Z niemowlakiem wokół Kaukazu

Czy stając się rodzicami jesteśmy skazani na podróżowanie przez najbliższe 5 lat nad Bałtyk lub ewentualnie do luksusowych kurortów nad Morzem Śródziemnym? Bo przecież dziecko potrzebuje codziennej kąpieli, ciepłej wody, ustalonego rytmu dnia, swojego pokoju i zabawek? Zapewne są i takie dzieci, czasami odnoszę jednak wrażenie, że w większości przypadków najwięcej ograniczeń istnieje w głowach rodziców.... To oczywiście pogląd czysto subiektywny, nieco oceniający i kontrowersyjny. Celowo - mam bowiem ogromną świadomość, krytyki jaka posypała się pod naszym adresem za "męczenie dziecka", egoizm itp. itd.

Być może jest w tym trochę racji - tym nie mniej nie wyobrażałam sobie życia bez podróżowania. A codzienny uśmiech Lenki dodawał sił. Cieszyła się i codzienną obecnością rodziców i różnorodnością bodźców. Codzienna kąpiel, własne łóżeczko, cisza, spokój oraz spacer wokół bloku to - przynajmniej w jej przypadku - sprawy, które okazały się drugorzędne.

Wybraliśmy się na Kaukaz Północny i Południowy - częściowo turystyczne, częściowo zawodowo.

Mając świadomość niestabilnej sytuacji politycznej na bieżąco śledziliśmy doniesienia z regionu - rok 2007 był jednak rokiem stosunkowo spokojnym - szczególnie w porównaniu do lat poprzednich, a w przypadku Dagestanu, do sytuacji obecnej (2011).

Naszym celem był Dagestan i wąwóz Pankisi w Gruzji - dwa niemalże graniczące ze sobą regiony. Zamknięte granice, waśnie polityczne i góry wysokiego Kaukazu czynią je odległymi o tydzień drogi... wokół Kaukazu.

Tak prozaiczne przyczyny - a nie odgórnie postawiony cel przejachania 12 000 kilometrów - sprawiły, że objechaliśmy Kaukaz z naszym niemowalkiem niemalże dookoła.

Dagestan i wąwóz Pankisi to miejsca, do których rzadko docierają turyści, podróżnicy - nawet Ci - innym razem bardzo odważni, wybierający nieraz państwa w których toczy się wojna domowa a ataki bombowe na ulicach są codziennością. Afganistan, Pakistan, czy też niektóre niestabilne państwa Afryki - mimo trudnej sytuacji politycznej, doczekały się swoich wydań przewodnikowych, albumów, opisów. O Dagestanie trudno nawet wyszperać coś w internecie.

Dagestan nie istnieje w przewodnikach - nie istnieje więc w świadomości, w obrazie świata rzesz globtroterów. Podobnie wąwóz Pankisi - choć tu sytuacja, z racji coraz większej liczby turystów odwiedzajacych Gruzję - zaczyna sie stopniowo zmieniać - docierają nieliczni dziennkarze, reporterzy, czasami nawet turyści. Dagestan natomiast pozostaje kaukaską terra incognita - która czeka na to, aby dotarli tam ludzie ciekawi świata jeszcze nie objętego przemysłem turystycznym.

Z Dagestanu do Pankisi można by dotrzeć w ciągu doby, może nawet szybciej - gdyby nie zamknięte granice. Nas tymczasem czekała tygodniowa podróż wokół Kaukazu.

Początkowo trochę nas to przeraziło - zastanawialiśmy się czy nie odwiedzić tylko jednego z owych "fundamentalistycznych" miejsc... Wizja objechania Kaukazu dookoła - choćby z tak prozaicznej przyczyny jak zamknięte granice, wydawała się jednak kusząca...
Jak wytrzyma to Lenka? Czy wielogodzinne przejazdy jej nie zmęczą? Była pełnia lata - lipiec. Dzieci ponoć należy chronić od upału... I jeszcze komary - niby nie malaryczne...władze poszczególnych republik i krajów nie lubią się chwalić liczbą zachorowań, a malaria w tym regionie się zdarzała - szczególnie na nizinach okołokaspijskich, gdzie liczne bagna stanowiły niegdyś siedliska malarii, sukcesywanie likwidowane jeszcze w czasach radzieckich.



Do Dagestanu wybieraliśmy się po raz kolejny, zafascynowani różnorodnością, urokiem i gościnnością tej republiki, w której od kilku lat prowadziliśmy badania etnograficzne. Tym razem zainspirowani książką Bułacza Gadżijewa "Polacy w Dagestanie" postanowiliśmy poszukać potomków polskich zesłańców (lub dobrowolnych przesiedleńców) na Kaukaz.



Wąwóz Pankisi był miejscem o którym wiele słyszeliśmy - i złego - z mediów, i dobrego - od przyjaciół, którzy podobnie jak my, pragną aby to miejsce przestało kojarzyć się jedynie z czeczeńskimi wojownikami i uchodźcami. Pomagaliśmy tam miejscowym Kistom stworzyć inną wizję ich ojczyzny tworząc zaplecze dla przyszłych turystów poprzez opisywane i propagowanie ciekawych miejsc w wąwozie w internetowym przewodniku www.pankisi.org. Więcej o projekcie Agroturystyka w Pankisi

Wokół Kaukazu czyli... trasa wyprawy w skrócie

Z naszą 7-miesięczną córeczką Lenką przejechaliśmy Ładą Nivą przez Ukrainę i Rosję nad morze Kaspijskie do Dagestanu. Przez Stawropolski Kraj, Kabardyno-Bałkarię, Karaczajo-Czerkiesie i Adygeę dotarliśmy nad brzeg Morza Czarnego gdzie promem przedostaliśmy się do Turcji a następnie do Gruzji (granica z Rosją jest zamknięta).
Po drodze nieplanowany „przystanek Elbrus” - częściowo kolejką, częściowo na nogach, dotarliśmy z Lenką na 4000km.
W Gruzji udaliśmy się do wąwozu Pankisi. Odwiedziliśmy, już czysto turystycznie również sąsiednie doliny - Chewsuretię i Tuszetię oraz pokazaliśmy niemowlakowi kilka średniowiecznych gruzińskich światyń i muzeum Stalina.
Powrót do Polski miał być krótki — statkiem przez morze i do Polski. Ciekawość wzięła górę — wróciliśmy przez Turcję Bułgarię, Rumunię Węgry i Słowację, przejeżdżając łącznie 12 000 km.

Z dzieckiem w plecaku ... wbrew stereotypom

Nie spaliśmy w klimatyzowanych hotelach, dostęp do łazienki mieliśmy kilka razy w ciągu dwumiesięcznego wyjazdu, nie potrzebna była tona niezbędnych "przyborów" do dziecka zawalających mieszkania świeżoupieczonych rodziców. Nie musieliśmy robić przystanków co godzinę - nasz dzielny niemowlak lepiej od nas znosił kilkunastogdzinne przejazdy po niezbyt równych drogach Kaukazu, doskonale radził sobie przy upalnej pogodzie, na dużych wysokościach, podczas wielogodzinnych wędrówek pieszych i konnych...

Jeśli nie łazienka to co?

Trudno wyobrazić sobie opiekę nad niemowlakiem bez łazienki, przewijaka, mokrych chusteczek, wacików oraz tysiące reklamowanych kremów i dziecio-gadżetów?


Lence wystarczała pompa, źródełko lub górska rzeka. Nie przepadała za kąpielami. Morze Kaspijskie w Dagestanie było wyjątkowo zimne w tym roku (czyli jak Bałtyk w najcieplejsze lata), w morzu Czarnym trafialiśmy natomiast na zbyt duże fale, przez które Lenka jeszcze nie umiała skakać. Górska rzeka Alazani, ukochana przez miejscowe dzieci również niestety nie przypadła do gustu Lence. Tylko czasami zdarzały się luksusy w postaci metalowej bali czy też miski w której można było przeprowadzić dłuższą kąpiel.

Chaczapuri?

Chaczapuri (gruziński placek, z roztopionym serem w środku, czasami z jajkiem na wierzchu) w prawdzie Lence nie smakowało, ale oprócz karmienia piersią specjałów miejscowej kuchni jak najbardziej próbowała. Najbardziej smakowały jej kaukaskie lody w wafelkach i jogurty (szczególnie "Kizlarskowo Malocznowo Zawoda"), nie gardziła również arbuzem i jeżynami oraz domowymi sokami.

Uzębienie naszgo niemowlaka - choć w trakcie wyjazdu prawie dwukrotnie się powiększyło było niewystarczające do poradzenia sobie z baranim szaszłykiem. Pewną wadą kuchni na Kaukazie jest mała popularność zup - zamiast tego próbowaliśmy sosy z różnego rodzaju mięsnych potraw oraz sałatek.
Kilka słoiczków zabranych z Polski (których właściwa temperatura przechowywania została przekroczona ponad dwukrotnie z racji podróży w bagażniku) przydało się w Chewsuretii, gdzie po przejechaniu 100 km dowiedzielśmy się, że najbliższy sklep był 50 km temu, co po górskiej serpentynie z koleinami oznaczało 5-6 godzin jazdy...

Bakterie, choroby i inne potwory

A co jak się rozchoruje? - pytano do znudzenia. Tam też w końcu żyją dzieci...- odpowiadałam, nie wdając się w szczegóły działające na wyobraźnię.
Na wszelki wypadek poprosiliśmy lekarza o receptę na sulfamid, który przydał się, ale nie Lence tylko Sebastianowi... Lenka perypetii żołądkowych które dopadły nie tylko nas ale i miejscowych na szczęście uniknęła. Jakieś witaminy, które wróciły do Polski - przy takiej dawce słońca witamina D3 była bowiem zbędna. Przydał się krem na odparzenia, choć chodzenie bez pieluszki dawało lepsze efekty.
Krem od słońca - które towarzyszyło nam 12 godzin na dobę - stosowaliśmy, choć umiarkowanie - spodenki i koszula z cienkiego płótna oraz czapka z daszkiem stanowiły lepszą ochronę przed oparzeniami słonecznymi.
Dziecięce specyfiki na komary porzuciliśmy gdzieś po drodze - Miałam wrażenie, że po ich zastosowaniu Lenka była jeszcze bardziej pogryziona niż bez....

Te dla dorosłych lepiej działały (najskuteczniejsza była jednak ucieczka w góry...). Niedobór higieny oraz nadmiar słońca Lence się przysłużyła - w pewnej chwili zupełnie zniknęła jej ciemienicha.

Duże wysokości

W zabraniu dziecka w góry odstraszają duże wysokości, ponoć dla dzieci szkodliwe. Ponoć - bo nikt przecież eksperymentów nie prowadził na jakiejś sensownej próbce dzieci. W Andach czy Tybecie również nisko nie jest i dzieci nie wydają się z tego powodu mieć jakieś problemy. Lenka najwidoczniej bardziej uosabiała się z tymi ostatnimi a nie z wychuchanymi europejskimi bobaskami i w trakcie wycieczki na masyw Elbrusa spała lub podziwiała białą okolicę. Wymiękliśmy 1600 m przed szczytem z powodu zupełnie nie lodowcowego obuwia (nie mieliśmy oczywiście również zamiaru atakować tym razem szczytu:).

Odrobina przygotowania przed

W pewnym sensie od urodzenia przygotowywaliśmy Lenkę do podróży - żadnej sterylności, wyparzania butelek czy codziennych kąpieli. Nie unikaliśmy również kontaktu z dziećmi, tłumów, spotkań. Znajomi odwiedzali nas od pierwszych dni życia Lenki - gdy miała 2 tygodnie zaliczyła pierwsze imprezy, a jako dwumiesięczny obywatel wybrała się z nami na narty - póki co sprzęt się dla nie nie znalazł :), a dwa miesiące później na Litwie zainaugurowała swój dziecięcy paszport.

Klimatyzowane hotele?

Gdy nie udało nam się do nikogo wprosić, a miejsce nie sprzyjało rozstawieniu namiotu, nocowaliśmy w hotelach - podobnie jak podczas poprzednich wypraw pytaliśmy o te tańsze, z "klimatem". Karaluchy czy myszy przeszkadzają raczej dorosłym niż niemowlakom... pozatym nie są aż tak częstym zjawiskiem. Lenka preferowała namiot, szczególnie gdy podłoże, np. piach lub kamienie umożliwiały jej bezproblemowe raczkowanie.

Do najprzyjemniejszych należały noclegi u przyjaciół dawnych - lub tych nowopoznanych - z którymi kontakt Lenka zdecydowanie ułatwiała. Domy w Dagestanie (w wielu innych miejsach na Kaukazie również) mają często wydzieloną izbę, specjalnie dla gości, zwaną izbą kunacką. Izbę pełną materacy, poduszek i kołder - na których Lenka mogła bez przeszkód ćwiczyć wstawanie, które zainaugurowała już trzeciego dnia wyjazdu, na granicy ukraińsko-rosyjskiej. W Dagestanie na nocleg zostaje się zaproszonym zwykle w kilka minut po przyjeździe do wsi. Spotkani ludzie widząc przybysza, pytają - U kogo tu jesteście? U nikogo? No to u mnie. Tym bardziej podróżując z dzieckiem.

Tony bagażu?

Lenka została spakowana w 20 litrowy plecak... plus nosidełko na plecy i na brzuch, pieluchy. Bagażnik dachowy zawalały - wbrew pozorom, nie ubranka dla dziecka - a prezenty dla przyjaciół i nowospotkanych ludzi. Kilka zmian bielizny, jakieś koszule, spodenki, coś ciepłego w niewielkiej ilości (pogodę dało się przewidzieć), czapki od słońca. W myśl powiedzenia "Dziecko jest albo czyste albo szczęśliwe" nie przejmowaliśmy się zakurzoną bluzeczką czy poplamionymi spodenkami. Szarobrunatna barwa ubranek, pranych w górskich rzekach lub źródełkach, której po powrocie nie usunął nawet renomowany odplamiacz, Lence najwyraźniej nie przeszkadzała.

I trudniej...

Nie zawsze było lekko. Lenka nie nieleży do dzieci twardo śpiących. W nocy potrzebowała przerwy na karmienie, budziła się nieraz kilkukrotnie, co owocowało chronicznym brakiem snu, który niesposób było nadrobić w dzień przy 40 stopniowym upale. Do tego dochodziły komary - obecne szczególnie po drodze do Dagestanu i w Machaczkale, które nocne marzenia uprzykrzały zarówno nam jak i dziecku. Na Mazurach jednak mogło być podobnie, może wyjąwszy upał. Podczas dłuższych przejazdów Lenka zwykle dobrze się wysypiała, nie zawsze była więc chętna to 12 godzinnej nocy.

i łatwiej...

Jeśli tylko zaufamy ludziom i nie będziemy w każdej osobie interesującej się naszym dzieckiem widzieć pedofila, to podróż z dzieckiem może być mniej męcząca niż wczasy w Łebie. Na wakacjach w Europie mamy bowiem dziecko cały czas na głowie - na stołówce, w barze, podczas zakupów. Tymczasem na Kaukazie (i nie tylko) dzieci są trochę "dobrem wspólnym".
Gdy rodzice jedzą, dzieckiem zajmą się nastoletnie dziewczynki lub osoba która akurat posiłek skończyła. Nie dotyczy to jedynie przebywania w gościach.

W przydrożnych barach, restauracjach zamiast walczyć z dzieckiem usiłującym utopić grzechotkę w piwie możemy liczyć na pomoc (oczywiście nieodpłatną - to nawet nie przyszło bym im do głowy) ze strony obsługi. Lenka z uśmiechem na ustach zwiedzała kolonijne stołówki, zaplecza chińskiej restauracji, ogródka z piwem w Dagestanie czy grillbaru na drodze z Batumi do Tbilisi.

Niekiedy proponowano nam również zostawienie dziecka na dłużej - takiej potrzeby jednak nie było, poza jednym wyjątkiem gdy zbieranie informacji do przewodnka po Pankisi odbywało sie w środku dnia, w pełnym skwarze na otwartej przestrzeni. Wówczas uznaliśmy, że Lence lepiej będzie w kilkuosobowej gromadce miejscowych dzieci. Jak mawiali miejscowi przy pięciu własnych, szóste nie robi już takiej różnicy.

Przede wszystkim jednak - o czym się często zapomina - podczas podróży - choćby na koniec świata - dziecko ma dla siebie oboje rodziców. Choć Lenka zapewne nigdy nie opowie nam o swoich wrażeniach - nowych krajobrazach, językach smakach i dźwiękach - to sprawiała wrażenie dziecka szczęśliwego, któremu nie przeszkadzał brak łazienki czy klimatyzowanego hotelu.

Ciąg dalszy...

Poszczególne etapy podróży - zdjęcia i opis

Część I Przez Ukrainę i Stawropolski Kraj do Dagestanu
Część II Niemowlak w Dagestanie
Część III Na Elbrus z niemowlakiem
Część IV Z Rosji przez Turcję do Gruzji
Część V Wąwóz Pankisi
Część VI Konno i na plecach Kistyńca z wąwozu Pankisi
Część VII Off-road z niemowlakiem - Tuszetia
Część VIII Niemowlak w Chewsuretii
Część IX Przez Gruzję i... 600$ na granicy
Część X Powrót przez Turcję, Bułgarię, Rumunię i Słowację

O nas

Iwona i Sebastian Kaliszewscy z Lenką

Do Rosji, na Kaukaz, do krajów b. ZSRR jeździmy od dawna - od niedawna z Lenką, która była na Kaukazie już dwukrotnie. Raz "komfortowo" - pociągiem, w brzuchu. Następnym razem "wybojowo" - w Ładzie Niwie na kaukaskich bezdrożach.

Podróżując z dzieckiem po "islamskim kaukazie" staramy się przełamać stereotypy zarówno o tym - uważanym za niebezpieczny regionie jak i o podróżowaniu z niemowlakiem - z którym naszym zdaniem podróżować łatwiej niż ze starszym dzieckiem.
Poprzednie podróże, fotografie: www.tajga.org

www.niemowlak.kaukaz.net



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!