Humanitarny biznes cz.1, 15 września 2008

Obserwuję ostatnio przygotowania organizacji pozarządowych do udzielania pomocy humanitarnej ofiarom konfliktu w Gruzji i od razu stają mi przed oczami obrazki z Inguszetii i Czeczenii. Ciekawe, czy uda się w Gruzji dotrzeć do najbardziej potrzebujących, i czy miejscowi koordynatorzy nie potraktują pracy w „humanitarce” jako doskonałego źródełka dostatniego życia.

Na Północnym Kaukazie nieco bardziej rozgarnięci pracownicy organizacji humanitarnych wymieniali się doświadczeniami i historiami nazwijmy to „humanitarnych przekrętów”. Z bezsilności żartowaliśmy sobie nawet, że warto by było sporządzić „cennik bezpłatnej pomocy” od organizacji humanitarnych lub też poradnik dla expatów (tak potocznie nazywa się pracowników z zagranicy – od ang. expatriate staff), którzy nie mają świadomości miejscowych obyczajów reprezentowanych przez lokalsów (tak z kolei niepoprawnie politycznie określało się pracowników miejscowych – od ang. local staff). Bardzo często zdarzało się, że miejscowy koordynator za objęcie rodziny czy instytucji pomocą żądał określonego wynagrodzenia. Dochodziły do nas również plotki, że nierzadko w momencie naboru kadr w międzynarodowych organizacjach również w grę wchodziła określona opłata dla osoby, która załatwiała taką pracę. Wszystko to działo się na wzór pracy w rosyjskich instytucjach rządowych lub milicji, w których posady się kupuje a potem to trzeba by to wszystko odpracować, a potem i zarobić.
Trudno mi było zrozumieć, że ktoś woli jeździć śmieciarką, niż siedzieć w czystym biurze z wyższą pensją. A z takim przypadkiem miałam przyjemność się zetknąć na samych początku mojej bytności na Północnym Kaukazie. Wyjaśnienie było nader proste – wywóz śmieci dawał możliwość dodatkowego porządnego zarobku. Podobno najlepiej można było dorobić na wywozie nieczystości.
Podczas mojego pierwszego kontraktu oburzało mnie, że na bazarze w Groznym rozsprzedawano materiały budowlane pochodzące z pewnej zachodniej organizacji. Bardzo się cieszyłam, że pracowałam w skromnej polskiej organizacji i że my nie mieliśmy takich problemów. Czas wyleczył moją naiwność.
Najsmutniejsze jest nawet nie to, że wiele osób pełnych ideałów przyjeżdżało tam z zagranicy pomagać ofiarom konfliktu a ich praca wykonywana w bardzo trudnych warunkach była obrzydliwie wykorzystywana. Gorsze jest to, że pomoc nie trafiała do tych, którzy tego najbardziej potrzebowali, tylko do tych, którzy mieli lepsze dojście. W moich oczach było to okradanie swoich rodaków, chociaż oni patrzą na to inaczej. Co więcej, najbiedniejsi byli paradoksalnie zbyt biedni na to, żeby otrzymywać pomoc. Najbardziej utkwił mi w pamięci przypadek rodziny, która nie przychodziła do naszej stołówki w centrum Groznego na obiady, bo nie mieli odpowiednio schludnych ubrań, żeby do tam dotrzeć. A w Inguszetii poznałam kobietę (z mniejszości niemieckiej w Rosji), która rozstała się z mężem Czeczenem ze względu na jego pijaństwo. Zostawił jej dzieci na utrzymaniu. Mieszkała z nimi w jakimś improwizowanym pokoiku z marnymi drzwiami w budynku przypominającym raczej jakieś pomieszczenia gospodarcze, z betonowymi ścianami i dostępem do zardzewiałej umywalki na korytarzu. Ludność nie-czeczeńska i nie-inguska ma znacznie trudniejszy dostęp do pomocy humanitarnej.
O bardziej konkretnych przypadkach, a raczej formach wykorzystywania pracy w pomocy humanitarnej, bo na nikogo palcem wskazywać nie będę, postaram się napisać w drugiej części „Humanitarnego biznesu”.
Podejrzewam, że w Gruzji sprawa również będzie daleka od ideału. Wiosną tego roku rozmawiałam z chłopakiem, który bierze udział w programie Europejskiego Wolontariatu w Gruzji. Narzekał sobie mocno na miejscowe organizacje pozarządowe rozpuszczone przez pieniądze z Zachodu.

Magda Rapińczuk

Poprzednie teksty i wpisy Magdy Rapińczuk:

Kaukaz bliżej nieba, Europa bliżej ziemi, 14 sierpnia 2008

Nadal z łatwością rozpoznaję na ulicach Warszawy i jej okolic Czeczenów, a szczególnie płeć piękną tej narodowości. Ostatnio zauważyłam pewną istotną zmianę przez co nawet przez chwilę zwątpiłam w swoją nieomylność w tym względzie. Otóż panie coraz częściej wybierają płaski obcas!!! Przez to zmienił się nawet do pewnego stopnia ich charakterystyczny sposób chodzenia. Teraz jest on bardziej energiczny i bliższy ziemskiej rzeczywistości. Taki pierwszy krok w stronę integracji. Na Kaukazie miałam czasem wrażenie, że kobiety idąc po ulicy bujają gdzieś w obłokach.

Swoi i obcy, 31 lipca 2008

Podział na swoich i obcych – dla mnie jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech Czeczenów i Inguszów. Właściwie bardzo rzadko zdarza się, by ktoś miał do wajnachów stosunek obojętny. Jedni są w nich ślepo zapatrzeni, podkreślają ich gościnność i uprzejmość, bohaterskie przywiązanie do ojczyzny, inni – przedstawiciele kultury zachodniej – mogą krytykować ich za tradycyjną hierarchię i rolę kobiety w społeczeństwie, a sąsiedzi bardzo często boją się ich lub wręcz nienawidzą. Mnie najbardziej uderzyła jedna konkretna rzecz. Dla wajnacha stokroć ważniejszy będzie jego najpodlejszy rodak (chociaż takich przecież nie ma :)), niż najporządniejszy człowiek i najlepszy przyjaciel z zewnątrz. Nawet jeśli ktoś popełni przestępstwo, nie jest to powód by ktoś z zewnątrz mógł to osądzać. Wszystko powinno zostać w „rodzinie”. Być może dzięki temu przetrwali i przetrwały ich tradycje. Poza tym wykorzystanie kogoś obcego (nie mam tu na myśli gości) nie jest rozpatrywane w kategorii dobra i zła. Tak się po prostu czasem robi. Dla dobra swojej rodziny.
No i ten drobiazg, że małżeństwa mieszane to rzadkość, również świadczy o podziale na swoich i obcych.

Wajnaszki, czyli Inguszki i Czeczenki, 20 marca 2008

Kiedy ostatnim razem wyjeżdżałam z Inguszetii i żegnałam się z jednym z najbardziej szanowanych koordynatorów miejscowych naszej organizacji powiedziałam mu pół żartem pół serio, że gdybym była Inguszką czy Czeczenką, to pewnie nie lubilibyśmy się zbytnio przez moje niezależne zachowanie i poglądy na rolę kobiety w społeczeństwie.

I muszę zaznaczyć w tym miejscu, że bardzo dobrze nam się razem pracowało i jestem przekonana, że moja sympatia dla tego człowieka była odwzajemniona. Odpowiedział mi z przekonaniem, że gdybym się tam urodziła i wychowała, to na pewno zachowywałabym się tak jak na Inguszkę przystało i nasze relacje między nami też by były dobre.
Odpowiedź ta dała mi dużo do myślenia. Faktycznie. Gdyby od dziecka wpajano we mnie, jaką powinnam odgrywać rolę w swojej społeczności, to najprawdopodobniej przyjęłabym tamten system wartości i to bez większych oporów.

Wygląd

Z naszego punktu widzenia – trochę to po cygańsku. Niektórym kolegom kojarzyło się to nawet z najstarszym zawodem świata, chociaż długość rękawa czy spódnicy były na pewno inne. Po prostu ilość kolorów, ozdóbek, biżuterii, falbanek oraz makijaż bardzo się rzucają w oczy. Jak dla mnie, wymagana tam od kobiety powściągliwość zachowania jakoś kompletnie nie współgra z jej wyglądem. Natomiast przylegające do ciała bluzeczki bynajmniej nijak się mają do stereotypów o wyglądzie muzułmanek. A do tego te szpilki lub buty na koturnie. Należy jeszcze dodać, że porządna mężatka chodzi w chusteczce na głowie. Niektóre panie zamieniają chusteczkę na jakąś opaskę na włosach. Koniecznie trzeba dodać, że spodnie są tam rzadkością. Ja zimą chodziłam w spodniach i dość często słyszałam w Inguszetii na ulicy słowo „Czeczenka”. Czeczenkom częściej pozwala się na takie „szaleństwa” poczytywane za brak szacunku w stosunku do rodziców lub męża. Inguskie tradycje są bardziej konserwatywne (lub jak mówią Czeczenii – zacofane :).
Warto dodać, że w ostatnich latach coraz więcej pojawia się na ulicy tradycyjnych muzułmańskich strojów, czyli są to spodnie, ale z taką dłuższą bluzką do kolan i długim rękawie oraz chustą przylegającą do głowy i zasłaniającą wszystkie włosy. Wydaje mi się jednak, że taki strój nie zdoła wyprzeć tej „cygańskiej” mody.
Przy zajęciach domowych wiele pięknych i szczupłych wajnaszek dość szybko rozrasta się wszerz. Ale trzeba przyznać, że wygląd zewnętrzny jest tam sprawą szalenie ważną. Kobiety wydają na ubrania i kosmetyki ogromne pieniądze, szczególnie biorąc pod uwagę ich dochody. Niczym dziwnym jest wydanie na buty całej pensji. Zresztą takie podejście dotyczy również mężczyzn.
Zapomniałam dodać, że bynajmniej nie należy się spodziewać, iż wszystkie Inguszki i Czeczenki to ciemnookie brunetki.

Status kobiety

Największy szacunek kobieta może zdobyć dzięki macierzyństwu. A tak jest raczej stworzeniem drugoplanowym, które nie potrafi o siebie zadbać i wymaga szczególnej opieki. Opieka niesie ze sobą obowiązek posłuszeństwa i odpowiedniego zachowania. Naturalnie trzeba jej pilnować, bo sama nie będzie miała pojęcia, jak się zachowywać. Czasem słyszałam tam stwierdzenie, że kobieta to świętość, do tego z ust osoby, która bardzo lubiła zakosztować tej świętości : ). Trzeba jednak dodać, że kobieta bez opieki swojej rodziny może popadać tam w niemałe kłopoty. Skoro nikt nie będzie bronił jej cześci, to zawsze znajdą się tacy, którzy spróbują to wykorzystać. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Może również z tego samego powodu kobiety innej narodowości napotykają na

Do macierzyństwa droga prowadzi przez zamążpójście. I właściwie największym marzeniem przeciętnej Inguszki czy Czeczenki jest odpowiednie wyjście za mąż. W czasach obecnych jest to o tyle trudne, że w wyniku wojen i innych czynników zaistniała duża dysproporcja między ilością kobiet i mężczyzn. Dodajmy, że wajnaszki nie powinny wychodzić za mąż za mężczyzn innych narodowości. Nie wykluczam, że są jakieś nieliczne przypadki mieszanych małżeństw Inguszek czy Czeczenek natomiast ja się nigdy z czymś takim nie spotkałam.Oglądałam tylko polski film "Bazrach czyli sen o wolnym kamieniu", którego bohaterką jest Dżennet Dżabagi-Skibniewska –córka Wassana Gireja Dżabagi, twórcy Konfederacji Narodów Kaukazu, i Helen Bajraszewskiej, potomkini polskich Tatarów. Dżennet Dżabagi wyszła za mąż za Polaka przez co została odtrącona przez rodzinę.

Dobra żona powinna przede wszystkim dobrze gotować i utrzymywać porządek w domu, no i oczywiście rodzić dzieci - najlepiej chłopców. Jak się dowiedziałam, jest mile widziane, aby dziewczyna na wydaniu miała skończone studia. I nie jest specjalnie ważne, że dyplom może się jej już nigdy nie przydać.

Bardzo często okres po wyjściu za mąż jest dla kobiety niezwykle ciężki. Opuszcza ona swoją dotychczasową rodzinę i staje się częścią nowej rodziny. I nie ma tam pozycji najwyższej. Musi się słuchać matki swojego męża, z którą bardzo często mieszka na początku pod jednym dachem. Słyszałam niejedną historię o wyżywaniu się na młodej synowej. Musi zapoznać się ze zwyczajami wszystkich domowników, szczególnie upodobaniami kulinarnymi mężczyzn. Takie miałam wrażenie z opowiadań.

W idealnej sytuacji w domu kobieta nie musi pracować, a mąż jest w stanie utrzymać całą rodzinę na wysokim poziomie. Wtedy, jeśli kobieta bardzo chce a małżonek wyrazi na to zgodę, może ona pójść do pracy. Nie powinno to kolidować z jej domowymi obowiązkami.
Niestety wielu kobietom przyszło zarabiać na utrzymanie rodziny. Część straciła swoich żywicieli rodziny w wyniku wojny, a część „żywicieli” rodziny nie może sobie znaleźć pracy.

Obowiązki kobiety

Są zawody, których za żadne skarby świata, nie będzie wykonywał czeczeński i inguski mężczyzna. Nie będzie on na przykład kelnerem czy kucharzem i raczej nie będzie handlował na bazarze.
Zaskakujące dla nas mogą być zajęcia, które są powszechnie wykonywane przez kobiety, takie jak malowanie, tapetowanie i ... tynkowanie ! A jak myślicie, kto powinien trzepać dywany? Dla nas jest oczywiste, że wymagające mocnej ręki zajęcie jest domeną mężczyzn. A tu proszę – niespodzianka – najwyraźniej mocniejszą rękę w Inguszetii i Czeczenii mają kobiety.

Jeszcze jeden przykład honorowego zachowania polskich mężczyzn, które za honorowe nie da się przyjąć w Inguszetii czy Czeczenii. Kobiety odwozi się na zakupy, na przykład na bazar. Ciężkie torby panie dźwigają same. Bo to niegodne zajęcie dla mężczyzny.
Trochę nie do końca rozumiem sprawę zaopatrywania w wodę. W dawnych czasach ze źródełka wodę przynosiły kobiety, a mężczyźni pilnowali ich bezpieczeństwa. Ma to swoje odzwierciedlenie w obrzędach ślubnych, o których kiedyś opowiem. W Groznym, w związku z tym, że został zniszczony system wodociągów, wodę trzeba było przynosić do domu z cystern, czy oddalonych zbiorników wodnych. Takim zajęciem najczęściej nie kalali się mężczyźni. W Inguszetii, gdzie mieszkałam, wodę w kranie z trudem można zaliczyć do kategorii pitnej. Dlatego też przywoziło się wodę ze źródełek. Prawdopodobnie, ze względu na to, że do źródełek trzeba dojeżdżać samochodem, wodę przywożą zazwyczaj mężczyźni. Czasem wybierałam się z którymś kierowcą dla urozmaicenia życia na „wycieczkę” po wodę. Pewnego dnia pojechałam z kierowcą, który miał niedawno wypadek samochodowy i nie mógł nosić ciężarów. Zawiózł mnie do źródełka, natomiast zdecydowałam, że ciężki kanister jakoś zdołam sama dociągnąć do samochodu. Widok mnie z takim ciężarem bardzo nie spodobał się jednej Inguszce, która zwróciła uwagę mojemu kierowcy za jego pozornie niekulturalne zachowanie. Musiałam się za nim wstawić. Sam był bardzo zawstydzony.
Dochodzę do wniosku, że może nie chodzi tu o to, co ile waży, ale o zawartość samego ładunku. Zastanawiam się tylko, dlaczego noszenie torby z owocami, czy warzywami jest raczej niegodne, a wodę można już jakoś zaakceptować.

Koniec części pierwszej. Zaczęłam pisać o inguskich i czeczeńskich kobietach koło 8 marca. I można by tak jeszcze długo...

I jaki był rezultat wyborów?, 20 marca 2008

Wypadało mi sprawdzić, czy przewidywania Magomeda Jewłojewa były słuszne.
Według oficjalnych danych frekwencja na wyborach w Inguszetii 2 marca 2008 roku wyniosła 92,3% a na Dmitrija Miedwiediewa zagłosowało 91,6 % Inguszów. Dla obecnych władz w Inguszetii rezultaty wyborów do Zgromadzenia Narodowego były ważniejsze. Na miejscu mogą rządzić jak chcą byle by zadowolić interesy władz centralnych.W wyborach do Zgromadzenia Narodowego na 27 miejsc 20 przypadło Wspólnej Rosji, 3 Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, dwa Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej i dwa Sprawiedliwej Rosji. W porównaniu z przewidywaniami Magomeda Jewłojewa różnica jest niewielka - Wspólna Rosja oddała jedno miejsce Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji.

Mieszkańcy Inguszetii przeprowadzili niezależny monitoring wyborów. Wolontariusze liczyli, ile osób zagłosowało tego dnia. Rezultat jest zgoła odmienny od oficjalnych danych. Podczas wyborów zagłosowało 3,5% uprawnionych do głosowania.

Wybory po ingusku, 2 marca 2008

Wybory prezydenckie w 2003 roku

Miałam przyjemność przebywać w Inguszetii w dniu wyborów prezydenckich w 2003 roku. Ich rezultaty były oszałamiające. Prawie wszyscy głosowali i oczywiście prawie wszyscy na Władimira Putina. Nie pamiętam dokładnych rezultatów, ale obie liczby oscylowały jakoś wokół 98 %. Było to dla mnie dziwne nie tylko ze względu na preferencje wyborcze, w regionie, gdzie bandytów – czyli właściwie cały naród czeczeński spokrewniony z Inguszami – „ściga się nawet w kiblu”. Najbardziej uderzyła mnie frekwencja wyborcza. Koło punktu wyborczego niedaleko mojego domu, oprócz jednej kobiety, która ustawiła tam swój stragan ze smakołykami, nie widać było żywego ducha. I tak od rana do wieczora. W Polsce wskaźnik głosujących w wyborach należy do najniższych w Europie, a i tak widać, że ktoś cały czas wchodzi i wychodzi z lokalu wyborczego.
Kiedy wyraziłam swoje zdziwienie w rozmowie z Inguszami, częściowo zaznajomili mnie oni z miejscowymi procedurami wyborczymi. Na przykład od pracowników instytucji państwowych odpowiednie osoby jeszcze przed wyborami zbierały dowody tożsamości i jakoś tam doprowadzały do prawidłowego oddania głosu. Moje sąsiadki na pewno nie wychodziły głosować. Wolałam już nie wnikać dalej, dlaczego wokół mnie znajdowały się tylko osoby z tych 2% niegłosujących.

A jak to się robi w Czeczenii?

Wybory w Czeczenii bywały jeszcze ciekawsze. Już nie pamiętam, z których wyborów pochodzi historia, o której piszę. Wydaje mi się, że chodziło o przyjęcie konstytucji ujarzmionej już republiki lub wybory prezydenta republiki. My – pracownicy pomocy humanitarnej – nie dostawaliśmy na ten czas pozwoleń na wjazd do Czeczenii. Jednak paru mieszkańców Groznego opowiadało mi, jaki sprytny system wymyślono tam dla wygody ludności. To najwyraźniej jakaś wyższa forma demokracji. Grupy „kadyrowców” (uzbrojona gwardia Kadyrowa) chodziły przez dwa tygodnie przed wyborami po domach z kartami wyborczymi i niegłosowanie nie wchodziło w grę.

Inguszetia - Wybory do Dumy w 2007 roku

W końcu zeszłego roku do wyborów parlamentarnych znów ruszyły tłumy Inguszów - 98,9% ! Właścicielowi strony internetowej www.ingushetiya.ru (Magomed Jewłojew) przyszedł do głowy zadziwiający pomysł – zebrać oświadczenia osób, które na wybory 2 grudnia nie chodziły. Akcja pod tytułem „Ja nie głosowałem” trwała od 3 grudnia do 16 stycznia. Zebrano nie mniej niż 87 tysięcy oświadczeń.
Już 10 stycznia było pewne, że co najmniej 54,5 % uprawnionych do głosowania nie było na wyborach 2 grudnia. Tyle osób złożyło swoje pisemne oświadczenie.
Muszę przyznać, że ta aktywność Inguszów przeciw manipulacji ich głosami bardzo mile mnie zaskoczyła.

A jaki będzie rezultat głosowania w Inguszetii 2 marca 2008?

Magomed Jewłojew twierdzi w wywiadzie dla Nowej Gazety, że protokoły wyborcze komisji są już przygotowane. Na Miedwiediewa ma „zagłosować” 95 % Inguszów. Natomiast równoczesne wybory do Zgromadzenia Narodowego dadzą na 27 miejsc 21 dla przedstawicieli Wspólnej Rosji i po dwa dla pozostałych partii. Sama jestem ciekawa trafności tej prognozy.

Podobno za zorganizowanie w styczniu wiecu poparcia dla polityki obecnego prezydenta Rosji (!) przez Magomeda Jewłojewa najęto na niego zabójców. Powody zorganizowania wiecu i niezadowolenia inguskich elit z tego powodów to już oddzielna historia.

Powitanie, 29 luty 2008

Pracowałam i mieszkałam na Północnym Kaukazie blisko 3 lata. Po raz pierwszy wyjechałam do Inguszetii latem 2003 roku do pracy na misji czeczeńskiej Polskiej Akcji Humanitarnej, na której zostałam 13 miesięcy. Później, od jesieni 2004 do lata 2005 roku, pracowałam z kanadyjską organizacją i wreszcie mój ostatni pobyt – z czeskim Caritas – miał miejsce od lutego do października 2006 roku.
Pobyt na Kaukazie, głównie w Inguszetii, gdzie znajdowały się nasze biura, zupełnie zmienił moje postrzeganie świata. Wcześniej, w 2003 roku, byłam na miesięcznej wymianie studenckiej w Gruzji. Już tam dotarło do mnie, że Polska należy do zachodniego kręgu kulturowego.
Podobnie jak w Europie – albo może raczej w tej części Europy, którą popularnie zwie się Europą – tak samo na Kaukazie ludzi charakteryzują pewne cechy wspólne dla regionu. Tym niemniej poszczególne narody różnią się od siebie. My się różnimy się od Niemców, Niemcy od Francuzów, Francuzi od Anglików i tak dalej. Niektórzy nawet bardzo nie lubią się między sobą.
Najwięcej miałam do czynienia z Czeczenami i Inguszami. Byli oni beneficjentami pomocy organizacji humanitarnych, w których pracowałam. Spotykałam się na co dzień z „miejscowymi” pracownikami naszych organizacji, czasami zapraszali mnie do siebie, czasem organizowaliśmy wyjazd na szaszłyki. Miałam też sąsiadów, z którymi czasami rozmawiałam o życiu codziennym. Rozpoznawali mnie sprzedawcy w sklepikach, do których często zaglądałam, kelnerki w szaszłykarniach, a także urzędnicy – bo bardzo często przychodziło mi załatwiać różne sprawy w imieniu organizacji.
Nie byłam więc ani podróżnikiem, który obserwuje uważnie nowo odwiedzane miejsce, ani dziennikarzem, którego zadaniem jest znalezienie ciekawego tematu dla czytelników, a w najlepszym razie misja doniesienia prawdy. Wpisałam się niejako w część tamtejszego krajobrazu powojennego (a może i nie do końca „po”) i robiłam swoją robotę, przy okazji zapoznając się z miejscową kulturą i obyczajami.
Niestety przez większość czasu towarzyszyła mi ochrona, która jest obowiązkowym elementem pracy organizacji humanitarnych w tamtym regionie, związana z „modą” na porywanie obcokrajowców. Ograniczało to również moją wolność i miało konsekwencje, o których napiszę któregoś dnia.
Poprzez moją pracę byłam, niestety, źródłem dochodu dla miejscowych - zarówno szansą jak i ewentualną przeszkodą do ich dotarcia. Pracowałam tam zgodnie z zasadami, jakie przyswojono mi w domu i zauważyłam, że moje niektóre zachowania, delikatnie rzecz biorąc, nie wzbudzają zrozumienia i zachwytu. Dużym błędem jest zakładanie, że ludzie wszędzie mają taki sam system wartości. Wiara w istnienie absolutnych uniwersalnych wartości w stosunkach międzyludzkich jest w moim przekonaniu zwykłą naiwnością, czy też ignorancją. Gdybym stosowała te „uniwersalne” zachodnie wartości, to opuściłabym Kaukaz z poczuciem wstrętu do tego miejsca, a raczej tamtejszych ludzi, gdyż przyroda jest tam oszałamiająco piękna. Tak się jednak nie stało i do tej pory mam wiele sympatii do wielu Czeczenów i Inguszów. W wyniku długiego procesu zachodzącego w mojej głowie zrozumiałam (chyba), co dla tamtych ludzi jest najważniejsze i dlaczego postępują w taki sposób, w jaki postępują. Nie muszę przyjmować tego systemu dla siebie, żeby go rozumieć. Nie zamierzam też propagować wśród nich swoich wartości. I nie zamierzam tam więcej pracować :).
Jeśli miałabym w kilku słowach określić najważniejsze wartości dla Inguszów i Czeczenów, to na pierwszym miejscu postawiłabym rodzinę. Rodzina jest tam szerokim pojęciem, które obejmuje również więzi z całym klanem. Wobec swojego klanu uczciwy i honorowy Czeczen i Ingusz muszą być bezwzględnie lojalni. Na drugim, nieodległym miejscu są pieniądze i status społeczny. Innymi słowy członkowie inguskiej lub czeczeńskiej rodziny starają się na wszystkie możliwe sposoby zabezpieczyć dobrobyt swojej rodziny. Od tego, jak skutecznie dany człowiek będzie zdobywał pieniądze zależy jego pozycja w społeczeństwie. Inaczej niż na Zachodzie nielegalne sposoby zdobywania ziemskich dóbr nie spotyka się ze społecznym potępieniem. I co może wydawać się niewiarygodne w Europie nikt nie dziwi się i nie sprzeciwia temu, że osoba na wysokim stanowisku sprowadza za sobą rzesze krewnych. Zresztą w Polsce też nie jesteśmy całkowicie wolni od tego procederu. Jednak na Kaukazie ma to również swoje bardzo praktyczne uzasadnienie. Ze strony krewnych nie należy spodziewać się zdradliwych działań. Zadziwiające jest to, że ludzie znajdujący się na dole zamiast narzekać na tych, którzy są u władzy, że muszą im dawać „prezenty”, po prostu bardzo chcieliby znajdować się na ich miejscu. Do dziś pamiętam rozmowę z szacownym i pobożnym Inguszem, który mówił mi o tym, jak ci na górze biorą. Za chwilę, ku mojemu zdumieniu, dodał w akompaniamencie westchnienia i z rozmarzonym wzrokiem: „Jakbym był na ich miejscu, to dopiero bym brał”. Nie przypadło mu niestety w udziale znaleźć się na wysokim intratnym stanowisku. Był zwykłym pracownikiem milicji i ochroniarzem cudzoziemki pracującej w pomocy humanitarnej.
Trzeba pamiętać o tym, że panuje tam zupełnie inna kultura i inne pojmowanie honorowego postępowania. Bardzo często zauważamy, że „niemądrzy” ludzie z Zachodu zupełnie nie rozumieją pewnych zachowań Polaków. Podobnie jest z nami. Też nie rozumiemy wszystkiego, co się dzieje na Wschodzie, chociaż jesteśmy o tym święcie przekonani.
Wielkim rozczarowaniem było dla mnie odkrycie, że pomoc humanitarna stała się dla garstki inguskich i czeczeńskich pracowników doskonałym źródłem dochodów. I nie chodzi tu niestety wyłącznie o pensje. Jest to stwierdzenie osoby, która była kompletnie naiwna w początkowym okresie swojej pracy, a do tego przepełniona ideałami.
Daleka jestem od stwierdzenia, że pomoc humanitarna jest niepotrzebna i zawsze szkodliwa. Przeciwnie. Ratuje ona wielu ludzi od nędzy i chorób, często pozwala zachować godność w momencie zniszczeń spowodowanych katastrofami i wojnami. Wszystko musi być jednak robione z głową, szczególnie w przypadku długookresowej pomocy, bo wszędzie znajdą się hieny żerujące na nieszczęściu. Hieny miejscowe i przybywające z daleka.
Wojna dotyka całe społeczeństwa. Nie wybiera ludzi tylko przyzwoitych lub tylko złych. Wojna każdego uczy świadomości, że może nie być dnia jutrzejszego i tego, że trzeba walczyć o przetrwanie. Normy moralne zmieniają się.
„Cierpienie uszlachetnia” - ciekawe, czy ktoś robił na ten temat jakieś badania? Jeśli uszlachetnia, to chyba jakieś jednostki opisywane w powieściach.
Po tym powitalnym wstępie „od sasa do lasa” postaram się w kolejnych częściach skoncentrować na konkretnych zagadnieniach, rozszerzyć wątki, które się pojawiły w tej części, a także pisać o innych.

Magda Rapińczuk



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!