Od przypadku do przypadku czyli szlakiem kaukaskich dolin i nie tylko …

Wakacje w 2009 r. zapragnęliśmy spędzić w Dagestanie. Jednak po dokładnej analizie dostępnych informacji jak też biorąc sobie do serca rady Iwony Kaliszewskiej z portalu kaukaz.net w ostatniej chwili zmodyfikowaliśmy plany wyjazdu. Jako, że mieliśmy już kupione bilety – traf padł na rosyjski Kaukaz.

Szwejki latają szybko czyli teleportacja w Kaukaz

W sierpniowy poranek dzięki sprawnym czeskim liniom lotniczym CSA wylądowaliśmy w Rostowie nad Donem. Tylko samolot dotknął podwoziem betonowego pasa, nasi rosyjscy współtowarzysze poderwali się z miejsc. Zdenerwowana stewardessa szybko usadziła wszystkich w fotelach. Jej stanowczość mocno nas zadziwiła – nie na długo. Po chwili do samolotu wpadła pani z pistolem w ręku w białym kitelku. Celując każdemu w ucho zaczęła mierzyć pasażerom temperaturę – ot rosyjska prewencja przeciwko świńskiej grypie.

Pierwszy test rosyjskich służb przeszliśmy pomyślnie i po kilku chwilach odbieraliśmy już bagaże w międzynarodowej hali przylotów portu lotniczego w Rostowie nad Donem, która była tak mała, że ledwie pomieściła pasażerów jednego lotu.

Zaspany Rostów. Socjalistyczne szerokie ulice. 4 rano i pędząca biała łada. To dwoje turystów z Polski próbuje dogonić pociąg do Władykaukazu. Dzięki rajdowej smykałce taksiarza przebierańca – o 5 wpadamy na peron. Logistyczny sukces o mało nie spalił na panewce – wszystko przez kontrolę OMON-u. Długa, bez sensu, z dobrze znanym zakończeniem tj. pozdrowieniem „szczesliva wam daroga”.

Przedział plackartny wita nas charakterystycznym dla rosyjskich pociągów słodkim zaduchem. W „miłej atmosferze” jadąc przez step kuban odsypiamy trudy nieprzespanej nocy. Nasz pierwszy cel – to znane dotychczas wyłącznie z lekcji geografii – Mineralne Wody. Na miejscu, nic specjalnego a wręcz rozczarowanie. Szybka zmiana środka lokomocji na stary poczciwy Ikarus, który żółwim tempem zmierza na podelbrusie.

Rosyjska gościnność de lux gratis

Związani rosyjskim obowiązkiem meldunkowym zmuszeni jesteśmy przenocować w głównym mieście doliny Baksan – Tyrnauz. Traf pada na hotel Bakan (no bo jak inaczej mógł by się nazywać?). Czasy swojej świetności miał pewnie w latach 70 poprzedniego wieku. Dzięki uprzejmości kierowniczki w cenie zwykłego pokoju otrzymujemy pokój de-lux. W standardzie pobite szyby w oknach, brak wody w kranie – wszystko naturalnie gratis. Jako, że jest to jedyne miejsce noclegowe w mieście cieszymy się, że mamy dach nad głową.

Rano dopełniamy obowiązku meldunkowego – tak kulturalnej registracji w Rosji jeszcze nie uraczyliśmy – i ruszamy do Azau, wioski u samych podnóży Elbrusa. Dojazd do wioski zakończył się potyczką z pseudo – taksówkarzem, który za kilka kilometrów autostopu zażądał 500 rubli.

Kaukaski Autostop cd.

Po szybkim znalezieniu kwatery ruszamy na rekonesans na stokach Elbrusa. Jako, że z Azau nie widać wierzchołków, na pierwszy ogień idzie nartostrada zjazdowa. Słońce pali niemiłosiernie, wolno posuwamy się do góry i nagle … w najmniej oczekiwanym momencie – niespodzianka. Zatrzymuje się koło nas stary radziecki Ural. Kierowca tego wehikułu jeździ góra – dół wożąc elementy dla nowobudowanej kolejki gondolowej. Niesamowity autostop – z postojami wjeżdżamy aż powyżej beczek. Kierowcy po drodze coraz bardziej plącze się język. Zamiast wody popija sobie beztrosko piwo a wysokość robi swoje. Na samej górze widok jak na szczycie. W około tylko ośnieżone szyty Kaukazu. Zapiera dech. I w przenośni i dosłownie. Na tej wysokości zadyszka łapie już przy prostych czynnościach. Po prostu szok!

W drodze powrotnej nas samozwańczy przewodnik podrzuca nas pod samą stację nowej kolejki i jako jego goście, gratis zjeżdżamy na dół. Ot właśnie Kaukaz!

Wyprawa w nieznane równa się problemy murowane – czyli igranie z ogniem

Kolejna wycieczka prowadzi nas na okoliczny szczyt – Cheged. Szczyt zdobywany jest w ramach aklimatyzacji przed wejściem na Elbrus. Góra okupywana jest również przez miłośników terenowej jazdy rowerami górskimi. Krajobraz, który wyłania się powyżej linii lasu rzuca na kolana. Ostre ściany, lodowce, ośnieżone szczyty gruzińskiego Kaukazu, kształtne uszy Uszby. Wszystko jak na dłoni. Na szlaku do jeziorka lodowcowego wita nas tablica o strefie przygranicznej. Przebywanie w takich strefach wiąże się z koniecznością posiadania specjalnego zezwolenia zwanego poprusk-iem. Oczywiście nie mamy takiego dokumentu i niepewnym krokiem zdążamy przed siebie. Po kilkunastu minutach dostrzegamy przed nami jeziorko i … budkę ze strażnikami straży granicznej. Wrr, strefy przygraniczne to w Rosji autorski sposób na chronienie przyrody. Wojsko bez pozwolenia nie wpuści a złapanego nawet deportuje. Na pozwolenia czeka się do dwóch miesięcy, choć identyczne Rosjanie dostają od ręki. Zawiedzeni szybko się wycofujemy. Aby zatrzeć smak niepowodzenia wjeżdżamy do drugiej stacji kolejki i zaczynamy podejście na szczyt Szeged. Po godzinie zbaczamy z drogi i na półce skalnej szykujemy drugie śniadanie. Dolina, lodowce, góry, Kaukaz, wychylające się zza chmur wierzchołki Elbrusa i tylko my. Jedno z magicznych miejsc w których chciało by się zatrzymać czas.

Na razie nic nie zapowiada nagłego załamania akcji w trakcie którego, nasza górska wyprawa ma przyjąć dramatyczny obrót. Schodząc do kolejki, popełniamy pierwszy błąd. Spragnionemu rosyjskiemu rowerzyście oddajemy jedyną butelkę z wodą. Choć ma rower za 7000 $ zapomniał wyposażyć się w płyny. Szybo zjeżdżamy do pośredniej stacji kolejki. W ramach rozpoznania idziemy do anteny, która przekazuje sygnał do miejscowości położonych na dnie doliny. Jako, że ścieżka jest wyraźna decydujemy się na zejście drogą na sam dół. Jak to bywa z górskimi ścieżkami i ta po godzinie zanika całkowicie. Najpierw zboczem a potem wąwozem rzeki zsuwamy się mozolnie coraz niżej. Po jakiś dwóch godzinach dochodzimy zmęczeni do koryta rzeki. Idąc w górę usiłujemy znaleźć przeprawę. Po drugiej stronie rzeki mijamy nasz dom w Azau. Przeprawy jednak jak nie było tak nie ma. Po drugiej stronie pojawiają się za to pogranicznicy, którzy mają kałasze ale brakuje im liny. Eskortują nas w górę rzeki. Jako, że zachód słońca jest coraz bliżej a nurt nie staje się słabszy, podejmujemy decyzje o odwrocie. Przed nami ok. 10 km drogi do mostu w miejscowości Szeged Polana. Ścieżką wzdłuż rzeki biegniemy tak szybko jak się da. Po drodze kluczymy jeszcze pomiędzy stadem dorodnych byków o niezbyt łagodnym spojrzeniu. Gdzieś w połowie drogi zapada całkowita ciemność … i kończy się podmyta przez rzekę nadbrzeżna ścieżka. Zaczyna się prawdziwy survival. Po pionowym zboczu, pułkach skalnych, w mglistym świetle latarki posuwamy się do przodu metr po metrze. Zaczyna padać deszcz. Podtrzymując się gałęzi próbujemy wybadać kolejne kroki. Dokucza nam już nie tylko zmęczenie ale także brak wody. Jedyną butelkę oddaliśmy bowiem na górze spragnionemu rowerzyście. Sami nie wiemy jak – po trzech godzinach morderczej walki ponownie zsuwamy się na czworaka na nadbrzeżną ścieżkę. Poprowadzi nas ona już bezpiecznie do mostu. Tam pić, chcemy tylko pić. Szybki przejazd do Azau zatrzymanym na drodze samochodem. Dopiero w domu, grubo po północy, w normalnym świetle, możemy policzyć wszystkie siniaki i zobaczyć podartą odzież. Jednym słowem – co to była za przygoda!

Dolina koło doliny a cały dzień mija

Podróżowanie na Kaukazie wymaga wyrobienia sobie kilku nawyków. Podróż należy zaczynać wcześnie rano. Nierzadko pojazdy wyjeżdżają z mniejszych miejscowości przed piątą nad ranem. W trakcie podróży nieocenionymi przewodnikami są spotkani w drodze ludzie. Serdeczność i pomoc mieszkańców kaukaskich dolin jest nie dopisania. Podróż zwykle się dłuży. Na postojach czeka się na współpasażerów lub do czasu zapełnienia wszystkich miejsc. Należy zabrać ze sobą coś do jedzenia. Sama idea turystyki, choć znana, ludziom wydaje się całkowicie obca. Przemieszczają się za pracą, w sprawach rodzinnych, na zakupy. W trakcie podróży kwitną relacje między ludzkie. Na Kaukazie zdarzyło nam się pić, śpiewać i modlić – wszystko w czasie jednej drogi!

W naszym przypadku mieliśmy do pokonania wydaje się niewiele, ot dwie doliny na zachód. Z doliny Bakan chcieliśmy przemieścić się do centrum rosyjskich sportów zimowych – Dombaju. Podróż zajęła nam cały dzień. Do Dombaju dojechaliśmy już po zmroku dzięki pomocy lokalnych playboyów, którzy jadąc z zakupów zamówili ojca z transportem. Tatuś tytułował się Szumacherem kaukaskich szos. Fakt faktem, w Dombaju wyszliśmy zieloni jak ufoludki. Kosmiczna Łada niczym bolid w pit-stop-ie zatrzymała się przed obskurnym socjalistyczny blokiem. Jako, że opieka nad podróżnym jest niepisanym dekalogiem kaukaskich ludów mogliśmy się przekonać naocznie. Nocleg znaleziono nam w 5 minut. Był to najbardziej ekskluzywny i jeden z najtańszych noclegów w całej podróży. Do dyspozycji mieliśmy dwu – pokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Prawie jak na wczasach pod gruszą!

Popruskowego koszmaru ciąg dalszy

Dombay to specyficzne miejsce. Jako ośrodek sportów zimowych ma stanowić rezerwę na wypadek braku śniegu w kompleksie koło Soczi w trakcie olimpiady zimowej w 2014 r. Wydumaliśmy więc, że choć strefa przygraniczna, to ze względu na turystyczne miejsce, będzie dużo łatwiej dopełnić formalności. Nic z tego – czas oczekiwania na osławiony poprusk – 2 miesiące. Ze zwieszonymi głowami, udajemy się tylko tam gdzie nam wolno – na szczyt Dombaj. Nowoczesne gondole wywożą nas w górę. Na stacji pośredniej mały stadion X-lecia. Jest wszystko i nic. Budy z szaszłykami. Można kupić walonki, serwetki, czapki wełniane a nawet serduszko z wyszytym I LOVE Dombay! Zamiłowanie do handlu to znak rozpoznawczy naszych braci zza wschodniej granicy. Jest też ostre rosyjskie disco, w takt, którego wszystkim kiwają się głowy. Kiwa się też głowa wielbłąda … tak! Dwugarbny, prawdziwy, wielbłąd na tej wysokości tylko po to żeby można było z nim zrobić fajną fotkę. Zmęczeni kupieckim folklorem schodzimy ze szlaku. Przed nami cała panorama doliny. Szczyt leży w jej samym środku, otoczony lodowcami, przełęczami, wodospadami. Gdzie nie spojrzysz nie możesz oderwać wzroku. Plusem jest to, że rosyjscy turyści dojeżdżają tylko tam gdzie ich dowiozą. Nawet niewielkie zejście ze szlaku oznacza totalną pustkę. Szumi wiatr, przeganiając chmury z Abchazji. Do stolicy Abchazji Suchumi jest stąd tylko 100 km. W oddali majaczy dwugłowy Elbrus. Serce się ściska, że przez tę całą biurokrację nie można pójść nad wodospady czy do czoła lodowca. Wszystko jest jak na dłoni. Kontemplacyjny spokój przerywają komunikaty nadawane z kolejki. Pijany wyciągowy wzywa ostatnich pasażerów do jazdy na dół. Po drodze mijamy jeszcze wypchanego górskiego koziołka, który na noc został szczelnie opatulony folią. Ach te rosyjskie zamiłowanie do dziwnych zdjęć ze zwierzętami i … nieznajomość fotoshop-a. Sama dolina to miejsce na pewno warte odwiedzenia. Widoki zdecydowanie rekompensują z nawiązką ograniczenia w poruszaniu się i problemy z poprusk-iem.

Kaukaski dziki zachód

Gdzie jechać? Nigdzie nas nie chcą. Siedząc na kwaterze uradziliśmy, żeby zadzwonić do hotelu we Władykaukazie z zapytaniem czy będziemy mogli dojechać do granicy z Gruzją. Jako, że jesteśmy rosyjskimi samouczkami o wykonanie telefonu poprosiliśmy sąsiadkę z lokalnej gastinicy. Natasza, rodowita Osetyjka, od razu ustaliła, że na zezwolenie nie mamy co liczyć. Popruskowe dylematy pomaga nam rozwiązać poczciwy Lonely Planet a właściwie jego mocno okrojona, survivalowa wersja. Ruszamy do Arczyz.

Cały dzień jazdy. Urywa się asfalt. Na końcu wiocha – taka podobna do tych nad Bajkałem. Kaukaski dziki zachód! Gdzie się nie obejrzysz ktoś cwałuje na koniu. Siodło? Po co siodło? Jeżdżą tu już pięciolatki. W samej wiosce dwie turbazy, głośne disco, masa rosyjskich turystów o nazwijmy to niskich wymaganiach i trzy sklepy spożywcze w których 90% asortymentu stanowi alkohol i coś do zagryzania. Inostrancow brak. Pierwsze nasze kroki kierujemy do jednostki w celu uzyskania dobrze już znanego zezwolenia na przebywanie w strefie przygranicznej. Od ręki dostajemy odpowiedź, że po zezwolenie musimy się cofnąć do większego miasta 100 km wstecz. Wybuchamy śmiechem i od razu stajemy na stopa aby pojechać możliwie blisko granicy. Przy pierwszym machaniu zatrzymuje się łazik. Wesoła rodzina jedzie na niedzielny piknik. Łazik pnie się dziarsko pod górę. Nagle mijamy tablicę z informacją, że wjeżdżamy do strefy przygranicznej. Na naszą uwagę, że nie mamy zezwolenia i musimy wysiąść, kierowca dodaje gazu i krzyczy, że oni też go nie mają. Cały łazik rży ze śmiechu. Kierowca świetnie zna drogę i wiezie nas tak aby nie wpaść na partol. Wycieczka kończy się przy wodospadzie. Po chwili kontemplacji zaczyna się mega uczta. Brak udziału we wspólnym posiłku to afront. Dobrze się nawet składa – przez ciągłe bycie w drodze od kilku dni nie dojadamy. Nasi gospodarze są wniebowzięci. Wspólne biesiadowanie uwieczniamy na zdjęciach. Po powrocie do Polski wyślemy im małą niespodziankę. Wycieczkę kończymy w Arczyz. Mamy duże trudności aby odmówić zaproszenia na nocleg. Ot właśnie nasi bracia Rosjanie!

Rosyjski Rafting

Po leniwym poranku, spragnieni wrażeń udajemy się pod jedyny w wiosce most w celu spróbowania rosyjskiego raftingu. Dzięki polskiej firmie Campus a właściwie piankom jej produkcji nie odmrozimy sobie własnych zadków w lodowatej wodzie. Problem ze skompletowaniem grupy miłośników rwących nurtów jest o tyle palący, że nasz pontonowy prowadnik, jest w stanie coraz większego upojenia alkoholowego. Dzięki większej grupie przyjazdowej rafting odpala. Zabrakło wioseł. Nic nie szkodzi. Jakoś się będziemy wymieniać. Bystry nurt, ponton się topi, wszyscy krzyczą. Potem wjazd na kamień. Ponton się zarył. Wszyscy podskakują. Dwa obroty i krzaki. Rosyjskie okrzyki przeszywają dolinę. Mijamy willę w której lubił wypoczywać Michaił Gorbaczow. Szybki zwrot. Prowadnik łapie gałąź jarzębiny. Wszyscy jedzą cierpkie owoce. Choć tak naprawdę mają usta ścierpnięte z zimna. Prowadnika nic nie rusza. Nie wiadomo skąd wyciąga suche papierosy i udaje lokomotywę. Z żalem wyciągamy ponton z wody. Ale to nie koniec! Nadjeżdża rosyjski Uaz. Ponton na dach a do samochodu, który może pomieścić 6 osób – upycha się cała załoga tj. 18 głów! Panie siedzą Paniom na kolankach a Panowie wiszą przez burtę. Wszystkim spragnionym wrażeń z czystym sumieniem polecamy rosyjski rafting!

Jak Rosjanie dbają o rozwój regionu czyli inwestycji infrastrukturalnych część 1.

Wydawało się nam, że prowadząca do wioski droga urywa się w centralnym punkcie wsi. Tak jednak nie jest. Kilometr w stronę gór mają miejsce wielkie roboty drogowe. Lonely Planet wspomina coś o nowej bazie narciarskiej. Spotkani ludzie twierdzą też, że wyżej będzie wielki kompleks. Postanawiamy udać się w tamtym kierunku i przekonać się sami. Naszym celem jest Lunaja Poliana. Łapanie stopa tym razem idzie opornie. Do najbliższej krzyżówki, dojeżdżamy czarną ładą przy ogłuszającej muzyce TECHNO. Auto-stop tym bardziej klimatyczny, że chłopaki ledwie mówią z przepicia a jeden macha pistoletem. Kolejne 10 km pokonujemy pieszo. Roboty prowadzone przez Rosjan przyprawiają o zawrót głowy. W górskim terenie trwa budowa drogi o parametrach autostrady. Równane są całe zbocza. Regulowane rzeki. Nie możemy już doczekać się wielkiego kompleksu narciarskiego. Ku naszej uciesze, w tumanach pyłu zatrzymuje się wesołe TICO. Dwóch nastolatków jedzie do kolegi. Po kolejnych kilometrach mijamy dobrze nam znana tablicę informującą o przebywaniu w strefie przygranicznej. W powietrzu wiszą papruskowe problemy. Droga znacznie się zwęża i ciągle wspinamy się w górę. Chłopaki trochę niepewne, chyba pierwszy raz w tym terenie, rozglądają się nerwowo kogo by tu podpytać o drogę. W około jednak szumi tylko wiatr unosząc, za pędzącym TICO tumany wyżynnego pyłu. Nagle kierowca gwałtownie naciska hamulec. Za oknem dostrzegamy problemy. Dwóch pograniczników na koniach. Jako, że TICO ma przyciemniane szyby, siedzimy jak dwie myszy pod miotłą. Jednak strażnicy są czujni i po chwili mamy mały kontrol paszportów. Tym razem przydaje się sposób na słodką idiotkę albo lepiej na głupiego turystę. A gdzie ta Lunaja Polana? 10 km nazad? O matko! Ale chłopaki pędzili! aż przejechali! Odwracamy się na pięcie z miną zagubionego turysty, zdecydowanym krokiem zarządzamy odwrót. Mieliśmy szczęście. Pogranicznik który nas kontrolował wyglądał jak dziecko. Chyba miał dobre serce nieskażone jeszcze łapówkowymi przyzwyczajeniami.

Przed nami długa droga powrotna. Przepiękna dolina. Totalna pustka. Gra kolorów w powoli zachodzącym słońcu i … zero jakiejkolwiek bazy. Chwalimy Rosjan za ich zmysł inwestycyjny – nie tak jak u nas – najpierw nabudują mieszkań a potem myślą o drogach. Nasze uznanie jednak szybko mija. Po co oni budują most jak dla wojska? Już po powrocie do Polski, na mapie satelitarnej, odnajdujemy dolinę. Dziwnym trafem się składa, że Arczyz leży niemal w linii prostej Suchumi – stolicy Abchazji. Dotychczasowa droga górska jest mało pewna ze względu na graniczny tunel zasypywany w okresie zimowym. Turbaza, turbazą a rosyjska pomoc dla bratnich narodów wymiarów ma wiele!

Autobusowa naturalna selekcja

Czas pożegnać Kaukaz. Skoro świt wsiadamy do autobusu zmierzającego do Kislowodzka. Już na drugim przystanku autobus kipi z przeładowania. Niezrażony kierowca przeprowadza wywiad z każdym oczekującym na zabranie pasażerem. Wchodzą tylko ci którzy jadą do pracy. Do jakiejś oburzonej emerytki pozostawionej na przystanku, wykrzykuje przez uchylone okno „na działkę można czasem nie pojechać”. Ciekawe co myśli o turystach?

Gala z Putinem w tle

Dziś jest 1 września. Jak zwykle zaspaliśmy na pierwszy dzwonek a całą noc śnił się nam koszmar polskiej edukacji. Miasto pełne dzieci zmierzających na uroczyste gale. Chłopcy trzymają zwiędnięte kwiatki. Dziewczyny poprawiają makijaż. Naszym licealistkom jeszcze dużo brakuje do perfekcji rosyjskich nastolatek. Królują tipsy, długie rzęsy i mocno skąpe kreacje. Gawiedź ma smutne miny – kończy się wakacyjna laba. W tle słychać wiadomości z Polski. Na Westerplatte Putin wykłada swoją wersję historii. Ubolewamy nad tym faktem. Wbrew wszystkim naszym narodowym uprzedzeniom Rosjanie to naprawdę super ludzie! Polityka wszystko skrzywia. I nam udziela się 1 wrześniowy nastrój – choć nie mamy galowych mundurków to lądujemy w cukierni. Razem z przejętymi pierwszoklasistami uzupełniamy glukozę przed nowym rokiem szkolnym …

Kisłowodzk to znane rosyjskie uzdrowisko. Pijalnie wód udostępniają specjały za darmo. Po jednym łyku zabieramy jednak gardło za pas. Przypomina się nam wycieczka klasowa do Krynicy Górskiej i wszelkie dolegliwości gastryczne, które potem nastąpiły.

Nadmorskie lenistwo – wyjazdowy mega niewypał

Z biletami kolejowymi do Soczi nic nie wychodzi. Skazani jesteśmy na jazdę autobusem. Jest tylko jeden, nocny, więc wybór mamy wielki. Droga z początku wiedzie przez stepy. Ot niespodzianka – na granicy Kraju Stawropolskiego trzepanie pasażerów jak na granicy państwowej. Jakiś biedny Czeczen ma rewizję osobistą. Reszta autobusu korzysta z postoju i wyskakuje na papierosa. Potem droga wiedzie przez góry. Rzuca niemiłosiernie i pierwszy raz od naszego przyjazdu do Rosji pada i grzmi. Takie też wita nas Soczi. Od razu uciekamy do zachwalanego Adlera. Ma być ciszej, taniej i ładniej.

Pierwsze to oczywiście długo wyczekiwana plaża i morze. Kładką nad torami kolejowymi idziemy szlakiem stoisk oferujących dmuchane koła, parawany, jedzenie i suszone ryby. To co ukazuje się naszym oczom można opisać tylko dwoma słowami – totalny szok. Dziesiątki torów kolejowych oddziela od nabrzeża betonowy pirs. Potem kilka metrów brudnej plaży i betonowe falochrony. Koszmar. Zmęczeni industrialnym plażowaniem wracamy na kwaterę. Razem z nami mieszka kaukaska wybuchowa mieszkanka – Ormianie i Ingusze – dwie dziewczyny i kilku chłopaków. W poszukiwaniu lepszego życia przyjechali za pracą do nadmorskiego kurortu. Co do ich pracy nabieramy podejrzeń kolejnego ranka. Na sznurze koło naszych ręczników suszy się bowiem bardzo skąpy kostium diabełka (albo lepiej diablicy) z czerwonym ogonkiem…

Soczi nie robi na nas żadnego wrażenia. Brudna, kamienista plaża. Głośne i zakorkowane ulice. W ramach rozrywki postanawiamy poszukać Prometeusza, który ukrył się w okolicznych górach. Droga wiedzie wzdłuż trzech wodospadów i jest bardzo zaniedbana. Wezbrany potok zerwał most, ale Polak potrafi i pniemy się dalej. Po dwóch godzinach mozolnej wspinaczki wychodzimy z głębi kanionu. Odsłania nam się widok okolicznych wzgórz. Droga na szczyt prowadzi niemal samą granią. I na górze ON. Odlany z brązu, niemal trzy metrowy, ze zbolałą twarzą. W drodze powrotnej mijamy jeszcze ukrytą w starym sosnowym lesie wielką willę Stalina. To w niej Stalin planował najbardziej absurdalne i krwawe operacje również przeciwko naszemu narodowi. Wznosimy okrzyki protestu, choć historii nie możemy już zmienić.

Olimpijska wizytacja czyli inwestycji infrastrukturalnych część 2.

Nikt nie wie dlaczego Soczi, kurort nadmorski, wygrało organizację olimpiady zimowej. Jako, że pewnie okazja się już nie nadarzy, ruszamy do wioski olimpijskiej – Krasnaja Poliana. Ponownie chylimy czoła przed łatwością z jaką Rosjanie modernizują całą dolinę. Sama wioska powstaje powyżej istniejących zabudowań, na wielkim placu widać same dźwigi. Górska rzeka, wzdłuż której prowadzi droga, podlega całkowitej przebudowie. W dolinie ma też powstać szybka kolej łącząca Soczi z miasteczkiem olimpijskim. Tradycyjnie zaskoczeni jesteśmy też popruskowym zezwoleniem. Przy wjeździe do miasteczka wita nas bowiem dobrze znana tablica o przebywaniu w strefie przygranicznej. Pozostawimy to bez komentarza! Jako, że przyjechaliśmy wizytować góry a nie koparki od razu zmierzamy do wyciągu krzesełkowego. Niestety pogoda płata figle i na wyciągu czujemy się jak w kadzi z mlekiem. Nie widzimy dobrze nawet końca własny butów. Na samej górze – taras widokowy na ośnieżone szczyty Abchaskiego Kaukazu. Jednak całość nie zachwyca. Osobiście wolelibyśmy aby olimpiada była np. w Dombaju. Z powodu niezdecydowanej pogody wycieczka szybko się kończy. Zupełnie przypadkiem, w drodze powrotnej trafiliśmy na kolejną odsłonę plaży nad morzem czarnym. Szeroka, z ładnym deptakiem, bez betonowych szpetności – jednym słowem super. Jako, że każdy musiał znaleźć coś dla siebie – plaża miała jeszcze jeden plus. Leżała na przedłużeniu pasa lotniska obsługującego Soczi. Co dwie minuty lądował lub startował Tupolew. Piękna radziecka maszyna, choć czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. Miłośnikom lotnictwa zdecydowanie polecamy. Huk i opary ropy gwarantowane!

W trakcie leniwych chwil nad brzegiem morza doszliśmy do pewnych przemyśleń na temat Rosji. Otóż jest to zdecydowanie kraj kontrastów. Od razu rzuca się w oczy brak klasy średniej. Ludzie są albo bardzo bogaci albo bardzo biedni. Domy to albo pałace albo lepianki. Na ulicy albo mercedes albo rozsypująca się łada. Wszystko na dwóch biegunach. Na plaży też – kobiety albo takie, że się w głowie kręci albo z nadwagą, którą starczyło by dla pięciu osób. Tak otyłych ludzi można spotkać tylko w Rosji lub USA. Prawdziwe dwa mocarstwa.

Rostovskie klimaty z ciągnikiem w tle

Ostatni dzień w Rosji poświęciliśmy na zwiedzanie Rostowa. Miasto zaprojektowano wg. socjalistycznych tradycji i nie różni się zbyt wiele od podobnych rosyjskich metropolii. Z miejsc wartych odwiedzenia możemy polecić deptak nad Donem. Panom – żeby mogli podziwiać piękne Rosjanki a Paniom, żeby mogły zobaczyć pięknych Rosjan. Jest to główne miejsce spotkań w Rostowie. Niedaleko stoi cerkiew metropolitalna. W cerkwi wszystko wprost opływa złotem. Wokół soboru olbrzymi targ. Na zakupy ruszyliśmy wyłącznie z myślą o naszym małym siostrzeńcu. Niestety wybór zabawek był mocno okrojony. Wszystko związane z wojskiem i wojną. Taki kaukaski klimat. Po długim bieganiu udało nam się nabyć wesołe zwierzaki. Na zakończenie naszej eksploracji pozostał gwóźdź programu. Socjalistyczny pomnik – czyli sztuka w służbie narodu. Długi marszobieg głównymi ulicami i ot jest – gmach teatru w Rostowie … w kształcie ciągnika!

Czas się pożegnać

„Normalny Polak do Rosji na urlop nie przyjedzie” – tak przywitał nas jeden z taksiarzy. Uderzającym jest to, że w trakcie całej podróży, turystów spoza Rosji spotkaliśmy tylko na Elbrusie. Pod względem technicznym turystyka na Kaukazie raczkuje. Winna nie jest przyroda. Ta choć surowa, zachwyca i pociąga. Winna jest przede wszystkim władza. Tony zezwoleń, obowiązek meldunkowy, wydumane strefy przygraniczne, kontrole drogówki i OMON-u potrafią zniechęcić najbardziej zawziętych miłośników gór. Winna jest na pewno też wojna. Kaukaz to narodowa Puszka Pandory. Rody i klany, doliny i niziny, islam i chrześcijaństwo. Konflikty trwające przez wieki, skutecznie zantagonizowały całe społeczeństwa zamieszkujące nierzadko sąsiednie doliny.

Akceptując ten stan rzeczy łatwo dostrzec, że Rosja a w szczególności Kaukaz jest magicznym terenem do eksploracji. Puste szlaki, olbrzymia przestrzeń, nienaruszona przyroda i ludzie. Choć często naznaczeni wojną i biedą to jednak otwarci, życzliwi, pomocni i tacy jak cały Kaukaz – niezwykli!


Tekst i fotografie: Marcin Nazarewicz, www.nadachuswiata.pl

Więcej fotografii z Kabardyno-Bałkarii

Więcej fotografii z Karaczajo-Czerkiesji



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!