Polskie pielgrzymowanie albo od „przyjaciół-moskali”

Natalia Krajnowa

Na początku maja br. pięcioro dziennikarzy z Dagestanu i Czeczenii brało w Polsce udział w warsztatach „Rzetelny Reportaż”, organizowanych przez fundację Kaukaz.net i Laboratorium Reportażu we wsparciu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności (program RITA -„Przemiany w Regionie”). Efektem szkolenia powinien być reportaż popularyzujący „wartości demokratyczne”. Muszę przyznać, że propaganda czegokolwiek, nawet wartości bliskich mojemu sercu, przeczy moim zasadom (uważam za swoje zawodowe zadanie jedynie informowanie czytelnika, wszystko pozostałe – to już „nad-tekst” i jeśli moje artykuły kogoś do czegoś przekonują lub skłaniają do refleksji, można to uznać za niezamierzony sukces). Dlatego proszę o wybaczenie: w tym tekście nie znajdziecie żadnej agitacji, a jedynie wrażenia z wizyty w Polsce i wspomnienia o mojej dalekiej od demokracji, ale tym nie mniej kochanej, Ojczyźnie.

Granicę przejechaliśmy nocą, w ciemności, tak że nie zauważyłam żadnych zmian w pejzażu. Rano szybciej siadłam bliżej okna i obserwowałam różnice. Za oknem przebiegały takie same jak w Rosji krzaki, drzewa, wiejskie domy i budynki z grafitti na ścianach. I tylko ulice – niewiarygodnie szerokie, nowiutkie, z wyraźnym oznakowaniem – od razu rzuciły się w oczy i stało się jasne: zagranica. Z jakiegoś powodu przypomniała mi się moja szkoła i słowa nauczyciela fizyki o tym, że przy zmianie cech substancji zmieniają się nie składające na nią elementy, a połączenia między nimi. I jeszcze przypomniał mi się Dagestańczyk Magomed Kiebiedow, który za własne pieniądze wybudował dla rodaków drogę w górach i długie lata, bez skutku, dobija się do urzędniczych drzwi z prośbą, aby uznać tę drogę za prywatną, co pozwoliłoby mu ją remontować...

Nas, słuchaczy seminarium o reportażu, którzy przyjechali do Polski nauczyć się czegoś od profesjonalistów w tej dziedzinie, jest pięcioro. Wydaje mi się, że czasami zamęczamy naszych wykładowców swoimi rozmowami. Oni chcą nam pokazać JAK robić, a dla nas ważniejsze jest – CO. Nie forma, ale treść; nie metoda, ale pomysł. Pomysły nas po prostu przepełniają. W naszym życiu jest tak wiele okropieństw, że pod ich naporem pytania dotyczące mistrzostwa opisu odchodzą na drugi plan. I to jest także straszne, ponieważ to powszechne ubóstwo przygniata nie mniej niż wybuchy i strzelaniny. „Dlaczego dajesz przemówienia, kiedy trzeba zadawać pytania?” – pytam swojego kolegę i od razu żałuję swojego grubiaństwa. Ten człowiek ma o czym mówić. Wydaje mi się, że go obraziłam, ale on nie daje tego po sobie poznać, zaczyna mnie wypytywać i kończy na tym, że dla mojej malutkiej córki kupuje prezent. Wyobrażam sobie, jak będę wyjaśniać jej od kogo jest ten prezent i dlaczego ta osoba chciała jej go podarować. Wydaje mi się, że bardzo to bardzo miłe – otrzymywać prezenty od zupełnie nieznanych nam ludzi... Przypomina mi się moja wykładowczyni Raszel Josifowna Lichtman. Kilka lat po tym, jak skończyłam uniwersytet, ona, już ciężko chora, dowiedziała się, że oczekuję dziecka i przez naszą wspólną znajomą podała nam prezent – pluszowego misia. Do tej pory miś mieszka u nas na półce i córka od czasu do czasu pyta mnie o świętej pamięci Raszel Josifownę, a ja bardzo się cieszę, że pamięć o niej żyje nie tylko we mnie, ale i w nowym pokoleniu.

Seminarium jest bardzo ciekawe. Reżyser Michał Bukojemski pokazał nam film o pracy reportera w Czeczenii w czasie wojny. Czy warto ryzykować życiem dla tego, by pokazać ludziom prawdę, która ich nie interesuje, która niczego w tym świecie nie zmieni, a ludzie będą dalej zabijać się, tak jak zabijali tysiąc lat temu? Film był po prostu oszałamiający. To więcej, niż film o pracy reprtera i więcej niż film o wojnie. Ale pytanie, które zadał pan Michał nie jest z tych, na które można dać jednoznaczną odpowiedź. Tu każdy wybiera sam. I możliwe, że to najbardziej fundamentalny wybór w zawodzie dziennikarza.
Co prawda u nas, w Dagestanie, to pytanie najczęściej rozważa się w innym aspekcie: czy to etycznie pracować (nagrywać, fotografować, opisywać), kiedy ludzie znajdują się w rozpaczy, kiedy tragedia dopiero co miała miejsce? Znam fotoreportera, który jako jeden z pierwszych przybył na miejsce ataku terrorystycznego w Kaspijsku, gdzie bojownicy wysadzili świąteczną kolumnę demonstrantów, ale mimo to nie zrobił ani jednego zdjęcia –było dla niego bluźnierstwem wyciągnąć w takiej sytuacji z torby swój aparat. Inny dziennikarz, który pisał o pożarze w internacie dla głuchoniemych dzieci w Machaczkale, przyniósł swoje honorarium do szpitala, gdzie leczono dzieci, które pożar przeżyły. Trzeci po prostu pracuje z dobrą wolą, starając się opowiadać ludziom coś, co będzie maksymalnie bliskie prawdy. Czwarty chałturzy i takich też jest niemało. Kiedy indziej spotyka się jeszcze „hieny”, ale mi, na szczęście, udało się z takimi nie pracować.

Niektórzy z naszych wykładowców byli uczestnikami „Solidarności” i opowiadając o reportażu często wspominają niedawną historię Polski. Historię, z której można być dumnym. Próbuję wyobrazić sobie: czy mogłaby nasza, dagestańska inteligencja wesprzeć robotników? Przy czy u nas nie ma takiej klasy jak „robotnicy” ani zresztą inteligencji. Właściwiej byłoby powiedzieć, że ludzie pracujący umysłowo nie są zbyt inni od przeciętnych obywateli. Ale jakoś tak się składa, że fakt ten nie konsoliduje społeczeństwa...
Późnym wieczorem, po spotkaniu w klubie „Tarabuk” idę pospacerować po mieście, który świętuje Dzień Europy. To co mnie najbardziej zadziwia w miejscowych – to ich spokój i umiłowanie ciszy. W ciągu pięciu dni ani razu nie słyszałam, żeby ktoś podniósł głos. Zatrzymuje mnie troje podchmielonych chłopaków i o coś pyta. Śmiejąc się i gestykulując z trudem znajdujemy wspólny język – polsko-rosyjsko-angielski. Okazuje się, że proszą o 2 złote. „Nie, nie, nie trzeba było dawać im pieniędzy” – mówi mi potem jedna z polskich koleżanek. „Nie trzeba zachęcać proszących do dalszego żebractwa. Niech lepiej zapracują. Przestaliśmy dawać pieniądze ubogim na ulicy – i szybko stamtąd zniknęli.” Boże mój, jak zazdroszczę tego „my”: „my przestaliśmy”... Dlaczego w Dagestanie i w Rosji MY nigdy niczego nie robimy wspólnie, pozostawiając to prawo IM?...

To, co mi się jeszcze podoba w Warszawie (i jest przyczyną palącej zazdrości) – to przykładanie uwagi do detali i umiłowanie przeszłości. Spacerujemy po Starym Mieście i co i raz pojawiają się przed nami blaszane szyldy, stylizowane na stare, żelazne gnomy u bram, Atlanci podpierający balkony, płaskorzeźby na ścianach. W przewodniku napisano, że Warszawa w czasie drugiej wojny światowej była praktycznie w całości zniszczona i nie tylko ją odbudowano – zbudowano ją na nowo.
Kilka lat temu robiłam fotografie do artykułu dagestańskiego rzeźbiarza Wiktora Czigirika o budynkach wybudowanych w ostatnich latach w Machaczkale. Fotografowałam domy, teraz już obszarpane, oszpecone przez przybudówki, oplatane wodociągami, ściśnięte przez centra handlowe, które wybudowano tuż przed fasadami tych niegdyś wspaniałych budynków - i myślałam, że kultura - to przede wszystkim dziedzictwo. A bez dziedzictwa skazani jesteśmy na powolny upadek.

Z wykładów czerpię podwójną satysfakcję: jako dziennikarz – z ich treści, jako filolog – z dzwięku języka polskiej. Polski język, tak podobny do rosyjskiego, jednocześnie różni się – dokładnie na tyle, aby skłonić do refleksji nad etymologią słów, do których przywykliśmy. Jaki semantyczny zygzak sprawił, że rosyjski „princip” stał się polską „zasadą”? Przecież nawet z punktu widzenia analizy morfologicznej jasne jest, że „zasada” – to ktoś, kto skrycie zasiał coś na drodze i czujnie obserwuje pechowego wędrowca. A skąd tu „princip”? Choć, z drugiej strony...
Albo „bezpieczeństwo”. Po rosyjsku „bezpiecznost’” to „beztroska” i najpewniej pochodzi od słów „bez pieczi” (bez pieca), a więc w znaczeniu „bez domu”, „bez trosk o domowe ognisko”. Skąd tu, można spytać, „bezpieczeństwo”? Jakie może być niebezpieczeństwo od pieca?
Ale zupełny zachwyt wywołują nazwy: „ministerstwo sprawiedliwości” i „ministerstwo gospodarki” [ros. „sprawiedliwost’” to sprawiedliwość moralna, etyczna – słuszność; polska „gospodarka” najbliższa wydaje się być zaś rosyjskiemu „gospodstwu” tj. panowaniu - ML].

Do Moskwy wracam też pociągiem. Razem ze mną w przedziale jadą dwie kobiety: jedna z Białorusi, druga... z początku trudno nawet powiedzieć – mieszka w Kazachstanie, pracuje w Czechach, miota się między „tu” a „tam” przez Rosję. Mówimy razem o cłach, ambasadach i drodze przez mękę, którą trzeba przejść żeby uzyskać wizę. Wspominam południowy Dagestan, granicę z Azerbejdżanem, która jak nożem podzieliła wiele lezgińskich rodzin. Jeśli wcześniej brat szedł w odwiedziny do brata po szlaku przez górską przełęcz, to teraz musi jechać 300 kilometrów na punkt graniczny. „Ach, jeśli można by było bez wiz jeździć dokąd się zechce!” – mówi dziewczyna z Mińska. „I po co te granice wymyślili?” Rzeczywiście, po co?

Tłum. M. Lejman



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!