Wielka wojna na Kaukazie

Kto i o co walczy?

Jeszcze kilka dni temu nikt się jej nie spodziewał. Istniało co prawda niebezpieczeństwo zaostrzenia sytuacji w Abchazji lub Osetii Południowej, gdzie przemoc od rozpadu Związku Radzieckiego jest na porządku dziennym. Nikt nie wyobrażał sobie jednak rosyjskich czołgów w Senaki i Zugdidi czy bombowców z dwugłowym orłem nad Gori, Poti i Tbilisi.

A jednak stało się. Mamy dziś na Kaukazie Południowym pierwszą od ponad 10 lat prawdziwą wojnę. Nie tlący się konflikt, lecz regularną wojnę, z użyciem bombowców, czołgów, okrętów wojennych. Z setkami zabitych i rannych, dziesiątkami tysięcy uchodźców. Jak w koszmarnej dla całego Kaukazu pierwszej połowie lat 1990.

Jest to przede wszystkim wojna rosyjsko-gruzińska, choć żadne z tych państw jej nie wypowiedziało i nie zerwało stosunków dyplomatycznych z przeciwnikiem.

O co walczą obie strony? Jeszcze 8 sierpnia, gdy wojska gruzińskie ostrzeliwały Cchinwali, Tbilisi walczyło o przywrócenie kontroli nad zbuntowaną Osetią Południową. Teraz, po wkroczeniu Rosjan, Gruzini walczą de facto o zachowanie kontroli nad własnym krajem.

Rosja dąży natomiast do zrealizowania kilku celów, z których najważniejszym jest zahamowanie przyjęcia Gruzji do NATO. Moskwa chce także zdyskredytować Gruzję na arenie międzynarodowej i pokazać, że jest ona niestabilnym i nieprzewidywalnym krajem. Nie można ponadto wykluczyć, że poprzez wywołanie chaosu wewnętrznego w Gruzji Rosjanie chcą doprowadzić do upadku obecnych władz w Tbilisi i zainstalowania tam prorosyjskiego reżimu. To jednak wymagałoby prawdopodobnie długotrwałej okupacji tego kraju. Jednym z celów operacji rosyjskiej jest też z pewnością trwałe zainstalowanie własnych wojsk na terytorium Osetii Południowej i Abchazji, no i pokazanie światu kto faktycznie rządzi na Kaukazie.

Nie można także zapominać o dwóch innych uczestnikach konfliktu, to znaczy o nie uznanych na arenie międzynarodowej republikach Abchazji i Osetii Południowej, których formacje zbrojne walczą wraz z Rosjanami przeciwko armii gruzińskiej. Obie z nich, po krwawych konfliktach zbrojnych oderwały się od Gruzji na początku lat 1990. Odtąd w oparciu o Rosję budowały swoją quasi-niepodległość bezskutecznie zabiegając o uznanie międzynarodowe. O co walczą Abchazi i Osetyjczycy? O niepodległość i ostateczne oderwanie się od Gruzji. Nie chodzi tu wyłącznie o działania bandy rzezimieszków, którzy opanowali kawałek Gruzji i pod pozorem dążenia do niepodległości zajmują się nielegalnym biznesem (jak to jest często przedstawiane w polskich mediach). Niemal wszyscy zwykli Abchazi i Osetyjczycy nie chcą żyć z Gruzinami w jednym państwie, boją się bowiem gruzińskiego nacjonalizmu, o czym najlepiej świadczą tysiące uchodźców z Osetii Południowej, którzy uciekli do Rosji w obawie przed armię gruzińską. Młodzi Abchazi i Osetyjczycy masowo zaciągają się również do wojska, aby walczyć przeciwko Gruzinom. Walkę tę traktują nie w kategoriach geopolitycznych, lecz jako walkę o przetrwanie w charakterze narodu.

Samobójczy krok Saakaszwilego

Choć w zachodnich, w tym polskich mediach mówi się o tym okółkiem, należy to wyraźnie podkreślić: wojnę wywołała Gruzja, rozpoczynając ostrzał Cchinwali i podejmując nieudaną próbę opanowania całej Osetii. Nie usprawiedliwia to oczywiście działań rosyjskich, które nastąpiły zaraz potem, fakt jednak jest faktem.

Na co liczył prezydent Saakaszwili podejmując decyzję o „przywróceniu porządku konstytucyjnego w rejonie cchinwalskim”, jak oficjalnie została nazwana operacja w Osetii? To jedno z najważniejszych pytań, na które jednak pewnie nigdy nie poznamy odpowiedzi. Może na efekt zaskoczenia? Może na pomoc Waszyngtonu? Albo po prostu zagrał va banque. Ponieważ pokojowe próby uregulowania konfliktu podejmowane przez Tbilisi od 2003 r. nic nie dawały ze względu na negatywną postawę Rosji, postanowił spróbować metod siłowych. Spodziewał się zapewne, że świetnie uzbrojona i wyszkolona przy pomocy Amerykanów armia gruzińska zdoła pokonać siły zbrojne Osetyjczyków zanim Rosja zdąży zareagować.

Srodze się jednak przeliczył. Zanim wojska gruzińskie zdołały w całości opanować Cchinwali, na terytorium Osetii Południowej wkroczyły oddziały 58. armii rosyjskiej. Ofensywa gruzińska załamała się. Odtąd Gruzini są w defensywie.

Władze gruzińskie miały oczywiście prawo do przeprowadzenia operacji „przywrócenia porządku konstytucyjnego”, według prawa międzynarodowego Osetia Południowa jest bowiem integralną częścią Gruzji. W polityce międzynarodowej należy się jednak liczyć nie tylko z prawem, lecz przede wszystkim z rzeczywistością. Jakkolwiek byłaby ona niesprawiedliwa. A rzeczywistość była taka, iż prawdopodobieństwo ingerencji rosyjskiej we wznowiony konflikt gruzińsko-osetyjski lub gruzińsko-abchaski było bardzo duże. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że Rosjanie będą po prostu wspierać nieformalnie separatystów, groźba otwartej interwencji zbrojnej Rosji jednak istniała. Rozpoczynanie otwartej wojny w Osetii Południowej było więc szaleństwem.

Władze gruzińskie zdecydowały się jednak na ten krok, stawiając na szali najważniejsze dla Gruzji i Gruzinów kwestie: integrację z NATO, stabilność wewnętrzną i reformy podjęte po rewolucji róż, wizerunek państwa na arenie międzynarodowej, coraz lepszą sytuację ekonomiczną.

Czy dla utraty tego wszystkiego warto było wznawiać konflikt? Czy nie lepiej było odpuścić sobie przynajmniej na razie Osetię i Abchazję i skupić się na kontynuacji reform? Na to pytanie Gruzini muszą sami sobie odpowiedzieć.

Bezwzględność Moskwy

Na gruzińską operację Rosja zareagowała natychmiast, bezwzględnie wykorzystując okazję do realizacji celów swojej polityki i wzmocnienia pozycji na Kaukazie. Trudno się temu dziwić. Rosjanie od dawna przygotowywali się bowiem na podobny rozwój wydarzeń. Destabilizacja sytuacji w Gruzji leży przecież w interesie Kremla. Od kilku lat Moskwa wręcz sama prowokowała Gruzinów do podobnych działań, chcąc udowodnić światu, że są awanturnikami, i to oni zagrażają pokojowi w regionie.

Wojska rosyjskie niemal natychmiast przekroczyły granicę z Gruzją i przystąpiły do odbijania Osetii z rąk gruzińskich, co im się po kilku dniach udało. Jednocześnie rosyjskie lotnictwo zaczęło atakować cele wojskowe w całej Gruzji, a okręty wojenne z Sewastopola przystąpiły do patrolowania wybrzeży abchaskich. 10 sierpnia Rosjanie wprowadzili ponadto do Abchazji 9 tys. żołnierzy, którzy zapuścili się następnie daleko poza jej granice.

Ciekawa jest terminologia używana przez Rosjan. Nie mówią oni o wojnie, interwencji militarnej, lecz „przymuszeniu Gruzji do pokoju”, obronie własnych obywateli i wspieraniu sił pokojowych. Twierdzą również, że działają zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych. Czasami wychodzą z tego żałośnie śmieszne sytuacje. Jeden z przebywających w Cchinwali korespondentów rosyjskiej telewizji zapytany przez redaktora w studio, czy w mieście trwają walki, odpowiedział, że nie. To tylko bombowce sił pokojowych (bombardirowszcziki mirotworcew) likwidują stanowiska gruzińskiej artylerii. Ładni mirotworcy …

Wraz z frontem realnym Rosjanie otworzyli także informacyjny. Rosyjska telewizja nadaje niemal bez przerwy informacje z Osetii Południowej, skupiając się wyłącznie na cierpieniach ludności cywilnej republiki i rzekomych „okrucieństwach” popełnianych przez wojska gruzińskie. Rosjanie podnieśli także larum na całym świecie nazywając działania Gruzji „ludobójstwem” i żądając powołania międzynarodowego trybunału, przed którym powinien stanąć prezydent Saakaszwili i inni przedstawiciele władz gruzińskich. Do akcji przystąpili także hakerzy z Łubianki, atakując gruzińskie portale informacyjne i nie pozwalając im dotrzeć z własną wersją informacji do świata. A zawsze czujni czekiści zaczęli wyławiać rzekomych gruzińskich szpiegów, którzy mieli przygotowywać akcje terrorystyczne na Kaukazie Północnym.

Szczyty hipokryzji

Zarówno postawę Rosji, jak i Zachodu wobec konfliktu w Gruzji charakteryzuje daleko idąca hipokryzja i jednostronność. Rosja przedstawia interwencję wojskową w tym kraju jako „misję pokojową” i oskarża Gruzinów o doprowadzenie do katastrofy humanitarnej w Osetii. Tymczasem jeszcze kilka lat temu, a dokładnie w 1999 roku, Rosjanie zachowali się identycznie. Jesienią tego roku rozpoczęła się rosyjska interwencja militarna w Czeczenii, nie kontrolowanej wówczas przez władze rosyjskie. Podobnie jak Gruzini do Osetii, armia rosyjska wkroczyła na terytorium republiki pod hasłem „przywrócenia porządku konstytucyjnego” (i walki z „międzynarodowym terroryzmem”). Skala katastrofy humanitarnej, do jakiej doprowadziły wojska rosyjskie, była jednak nieporównywalnie większa od tego, co dzieje się dziś w Osetii. Tysiące ofiar, bombardowania kolumn uchodźców, równanie z ziemią czeczeńskich miejscowości, masowe mordy na cywilach i jeńcach wojennych, torturowanie zatrzymanych. Nikt wówczas nie mówił w Rosji o cierpieniach Czeczenów i gdyby nie zagraniczne organizacje humanitarne ludzie ci zostaliby pozostawieni samym sobie. To według Moskwy nie było jednak ludobójstwem, lecz walką z terroryzmem i bandytyzmem.

Nie mniejsza hipokryzja cechuje postawę Zachodu, szczególnie Stanów Zjednoczonych i NATO. Czym bowiem różni się Osetia Południowa i Gruzja od Kosowa i Serbii? W 1999 r. Kosowo było integralną, choć zbuntowaną częścią Serbii. Władze w Belgradzie chcąc przywrócić nad nim kontrolę rozpoczęły operację specjalną, zostały jednak powstrzymane przez NATO, które wprowadziło tam swoje wojska i przy pomocy zmasowanych nalotów lotniczych zmusiło Serbię do zaakceptowania faktycznego oderwania się Kosowa. Zakończyło się to uznaniem jego niepodległości przez państwa zachodnie w 2008 r. Z niemal identyczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku Osetii Południowej i Abchazji. Jest ona jednak przez Zachód interpretowana skrajnie odmiennie.

Wniosek z tego może być tylko jeden. W stosunkach międzynarodowych obowiązuje prawo silniejszego, a nie rzekomo powszechnie akceptowane normy, które każdy interpretuje jak chce.

Gruzja gra do swojej bramki

Wątpliwe wydaje się, aby konflikt rosyjsko-gruziński potrwał jeszcze długo. Nie ze względu na negatywną postawę Zachodu, lecz samej Rosji, która osiągnęła już swoje najważniejsze cele:

•przejęła całkowitą kontrolę nad Osetią Południową i Abchazją, gdzie prawdopodobnie na stałe zainstaluje się armia rosyjska;

•oddaliła jeśli nie uniemożliwiła reintegrację tych republik z Gruzją (nie można nawet wykluczyć, że Moskwa uzna ich niepodległość);

•postawiła pod znakiem zapytania integrację Gruzji z NATO;

•poważnie osłabiła gruzińską armię, budowaną z mozołem przez ostatnie lata z pomocą amerykańską;

•pokazała światu, że Gruzja jest krajem niestabilnym wewnętrznie;

•udowodniła, że to ona ma najwięcej do powiedzenia na Kaukazie i nie zamierza liczyć się ze zdaniem Waszyngtonu czy Brukseli oraz że jest na tyle silna, aby zachowywać się w regionie w podobny sposób, w jaki Zachód postępuje na Bałkanach.

Szczytem marzeń rosyjskich przywódców byłoby jeszcze ustąpienie pod ich naciskiem prezydenta Micheila Saakaszwilego, do tego chyba jednak nie dojdzie.

Decyzję władz gruzińskich o rozpoczęciu operacji militarnej w celu przywrócenia kontroli nad Osetią Południową można zrozumieć. Była to przecież najważniejsza obietnica złożona przez Saakaszwilego po rewolucji róż i marzenie każdego Gruzina. Ponieważ Gruzji nie udało się tego dokonać pokojowo, zdecydowała na podjęcie próby siłowego rozwiązania. Tbilisi po prostu puściły nerwy. Gdyby Gruzinom udało się opanować Osetię, tak jak Chorwatom zbuntowaną Krajinę w 1995 r., świat przyjął by to do wiadomości, nawet jeśli ceną byłyby ofiary śmiertelne, tysiące uchodźców i zburzenie Cchinwali. Nie udało się jednak. Z dzisiejszej perspektywy można więc stwierdzić, że był to krok nieprzemyślany, samobójczy i szkodliwy dla własnego kraju. Zyskała na nim jedynie Rosja.

Maciej Falkowski
12 sierpnia 2008



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!