Zmienić niemożliwe

Zakarja Nabijew – człowiek, którego życie samo układa się w książkę. Nie tylko dlatego że jest pełne walki i przygód, ale również dlatego, że na podstawie jego biografii można uczyć się historii Rosji i Dagestanu.

Zakarja urodził się i wychował w górach, był pasterzem (czabanem), kierowcą, przemytnikiem i biznesmenem. Siedział w więzieniu, ogłaszał strajk głodowy, walczył z naczelnikiem kołochzu. I zawsze gorliwie bronił swojego poczucia godności .

Pół roku temu skończył sześćdziesiąt lat. Zrezygnował z emerytury: “Nie potrzebne mi jałmużny od tego państwa” – mówi. W chwili obecnej zajmuje się sadem na ziemi przodków, walczy również o wybudowanie sali gimnastycznej dla dzieci w rodzinnej wsi. Pragnie aby jego synowie wrócili w góry.

„Jak Allach da to wrócą. A jeśli nie, trzeba będzie wziąć młodą żonę, żeby urodziła kolejne. Takie jak trzeba” – mówi. Możliwe, że nie żartuje. Połączenie wiary, sprawiedliwości i gotowości dążenia do niej dowolnymi metodami, to pewnie najważniejsze w jego charakterze.

„Wydaj mi się, że u katolików, jest takie dua (modlitwa)” – mówi Zakarja. „Panie, daj mi siłę zmienić to co mogę zmienić i cierpliwość znosić to czego zmienić nie mogę” – „Dla muzułmanina to tak nie działa. Muzułmanin nie powinien przyjmować tego co jest nie złe, nawet jeśli nie da rady tego zmienić”. Co dokładnie ma na myśli, będzie jasne z jego wspomnień.

„Nasz ród pochodzi z Chunzacha. Jeden z naszych przodków Ibragim był miuridem (uczniem) imama Dagestanu Gamzata z Gocatli (Gamzat-bek gocatliński, następca Gazi-Mahometa) Gdy chunzachcy (a ściślej krewni rodu chańskiego, który rządził Chunzachem i został wytępiony przez Gazat-beka) planowali zabić imama, ktoś z przyjaciół ostrzegł Ibragima, żeby nie chodził do meczetu na piątkową modlitwę, ponieważ chodzą słuchy że chcą zabić Gamzata. „Jeśli trzeba to za niego umrę” - odpowiedział. Imama również ostrzegli, ale ten i tak poszedł do meczetu i został zabity. W walce Ibragim i jego bracia Magomed i Kurban walczyli po stronie imama przeciwko swoim. Kurban stracił w ten walce rękę. Ponoć zatrzymał się wówczas na chwilę, rozejrzał i zaczął poszukiwać ręki na ziemi. Kurban, co ty robisz? Ręki szukasz? Mam twoją rękę, machaj szablą – krzyknął mu Magomed. Oto jacy byli wcześniej ludzie.... Po tym wydarzeniu nasi przodkowie musieli przenieść się z Chunzacha do Gidatla – ojczyzny legendarnego Choczbara, który zasłynął najazdami ma chaństwo chunzachskie. Dostali tam ziemię na granicy włości gidatlińskich, gdzie zbudowali swoje gospodarstwa i zaczęli uprawiać ziemie. Wszystko to zabrałam im władza radziecka” – opowiada Zakarja.

„Mojego dziadka od strony matki zabili bolszewicy. Ale jak go zabili. Walczył z sowiecką władzą, i go złapali. Jak, wraz z drugim pojmanym prowadzili go na rozstrzelanie, zrozumiał, że nie ma nic do stracenia. Namówił towarzysza aby napadli na konwój. I napadli. Dwóch zrzucił z mostu. Ale trzeci został. Jego towarzysz zamiast rzucić się na niego, rzucił się do ucieczki. Ten trzeci zabij i jego i dziadka. Gdy babcia mi o tym opowiadała, wpierw miałem ochotę znaleźć tego bolszewika i zemścić się. Potem poszedłem do szkoły , zrozumiałem w jakim wspaniałym kraju żyję, w końcu zamierzaliśmy żyć w komunizmie. I wówczas żałowałem, że dziadek nie zrozumiał bolszewików. … Dziadka zwali Zakraja, mnie nazwali jego imieniem.

Mój ojciec Nabi był sierotą. Gdy miał trzy miesiące stracił matkę, 12 lat gdy został bez ojca. Pracował w kołchozie od jego pierwszych dni. Jeszcze wówczas gdy zysk był mniejszy niż pieniądze na wykarmienie robotników i pod koniec roku pasterze musieli dopłacać do kołchozu ze swojej kieszeni. 14 lat pod rząd pracował jako pasterz, a w 1963, gdy miałem 12 lat naszą rodzinę wykluczyli z kołchozu. Mój ojciec był człowiekiem bezpośrednim sprawiedliwym i uczciwym. Podczas zganiania owiec z gór do gospodarstw pasterze pod kierownictwem zwierzchnika fermy zarzynali kołchozowe owce, sprzedawali je, a pieniądze przepijali.
Zanim doszli do wsi 24 owce ot tak zostały zarżnięte. Ojciec był temu przeciwny, na dodatek jeszcze nie pił i za to zapłacił: posłali do prokuratury telegram, że owce zostały zabite przez wilki przez niego, bo nocą ich nie dopilnował. Ojciec choć nie był człowiekiem wykształconym, dokładnie zapamiętał co komu zostało sprzedane i opowiedział o tym wszystkim pracownikom milicji i komisji rewizyjnej. Nawet kilka sprzedanych owiec znaleziono w cudzych gospodarstwach. Sprawę zamknięto ale jego mimo wszystko wyłączono z kołchozu. Ojciec wystapił na zebraniu i opowiedział ludziom: było tak i tak – 24 owce przepadły, zarządzający kołchozem, który czekał na awans, wziął sobie dwie najtłustsze. Nikt z kołchoźników oczywiście ręki nie podniósł, dwóch starców dodało nawet „Za co go wyłączacie z kołchzou? Za to ze nasze wspólne dobro broni?” Tak czy siak, w protokole widniało jego wyłączenie. Za to że powiedział prawdę, nazwał zarządcę złodziejem.

Matka, tego lata wzięła 18 cudzych krów żeby paść je na letnich pastwiskach. Masło oddawała gospodarzom, a ser zostawał dla nas. Z tych pastwisk nas również wygnano, chcąc jeszcze przez sad zedrzeć z nas 1100 rubli – w tamtych czasach to było bardzo dużo.

Przesiedliśmy się do jaskini. W sumie to powinniśmy dziękować zarządcy za to, że tak wyszło. Z wioski nikt nas nie wyganiał, ale trzeba było za coś żyć. W Hoczada, rodzinnej wiosce matki (stamtad właśnie pochodził mój dziadek Zakarja) dali nam ziemię, lepszą od tej, która była w górach. Za rok ojciec dostał pracę przy drodze. Bardzo nam się poszczęściło – zostaliśmy bogatymi ludzi – no, w porównaniu do innych ludzi we wsi. Mimo wszystko Allach jest. Chcieli nam uczynić zło, a wyszło odwrotnie. Mieszkaliśmy co prawda nadal w jaskini. Nie było tylnej ściany, z przodu zrobiliśmy dach, zagrodziliśmy kamieniem. Wcześniej tam również ktoś mieszkał . W promieniu 10 kilometrów nikogo nie było. Ojciec dostawał 60 rubli za to że dbał o drogę – chodził zbierał kamienie, które spadały na drogę. Było to na brzegu Awarskiego Kojsu. Czasami gdy rzeka rozlewała przynosiła drzewa. 10-20 samochodów – tyle tego było, można było sprzedawać. W tych czasach we wsi trudno było kupić nawet worek maki, a tam gdzie mieszkaliśmy codziennie jeździły samochody państwowych przedsiębiorstw, wszystkich kierowców znaliśmy, mąkę cukier, przywozili workami. Tak więc żyliśmy bogato. A ile pstragów tam nałowiłem!

Tak było latem, a poza tym mieszkałam we wsi. Musiałem chodzić do szkoły. Najgorsze było to że musiałem sam przygotowywać sobie jedzenie, piec chleb (lepioszki). U nas to przecież takie nie męskie zajęcie, a nie było możliwości kupienia chleba. Pamiętam zabawne wydarzenie gdy zrobiłem ciasto na chinkal (kluski robione albo z mąki pszennej, nieco podobne do łazanek lub z większe lepione z mąki kukurydzianej – przyp. tłum.), i akurat w tym momencie przyszedł mój znajomy i mówi: idą do ciebie goście! Ciasto szybko sprzątnąłem, ale nie zdążyłem wymyć rak i schowałem je za plecy. Gość, mój krewniak , przychodzi wyciąga rękę. A mu na to: nie mogę ci podać reki. Czemu? – zdziwił się. Wówczas pokazałem mu swoje ręce z mące. A on niedawno się ożenił, ale młodej zonie nie pozwolił gotować. Chce – mówi jeść to co on przygotuje. Ja co prawda – moim zdaniem – nie zbyt dobrze gotuje. Goście zjedli, a rano, gdy jeszcze spali, ugotowałem suszone mięso, jego żona przygotowała chinkal. Po dziś dzień, wspominają ten przypadek.

To były dla nie najtrudniejsze czasy gdy mieszkałem sam we wsi. Już w szkole zaczęły się u mnie te konflikty. Miałem jednego nauczyciela rosyjskiego – bardzo mi się nie podobał. Sam byłem dwójkowiczem, dyktanda pisałem tylko na dwójki. I raz jakoś go obraziłam, nazwałem brzydko. Może by mi wybaczyli, zostawili w szkole jeśli bym go przeprosił, ale ja nie chciałem przepraszać. Cały rok nie puszczali mnie do szkoły, zostawili na drugi rok w siódmej klasie. ...Potem ukradłem ze szkoły swoje papiery, podrobiłem oceny i uciekłem do Berzty (miejscowość w górach w zachodnim Dagestanie – przyp. tłum. ). Tam skończyłem ósmą klasę.

Miałem wówczas 14 lat, ale byłem zupełnie mały , ważyłem może 30 kilo. Byłem bardzo rozwinięty fizycznie, chodziłem na rękach, zajmowałem się akrobatyką. I dziś każdego ranka robię jakieś 150 kroków na rękach. Gdy przyjechał do nas trener z Chasawjurtu, z technikum rolniczego aby wybrać chłopaków do dalszej nauki, mnie również wziął. Skończyłem technikum i chciałem pracować we wsi. Wiedzieliśmy, że nasz zarządca nie da mi pracy, mój ojciec specjalnie jeździł do rejonowego zarządcy kołchozów aby skierowano mnie do drugiej wsi. Ten jednak był przekonany ze nikt nie śmie podważyć jego decyzji, tym bardziej że w naszym kołchozie były dwa wolne miejsca. Dwa lata męczyłem się z zarządca, i w efekcie zostałem bez pracy. Wyszkoliłem się wówczas na kierowcę. Ale z moim charakterem praca jako kierowca to trudna sprawa. Ile rożnych przygód miałem, ile razy mogli mnie posadzić. I sadzali...

O GAI (milicja drogowa – przyp. tłum.) nie będę mówić. Nie ma sensu. Tym ludziom dali bron. Oni zawsze byli rabusiami – i GAI i milicja.... Pierwszego dnia mojej pracy jako kierowca wysłali nas na czyn. Przyjechałam na Gazie-51 do domu na ulicy Czerniszewskiego w Machaczkale. Tam stoi Wołga, samochód wówczas rzadki. Obok sympatyczny chłopak w białej koszuli, w ciemnych okularach. Wychodzi starszy pan daje mi rozkaz: Masz ładuj śmieci. Pomyślałem: skoro ma Wołgę to znaczy, że jest ważnym hakimem (w lokalnym żargonie: urzędnikiem – przyp. tłum.), a chłopak to pewnie jego szofer. Jeśli by zaczął sam ładować śmieci, ja bym sam od niego to zabrał, bo to starszy człowiek. Ale przy jego kierowcy w białej koszuli... nie jestem od ładowania, ja podstawiłem samochód, sami ładujcie. Jak on zaczął krzyczeć! Jak nazwisko, z jakiego zakładu. Na następny dzień mnie zwolnili dyscyplinarnie.
Potem zacząłem pracę w drugiej firmie, potem poszedłem do wojska, potem znów pracowałem.

Jak dziewczynę ukradłem? W sumie to nie chciałem kraść. Rodzicie powiedzieli: jest dobra dziewczyna, chcemy cię zeswatać. Jeśli dobra, to czemu nie. Gdy we wsi dowiedzieli się, że mamy zamiar ją swatać, zarządca powiedział jej rodzicom, żeby jak najszybciej wydali za mąż za innego. I ja wydali. I mi w sumie nie było szkoda – nie znałem jej, wydali , to wydali, nic strasznego, mało to dziewczyn na świecie. Potem postanowiłem ożenić się z drugą dziewczyną. Baijat. Nie miała jeszcze 18 lat.

Rodzice nie byli przeciwni ale ona była krewną zarządcy kołchozu, mnie by jej nie oddali.
Wtedy postanowiłem ją ukraść. Napisałem jej liścik: ukradnę cię – jeśli jesteś przeciwna daj znać. Nie miałem papieru, napisałem na opakowaniu od ciastek, i poprosiłem siostrę aby jej dala. Co prawda żona teraz mówi, że zapiski nie czytała..... Nie dostałem odpowiedzi, więc postanowiłem, że milczenie to znak zgody. Nie tak? Opracowaliśmy z przyjaciółmi całą akcję. Uczyła się w innej wsi (u nas bla tylko 8-latka) – i gdy wracała ze szkoły, wsadziliśmy ją do samochodu. Pomogła nam jej ciocia, powiedziała siostrzenicy, że trzeba mąkę z drugiej wsi przywieść i my pomożemy. Wieźliśmy ją moją ciężarowką GAZ-51, za kierownicą siedział mój przyjaciel. Potem przesadziliśmy ją do zamkniętego samochodu stacji sanitarnej, którego nie sprawdzali na posterunkach. Potem jeszcze jedna przesiadka, dowieźliśmy ją do Machaczkały, do imama, który przeprowadził obrzęd zaślubin. Mieliśmy szczęście, że ona u babci bywała całymi dniami i rodzicie do wieczora się nie zorientowali.

Potem RAJKOM (rejonowy oddział partii komunistycznej) wysyłał telegramy – do prokuratury, do organizacji kobiecych, nawet do centralnego komitetu partii, że porwano niepełnoletnią dziewczynę. Cały czas się mnie czepiali, trzeba było wyjeżdżać i przez jakiś czsa pomieszkać w kraju krasnodarskim. Do tej pory żyjemy z nią dobrze – mamy 4 dzieci. Jedyne z czym mi się w życiu udało to z nią – inna dawno by ode mnie odeszła....

Potem pracowałem w ochronie u Aleksja Grigoriewicza Korszunowa. Bardzo go szanowałem. Jeździłem z nim na polowanie, na dzika. Pracowałem na łaziku. Samochód zawsze był u mnie w domu, sam wypisywałem delegacje. Mówił mi: zarabiaj jak chcesz. Żebyś miał na chleb i na benzynę, żeby na polowanie jeździć. Tak sobie pracowałem, Po pracy kółko po mieście, 15 rubli, no to tak jak dziś 1000. Prawo oczywiście łamałem ,wykorzystywałem państwowy samochód do celów osobistych.

Raz przyjechała moja stara matka ze wsi . Mieliśmy wiele kóz, na jeździłem oddawać skóry do skupu. GAI nas zatrzymało. W niedzielę. Zrozumieli że samochód panstwowy i że go wykorzystuję na lewo, choć miałem delegację z pieczątką. To co mogli mi w tym momencie zrobić to napisać na delegacji, że byłem o tej i tej godzinie tu i tu. Ale gaisznik na tym nie zakończył, zabrał mi prawo jazdy. Wówczas wyrecytowałem mu wiersz Rasula Gamzatowa, dosłownie nie pamiętam ale sens jest taki: „po co mi cześć i sumienie jeśli pracuję w GAI”. No trochę się pobiliśmy, wzięli mnie na komisariat, mówią zdejmij pasek i sznurówki. Chcą posadzić.

Powiedziałem, że póki jestem żywy wy ich ze mnie nie zdejmiecie i ja sam nie zdejmę. Znów bijatyka. No na szczęście dyżurny był dobrym człowiekiem, uspokoił wszystkich i powiedział, abym znalazł wpływowego krewniaka, żeby mi pomógł, bo inaczej 2 lata dostanę.
Mieliśmy w rodzinie takiego człowieka, brata ciotecznego ojca, który już raz mnie wyciągał z takiej sytuacji. Teraz jednak odmówił. „Trzeba było bohatera nie zgrywać”. Dobrze, że w szkole pracował brat cioteczny matki, Muhudin, z jego pomocą i sędziego wezwali i naczelnika milicji – ustawili wszystko tak, jakby mnie sądzili, zapłaciłem karę 30 rubli.
A jeśli bym od razu gaisznikowi oddał 5 rubli, nie było by tego wszystkiego....

Ciąg dalszy nastąpi...

Natalia Krajnowa, Dagestan

Tłumaczenie: Iwona Kaliszewska



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!