Przyczyn zamachu należałoby przede wszystkim szukać w pogarszającej się sytuacji na Kaukazie Północnym - zarówno w przybierającym na sile ruchu islamskich radykałów jak i zwalczających go strukturach siłowych.
Jedną z przyczyn motywujących atak mogła być chęć zemsty zarówno za niedawne zabójstwa ideologa Saida Buriackiego i znanego emira Kaukaskiego Emiratu - Anzora Astemirowa jak i nieco bardziej prozaicznie - za całokształt działań struktur siłowych, które rozprawiają się brutalnie nie tylko z islamskim podziemiem, ale również ze zwykłymi, "zbyt" praktykującymi muzułmanami. Tortury, porwania, zabójstwa bez sądu to niemalże codzienność Kaukazu Północnego.
Taką przyczynę zamachów podał lider islamskich bojowników - Dokku Umarow, który 31.04.2010 przyznał się do zaplanowania i przygotowania akcji terrorystycznej.
Od czasów zajęcia szkoły w Biesłanie (2004) aż do 2009 roku nie dochodziło na terenie Federacji Rosyjskiej do większych ataków na cele cywilne z udziałem terrorystów-samobójców (pojedynczym incydentem było wysadzenie marszrutki w centrum Władykaukazu w 2008). Ofiarami mniejszych lub większych zamachów (głównie podłożeń ładunków wybuchowych) padali przede wszystkim przedstawiciele struktur siłowych. Nie zawsze za zamachami stało islamskie podziemie - czasem było jedynie wygodną figurą, na którą można było łatwo zrzucić zabójstwo niewygodnego przeciwnika politycznego, ministra, którego posadę ktoś z krewnych miał na oku.
W 2009 sytuacja w regionie się zaostrzyła, czego kulminacją były ataki w Moskwie, a dwa dni później w dagestańskim Kizlarze. Seria ataków to strategia wielu ugrupowań terrorystycznych. Dzięki niej terroryści są w stanie zwrócić na siebie uwagę międzynarodowych mediów przez dłuższy czas, czego dowodem może być choćby zainteresowanie zamachami w Dagestanie i Inguszetii (które tam są niestety codziennością). Zapewne gdyby dagestański zamach zdarzył się wcześniej to został by zapomniany podobnie jak samobójczy atak na bazę MWD w Inguszetii w sierpniu 2009. Nie bez znaczenia jest tu fakt braku "obrazu" i braku relacji reportera lub świadków z miejsca zdarzenia. Ów brak nawet tragicznych wydarzeń czyni średnio atrakcyjne "newsy" (Np. zamach terrorystyczny w Inguszetii, w którym zginęło 25 osób doczekał się jedynie krótkiej wzmianki w polskich gazetach).
W lutym 2010 lider islamskich bojowników Dokku Umarow zapowiadał podobne ataki, krążą również pogłoski o tym, że Said Buriacki wyszkolił "oddział szachidek" (rekrutujących się np. spośród kobiet, które zostały poniżone, zgwałcone lub straciły bliskich z rąk przedstawicielu struktur siłowych).
Żadnej ze stron nie jest on na rękę - Moskwa nie będzie ryzykować rozpętania i prowadzenie kolejnej otwartej wojny na własnym terytorium (co zaszkodziło by jej "imageowi" na arenie międzynarodowej, co w obliczu zbliżających się igrzysk w Soczi w 2014, nie jest bez znaczenia), bojownicy natomiast nie mieliby szans na zajęcie i dłuższą kontrolę miast lub innych strategicznych terytoriów. To na co w tej chwili ich stać to zastraszanie i pokazywanie siły, której de facto nie mają. Ma ją Rosja. Miejmy jednak nadzieję, że obiecywane przez Moskwę bezwzględne rozprawienie się z terrorystami metodami siłowymi ma głównie cel pokazowy i propagandowy. Stosowana bowiem od lat polityka siły przyczyniła się jedynie do coraz większej alienacji regionu od reszty Federacji Rosyjskiej. Jeśli władzom federacji zależy na zintegrowaniu tego terytorium z resztą Rosji, powinny się one skoncentrować na reformach społeczno-ekonomicznych, a nie militarnych.