. To wciąż dla Gruzinów postać kontrowersyjna. Dla jednych wielki mąż stanu, który wygrał wojnę z Hitlerem, dla drugich jednak tyran. Wojciech Górecki, znawca tematyki kaukaskiej, pisze:
Coraz więcej jest Gruzinów, którzy mają Stalina za tyrana i despotę. Ale nie lubią o nim rozmawiać. Wstydzą się jego kultu. Ignorują stalinowców i liczą, że sprawę rozwiąże biologia – w ich oczach wielbiciele Stalina to tylko ludzie starsi, emeryci.
Do niedawna w centrum Gori stał wielki pomnik dyktatora, ale niedawno zniknął. Próbowano go zdemontować w 1956 i 1988. Za każdym razem buntowali się ludzie. Gdzie teraz zabrano pomnik? Nikt nie wie lub nie chce wiedzieć.
- Gdzie jest? Zabrano – ucina i rozkłada ręce przewodniczka w Państwowym Muzeum J.W. Stalina w Gori.

To osobliwe miejsce. Propagandowe. Ekspozycja nie była zmieniana od 1979, więc jest to muzeum w muzeum. Na ścianach wiszą fotografie przedstawiające życie tego najbardziej znanego z Gruzinów. Wczesna młodość, Lenin, żona, syn, zdjęcia z konferencji jałtańskiej, gruzińskiej, teherańskiej. W gablotach prezenty od przedstawicieli „zaprzyjaźnionych” republik, m.in. gustowny i wieloczęściowy zestaw do golenia. W ostatniej sali możemy zobaczyć maskę pośmiertną dyktatora. Przed samym budynkiem muzeum stoi dom ojca Stalina. Co zaskakujące, został obudowany innym domem, żeby uchronić go od zniszczenia. Nic specjalnego. Samowar, stół, łóżko. Ot, izba. Ponoć to tylko rekonstrukcja.

Wrażenia nie robi na nas także wagon, którym objeżdżał Europę Stalin. Jest pusty. Bez życia. W pancernej salonce znajduje się miejsce na przedziały dla ochroniarzy, gości, łazienka. No i obszerny pokój konferencyjny ze stołem, krzesłami i fotelem, w którym zasiadał Stalin. Nie możemy odmówić sobie tej przyjemności…

Świętej Nino opadły ręce

- Waterfo! Waterfo! Ja ci pokażę waterfo! – wrzeszczy mi w ucho otyły Gruzin. Drugi wyrywa plecak. Patrzę kątem oka na mojego współtowarzysza podróży. Macha rękoma, też coś pokrzykuje do kolejnych Gruzinów.
- Co to jest waterfo?! – próbuję dociec, ale zamęt robi się niemiłosierny, bo z marszrutki wysiadło właśnie małżeństwo Francuzów, którzy zagubieni, nie mówiąc słowa po rosyjsku, natychmiast zostali otoczeni przez inną grupę naganiaczy, oferujących im swoje usługi noclegowe, przewozowe, turystyczne.
Wreszcie się dogadujemy i rozumiem, że chodzi o waterfall. Facet chce nas zabrać na dwunastokilometrową wycieczkę w góry, której atrakcją będzie obejrzenie górskiego wodospadu. Za swoją usługę życzy sobie niemal 80 złotych. 360-kilometrowa podróż z Tbilisi do Batumi kosztuje… 36 złotych. Grzecznie dziękujemy i już wiemy, że musimy być ostrożni. Tak o to wita nas Kazbegi. Miasteczko u podnóża mitycznego Kazbeku przy granicy z Rosją. Tutaj właśnie rozpoczyna się słynna Gruzińska Droga Wojenna, którą już w starożytności wykorzystywana była przez wojska perskie, czy mongolskie. Droga, która wije się jak makaron nitki, wznosi się momentami tak wysoko, że czujemy podczas jazdy skoki ciśnienia w uszach. Ale kto by na to zwracał uwagę, kiedy pod kołami samochodu kilkusetmetrowe przepaści, wokół góry Kaukazu, zapierające dech w piersiach landszafty aż przesłodzone. Gdzieniegdzie drogę przecinają stada owiec, czy leniwych krów poganianych przez kaukaskich górali. Czasem zatrzymujemy się, bo marszrutka mało nie pęknie na pół, wyczerpana wspinaczką niemal w pionie. Pijemy tedy wodę ze źródeł, niektórzy moczą stopy, chłodzą karki, palą spokojnie papierosy wydmuchując dym, który miesza się – takie mamy wrażenie – z obłokami wysoko zawieszonymi nad naszymi głowami.

Teraz, w Kazbegi, stojąc na głównym placu zadzieramy wysoko głowę, widząc przed sobą mityczny, wznoszący się na 5047 m n.p.m. Kazbek. To właśnie tutaj miał być przykuty do skały Prometeusz skazany za wykradzenie ognia bogom. Według legendy na wysokości 4 tysięcy metrów obok jaskini Betlemi był przechowywany żłóbek Jezusa Chrystusa i namiot Abrahama. Nieopodal Kazbeku wznosi się, położony na wysokości ponad 2170 metrów, monastyr Tsminda Sameba. Cel turystyczny, do którego prowadzi wyczerpująca fizycznie droga, ale także cel religijny. Ze zdumieniem obserwujemy jak wędrują do monastyru grupami lub pojedynczo nastoletnie Gruzinki. Wchodzą, piją wodę z nieodległego ujścia, zakładają chusty na głowę, modlą się, robią pamiątkowe fotografie, wpatrują się w rozciągające wokół szczyty. Można się zadumać w otoczeniu XIV - wiecznych murów. W drodze do monastyru stykamy się po raz pierwszy z krzyżem świętej Nino, od której to Kartlia – historyczna kraina we wschodniej Gruzji – przyjęła w 337 roku chrześcijaństwo. 600 lat przed Polską. Krzyż ma opuszczone ramiona, uginające się pod ciężarem ludzkich trosk, a oplata go jak sznur warkocz świętej Nino.

Dla Polaka z Schengen moja córka to dobra partia

Pod skalnym miastem w Upliscyche, wykutym w zboczach gór w drugim tysiącleci przed naszą erą, mamy okazję po raz pierwszy zetknąć się z owianą już legendą gruzińską gościnnością. Nim rozbijemy prowizoryczne obozowisko nad brzegiem strumienia, nim zdążymy nacieszyć się widokiem, już jesteśmy ciągnięci za ręce w stronę drewnianego stołu skąd dobiega rycząca z głośników samochodowych muzyka.

- Polacy?! Schengen?! – dopytuje nastolatka. – Chodźcie do nas.
I już jestem usadzony przy stole a nim się spostrzegę na plastikowym talerzu ląduje grillowany kotlet, kawałek szaszłyka, kura. W jednej ręce trzymam już ormiański koniak, w drugiej piwo, ktoś nalewa wina, jedna, dwie, trzy… piętnaście osób na raz chce się dowiedzieć, co tutaj robimy, czym się zajmujemy w Polsce, ile zarabiamy i czy jesteśmy żonaci.
- Zobacz, to moja córka, ma dziewiętnaście lat, studiuje w Tbilisi, ekonomię, dobra z niej partia – pokrzykuje matka.
- Mamo, mamo, nie reklamuj! – dąsa się dziewczyna i wyrwa matce.
Wszyscy się śmieją, między nogami biegają bezpańskie psy, dzieci, mam wrażenie, że siedzę w ulu, bo i zgiełk ludzki i mnóstwo os i pszczół lata nad pokrojonymi arbuzami. Za chwilę rozpoczynają się tańce, niektórym mamom już puszczają hamulce i w radosnych pląsach podciągają sukienki, ku uciesze innych.
Trafiliśmy na wielonarodowościowy piknik rodzinny. W aucie siedzi schorowana babcia z korzeniami niemieckimi, rozmawiam z Rosjaninem, obok mnie Gruzin, dalej ktoś o rodowodzie tureckim, jest ktoś z Armenii, dolatują mnie niezrozumiałe wyjaśnienia, że ten i owy mieszkał kiedyś w Iranie. Dobrze się bawimy, zdaje się, że oni także, alkohol leje się strumieniami, ciężkie polityczno-patriotyczne rozmowy. Wstaje zza stołu szczupły czterdziestolatek, wytatuowany, gęsto owłosiony. Zaciska pięść aż cały czerwienieje na twarzy.
- Nas, Gruzinów, można wyciskać, wyciskać i wyciskać. Jak cytrynę – demonstruje. – Ale nigdy do końca się nas nie wyciśnie, nigdy nie stracimy ducha, nigdy się nas nie pokona.
Może to ma na myśli gruziński pisarz Aka Morchiladze mówiąc o gruzińskiej umiejętności wygrywania czegoś w sytuacji, gdy wszystko jest zaprzepaszczone a dla Gruzinów – koniec końców – najważniejsze jest bycie Gruzinami.

Czy kiedykolwiek wrócę do mojego Suchumi?

Gruzińska gościnność zmitologizowała się. Mamy jednak kłopot z jej oceną. Trafiamy na życzliwych i bezinteresownych Gruzinów, którzy podwożą nas, pomagają bezinteresownie, są empatyczni. Trafiamy jednak także na tych, którzy chcą nas bezczelnie oszukać, windują ceny, wyszukują urojone dodatkowe opłaty. Traktują nas jak turystów nierosyjskojęzycznych, którzy uwieszeni przewodników Lonely Planet, czy Bradta są gotowi zapłacić za pobyt na egzotycznym dla europejczyka Kaukazie, każde pieniądze, częstokroć przepłacając. A to uczy Gruzinów cwaniactwa, co w połączeniu z biedą i chęcią zarobku za wszelką cenę, kładzie się cieniem niekiedy na naszych kontaktach. Mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w Polsce 20-30 lat temu, kiedy na dewizowego turystę patrzono, jak na potencjalną ofiarę, którą można oskubać z pieniędzy jak kurę.
Morze Czarne. Graniczne dla Europy. Rozdarte. Tutaj przebiegała granica między państwami Paktu Północnoatlantyckiego a członkami Układu Warszawskiego. Na Krymie jest Jałta, kurort w pobliżu którego w carskiej rezydencji Liwadii dzielono w 1945 Europę. Do 1991 roku to było niemal wewnętrzne morze ZSRR. Od chwili akcesji Bułgarii i Rumunii kawałek Morza Czarnego ma Unia Europejska. Zanika gruzińsko-turecka granica na wschodzie, a oba kraje pielęgnują dobrosąsiedzkie kontakty. Turcja, sojusznik USA, wspiera Gruzję, której polityka dryfuje w stronę Zachodu, co oczywiście nie może podobać się Rosji, więc zarzewie konfliktu tli się cały czas. Czy to słuszna polityka na Kaukazie? Trudno rozstrzygnąć. Kilkanaście dni później w Armenii usłyszymy od taksówkarza w Erywaniu:
- Wszystkie republiki byłego ZSRR starają się utrzymać dobre kontakty z Rosją. Tylko Gruzja się buntuje. Co z tego ma? – pytał retorycznie mężczyzna.
Poti. Tutaj zaskakuje nas burza. Niemal epicka. Stoimy w czarnym piasku, oglądając horyzont, na którym wściekle skaczą pioruny. Wyładowania są gęste, silne, oślepiają jak lampa błyskowa. Ale nic nie słychać. Burza wisi jeszcze nad Turcją i pewnie idzie od Trabzonu, po prawej ciska gromy nad Rosją, może już jest w Suchumi w Abchazji? Jeszcze się wykąpiemy w ciepłej jak zupa wodzie. Przenosimy się głębiej w stronę pierwszych zabudowań. Kiedy o czwartej nad ranem usiądziemy na werandzie domu przypadkowo poznanego mężczyzny pioruny trzaskać będą jak fajerwerki. Deszcz leje jakby ktoś rozerwał niebo. Misza, Abchaz, siedzi w samych majtkach i patrzy na nas czujnie. Wrócił z pracy olbrzymią wojskową ciężarówką. Częstuje wódką, odmawiamy, bo jesteśmy zmęczeni.
- Lubię wypić – uśmiecha się znacząco i snuje opowieść o tym jak musiał uciekać ze swojego ukochanego Suchumi, kiedy Abchazja postawiła na autonomię, odłączenie się od Gruzji i zbrojnie starła się z nią w latach 1992-1994, obierając kurs na silny związek ze wspierającą ją Rosją. – Teraz to tam wszędzie ruskie – ciągnie Misza. - A ja tęsknię za swoim domem i pracą. Pracowałem w drogówce, były dobre zarobki. Tutaj jestem żołnierzem. Niby to dobra robota, ale pieniądze wciąż małe. Chciałbym kiedyś wrócić do Suchumi. Ale czy będzie to możliwe?

Kapuściński też popełnił błąd

W Batumi pojawiamy się rankiem. Atakują nas żebrzące dzieci, hałas, brud, wściekle palące słońce. Z trudem przebijamy się przez zatłoczone ulice miasta. Widać modernizacyjną rękę władz. Tutaj nie buduje się lub remontuje etapami, budynkami. Renowacji poddawane są całe ulice, kwartały. To nadmorski kurort budowany z bizantyjskim rozmachem. Stąd można dojechać pociągiem do Erywania, można też udać się w 24-godzinną przejażdżkę autobusem do Istambułu, polecieć samolotem do Tbilisi, popłynąć promem do ukraińskiej Odessy, czy dostać się wodolotem do rosyjskiego Soczi. Tutaj w XIX wieku przypłynął francuski podróżnik Gabriel Bonvalot, który zanotował:
„Skręcamy w prawo i wchodzimy do portu, gdzie w ciasnej zatoczce tłoczą się statki różnych bander. Widzimy parowce rosyjskie, francuskie, angielskie i austriackie, liczne żaglowce włoskie, rosyjskie, tureckie i greckie, które przybyły na poszukiwanie ropy naftowej w Baku […] W Batumi panuje niezwykle ożywiona atmosfera – wszyscy szukają uciech. Tak to bywa z ludźmi, którzy zdobyli fortunę lub mają nadzieję, że ją zdobędą”.
To tutaj właśnie Alfred Nobel miał filię swojego przedsiębiorstwa, która transportowała ropę z Baku do Europy, a trasę ze stolicy Azerbejdżanu do Batumi można nazwać zmodernizowanym Szlakiem Jedwabnym. W mieście, jak na złość, chorujemy. Dopada nas to, co wszystkich podróżników z Europy, wymuskanych, przyzwyczajonych do modyfikowanego jedzenia. Nasze żołądki i flora bakteryjna wydają się być nieprzyzwyczajone do tamtejszego jedzenia i wody. Cierpimy na ostry rozstrój, nie możemy się ruszyć, przyrzekając sobie, że nie sięgniemy już po przepyszne chinkali, czy fantastyczne placki nadziewane serem - chaczapuri, że nie będziemy już jadać owoców prosto z krzaka, czy z wiadra. Może będziemy pić wino, bo te jest znakomite, bez siarczanów, ponoć najlepsze powstaje w Kachetii.
Wyjeżdżamy z Batumi, wiedząc, że nie do końca poczuliśmy ducha miasta. Że coś umknęło, ale trzeba jechać dalej, licząc, że będziemy mieli okazję tutaj wrócić i może zobaczyć prawdziwe Batumi, o którym pisze Morchiladze:
„Czy wiecie państwo, co jest w Batumi najpiękniejsze? Niech państwo w czas pełni lata wczesnym rankiem wybiorą się na wędrówkę wzdłuż wybrzeża z punktu wysuniętego najbardziej na południe. W tym czasie na skraju miasta rybacy wracają łodziami na brzeg, a w sieciach trzepoczą się i połyskują srebrne ryby. Jeszcze nie wiadomo, czy słońce się przebije, czy też będzie padał deszcz. Jedno i drugie może dziać się równocześnie. Morze jest spokojne. Daleko na północy kołysze się statek, którego wielkości i pochodzenia niepodobna się domyślić. Niepostrzeżenie zbliżamy się do miasta, nie widząc dobrze, gdzie się ono zaczyna. W tej chwili wszystko wokół jest takie, jakie zapewne było dawniej. Domy, palmy i długie ławki na plaży są jak kropki – jakby ich wcale nie było. Łagodny głos morza, głuchy krzyk mew, to jedyne, co słychać”.
Wyjeżdżamy z Gruzji do Armenii nabrzmiałą od ludzi i towarów marszrutką. Czeka nas 350-kilometrowa trasa w busie. Okazuje się, że transport ludzki może być połączony z towarowym. Na podłodze, spocony jak po biegu Ormianin, układa olbrzymie worki z fasolą? Cebulą? Ziemniakami? W blaszanym pudle panuje ukrop. Facet ma metr pięćdziesiąt wzrostu, biceps grubości ołówka i dziw nas bierze, że rzuca tymi kilkudziesięciokilogramowymi workami jak paczką chipsów. Jego żona w tym czasie skacze jak wiewiórka po tylnych siedzeniach, upycha arbuzy, skrzynki z przepysznymi granatami, widzę brzoskwinie, nektarynki, wiadra pełne śliwek, dodatkowe zawiniątka, pakunki, dobrze nam znane torby handlarzy ze stadionu X-lecia napompowane rzeczami, tak że aż rozchodzą się szwy. Dwaj synowie właściciela marszrutki wciskają niemal kolana za głowę, co rusz ktoś pokrzykuje a nie mówi, wchodzi małżeństwo ormiańskie – ona ma twarz mrówki z kreskówek z wielkimi, jakby pełnymi łez oczami; on w dżinsowej koszuli strofuje dwójkę dzieci, które wpatrują się w nas z zaciekawieniem. Przez okno jakaś kobiecina próbuje sprzedać mi lody i pestki słonecznika. Po kilku kilometrach dosiądzie się jeszcze dwóch Turków z walizkami, jadących do Erywania. Będą się śmiać całą drogę, robić zdjęcia i kręcić filmy, szczerząc przy tym zęby i powtarzając „comedy, comedy”.
Opuszczamy w tym zgiełku, duchocie i ciasnocie Gruzję, wiedząc, że widzieliśmy tylko ułamek kraju, nie odwiedzając skalnego miasta Wardzi, Kachetii, nie bawiliśmy w Imeretii, tak naprawdę nie mieliśmy okazji wziąć udziału w prawdziwej gruzińskiej uczcie, nie wznosiliśmy toastów, które tutaj urosły do rangi sztuki i są nieodłącznym elementem gruzińskiego ceremoniału biesiadnego, nie zasiedzieliśmy się zbyt długo, by móc wtopić się w otoczenie, choćby kolorem skóry, która teraz przestaje wreszcie czerwienić się od słońca, lekko brązowieje, choć tym sposobem upodabniamy się do Gruzinów. Może, jak Ryszard Kapuściński, popełniliśmy błąd:
Podróż zaczynałem od Gruzji i to był błąd. Gruzja powinna być zakończeniem, a nie początkiem. Wszystko tu stwarza wrażenie przybicia do przystani, dotarcia pod dach. Wszystko – klimat, krajobraz i obyczaje – namawia, żeby przysiąść w cieniu, łyknąć wina, odetchnąć i pomyśleć: fajnie tu.

Bibliografia

Korzystałem m.in z książek: Wojciecha Góreckiego "Toast za przodków", Ryszarda Kapuścińskiego "Kirigiz schodzi z konia", "Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego" (praca zbiorowa), Wojciecha Materskiego "Gruzja" oraz Gabriela Bonvalot "Przez Kaukaz i Pamir do Indii".

październik 2010

Tekst: Karol Fryta



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!