Nie jestem żądna zemsty, ale pamięć mam doskonałą

Aida Gadżyjewa

Aisza (do przyjęcia islamu Irina) Aleksandrowskaja na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie pogodnego, ironicznego, cieszącego się radością życia człowieka. Kobieta o wielu talentach – wyśmienicie gotuje, robi na drutach, wyszywa, a nawet wytwarza mydło z naturalnych składników. Patrząc na tę czarującą kobietę aż nie chcę się wierzyć, że w tak trudnych czasach sama wychowała dwójkę dzieci, pochowała męża, a potem syna, który „uciekł do lasu” i został zabity w czasie operacji specjalnej. Dzisiaj publikujemy opowieść o nielekkim losie tej kobiety, sporządzoną na podstawie jej słów przez naszą korespondentkę z Dagestanu – Aidę Gadżyjewę.

Przyjaciele mnie nie zrozumieli

- Mam 49 lat, urodziłam się i całe życie mieszkałam w Machaczkale. Ojciec był spawaczem, matka inżynierem, dziadek majorem KGB, babka kapitanem milicji. Ukończyłam szkołę nr 4, następnie handlowo–gastronomiczną uczelnię, która niedawno została zamknięta. Całe życie pracowałam jako szef kuchni w wyśmienitych restauracjach i nie zamierzałam nigdzie wyjeżdżać. W latach 90-tych musiałam jednak udać się do Moskwy – syn chorował, miał problemy ze wzrokiem, konieczna była operacja. Nasza rodzina nie była specjalnie zamożna, jednak pojechałam do Moskwy, pracowałam tam i leczyłam syna. Dwa lata tak upłynęły, a ja nie potrafiła przywyknąć do tego miasta. Kiedy ludzie całymi latami mieszkają obok siebie, na jednej klatce schodowej, i ze sobą nie rozmawiają, to ja tego nie jestem w stanie pojąć rozumem. Sąsiedzi nie znają swoich twarzy, nie rozmawiają ze sobą, w pracy też panują chłodne relacje – tylko „dzień dobry – do widzenia” – i uciekają, każdy w swoją stronę. U nas ludzie są bardziej otwarci, możesz zapukać do sąsiada o każdej porze dnia i nocy, zawsze otworzy, pomoże. Jeśli coś upiekę – cała klatka wie, że poczęstuję; a tam sąsiadka patrzy na mnie i mówi: „Ty co, oszalałaś? Myślisz, że jestem głodna?”.

- Rozpad ZSRR był dla mnie szokiem. Od razu straciłam państwową posadę – wszystkie restauracje przeszły w prywatne ręce, a naszą wykupił czaban (pasterz - przypis tłum.). Dla mnie osobiście wszystkie te reformy wydawały się dzikie. Wcześniej pracowałam jako kucharz, przygotowywałam oryginalne dania z własnych przepisów, a tu nagle trzeba było przekwalifikować się na dostawcę, jeździć po kraju, wymieniać konserwy na wełnę, wełnę na coś innego, i tak dalej. Całymi dniami nie było mnie w domu, a dzieci były małe – Nastia (teraz Chadidża) z 89-ego roku i Igor (Idpis) z 86-ego. Mąż mi nie pomagał, pił. To były ciężkie czasy, cały czas brakowało pieniędzy. Być może cała ta sytuacja doprowadziła do tego, że przeszłam na islam – poszukiwałam ujścia dla moich zmartwień.

- Na islam przeszłam dlatego, że w chrześcijaństwie wielu rzeczy nie rozumiałam. Dlaczego chustkę na głowę nakłada się tuż przed wejściem do cerkwi? Czy Bóg nie widzi nas poza murami świątyni? Dlaczego podczas Paschy na cmentarzu urządza się popijawę? Omalże nie śpiewają po pijaku. To wszystko było mi obce. Stopniowo zaczęłam interesować się islamem, kupować książki, czytać. Szczerze mówiąc nie znałam nikogo, kto mógłby mi coś wyjaśnić, pomóc, poprowadzić za rękę w stronę religii. Sama do wszystkiego dochodziłam. Właśnie w latach 90-tych na rynku pojawił się wysyp wolnych wydawnictw. Z początku czytałam wszystko jak leci, stopniowo coraz bardziej świadomie. Dzieci bardzo pomagały. Wszyscy kolejno przyjęliśmy islam – córka, ja, syn na końcu, kiedy wrócił z wojska. Chociaż on już przed poborem interesował się religią, a po zakończeniu służby w ogóle stał się bardzo pobożny. Nawet w wojsku postu przestrzegał na tyle, na ile było to możliwe. Męża próbowałam zachęcić do abstynencji. Jednak jemu dalekie były ideały islamu. No i umarł z powodu niewydolności nerek w 2001 roku.

- W taki sposób zaczęłam ubierać się nie od razu. Przez jakiś czas zakrywałam tylko chustą włosy, potem zaczęłam osłaniać szyję. Czym więcej czytasz, tym lepiej rozumiesz, jak należy się ubierać, jak się zachowywać. Poza tym, jak przeszłam na islam, zaczęłam czytać również Biblię, ewangelie. Wcześniej mnie to nie interesowało. Chrześcijaństwo również nakazuje kobietom nosić zasłonę. Przez zasłonę rozumie się chustę i długi rękaw.

- Matka mnie wspierała, ojciec już nie żył. On też by mnie wsparł; sam w podeszłym wieku interesował się islamem. Ale przyjaciele moją decyzję przyjęli źle. Nie zrozumieli. „I po co ci to potrzebne? Oszalałaś na stare lata, żadnego boga przecież nie ma!”. Nie mogę ich osądzać. Nasze pokolenie wyrosło bez boga, bez wiary. Naszych rodziców przynajmniej po kryjomu mogli ochrzcić, a my byliśmy absolutnie bezbożni; za naszych czasów człowiek w kosmos poleciał i nikogo tam nie zobaczył (śmieje się). Dlatego nasze pokolenie jest podzielone – jeśli ktokolwiek sam zwrócił się w stronę religii, to jest głęboko wierzącym człowiekiem. A jeśli sam nie podjął tej decyzji, nikt go do wiary nie przekona. Można wyjaśniać, przekonywać – wszystko na darmo. W zależności od tego, kto jak przyjął moją decyzję, dokonała się selekcja moich kolegów. Niektórzy w ogóle przestali ze mną utrzymywać kontakt. Ci, którzy przyjęli to normalnie, niezależnie od tego, jak się do mnie zwracają – Irina czy Aisza, zostali moimi przyjaciółmi. Mam koleżankę – ateistkę, z którą cały czas się koleguję. Czasami dzwoni i mówi: „Dzwoniłam do Ciebie. Dlaczego nie odpowiadałaś?” – „Odprawiałam namaz” – „No jasne”. Jest to dla niej jasny argument. A inni palcem w skroń popukają – z pewnością trapią ją problemy osobiste.

- Nie, nie było mi ciężko. Jestem człowiekiem zamkniętym w sobie, tygodniami mogę z domu nie wychodzić, z nikim się nie kontaktować. Jednak na początku cały czas jakbym czegoś wyczekiwała. Ponieważ wychowałam się na chrześcijańskich zasadach, oczekiwałam jakiś znaków, że jestem na prawidłowej drodze (śmieje się). Córka mówiła: „Mamo, trzeba zasłużyć, by takie znaki spotkały ciebie”. Z czasem zrozumiałam, że wierzyć trzeba dla samej wiary, bez jakichkolwiek cudownych dowodów. I właśnie wtedy doczekałam się potwierdzeń. Kiedyś upiekłam lawasz. Syn zaczął jeść, przewraca placek, a tam napis po arabsku – „Allach”. Córka mówi: „Chciałaś znaku – masz”.

Stamtąd nie ma powrotu

- Jak przeszliśmy na islam, dzielnicowy bardzo się nami zainteresował. Czułam się bardzo dziwnie, kiedy przyszedł i zaczął wypytywać: od kiedy jesteśmy muzułmanami? Do szejcha jeździłam, czy nie? Jakie mam książki? A książki w ogóle bardzo lubię i całe życie zbieram. Bardzo chciałam nauczyć się arabskiego. Ale to bardzo trudne. A syn bardzo dobrze czytał w tym języku, bo go w więzieniu nauczyli.

- Syn w ogóle miał zdolności językowe. W szkole nauczył się angielskiego. Był człowiekiem żądnym wiedzy. Chciał uczyć się zagranicą, ale się nie udało. Zaraz jak wrócił z wojska, wstąpił do Ministerstwa Obrony Narodowej, pracował jako ratownik w Departamencie ds. Sytuacji Nadzwyczajnej i Konsekwencji Klęsk Naturalnych. Taka byłam z niego dumna. Przecież on ludzi ratował. Szczególnie latem zdarzają się sytuacje, że podczas sztormu ludzie idą się kąpać. Dla mnie lekarz, nauczyciel i ratownik to trzy święte zawody. Tylko mało mu płacili, a on nie chciał być dla mnie ciężarem. Powróciłam do branży gastronomicznej. Bardzo ciężko pracowałam po 14 – 15 godzin na kuchni. Bardzo byłam przemęczona. Chorowałam. On chciał, żebym tę pracę rzuciła. Mówił: „Mamo, dlaczego chodzisz w to miejsce. Sama mówisz, że tam są popijawy, zaczepki, dziewki”. Pewnego razu upili się (nawiasem mówiąc pracownicy organów ochrony prawa) i do strzelaniny doszło, postrzelili kelnerkę. Koledzy zaproponowali mu pracę na giełdzie samochodowej i odszedł z ministerstwa. Wtedy u niego pojawili się znajomi związani z radykalnym islamem.

- Pierwszy areszt był spowodowany tym, że chłopcy rzeczywiście narozrabiali, a mój syn wiedział o co chodzi. Jeśliby oficjalnie wezwali go na przesłuchanie, powiedzieli mi, bym rozmówiła się z synem, może strawy przyjęłyby inny obrót. Jednak miała miejsce wielka operacja specjalna. Rankiem 9 sierpnia 2008 roku zastukali do drzwi, poinformowali, że są z komisariatu wojennego. Następnie omonowcy uzbrojeni po zęby, w kamizelkach kuloodpornych, wtargnęli do środka. To było straszne, nigdy tego nie zapomnę. Teraz jestem na coś takiego przygotowana, wiem co powiedzieć, jak się zachować. Ale wtedy byłam zupełnie skonsternowana. Kiedy do mieszkania wtargnie 20-30 uzbrojonych mężczyzn, krzyczą, wszystko z szaf wyrzucają na podłogę, nie przyjdzie ci na myśl, by żądać okazania dokumentów, poprosić o świadków. Potem zjawili się ludzie w cywilu i też się nie wylegitymowali. Klasyczny duet – dobry i zły śledczy – również miał miejsce (śmieje się). Jeden z nich próbował ze mną delikatnie rozmawiać, drugi krzyczał. Długo trwały wyjaśnienia, który pokój jest syna. Na tyle starczyło mi rozumu, żeby pokazać swoją sypialnię. Nie zastanowiło ich, że w komodach leży damska bielizna, bo w pokoju stał komputer – u nas panuje przekonanie, że jeśli komputer, to na pewno mężczyzny. Po czterdziestu minutach przyprowadzili świadków, którzy, nawiasem mówiąc, okazali się mądrzejszy ode mnie i zapytali, dlaczego rzeczy już znajdują się na półach, skoro mamy dokonywać rewizji? Potem zaczęli sprawdzać. Sprawdzali, sprawdzali, a na koniec mówią do mnie: proszę podjąć damską bieliznę. Już się prawie schylałam, ale w porę się spostrzegłam: przecież przywykliście babrać się w brudnej bieliźnie. Kiedy sami podnieśli ubrania, leżał pod nimi granat. Pozostałych pomieszczeń nawet nie przeszukali, tylko zajrzeli i wyszli. Po co mieliby to robić – podłożony granat znaleziony… Syna aresztowali.

- Byłam wstrząśnięta, jakby coś ciężkiego spadło mi na głowę. Miałam bliskiego przyjaciela z wczesnej młodości, podpułkownika FSB. Zadzwoniłam do niego, opowiedziałam całą sytuację… Krótko mówiąc, nie mam już znajomego, w ogóle przestał się do mnie odzywać. Ponad miesiąc syn spędził w areszcie tymczasowym, chociaż zgodnie z prawem nie można tam przetrzymywać dłużej, niż 10 dni. Opowiadał o areszcie tymczasowym najokropniejsze rzeczy. Areszt znajduje się w pomieszczeniu przechodnim, kto tylko chce może wejść. W więzieniu było lepiej, przynajmniej nie miał wrażenia, że jest całkowicie bezbronny. Siedział cztery miesiące. 20 listopada odbyła się rozprawa sądowa. Żaden świadek ze strony oskarżenia się nie stawił, ale jemu dali półtorej roku warunkowo. Dzień przed wyrokiem sędzia wezwał mnie do siebie i powiedział: mam szacunek do pani za to, że jako Rosjanka przyjęła pani islam. Pani syna również szanuję, bo zachowuje się jak prawdziwy mężczyzna. Rozumiem, że granat nie był wasz. Trzeba byłoby być skończonym idiotą by w takie rzeczy uwierzyć. Proszę mnie jednak zrozumieć, jeśli w tym momencie ogłoszę wyrok uniewinniający, musiałbym wnieść o postępowanie sprawdzające w stosunku do osób, które przeprowadzały rewizję. A ja nie mogę wejść z nimi w konflikt… Syn dostanie wyrok minimalny. Rozumiałam go, przynajmniej był uczciwy.

- Po rozprawie sądowej adwokat w imieniu syna od razu wysłał kilka pism, w których pisał, że chłopak boi się prowokacji ze strony organów ochrony prawa. Tak i rzeczywiście było: co by się nie wydarzyło w mieście, jego od razu zabierali, przesłuchiwali i wypuszczali. Wybuchł samochód na Irczi Kazaka – po dwóch godzinach przyszli po niego. Na giełdzie samochodowej zabili majora – jego od razu przepytywali: i co powiesz, zabójca pobiegł w Twoją stronę. A dokąd miał jeszcze biec, jeśli kontener syna stał tuż przy wyjściu? To ciśnienie było najgorsze. Potem miał miejsce rząd porwań w Derbencie. Syn prosił Świetłanę Isajewę (reprezentant organizacji „Matki Dagestanu”): wyślijcie mnie gdziekolwiek, chcę wyjechać. Jednak przekonywałyśmy go: masz wyrok w zwieszeniu, nie możesz, poczekaj do maja. Jak widać nie mógł dłużej czekać, postanowił uciekać. Na klęczkach go błagałam, prosiłam: nie uciekaj, już nie wrócisz, stamtąd nie ma drogi powrotnej. Ale on uważał, że lepiej umrzeć jak mężczyzna, z karabinem w ręku, niż … „Nie dam rady jeszcze raz przejść przez te tortury, nie wytrzymam” – tak powiedział ten silny, dobrze zbudowany, wysoki (190 cm wzrostu) młody mężczyzna. Złamią każdego…

- Po tym wszystkim przez trzy tygodnie nie mogłam dojść do siebie. Nie było z kim o tym porozmawiać. Jednak potem wzięłam się w garść. W takim państwie mieszkamy, co poradzisz. On ani razu nie zadzwonił, bo przez połączenie telefoniczne łatwo można człowieka namierzyć. 90 procent operacji specjalnych zakończyło się sukcesem, tylko dlatego, że „leśni bracia” związali się ze swoimi żonami, przychodzili do domu. Nie mogę powiedzieć, że się pogodziłam, ale oswajałam się z myślą, że prędzej czy później jego zabiją. A mimo to nie byłam przygotowana. Włączyłam wieczorem telewizor i akurat trafiłam na tę informację. Od razu go rozpoznałam, chociaż leżał twarzą w dół…

Muru głową nie przebijesz

- Powinnam powiedzieć, że ciało zabraliśmy zupełnie bez problemów, nie kazali nam płacić, żadne intrygi nie miały miejsca. W sekrecie nam powiedzieli, że ich grupa została wydana, był w to wplatany jakiś człowiek. Wtedy również zastrzelili Gapala Gadżyjewa (szef oddziału regionalnego ds. walki z ekstremizmem MSW, zabity 12 września 2010 roku w Machaczkale) i trzeba było kogoś zlikwidować. Wszystkie te rozmowy, sprawdzanie adresów zameldowania – wszystko to bzdura. Grupę zdradził „nasłany Kozak”. Wszyscy już o tym wiedzą – tak głośne było to zabójstwo, czy atak terrorystyczny. Przed tym, nikt o sprawie nie wiedział.

- Nie mam tu prawie rodziny, więc przy pogrzebie pomogli chłopcy z podwórka. Na jaką inwigilację, naciski narazili się ci ludzie! Tylko dlatego, że są muzułmanami, tylko dlatego, że pomogli przy pogrzebie. Przez jakiś czas ciągle nas śledzili. Potem przestali, ale po każdym spotkaniu z dziennikarzami, znowu zaczynali. Mnie to tak przygniatało, uciskało. Wczoraj koleżanka napisała: „Wypytywało o ciebie dwóch mężczyzn, dałam im twój adres i telefon…” Prawie mi serce nie zamarło, a ona kontynuowała: „Oni nazywają się Sukces i Dostatek”. Okazało się, że to taki żart, a ja go kupiłam… Piszę do niej: „Oprócz FSB mną już dawno nikt się nie interesuje”.

- Ostatnio dziennikarze często mnie pytają: chcemy z siostrą zemsty, jesteśmy gotowe na udział w akcji terrorystycznej. Rozumiem, że po atakach terrorystycznych w moskiewskim metrze takie pytania są na miejscu. Odpowiadam im: nie jestem żądna zemsty, ale pamięć mam doskonałą. Zemsty nie planuję, ale pamiętam wszystko i wszystkich. Ponieważ jestem człowiekiem wierzącym, wiem co ich czeka, jeśli nie teraz, to na sądzie ostatecznym. Miedzy innymi dlatego, nie zamierzam sięgać po broń. Wcześniej idei dżihadu nie rozumiałam, cały czas sprzeczałam się o to z synem, a dyskusje przeradzały się w kłótnie. Syn uważał, że islamu trzeba bronić z karabinem w ręku, a ja byłam przeciwko. Ale teraz, po tej „szczególnej uwadze” poświęconej naszej rodzinie, myślę, że trzeba być przygotowanym. Iść drogą pokojową – policzek samemu nadstawiać jest po prostu bezmyślnie. Dlatego, że zamykają…

- Na organizację „Matki Dagestanu” natrafiłam, kiedy aresztowano syna. Weszłam w internet, ale nie znalazłam żadnych informacji o organizacji: ani telefonu, ani adresu, ani nawet paszkwili – jak to jest dzisiaj, na jej temat nie było. I kiedy Swietłana Isajewa sama do mnie zadzwoniła, było mi bardzo przyjemnie. Zostałam sama; wielu z tych, którzy nie odwrócili się ode mnie gdy przeszłam na islam, po aresztowaniu syna opuścili mnie. Cieszyłam się z każdego wsparcia, chociaż rozumiałam, że Swietłana nic nie może poradzić. Po tym wszystkim zaczęłyśmy uważać się za przyjaciółki. W ubiegłym roku Swieta zaproponowała mi pracę u siebie, a ja nie odmówiłam… My często mamy wrażenie, że walimy głową w mur, a głową muru nie przebijesz. I nawet jeśli w ciągu jednego roku mogłyśmy realnie pomóc dwóm – trzem osobom, to myślę, że warto. Na przykład ten szum, który podniósł się po pobiciu przez milicjantów chłopca z Chotody, to nasza zasługa. Takich spraw na naszym koncie jest kilka. My nie możemy człowieka uwolnić, wpłynąć na bieg wydarzeń, jednak możemy nagłośnić sprawę, przyciągną uwagę mediów, społeczeństwa, Moskwy. I to jest wartość dodatnia naszej organizacji.

- Obecnie w Dagestanie trwa prawdziwa wojna, chociaż cierpi nie całe społeczeństwo, a tylko cześć. Wszystko, co dzieje się w republice, jest sztucznie wykreowaną sytuacją, która jest na rękę określonym kręgom władzy. Oni mają konkretne interesy i pieniądze. Na jakich uczuciach można grać? – Religia i stosunki z bliskimi. I jeszcze pieniądze. Wykorzystując te instrumenty, cały czas podgrzewają sytuację. Jeśli byłaby chęć, w ciągu 24 godzin można zaprowadzić porządek, zmienić całą sytuację. Myślicie, że nie można znaleźć ludzi, o których ginie słuch? Nie można namierzyć, skąd sprowadzana jest broń? Przecież oni z palca nie strzelają, a cała broń jest fabryczna, źródłem są nasze fabryki. Myślicie, że FSB o tym nie wie? Być może nie chce wiedzieć, bo taka sytuacja jest im na rękę.

Tłum. A. Waszkiewicz



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!