Mam chusteczkę haftowaną... 20 września 2009

Święto Uraza-Bajram* w Inguszetii zawsze będzie mi się kojarzyło z chusteczkami. Inguszowie dzielnie wspomagają chińską gospodarkę zakupując całe góry materiałowych chusteczek w plastikowych przeźroczystych opakowaniach, które rozdają potem swoim gościom, zasadniczo płci męskiej. Może dlatego trudno jest tam znaleźć w sklepach chusteczki jednorazowe, bo każdy obywatel ma po świętach zapas na cały rok. Pytałam wiele osób, o co w tym wszystkim chodzi, ale raczej nie potrafili mi wytłumaczyć. (A ile osób w Polsce potrafi wytłumaczyć, po co znosimy drzewka iglaste w grudniu do mieszkania?) Jedna pani wreszcie powiedziała mi coś sensownego. W czasie świąt kawalerowie mogą odwiedzać domy, w których mieszkają panny. Jest to okazja, żeby się przyjrzeć dziewczętom na wydaniu, czy potrafią gotować, ładnie podać do stołu, czy są sympatyczne, itd. I potem wiadomo do kogo swaty słać. Dawniej dziewczęta dawały kawalerowi, który im się spodobał, chusteczkę. Ale zrozumiałe, że nie chińską, tylko taką, nad której powstaniem same wcześniej trochę popracowały.

*Jest to święto po zakończeniu Ramadanu tj. miesięcznego postu. W skali ważności świąt w ciągu roku można je przyrównać do polskiego Bożego Narodzenia.

Poprzednie teksty i wpisy Magdy Rapińczuk:

Humanitarny biznes cz.2, 15 maja 2009

Znalezienie intratnej pracy i korzystanie ze swojego stanowiska pracy w sposób maksymalnie dochodowy jest na Kaukazie przejawem zaradności życiowej i powodem do poważania przez tamtejsze społeczeństwo, zachowaniem bynajmniej nie zasługującym na potępienie.

Zastanawiam się tylko, na ile jest to dziedzictwo Związku Radzieckiego po wejściu do nowych realiów postkomunistycznych i w przypadku terenów konfliktowych konsekwencji wojny, a na ile ma to związek z tak zwaną lokalną mentalnością. Chociaż kwestie dotyczące korupcji i nepotyzmu są w Polsce jeszcze dalekie od ideału, to jednak nastąpiło wiele zmian w pozytywną stronę. Natomiast na większości obszaru byłego Związku Radzieckiego nieformalna odpłatność za usługi, które powinny być zapewnione w ramach funkcjonowania państwa jest tam rzeczą normalną. Na Kaukazie, który jako tako znam, dzieje się to na wyjątkowo dużą skalę. Niemal każdy człowiek ma ambicje zdobycia jak najlepszego finansowego statusu dla siebie i swojej rodziny. Mało praktyczne podejście ideologiczne nie budzi szacunku, raczej zdziwienie. Liczy się wymierna korzyść swojej działalności.
Obok posad państwowych, gdzie za załatwianie spraw uzyskuje się nieformalnie znaczące dodatkowe dochody, całkiem dobrym miejscem pracy o dużych perspektywach stały się międzynarodowe organizacje pozarządowe.
Postaram się przedstawić pewne schematy i konkretne przykłady, w jaki sposób można wykorzystywać pracę w organizacjach pozarządowych udzielających pomoc humanitarną do uzyskiwania dodatkowych nieformalnych zarobków.
Organizacje humanitarne są bardzo zróżnicowane. Zachodnie NGO-sy mają zazwyczaj za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia, rozbudowane struktury i wypracowane procedury działania. Organizacje z byłego obozu socjalistycznego zamiast tego typu doświadczenia mają inne pozytywne strony, do których można zaliczyć lepsze rozumienie realiów w przestrzeni postsowieckiej oraz przewagę w postaci znajomości języka rosyjskiego. Są to naturalnie uogólnienia i od wszelkiejreguły bywają odstępstwa. Poza tym różnice powoli zaczynają ulegać zatarciu. Jednak te różne doświadczenia wpływają znacząco na formę działania i współpracy z ludnością lokalną.
Po krótkim wstępie teoretycznym czas na przykłady.

Kupno-sprzedaż...

Chyba najlepsze dochody można uzyskać pracując przy dokonywaniu zakupów i dysponowaniem materiałów. Wydaje mi się, że występują dwa główne sposoby materializowania zysków. Pierwszy polega na uzyskaniu dokumentów finansowych opiewających na kwotę wyższą, niż zapłaconą realnie za towar lub usługę. W skrajnym przypadku towar lub usługa w ogóle nie istnieją. Pojawiają się wyłącznie rachunki. Drugi sposób, to spieniężenie materiałów, którymi się zarządza.
Pierwszy sposób wymaga większego wyrafinowania. Wchodzi tu w grę np. cicha umowa między sprzedawcą i pośrednikiem, którym może być koordynator projektu lub logistyk. Sprzedawca oficjalnie przedstawia wyższą cenę i wystawia do tego odpowiednie dokumenty finansowe dla kupującej organizacji. Natomiast realnie dzieli lub oddaje różnicę osobie pośredniczącej. Jest to możliwe ze względu na nieszczelny system podatkowy, dzięki czemu sprzedawca nie naraża się na wyższe koszty związane z zawyżoną fakturą.
Jeszcze ciekawszym zjawiskiem jest tworzenie i przedstawianie do opłacenia dokumentów za niesprzedane towary i niewykonane usługi. Rzecz to niesłychanie łatwa w przypadku obsługi samochodu. Zawsze można powiedzieć, że zużycie paliwa jest większe, bo jest ono złej jakości albo zlecić siostrzeńcom umycie samochodu i załatwić sobie kwitek z myjni. Bardziej przedsiębiorczy pracownicy potrafią wyrabić pieczątki i samodzielnie „produkować” dokumenty finansowe. Dlatego też niegłupim pomysłem dla członków zagranicznej obsługi organizacji, czyli tzw. expatów jest sprawdzanie, czy rzeczywiście zakupione części do samochodu znalazły się w tym samochodzie.
Co się zaś tyczy sprzedaży „humanitarnego” towaru, to dla rozliczenia z organizacją wystarczy później zdobyć podpisy określonej ilości osób, że ów towar owe osoby dostały.
I co jest najważniejsze, w rezultacie takich działań wszystkie dokumenty są w porządku i organizacja może roliczać się z grantodawcami. Wszyscy są szczęśliwi. Może z wyjątkiem potencjalnych beneficjentów. Ale oni przecież nie wiedzą, że powinni być nieszczęśliwi.

Targi pracy

Zdumiewającym może być fakt załatwiania pracy za „otkat”, czyli za opłatę przekazywaną osobie, od której zależy zatrudnienie na danym stanowisku. Zatem najwięcej mają tu do powiedzenia koordynatorzy lokalni, którzy zbierają potem haracz od swoich podwładnych nawet przy każdej wypłacie. System wypisz wymaluj przeniesiony z sektora publicznego. Nie dzieje się tak zawsze, ale raczej dość często. Gdy usłyszałam pozytywne zdumienie osoby, którą przyjęliśmy do pracy w wyniku konkursu, dało mi to dodatkowo do myślenia.

Profity według funkcji

Miejscowy koordynator programu – To jedno z bardziej pożądanych stanowisk. Można samodzielnie kombinować i zarabiać na materiałach lub też zbierać opłaty od podległych pracowników za to, że ci ostatni mają możliwość pracować. Poza tym daje prestiż bycia szefem.
Najciekawiej jest, gdy taka osoba może decydować o przydziale dóbr, na przykład o uczestnictwie rodziny w programie bezpłatnej odbudowie zniszczonego w wyniku wojny domu. Ponoć były znane powszechnie wśród zainteresowanych potencjalnych beneficjentów konkretne kwoty, które trzeba było zapłacić koordynatorowi, by organizacja hunanitarna „za darmo” odbudowała dom.

Tłumacz – Któregoś dnia znajomi z czeskiej organizacji opowiedzieli zdumiewającą historię wynajmu pomieszczeń magazynowych na spółkę z jedną z zachodnich organizacji. Po pewnym czasie zachodnia organizacja poinformowała ich, że muszą zrezygnować z tej opcji, gdyż koszt wynajmu jest zbyt wysoki. Było to zdumiewające, gdyż z punktu widzenia Czechów opłaty były stosunkowo niewielkie. Poza tym nie jest tajemnicą, że zachodnie organizacje dysponują zazwyczaj większymi budżetami, niż organizacje środkowoeuropejskie. Okazało się, że brak znajomości języka rosyjskiego kosztował zachodnią organizację nie tylko regularne wynagrodzenie dla tłumacza. Jak wiadomo tłumaczenia bywają niedokładne i czasem zdarzają się rozbieżności w znaczeniu języka źródłowego i języka docelowego. W tym razem tłumacz „pomylił się” w przekładzie liczebników, dzięki czemu wpadła mu do kieszenia „specjalna premia”.

Księgowy – Mistrzowie buchalterii mogą zdziałać bardzo wiele z dala od realnego projektu, bazując wyłącznie na systemie. Można na przykład nasłać na organizację kontrolę z urzędu skarbowego. Znając wszstkie niedociągnięcia swojej organizacji można się tą wiedzą podzielić z inspektorem, który dzięki temu nie musi się wiele napracować. Kara za nieprawidłowości wyrasta do astronomicznych kwot. Księgowy bierze udział w negocjacjach między swoim szefostwem a inspektorem. Czasem bezczelnie sugeruje dogadanie się między nimi i wtedy „kara” ulega znacznemu zmniejszeniu. A inspektor z księgowym dzielą się zyskiem. Można jednak wybrać drogę bardziej wyrafinowaną i nie proponować szefowi dawania łapówki, gdyż niektórzy dziwni ludzie z Zachodu mają alergię na taki proceder i wolą zapłacić karę w pełnym wymiarze. Czasem pomagają temu dobre znajomości w banku, który obsługuje rachunek danej organizaji. Kto powiedział, że pieniądze przelane przez organizację muszą trafić na rachunek urzędu, który ich nie oczekuje? Podejrzenia, że tak być wcale nie musi wzbudził we mnie pewien interesujący przypadek. Któregoś dnia zadzwonił do mojej organizacji człowiek z instytucji odpowiadającej polskiemu ZUS. Pytał się o pismo rzekomo wystosowane przez nas z prośbą o przelanie na nasz rachunek rozliczonej nadpłaty składek innej organizacji humanitarnej, która została jakiś czas wcześniej zamknięta. Ze słów pisma opatrzonego naszą pieczęcią i z niewyraźnym podpisem głównej księgowej wynikało, że zostaliśmy wyznaczeni na „spadkobiercę” tamtej właśnie organizacji. Częścią wspólną obu organizacji była właśnie księgowa, która jako jedna z nielicznych osób miała dostęp do pieczęci i druków firmowych, a poza tym znała numer naszego nowego rachunku bankowego wskazanym w piśmie do tamtejszego ZUSu. Raczej wątpliwe jest, żeby pieniądze miały pozostać w rękach naszej organizacji. Tym bardziej, że pisma nam nie oddano, a sprawa się ulotniła z braku namacalnych dowodów. Zastanawiałam się jakiś czas, w jaki sposób można byłoby takie pieniądze wydobyć niezauważalnie z rachunku organizacji. Wydaje mi się, że jest to możliwe. Szczególnie przy zażyłych stosunkach księgowego z pracownikami banku. Jeśli ja wymyśliłam sposób, to tym bardziej mogła to zrobić doświadczona księgowa. Szczegółów nie podam, by nie namawiać do przekrętów ;).

Pracownicy pomniejsi

Nie trzeba być wysoko, żeby dostać swój kawałek tortu.
Zdziwiło nas kiedyś, że chłopak wciągnięty do pracy w biurze z nawet całkiem dobrą pensją bardzo się z tym męczył i wolał wrócić do swojego poprzedniego zajęcia, czyli bycia kierowcą śmieciarki. Skoro Wojtek chciał zostać strażakiem, to dlaczego Muslim nie mógłby marzyć o obsłudze takiej fajnej maszyny jak śmieciarka? Być może dlatego, że jest trochę od niego starszy i w pewnym wieku wybór zawodu częściej zależy od przynoszących przezeń dochdów. Kiedy ulice i podwórka są zawalone śmieciami a służby komunalne nie działają, to osoba jeżdżąca śmieciarką może pozyskiwać wielu klientów. Wystarczy uporać się z normą wyznaczoną przez organizację, a potem pracować nad dodatkowym dochodem korzystając z infrastruktury firmy.
O ile obok śmieci człowiek jest w stanie jakoś żyć, to bez wody nijak się nie da.
Kiedy pracowałam w organizacji zajmującej się dostawą wody pitnej, żaden z beneficjentów nie poskarżył się nam, że musi płacić za wodę. Jak było naprawdę? Nie jestem w stanie tego stwierdzić. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka niepokojących sygnałów. Liczniki na filtach, które miały pomóc wykazać w raportach ilość wyprodukowanej wody pitnej ciągle się psuły. Nasi pracownicy lokalni trudzili się w pocie czoła i walczyli, by nie nakładano na nich zbyt dużej ilości kursów do wykonania.
Przypuszczam, i żywię taką nadzieję, że szpitale i szoły w przewidzianych grafikach miały dostarczaną wodę bezpłatnie. Natomiast miało miejsce „dorabianie” na boku dla dodatkowych klientów, w którym uczestniczyli wszyscy miejscowi praownicy tego projektu. Każdy dostawał swoją działkę, naturanie koordynator najwięcej.
Po latach, pracując przy innym projekcie, miałam okazję przekonać się o istnieniu takiego właśnie dodatkowego klienta. Organizując nowe jadłodajnie dla biednych przy współpracy z admninistracją miasta Grozny zdecydowaliśmy się na wykorzystanie istniejących barów i niejako podnajmowanie infrastruktury. W jednym takim miejscu nie było wody bieżącej w kranach. Zapytałam o to, skąd biorą wodę. Okazało się, że rozwozi ją cysterna z jakże znajomym mi logiem. Zaptyałam, ile to kosztuje. I uzyskałam odpowiedź bynajmniej nie zerową! Z założenia bezpłatna woda, głównie dla szkół i szpitali, trafiała również na zasadach komercyjnych do innych odbiorców. Gdybym przedstawiła się jako pracownik tamtej organizacji i zapytała, czy muszą płacić za wodę, bez wątpienia uzyskałabym odpowiedź negatywną.

Przykładów można by przytoczyć znacznie więcej, ale znacznie lepiej spróbować wyjaśnić, dlaczego expaci nie potrafili reagować odpowiednio?

Przyczyny zewnętrzne

Dużą przeszkodą odpowiedniego nadzorowania projektów był wymóg stałej ochrony ekspatów. Dzięki temu każdy krok koordynatorów międzynarodowych był znany przez miejscowych pracowników i to z odpowiednim wyprzedzeniem. W związku z tym expat bardzo często widział teatrzyk zamiast prawdziwego projektu. A i sami potencjalni beneficjenci nie skarżyli się, gdyż obawiali się utraty jakichkolwiek świadczeń w momencie wyjazdu expatów. Dodatkowo zezwolenie na wjazd do Czeczenii, gdzie były realizowane proekty był bardzo limitowany przez odpowiednie władze. System wydawania tzw. marszrutnych listów niezwykle utrudniał nadzorowanie prawidłowego realizowania projektów.

Oswajanie expatów

Pracownicy lokalni starali się kierować poczynaniami expatów w przeróżny sposób, by ci ostatni byli bardziej przewidywalnymi. Najłatwiejszym sposobem, który wpływał na zwykłe ludzkie słabostki, było do dostarczanie rozrywki. Jest to szczególnie ważne w odizolowanym miejscu pracy jakim była i jest Czeczenia i Inguszetia. Im słabsze warunki życia i pracy obcokrajowca, tym łatwiej uzyskać wdzięczność i uzależnienie ekspata.
Małe (lub duże) prezenty, organizowanie pikników, wypadów do restauracji, opowieści o miejscowym życiu od podszewki lub nawet taka rozrywka jak narkotyki – to rzeczy, na które ekspat może być bardzo łasy.
Jeden z pracowników lokalnych opowiadał mi jak miejscowi doprowadzili do uzależnienia od narkotyków szefa jednej z organizacji. Ten działał tak jak tego chciały osoby dostarczające mu towar. W innych przypadkach, nawet jeśli nie dochodziło do uzależnienia, to narkotyki i alkohol w połączeniu z odwiedzaniem różnych „ciekawych” miejsc było nieprzeciętną przygodą, rekompensatą za życie w zamkniętej przestrzeni.
Częściowo ten sam, a częściowo inny był zakres serwowany dla kobiet-expatek. Tu wchodziło w grę organizowanie również romantycznych uniesień. (Dla panów-obcokrajowców oglądanie się za miejscowym kobietami mogło się skończyć nieciekawie). W ten sposób można było zyskać spory wpływ na decyzyjną pracownicę-ekspatkę. Miało to szczególne znaczenie w przypadku organizacji, w których kodeks etyczny wykluczał możliwość pracy dwóch osób między którymi istniały romantyczne więzi. Oznaczało to, że jedna z nich powinna zrezygnować z pracy. Nie mówię, że stosunki damsko-męskie zawsze były wykorzystywane w takich właśnie celach. W końcu wszędzie obcokrajowcy są postrzegani jako niezwykle ciekawe obiekty.

Humanitarny biznes cz.1, 15 września 2008

Obserwuję ostatnio przygotowania organizacji pozarządowych do udzielania pomocy humanitarnej ofiarom konfliktu w Gruzji i od razu stają mi przed oczami obrazki z Inguszetii i Czeczenii. Ciekawe, czy uda się w Gruzji dotrzeć do najbardziej potrzebujących, i czy miejscowi koordynatorzy nie potraktują pracy w „humanitarce” jako doskonałego źródełka dostatniego życia.

Na Kaukazie Północnym nieco bardziej rozgarnięci pracownicy organizacji humanitarnych wymieniali się doświadczeniami i historiami nazwijmy to „humanitarnych przekrętów”. Z bezsilności żartowaliśmy sobie nawet, że warto by było sporządzić „cennik bezpłatnej pomocy” od organizacji humanitarnych lub też poradnik dla expatów (tak potocznie nazywa się pracowników z zagranicy – od ang. expatriate staff), którzy nie mają świadomości miejscowych obyczajów reprezentowanych przez lokalsów (tak z kolei niepoprawnie politycznie określało się pracowników miejscowych – od ang. local staff). Bardzo często zdarzało się, że miejscowy koordynator za objęcie rodziny czy instytucji pomocą żądał określonego wynagrodzenia. Dochodziły do nas również plotki, że nierzadko w momencie naboru kadr w międzynarodowych organizacjach również w grę wchodziła określona opłata dla osoby, która załatwiała taką pracę. Wszystko to działo się na wzór pracy w rosyjskich instytucjach rządowych lub milicji, w których posady się kupuje a potem to trzeba by to wszystko odpracować, a potem i zarobić.
Trudno mi było zrozumieć, że ktoś woli jeździć śmieciarką, niż siedzieć w czystym biurze z wyższą pensją. A z takim przypadkiem miałam przyjemność się zetknąć na samych początku mojej bytności na Północnym Kaukazie. Wyjaśnienie było nader proste – wywóz śmieci dawał możliwość dodatkowego porządnego zarobku. Podobno najlepiej można było dorobić na wywozie nieczystości.
Podczas mojego pierwszego kontraktu oburzało mnie, że na bazarze w Groznym rozsprzedawano materiały budowlane pochodzące z pewnej zachodniej organizacji. Bardzo się cieszyłam, że pracowałam w skromnej polskiej organizacji i że my nie mieliśmy takich problemów. Czas wyleczył moją naiwność.
Najsmutniejsze jest nawet nie to, że wiele osób pełnych ideałów przyjeżdżało tam z zagranicy pomagać ofiarom konfliktu a ich praca wykonywana w bardzo trudnych warunkach była obrzydliwie wykorzystywana. Gorsze jest to, że pomoc nie trafiała do tych, którzy tego najbardziej potrzebowali, tylko do tych, którzy mieli lepsze dojście. W moich oczach było to okradanie swoich rodaków, chociaż oni patrzą na to inaczej. Co więcej, najbiedniejsi byli paradoksalnie zbyt biedni na to, żeby otrzymywać pomoc. Najbardziej utkwił mi w pamięci przypadek rodziny, która nie przychodziła do naszej stołówki w centrum Groznego na obiady, bo nie mieli odpowiednio schludnych ubrań, żeby do tam dotrzeć. A w Inguszetii poznałam kobietę (z mniejszości niemieckiej w Rosji), która rozstała się z mężem Czeczenem ze względu na jego pijaństwo. Zostawił jej dzieci na utrzymaniu. Mieszkała z nimi w jakimś improwizowanym pokoiku z marnymi drzwiami w budynku przypominającym raczej jakieś pomieszczenia gospodarcze, z betonowymi ścianami i dostępem do zardzewiałej umywalki na korytarzu. Ludność nie-czeczeńska i nie-inguska ma znacznie trudniejszy dostęp do pomocy humanitarnej.
O bardziej konkretnych przypadkach, a raczej formach wykorzystywania pracy w pomocy humanitarnej, bo na nikogo palcem wskazywać nie będę, postaram się napisać w drugiej części „Humanitarnego biznesu”.
Podejrzewam, że w Gruzji sprawa również będzie daleka od ideału. Wiosną tego roku rozmawiałam z chłopakiem, który bierze udział w programie Europejskiego Wolontariatu w Gruzji. Narzekał sobie mocno na miejscowe organizacje pozarządowe rozpuszczone przez pieniądze z Zachodu.

Magda Rapińczuk

Kaukaz bliżej nieba, Europa bliżej ziemi, 14 sierpnia 2008

Nadal z łatwością rozpoznaję na ulicach Warszawy i jej okolic Czeczenów, a szczególnie płeć piękną tej narodowości. Ostatnio zauważyłam pewną istotną zmianę przez co nawet przez chwilę zwątpiłam w swoją nieomylność w tym względzie. Otóż panie coraz częściej wybierają płaski obcas!!! Przez to zmienił się nawet do pewnego stopnia ich charakterystyczny sposób chodzenia. Teraz jest on bardziej energiczny i bliższy ziemskiej rzeczywistości. Taki pierwszy krok w stronę integracji. Na Kaukazie miałam czasem wrażenie, że kobiety idąc po ulicy bujają gdzieś w obłokach.

Swoi i obcy, 31 lipca 2008

Podział na swoich i obcych – dla mnie jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech Czeczenów i Inguszów. Właściwie bardzo rzadko zdarza się, by ktoś miał do wajnachów stosunek obojętny. Jedni są w nich ślepo zapatrzeni, podkreślają ich gościnność i uprzejmość, bohaterskie przywiązanie do ojczyzny, inni – przedstawiciele kultury zachodniej – mogą krytykować ich za tradycyjną hierarchię i rolę kobiety w społeczeństwie, a sąsiedzi bardzo często boją się ich lub wręcz nienawidzą. Mnie najbardziej uderzyła jedna konkretna rzecz. Dla wajnacha stokroć ważniejszy będzie jego najpodlejszy rodak (chociaż takich przecież nie ma :)), niż najporządniejszy człowiek i najlepszy przyjaciel z zewnątrz. Nawet jeśli ktoś popełni przestępstwo, nie jest to powód by ktoś z zewnątrz mógł to osądzać. Wszystko powinno zostać w „rodzinie”. Być może dzięki temu przetrwali i przetrwały ich tradycje. Poza tym wykorzystanie kogoś obcego (nie mam tu na myśli gości) nie jest rozpatrywane w kategorii dobra i zła. Tak się po prostu czasem robi. Dla dobra swojej rodziny.
No i ten drobiazg, że małżeństwa mieszane to rzadkość, również świadczy o podziale na swoich i obcych.

Wajnaszki, czyli Inguszki i Czeczenki, 20 marca 2008

Kiedy ostatnim razem wyjeżdżałam z Inguszetii i żegnałam się z jednym z najbardziej szanowanych koordynatorów miejscowych naszej organizacji powiedziałam mu pół żartem pół serio, że gdybym była Inguszką czy Czeczenką, to pewnie nie lubilibyśmy się zbytnio przez moje niezależne zachowanie i poglądy na rolę kobiety w społeczeństwie.

I muszę zaznaczyć w tym miejscu, że bardzo dobrze nam się razem pracowało i jestem przekonana, że moja sympatia dla tego człowieka była odwzajemniona. Odpowiedział mi z przekonaniem, że gdybym się tam urodziła i wychowała, to na pewno zachowywałabym się tak jak na Inguszkę przystało i nasze relacje między nami też by były dobre.
Odpowiedź ta dała mi dużo do myślenia. Faktycznie. Gdyby od dziecka wpajano we mnie, jaką powinnam odgrywać rolę w swojej społeczności, to najprawdopodobniej przyjęłabym tamten system wartości i to bez większych oporów.

Wygląd

Z naszego punktu widzenia – trochę to po cygańsku. Niektórym kolegom kojarzyło się to nawet z najstarszym zawodem świata, chociaż długość rękawa czy spódnicy były na pewno inne. Po prostu ilość kolorów, ozdóbek, biżuterii, falbanek oraz makijaż bardzo się rzucają w oczy. Jak dla mnie, wymagana tam od kobiety powściągliwość zachowania jakoś kompletnie nie współgra z jej wyglądem. Natomiast przylegające do ciała bluzeczki bynajmniej nijak się mają do stereotypów o wyglądzie muzułmanek. A do tego te szpilki lub buty na koturnie. Należy jeszcze dodać, że porządna mężatka chodzi w chusteczce na głowie. Niektóre panie zamieniają chusteczkę na jakąś opaskę na włosach. Koniecznie trzeba dodać, że spodnie są tam rzadkością. Ja zimą chodziłam w spodniach i dość często słyszałam w Inguszetii na ulicy słowo „Czeczenka”. Czeczenkom częściej pozwala się na takie „szaleństwa” poczytywane za brak szacunku w stosunku do rodziców lub męża. Inguskie tradycje są bardziej konserwatywne (lub jak mówią Czeczenii – zacofane :).
Warto dodać, że w ostatnich latach coraz więcej pojawia się na ulicy tradycyjnych muzułmańskich strojów, czyli są to spodnie, ale z taką dłuższą bluzką do kolan i długim rękawie oraz chustą przylegającą do głowy i zasłaniającą wszystkie włosy. Wydaje mi się jednak, że taki strój nie zdoła wyprzeć tej „cygańskiej” mody.
Przy zajęciach domowych wiele pięknych i szczupłych wajnaszek dość szybko rozrasta się wszerz. Ale trzeba przyznać, że wygląd zewnętrzny jest tam sprawą szalenie ważną. Kobiety wydają na ubrania i kosmetyki ogromne pieniądze, szczególnie biorąc pod uwagę ich dochody. Niczym dziwnym jest wydanie na buty całej pensji. Zresztą takie podejście dotyczy również mężczyzn.
Zapomniałam dodać, że bynajmniej nie należy się spodziewać, iż wszystkie Inguszki i Czeczenki to ciemnookie brunetki.

Status kobiety

Największy szacunek kobieta może zdobyć dzięki macierzyństwu. A tak jest raczej stworzeniem drugoplanowym, które nie potrafi o siebie zadbać i wymaga szczególnej opieki. Opieka niesie ze sobą obowiązek posłuszeństwa i odpowiedniego zachowania. Naturalnie trzeba jej pilnować, bo sama nie będzie miała pojęcia, jak się zachowywać. Czasem słyszałam tam stwierdzenie, że kobieta to świętość, do tego z ust osoby, która bardzo lubiła zakosztować tej świętości : ). Trzeba jednak dodać, że kobieta bez opieki swojej rodziny może popadać tam w niemałe kłopoty. Skoro nikt nie będzie bronił jej cześci, to zawsze znajdą się tacy, którzy spróbują to wykorzystać. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Może również z tego samego powodu kobiety innej narodowości napotykają na

Do macierzyństwa droga prowadzi przez zamążpójście. I właściwie największym marzeniem przeciętnej Inguszki czy Czeczenki jest odpowiednie wyjście za mąż. W czasach obecnych jest to o tyle trudne, że w wyniku wojen i innych czynników zaistniała duża dysproporcja między ilością kobiet i mężczyzn. Dodajmy, że wajnaszki nie powinny wychodzić za mąż za mężczyzn innych narodowości. Nie wykluczam, że są jakieś nieliczne przypadki mieszanych małżeństw Inguszek czy Czeczenek natomiast ja się nigdy z czymś takim nie spotkałam.Oglądałam tylko polski film "Bazrach czyli sen o wolnym kamieniu", którego bohaterką jest Dżennet Dżabagi-Skibniewska –córka Wassana Gireja Dżabagi, twórcy Konfederacji Narodów Kaukazu, i Helen Bajraszewskiej, potomkini polskich Tatarów. Dżennet Dżabagi wyszła za mąż za Polaka przez co została odtrącona przez rodzinę.

Dobra żona powinna przede wszystkim dobrze gotować i utrzymywać porządek w domu, no i oczywiście rodzić dzieci - najlepiej chłopców. Jak się dowiedziałam, jest mile widziane, aby dziewczyna na wydaniu miała skończone studia. I nie jest specjalnie ważne, że dyplom może się jej już nigdy nie przydać.

Bardzo często okres po wyjściu za mąż jest dla kobiety niezwykle ciężki. Opuszcza ona swoją dotychczasową rodzinę i staje się częścią nowej rodziny. I nie ma tam pozycji najwyższej. Musi się słuchać matki swojego męża, z którą bardzo często mieszka na początku pod jednym dachem. Słyszałam niejedną historię o wyżywaniu się na młodej synowej. Musi zapoznać się ze zwyczajami wszystkich domowników, szczególnie upodobaniami kulinarnymi mężczyzn. Takie miałam wrażenie z opowiadań.

W idealnej sytuacji w domu kobieta nie musi pracować, a mąż jest w stanie utrzymać całą rodzinę na wysokim poziomie. Wtedy, jeśli kobieta bardzo chce a małżonek wyrazi na to zgodę, może ona pójść do pracy. Nie powinno to kolidować z jej domowymi obowiązkami.
Niestety wielu kobietom przyszło zarabiać na utrzymanie rodziny. Część straciła swoich żywicieli rodziny w wyniku wojny, a część „żywicieli” rodziny nie może sobie znaleźć pracy.

Obowiązki kobiety

Są zawody, których za żadne skarby świata, nie będzie wykonywał czeczeński i inguski mężczyzna. Nie będzie on na przykład kelnerem czy kucharzem i raczej nie będzie handlował na bazarze.
Zaskakujące dla nas mogą być zajęcia, które są powszechnie wykonywane przez kobiety, takie jak malowanie, tapetowanie i ... tynkowanie ! A jak myślicie, kto powinien trzepać dywany? Dla nas jest oczywiste, że wymagające mocnej ręki zajęcie jest domeną mężczyzn. A tu proszę – niespodzianka – najwyraźniej mocniejszą rękę w Inguszetii i Czeczenii mają kobiety.

Jeszcze jeden przykład honorowego zachowania polskich mężczyzn, które za honorowe nie da się przyjąć w Inguszetii czy Czeczenii. Kobiety odwozi się na zakupy, na przykład na bazar. Ciężkie torby panie dźwigają same. Bo to niegodne zajęcie dla mężczyzny.
Trochę nie do końca rozumiem sprawę zaopatrywania w wodę. W dawnych czasach ze źródełka wodę przynosiły kobiety, a mężczyźni pilnowali ich bezpieczeństwa. Ma to swoje odzwierciedlenie w obrzędach ślubnych, o których kiedyś opowiem. W Groznym, w związku z tym, że został zniszczony system wodociągów, wodę trzeba było przynosić do domu z cystern, czy oddalonych zbiorników wodnych. Takim zajęciem najczęściej nie kalali się mężczyźni. W Inguszetii, gdzie mieszkałam, wodę w kranie z trudem można zaliczyć do kategorii pitnej. Dlatego też przywoziło się wodę ze źródełek. Prawdopodobnie, ze względu na to, że do źródełek trzeba dojeżdżać samochodem, wodę przywożą zazwyczaj mężczyźni. Czasem wybierałam się z którymś kierowcą dla urozmaicenia życia na „wycieczkę” po wodę. Pewnego dnia pojechałam z kierowcą, który miał niedawno wypadek samochodowy i nie mógł nosić ciężarów. Zawiózł mnie do źródełka, natomiast zdecydowałam, że ciężki kanister jakoś zdołam sama dociągnąć do samochodu. Widok mnie z takim ciężarem bardzo nie spodobał się jednej Inguszce, która zwróciła uwagę mojemu kierowcy za jego pozornie niekulturalne zachowanie. Musiałam się za nim wstawić. Sam był bardzo zawstydzony.
Dochodzę do wniosku, że może nie chodzi tu o to, co ile waży, ale o zawartość samego ładunku. Zastanawiam się tylko, dlaczego noszenie torby z owocami, czy warzywami jest raczej niegodne, a wodę można już jakoś zaakceptować.

Koniec części pierwszej. Zaczęłam pisać o inguskich i czeczeńskich kobietach koło 8 marca. I można by tak jeszcze długo...

I jaki był rezultat wyborów?, 20 marca 2008

Wypadało mi sprawdzić, czy przewidywania Magomeda Jewłojewa były słuszne.
Według oficjalnych danych frekwencja na wyborach w Inguszetii 2 marca 2008 roku wyniosła 92,3% a na Dmitrija Miedwiediewa zagłosowało 91,6 % Inguszów. Dla obecnych władz w Inguszetii rezultaty wyborów do Zgromadzenia Narodowego były ważniejsze. Na miejscu mogą rządzić jak chcą byle by zadowolić interesy władz centralnych.W wyborach do Zgromadzenia Narodowego na 27 miejsc 20 przypadło Wspólnej Rosji, 3 Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, dwa Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej i dwa Sprawiedliwej Rosji. W porównaniu z przewidywaniami Magomeda Jewłojewa różnica jest niewielka - Wspólna Rosja oddała jedno miejsce Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji.

Mieszkańcy Inguszetii przeprowadzili niezależny monitoring wyborów. Wolontariusze liczyli, ile osób zagłosowało tego dnia. Rezultat jest zgoła odmienny od oficjalnych danych. Podczas wyborów zagłosowało 3,5% uprawnionych do głosowania.

Wybory po ingusku, 2 marca 2008

Wybory prezydenckie w 2003 roku

Miałam przyjemność przebywać w Inguszetii w dniu wyborów prezydenckich w 2003 roku. Ich rezultaty były oszałamiające. Prawie wszyscy głosowali i oczywiście prawie wszyscy na Władimira Putina. Nie pamiętam dokładnych rezultatów, ale obie liczby oscylowały jakoś wokół 98 %. Było to dla mnie dziwne nie tylko ze względu na preferencje wyborcze, w regionie, gdzie bandytów – czyli właściwie cały naród czeczeński spokrewniony z Inguszami – „ściga się nawet w kiblu”. Najbardziej uderzyła mnie frekwencja wyborcza. Koło punktu wyborczego niedaleko mojego domu, oprócz jednej kobiety, która ustawiła tam swój stragan ze smakołykami, nie widać było żywego ducha. I tak od rana do wieczora. W Polsce wskaźnik głosujących w wyborach należy do najniższych w Europie, a i tak widać, że ktoś cały czas wchodzi i wychodzi z lokalu wyborczego.
Kiedy wyraziłam swoje zdziwienie w rozmowie z Inguszami, częściowo zaznajomili mnie oni z miejscowymi procedurami wyborczymi. Na przykład od pracowników instytucji państwowych odpowiednie osoby jeszcze przed wyborami zbierały dowody tożsamości i jakoś tam doprowadzały do prawidłowego oddania głosu. Moje sąsiadki na pewno nie wychodziły głosować. Wolałam już nie wnikać dalej, dlaczego wokół mnie znajdowały się tylko osoby z tych 2% niegłosujących.

A jak to się robi w Czeczenii?

Wybory w Czeczenii bywały jeszcze ciekawsze. Już nie pamiętam, z których wyborów pochodzi historia, o której piszę. Wydaje mi się, że chodziło o przyjęcie konstytucji ujarzmionej już republiki lub wybory prezydenta republiki. My – pracownicy pomocy humanitarnej – nie dostawaliśmy na ten czas pozwoleń na wjazd do Czeczenii. Jednak paru mieszkańców Groznego opowiadało mi, jaki sprytny system wymyślono tam dla wygody ludności. To najwyraźniej jakaś wyższa forma demokracji. Grupy „kadyrowców” (uzbrojona gwardia Kadyrowa) chodziły przez dwa tygodnie przed wyborami po domach z kartami wyborczymi i niegłosowanie nie wchodziło w grę.

Inguszetia - Wybory do Dumy w 2007 roku

W końcu zeszłego roku do wyborów parlamentarnych znów ruszyły tłumy Inguszów - 98,9% ! Właścicielowi strony internetowej www.ingushetiya.ru (Magomed Jewłojew) przyszedł do głowy zadziwiający pomysł – zebrać oświadczenia osób, które na wybory 2 grudnia nie chodziły. Akcja pod tytułem „Ja nie głosowałem” trwała od 3 grudnia do 16 stycznia. Zebrano nie mniej niż 87 tysięcy oświadczeń.
Już 10 stycznia było pewne, że co najmniej 54,5 % uprawnionych do głosowania nie było na wyborach 2 grudnia. Tyle osób złożyło swoje pisemne oświadczenie.
Muszę przyznać, że ta aktywność Inguszów przeciw manipulacji ich głosami bardzo mile mnie zaskoczyła.

A jaki będzie rezultat głosowania w Inguszetii 2 marca 2008?

Magomed Jewłojew twierdzi w wywiadzie dla Nowej Gazety, że protokoły wyborcze komisji są już przygotowane. Na Miedwiediewa ma „zagłosować” 95 % Inguszów. Natomiast równoczesne wybory do Zgromadzenia Narodowego dadzą na 27 miejsc 21 dla przedstawicieli Wspólnej Rosji i po dwa dla pozostałych partii. Sama jestem ciekawa trafności tej prognozy.

Podobno za zorganizowanie w styczniu wiecu poparcia dla polityki obecnego prezydenta Rosji (!) przez Magomeda Jewłojewa najęto na niego zabójców. Powody zorganizowania wiecu i niezadowolenia inguskich elit z tego powodów to już oddzielna historia.

Powitanie, 29 luty 2008

Pracowałam i mieszkałam na Północnym Kaukazie blisko 3 lata. Po raz pierwszy wyjechałam do Inguszetii latem 2003 roku do pracy na misji czeczeńskiej Polskiej Akcji Humanitarnej, na której zostałam 13 miesięcy. Później, od jesieni 2004 do lata 2005 roku, pracowałam z kanadyjską organizacją i wreszcie mój ostatni pobyt – z czeskim Caritas – miał miejsce od lutego do października 2006 roku.
Pobyt na Kaukazie, głównie w Inguszetii, gdzie znajdowały się nasze biura, zupełnie zmienił moje postrzeganie świata. Wcześniej, w 2003 roku, byłam na miesięcznej wymianie studenckiej w Gruzji. Już tam dotarło do mnie, że Polska należy do zachodniego kręgu kulturowego.
Podobnie jak w Europie – albo może raczej w tej części Europy, którą popularnie zwie się Europą – tak samo na Kaukazie ludzi charakteryzują pewne cechy wspólne dla regionu. Tym niemniej poszczególne narody różnią się od siebie. My się różnimy się od Niemców, Niemcy od Francuzów, Francuzi od Anglików i tak dalej. Niektórzy nawet bardzo nie lubią się między sobą.
Najwięcej miałam do czynienia z Czeczenami i Inguszami. Byli oni beneficjentami pomocy organizacji humanitarnych, w których pracowałam. Spotykałam się na co dzień z „miejscowymi” pracownikami naszych organizacji, czasami zapraszali mnie do siebie, czasem organizowaliśmy wyjazd na szaszłyki. Miałam też sąsiadów, z którymi czasami rozmawiałam o życiu codziennym. Rozpoznawali mnie sprzedawcy w sklepikach, do których często zaglądałam, kelnerki w szaszłykarniach, a także urzędnicy – bo bardzo często przychodziło mi załatwiać różne sprawy w imieniu organizacji.
Nie byłam więc ani podróżnikiem, który obserwuje uważnie nowo odwiedzane miejsce, ani dziennikarzem, którego zadaniem jest znalezienie ciekawego tematu dla czytelników, a w najlepszym razie misja doniesienia prawdy. Wpisałam się niejako w część tamtejszego krajobrazu powojennego (a może i nie do końca „po”) i robiłam swoją robotę, przy okazji zapoznając się z miejscową kulturą i obyczajami.
Niestety przez większość czasu towarzyszyła mi ochrona, która jest obowiązkowym elementem pracy organizacji humanitarnych w tamtym regionie, związana z „modą” na porywanie obcokrajowców. Ograniczało to również moją wolność i miało konsekwencje, o których napiszę któregoś dnia.
Poprzez moją pracę byłam, niestety, źródłem dochodu dla miejscowych - zarówno szansą jak i ewentualną przeszkodą do ich dotarcia. Pracowałam tam zgodnie z zasadami, jakie przyswojono mi w domu i zauważyłam, że moje niektóre zachowania, delikatnie rzecz biorąc, nie wzbudzają zrozumienia i zachwytu. Dużym błędem jest zakładanie, że ludzie wszędzie mają taki sam system wartości. Wiara w istnienie absolutnych uniwersalnych wartości w stosunkach międzyludzkich jest w moim przekonaniu zwykłą naiwnością, czy też ignorancją. Gdybym stosowała te „uniwersalne” zachodnie wartości, to opuściłabym Kaukaz z poczuciem wstrętu do tego miejsca, a raczej tamtejszych ludzi, gdyż przyroda jest tam oszałamiająco piękna. Tak się jednak nie stało i do tej pory mam wiele sympatii do wielu Czeczenów i Inguszów. W wyniku długiego procesu zachodzącego w mojej głowie zrozumiałam (chyba), co dla tamtych ludzi jest najważniejsze i dlaczego postępują w taki sposób, w jaki postępują. Nie muszę przyjmować tego systemu dla siebie, żeby go rozumieć. Nie zamierzam też propagować wśród nich swoich wartości. I nie zamierzam tam więcej pracować :).
Jeśli miałabym w kilku słowach określić najważniejsze wartości dla Inguszów i Czeczenów, to na pierwszym miejscu postawiłabym rodzinę. Rodzina jest tam szerokim pojęciem, które obejmuje również więzi z całym klanem. Wobec swojego klanu uczciwy i honorowy Czeczen i Ingusz muszą być bezwzględnie lojalni. Na drugim, nieodległym miejscu są pieniądze i status społeczny. Innymi słowy członkowie inguskiej lub czeczeńskiej rodziny starają się na wszystkie możliwe sposoby zabezpieczyć dobrobyt swojej rodziny. Od tego, jak skutecznie dany człowiek będzie zdobywał pieniądze zależy jego pozycja w społeczeństwie. Inaczej niż na Zachodzie nielegalne sposoby zdobywania ziemskich dóbr nie spotyka się ze społecznym potępieniem. I co może wydawać się niewiarygodne w Europie nikt nie dziwi się i nie sprzeciwia temu, że osoba na wysokim stanowisku sprowadza za sobą rzesze krewnych. Zresztą w Polsce też nie jesteśmy całkowicie wolni od tego procederu. Jednak na Kaukazie ma to również swoje bardzo praktyczne uzasadnienie. Ze strony krewnych nie należy spodziewać się zdradliwych działań. Zadziwiające jest to, że ludzie znajdujący się na dole zamiast narzekać na tych, którzy są u władzy, że muszą im dawać „prezenty”, po prostu bardzo chcieliby znajdować się na ich miejscu. Do dziś pamiętam rozmowę z szacownym i pobożnym Inguszem, który mówił mi o tym, jak ci na górze biorą. Za chwilę, ku mojemu zdumieniu, dodał w akompaniamencie westchnienia i z rozmarzonym wzrokiem: „Jakbym był na ich miejscu, to dopiero bym brał”. Nie przypadło mu niestety w udziale znaleźć się na wysokim intratnym stanowisku. Był zwykłym pracownikiem milicji i ochroniarzem cudzoziemki pracującej w pomocy humanitarnej.
Trzeba pamiętać o tym, że panuje tam zupełnie inna kultura i inne pojmowanie honorowego postępowania. Bardzo często zauważamy, że „niemądrzy” ludzie z Zachodu zupełnie nie rozumieją pewnych zachowań Polaków. Podobnie jest z nami. Też nie rozumiemy wszystkiego, co się dzieje na Wschodzie, chociaż jesteśmy o tym święcie przekonani.
Wielkim rozczarowaniem było dla mnie odkrycie, że pomoc humanitarna stała się dla garstki inguskich i czeczeńskich pracowników doskonałym źródłem dochodów. I nie chodzi tu niestety wyłącznie o pensje. Jest to stwierdzenie osoby, która była kompletnie naiwna w początkowym okresie swojej pracy, a do tego przepełniona ideałami.
Daleka jestem od stwierdzenia, że pomoc humanitarna jest niepotrzebna i zawsze szkodliwa. Przeciwnie. Ratuje ona wielu ludzi od nędzy i chorób, często pozwala zachować godność w momencie zniszczeń spowodowanych katastrofami i wojnami. Wszystko musi być jednak robione z głową, szczególnie w przypadku długookresowej pomocy, bo wszędzie znajdą się hieny żerujące na nieszczęściu. Hieny miejscowe i przybywające z daleka.
Wojna dotyka całe społeczeństwa. Nie wybiera ludzi tylko przyzwoitych lub tylko złych. Wojna każdego uczy świadomości, że może nie być dnia jutrzejszego i tego, że trzeba walczyć o przetrwanie. Normy moralne zmieniają się.
„Cierpienie uszlachetnia” - ciekawe, czy ktoś robił na ten temat jakieś badania? Jeśli uszlachetnia, to chyba jakieś jednostki opisywane w powieściach.
Po tym powitalnym wstępie „od sasa do lasa” postaram się w kolejnych częściach skoncentrować na konkretnych zagadnieniach, rozszerzyć wątki, które się pojawiły w tej części, a także pisać o innych.

Magda Rapińczuk



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!