W początku maja my, tj. kilku dziennikarzy i politologów z Dagestanu i Czeczenii, zostaliśmy zaproszeni na seminarium pod tytułem „Laboratorium reportażu”. Jechałem do Polski z mieszanymi uczuciami. Ryzykowałem byciem nie w temacie. Po co mi, pracownikowi telewizji, wykłady o subtelnościach dziennikarstwa gazetowego, czy wartościach europejskiej demokracji. Z drugiej strony pojawiała się możliwość kontaktu z kolegami po fachu, zobaczenia z bliska Polaków i ich stolicy. Takiej szansy nie można było nie wykorzystać. Kontakt ze specjalistami to najważniejszy cel każdego seminarium i konferencji, podczas których pod jednym dachem zbierają się najróżniejsi, interesujący ludzie.
Warszawa przywitała nas niezbyt dobrą pogodą, za to przyjaźnie i gościnnie oraz bardzo napiętym programem naukowym. Już w dzień przyjazdu wysłuchaliśmy trzygodzinnego wykładu profesora Marka Millera o reportażu jako najważniejszym pojęciu w dziennikarstwie. Jak zażartował przed rozpoczęciem zajęć, profesor w ciągu trzech godzin miał spróbować opowiedzieć o tym, o czym mówi studentom w ciągu całego roku akademickiego. W swoich podstawach dziennikarstwo w Rosji, w Polsce i na Zachodzie wykorzystuje fachowe teoretyczne podejście, ale wydało mi się, że w gatunku reportażu najbardziej rozwinęli się właśnie polscy koledzy. Późniejsze zajęcia na seminarium, w szczególności poświęcone reportażowi radiowemu (prof. Janina Jankowska) i reportażowi fotograficznemu (Waldemar Zdrojewski, Tadeusz Rolke) tylko to potwierdziły.
Wkład polskich twórców w rozwój sztuki światowej wydaje się ogromny. W opinii publicznej funkcjonuje pojęcie „polska szkoła”: kinematografii, plakatu, poezji.
Przeprowadzonych zajęć nie można nazwać teoretycznymi, prędzej było to coś na kształt warsztatów. Dokładniej mówiąc, pomysły występujących profesorów próbowaliśmy wspólnymi siłami przełożyć na rzeczywistość. Możliwość znalezienia konsensusu momentami wydawała się nierealna. Ilu ludzi, tyle poglądów.
Do żywego poruszył nas dokumentalny radioreportaż o śmierci w pożarze sześcioletniego chłopca Braiana, który oddał życie ratując niesumiennego ojca i mieszkańców wielorodzinnego domu. Zostało we mnie jakieś niezrozumiałe odczucie osobistego udziału w tej tragedii. Niektórzy uczestnicy seminarium mieli łzy w oczach. Później nastąpiło dokładne omówienie pracy polskich dziennikarzy radiowych. Poprosiłem o kopię tego reportażu. Wydawało mi się, że tę historię trzeba pokazać naszym młodym dagestańskim dziennikarzom.
Zajęcia na temat filmu dokumentalnego (Michał Bukojemski) stworzyły atmosferę zaciekawienia: ”a co dalej?” Każdy z nas, przy pomocy kamery i nietrudnych chwytów, miał okazję postawić się w roli operatora, reżysera i aktora w jednym. Nie można powiedzieć, że wszystkim się udawało. Szczęście dopisywało bardziej żółtodziobom i żeńskiej części naszej małej grupy. Ja i Abdurachman Junosow – kierownik naszej grupy (przepracowaliśmy pół życia w dagestańskiej telewizji), nie wykazaliśmy szczególnych talentów.
Zakwaterowano nas w dość skromnym jak na europejską miarę hotelu, oddalonym od centrum o 20 minut jazdy. Nasze zdziwienie było ogromne, gdy weszliśmy do pokojów. Okazały się przestronne, z czystą wyprasowaną pościelą, ze wszystkimi możliwymi wygodami oraz internetem. A ceny w porównaniu z moskiewskimi po prostu śmieszne. Do tego, każdego ranka w restauracji na dole czekał na nas obfity szwedzki stół.
Okazało się, że prawie nic nie wiemy o Polsce. I ci, którzy zniechęcali nas do tego wyjazdu, faktycznie powtarzali błąd wielkiego rosyjskiego poety A. S. Puszkina, który powiedział mniej więcej tak: „A po co mam jechać za granicę? Piękno przyrody mogę sobie wyobrazić lepiej, niż jest w rzeczywistości. A jechać tam po to, żeby poznać wybitnych ludzi… Ale znam przecież Mickiewicza, a kogoś lepszego niż on nie znajdę…” Kilka dni spędzonych w Warszawie pokazało, że Polacy i Polska to zupełnie nie to, co pokazują w telewizji.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to uprzejmość. Odniosłem wrażenie, że otaczający nas ludzie gotowi są porzucić swoje zajęcia tylko dlatego, żeby wyświadczyć nam przysługę. A propos, to odczucie nie jest aż tak głupie: Polacy z przyjemnością pomagają obcym (w tym cudzoziemcom). Oczywiście, nikt nie będzie niegrzeczny. W ciągu kilku dni w Warszawie nie widzieliśmy ani jednego konfliktu.
Rosjanie mają z Polakami tyle wspólnego, że czasami przestaje się zauważać, że jest się za granicą. Polak również łączy w sobie kompleksy wyższości i niższości tak, jak większość Rosjan. Współcześni Polacy to wolni, zainteresowani światem ludzie, którzy sami wybierają swoje miejsce zamieszkania, świadomi zarówno siły, jak i słabych stron swojego państwa.
Dla nas, ludzi wschodu, w ciągu wielu lat obraz Polski sformułował się jako cały zbiór stereotypów, banałów i ideologii. Dla wyższych rangą obywateli Związku Radzieckiego Polska była „ogniskiem zła” – niezależnej literatury, teatru, kina, a dla prostych ludzi - prawdziwą „burzliwą krainą”, gdzie faktycznie istniała niedościgniona, drażniąca wolność, mamiąca pokusa słowiańskiego europeizmu. W Polsce jest prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Ono było w czasach sowieckich i tym bardziej jest i dziś .
Oczywiście, zauważa się, że w Polsce wiele jest tego „naj”: największy w Europie plac – Plac Defilad w Warszawie, największa scena operowa Europy w warszawskim Teatrze Wielkim, pierwsza konstytucja Europy przyjęta była w Polsce itd.
W historii Dagestanu XIX wieku i wojny kaukaskiej są także polskie strony, „napisane” przez najlepszych przedstawicieli polskiej inteligencji. Jak wśród rosyjskich postępowych ludzi tych czasów – myślicieli i poetów, tak i wśród polskiej elity było niemało współczujących górskim narodom w ich niesprawiedliwej wojnie z potężnym przeciwnikiem. Podczas najtrudniejszych wojennych lat z wielkim imamem Szamilem, przywódcą górali, po jednej stronie walczyli polscy inżynierowie, oficerowie i sztabowcy, aktywnie pomagając w walce o niepodległość Imamatu.
Wróćmy jednak do Warszawy naszych czasów. Jak już zaznaczyłem, przepełniony program seminarium nie pozostawił nam wiele czasu na zaznajomienie się ze stolicą Polski i jej osobliwościami. Jednak na spotkanie z pięknem niekiedy wystarcza i kilka chwil. Chodzisz po Warszawie i jak gdyby spacerujesz w bajce. Wydaje się, że zaraz zaczną się przygody. Nie chciało nam się wyjeżdżać. Kiedy przyjeżdża się do obcego kraju już nie po raz pierwszy, zauważa się drobiazgi, na które nie zwracało się dotychczas żadnej uwagi. Miasto jest zadbane, ładne i bardzo wygodne, można powiedzieć, że jest zaadoptowane do normalnego życia. Dla nas – ludzi, którzy przyjechali z „najlepszego miasta Rosji” - to było prawdziwym „szokiem kulturowym”.
Do warszawskich autobusów łatwo się wchodzi z ciężką walizką, ponieważ podłoga znajduje się prawie na poziomie chodnika. W autobusach sprawnie działają wyświetlacze podające informacje o trasie, przystankach i możliwych zmianach. Autobusy podjeżdżają do przystanku zgodnie z rozkładem jazdy (do do minuty). W mieście łatwo i przyjemnie się fotografuje: pejzaż nie jest pocięty przewodami elektrycznymi. Wszystkie kable schowane są pod ziemią. Gdy postawisz choć jedną nogę na jezdni, zamiera cały ruch uliczny – przechodź proszę. Od czasu do czasu widać ścieżki rowerowe. Nikt po nich nie spaceruje. To wyłączne terytorium rowerzystów. Na takich drogach (szerokich tylko na półtora metra) nietrudno znaleźć „zebrę” oznaczającą przejście dla pieszych - wywoływało to u nas uśmiechy i zdziwienie.
Oczywiście, w pamięci na długo pozostaną najbardziej wyraziste epizody dni spędzonych w Warszawie. Niezwykle bogatym w pozytywne odczucia okazało się spotkanie z polską młodzieżą w przytulnej kawiarni literackiej „Tarabuk”, znajdującej się w parku, w centrum miasta. Głównym bohaterem wieczoru został politolog z Groznego Abdulla Istamulow. Z niezwykłą lekkością odpowiadał na, jak nam się wydawało, najtrudniejsze pytania dotyczące rosyjskiej polityki na Kaukazie, kształtowania się społeczeństwa cywilnego, odbudowy Republiki Czeczeńskiej i in. Asystowała mu nasza Gurizada Kamalowa, dziennikarka gazety „Nastojaszczeje wriemia”, dla której nieznane tematy wydawały się nie istnieć.
Wizytę w warszawskiej stacji telewizyjnej „TVN” można było potraktować jako sytuację codzienną, gdyby nie jedno "ale" - sama telewizja, wyposażona w najnowsze osiągnięcia techniki, z mnóstwem studiów, pawilonów, pomieszczeń ze specjalistyczną aparaturą. Stacja telewizyjna robi bardzo duże wrażenie. Ogromny budynek ze szklanymi ściankami, mnóstwem kamer cyfrowych, monitorów, przyrządów i paneli, dziesiątki pracowników technicznych i artystycznych, synchronicznie i bezbłędnie pracujących nad „obrazem”. Wszystko po to, aby miliony telewidzów z całej Polski, 24 godziny na dobę, na kilku kanałach mogły widzieć nie tylko wartościową dziennikarską pracę, ale i cieszyć się gatunkową różnorodnością współczesnej telewizji. Zgodzicie się, że przebywanie w samym sercu działającego na żywo kanału telewizyjnego, oglądanie prawie intymnej pracy „twórców eteru”, drogo kosztuje. Wysoko oceniliśmy tę wycieczkę i jesteśmy bardzo wdzięczni jej organizatorom.
Ostatniego dnia pobytu w Warszawie, tuż przed odjazdem, odwiedziliśmy centralny muzułmański meczet miasta Warszawy. Na przedmieściach miasta, wśród tonących w zieleni domków jednorodzinnych, nie od razu można zauważyć parterowe muzułmańskie miejsce kultu. W pustym, ale czystym i zadbanym pomieszczeniu meczetu przywitał nas miejscowy imam, imieniem Nazar. Islamski teolog po ukończeniu wyższej szkoły teologicznej w Syrii, kilka lat temu został zaproszony do Warszawy, aby stanąć na czele muzułmańskiej gminy wyznaniowej w Warszawie. Życzliwie, trochę się pesząc zainteresowaniem jego osobą, imam Nazar odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Poproszony przez nas pozował przed kamerą i nawet obiecał Iwonie (organizatorowi seminarium, wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego) przeprowadzić zajęcia z jej studentami w murach meczetu. Według słów imama na wyznawców islamu w Polsce nie czyhają żadne problemy i trudności. „Jest tutaj wielu wierzących katolików. Podporządkowujemy się i służymy jednemu Najwyższemu. Między nami nie ma i być nie może żadnych sprzeczności” – podsumował.
Ponieważ istniejący meczet już nie mieści wszystkich przychodzących na piątkowy salat, na podstawie umowy z władzami lokalnymi wytyczono już działkę pod budowę nowego. Budowa nowego meczetu zostanie sfinansowana ze środków muzułmanów. Możliwe, że pomoc finansowa nadejdzie także z krajów islamskich.
Nadszedł czas pożegnania z Warszawą, którą polubiliśmy. Wsiedliśmy do wagonu pociągu pospiesznego „Polonez” i… - do zobaczenia Polsko! Żegnaj Warszawo! Czy znowu się zobaczymy, wie tylko Bóg. Przed nami około dwudziestu godzin przyjemnej podróży do Moskwy. Można odpocząć, wyspać się, a w końcu porozmyślać przy akompaniamencie monotonnego stuku kół.
W wagonach pociągu „Warszawa-Moskwa” można korzystać z toalet nawet podczas postojów dzięki nowej technologii „zamkniętego systemu”. Co prawda informacja o tym jest na drzwiach toalety tylko po polsku i obcokrajowiec może się tego nie dowiedzieć. Kiedy toaleta jest zajęta, w przedziale świeci się mała czerwona lampka i nie trzeba już iść i szarpać drzwi, żeby sprawdzić, czy jest wolna. Co więcej: można nawet wziąć prysznic w trakcie podróży!
Powiem jeszcze, że czas poświęcony na tę podróż był spędzony z pożytkiem. Jestem przekonany, że zdobyta wiedza, wrażenia i powstałe w jej trakcie pomysły nie mogą się nie przydać. Poznałem kraj, jak się okazuje, zupełnie mi nie znany, kraj z zadziwiającą kulturą i historią, ze wspaniałym narodem. Wróciłem do domu praktycznie z pustymi rękami (w mojej torbie podróżnej były tylko pamiątki i suweniry od polskich przyjaciół), ale czułem się niezwykle wzbogacony przez nową wiedzę i nowe wrażenia. Powtarzam raz jeszcze: przede wszystkim po to warto było pojechać do Polski.
Polska zadziwiła mnie swoją szczerą chęcią zorientowania się w naszych (polsko-rosyjskich) stosunkach i zainteresowaniem problemami północno-kaukaskiego regionu. Wydaje mi się, że polskie społeczeństwo stara się lepiej zrozumieć i poznać nasz kraj. To miłe i zrozumiałe, ale trochę dziwne, ponieważ prawie nie widać wzajemności. Na przykład, na ile mi wiadomo, ani na Północnym Kaukazie, ani w Dagestanie nie ma nawet „towarzystwa kultury polskiej”. A szkoda. Jedyne relacje podtrzymywane są na poziomie „ludowej dyplomacji” i dzięki takim entuzjastom, jak kierownik organizacji "Rakurs” Abdurahman Junusow, za co należą mu się oddzielne podziękowania.
Na koniec jeszcze raz o pozytywach, o ludziach. Za co jestem wdzięczny warszawskiemu seminarium, to rozkosz kontaktów międzyludzkich ze szczerymi, zainteresowanymi i głębokimi ludźmi - z naszymi nowymi polskimi przyjaciółmi.