Po podjęciu przez Ubychów decyzji o przesiedleniu do Turcji wojska rosyjskie zatrzymały ofensywę, zaś Turcy obiecali przysłać więcej statków. Nasze przesiedlenie rozciągnęło się na prawie dwa tygodnie. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, dla mnie było to gorsze rozwiązanie. Kiedy wiesz, że i tak umrzesz, lepiej żeby stało się to szybko.
W dniu, w którym zebraliśmy się na polanie przy świątyni Bytchy, jej strażnik Soulach zabił kilka białych ofiarnych kóz, nadział na orzechową gałąź o zaostrzonych końcach dopiero co ugotowane, jeszcze dymiące wątrobę i serce, a następnie rozpoczął modlitwę. Usiedliśmy wokół niego na polanie i także zaczęliśmy się modlić. Głos Soulacha drżał, po jego policzkach płynęły łzy. Modlił się do naszego bóstwa, nie mówiąc mu o tym, że opuszczamy swoją ziemię. Zapewne jednak myślał o tym i dlatego nie mógł powstrzymać łez.
– Nie pozwól, abyśmy zginęli, o Bytcho! – wykrzyknął, kończąc modlitwę, a my chórem kilka razy powtórzyliśmy:
– Amen! Amen!
Potem wszyscy po kolei podchodziliśmy do świątyni i składaliśmy przysięgę, zaklinając się, że jeśli ktokolwiek z nas odłączy się od pozostałych, niech Bytcha skaże na zagładę i wieczne przekleństwo nie tylko jego, ale i wszystkie jego dzieci i krewnych!
Kiedy po modlitwie spożyliśmy mięso złożonych w ofierze kóz, Soulach powiedział:
– Cały nasz naród porzuca ojczyznę i udaje się do obcej ziemi. Kto będzie modlił się tu, w naszej świątyni? Jak możemy zostawić ją bez modlitwy jak porzucone koło od wozu? Proszę o zgodę narodu, abym mógł dotknąć Bytchy i wziąć ze sobą jej część, abyśmy i na obczyźnie mogli cieszyć się jej błogosławieństwem.
Starszyzna początkowo nie zgadzała się, aby dotknąć bóstwa, uważając to za grzech. Później jednak posłuchała Soulacha i zmieniła zdanie. Trzech stuletnich starców wraz z Soulachem wyjęło Bytchę z jej podziemnego schronienia, gdzie nikt nigdy jej nie dotykał. Wtedy to ujrzałem ją po raz pierwszy i ostatni zarazem. Była wyciosana z kamienia, najbardziej przypominała orła. Oczy miała zrobione ze złotych łusek, a dziób, szpony i skrzydła ze srebra.
Po modlitwie złożyliśmy ją z powrotem w jej podziemnym schronieniu. Była to wielka lub, jak ją nazywał Soulach, starsza Bytcha. Obok niej spoczywała mała, młodsza Bytcha, także kamienna, złocona i posrebrzana, lecz wielkości gołębia. Starcy wraz z kapłanem wzięli ją, kilkakrotnie owinęli w oblane woskiem płótno, a następnie włożyli do mocnej skórzanej torby. W dzień wyjazdu Soulach przytroczył torbę do pasa. Odtąd młodsza Bytcha była zawsze razem z nami: w drodze nad morze, podczas podróży statkiem oraz na wygnaniu w Turcji, towarzyszyła nam we wszystkich naszych cierpieniach. Wiele lat później stała się przyczyną nieszczęścia: z jej powodu zginął człowiek, który był nadzieją naszego narodu. Nie chcę jednak wybiegać w przyszłość i mówić o tym już teraz. Opowiem o tym, kiedy przyjdzie czas…
Tego wieczoru Zaurkan przerwał swą opowieść w pół słowa. Milczał również przez cały następny ranek. Siedział na pniu drzewa i kruszył tytoń, który przyniósł mu Biram. Zauważyłem, że lubi sam zajmować się tytoniem: najpierw tnie go na długie paski, potem suszy na słońcu, wreszcie kruszy. Tak więc Zaurkan kruszył tytoń, a ja, wspominając jego wczorajszą opowieść o Bytsze, zestawiałem ją z tym, co wcześniej słyszałem i czytałem o innych, podobnych do niej bóstwach i świątyniach górali.
Słowo „Bytcha” oznacza nie tylko czczony obiekt, lecz również utożsamiane z nim przez ludzi nadprzyrodzone właściwości oraz miejsce, gdzie się znajduje: górę, w której wyryto dla niej schronienie, oraz krystaliczne źródło, które powinno wybijać gdzieś w pobliżu. Wszystko to stanowi jedną całość, dlatego ani Soulachowi, ani starszyźnie nie przyszło do głowy, aby wziąć starszą Bytchę ze sobą. Zabrali więc tylko młodszą, która stała się dla nich symbolem wszystkiego, co zostało tam, na ojczystej ziemi.
Jeśli chodzi o etymologię słowa „Bytcha”, to jego druga część – „tcha” może oznaczać adygejskie słowo „tcha” tzn. „Bóg”. Ale co w takim razie oznacza pierwsza sylaba „by”? Nie zapytałem o to staruszka, wątpię, by mógł mi odpowiedzieć na to pytanie.
My, Abchazi, również mieliśmy swoje starodawne bóstwa, których imiona związane były z nazwami zamieszkiwanych przez nie świętych miejsc: Lid-zaa, Łychny, Dydrypsz, Inal-kuba, Laszkindar…
„Bóstwo” to po abchasku „anycha”, przy czym „an” znaczy „bóg”, zaś „cha” – „głowa”, „głowa boga”. Te materialne symbole wiary kształtem nie przypominają głowy bóstwa. Niekiedy są to kamienie o kształcie podobnym do orła, innym razem czaszki kozłów lub nieistniejące w rzeczywistości postaci.
Bizantyjscy misjonarze szerzący w Abchazji chrześcijaństwo już w IV wieku wykorzystywali do swoich celów dawne pogańskie święte miejsca i właśnie tam wznosili kościoły: w Lindzaa, Picundzie, Łychny, Jełyr. Zapewne podobnie było u Ubychów. Paralelnie z pogańskimi kultami istniało chrześcijaństwo, obchodzono Wielkanoc. Także później, kiedy oficjalną religią stał się islam, nie udało mu się całkowicie wykorzenić dwóch poprzednich religii.
Dlaczego jednak porzucający swoją ziemię Ubychowie zebrali się nie w meczecie, a w świątyni Bytchy? Może dlatego, że w ich pojęciu Allach był daleko, a stara świątynia tuż obok? To tu dwa razy do roku przychodził modlić się cały naród. Tutaj także ciągnęli ludzie, aby uzyskać jej błogosławieństwo przed wyruszeniem w daleką podróż. W świątyni cały naród przebaczał także człowiekowi oskarżanemu o przestępstwo, jeśli złożył przysięgę przed Bytchą. To dlatego przesiedlający się do „ziemi obiecanej” Ubychowie nie mogli nie wziąć ze sobą młodszej Bytchy.
Nie wiedziałem, co dalej powie mi starzec, lecz już teraz miałem wrażenie, że idee gazawatu nie miały wśród Ubychów zbyt silnego podłoża religijnego. Rozprzestrzeniały się z osmańskiej Turcji. Tam też, do Turcji, zabrały Ubychów z ich rodzinnej ziemi. Dzisiaj wydaje się to niedorzecznością: nie mogli wyjechać bez bóstwa, bez kamienia ze złotymi i srebrnymi płytkami, a świętość, jaką była ziemia Ubychów, za którą przelewali krew, opuścili.
Kiedy skończył kruszyć tytoń, Zaurkan skręcił papierosa, podszedł do mnie i z ciekawością przyglądał się, jak szybko wodzę ołówkiem po kartkach papieru. Patrzył bez zniecierpliwienia. Jednak gdy tylko przerwałem, zaczął mówić, jak gdyby tylko na to czekał.
– Mówiłem ci już, mój drogi Szarachu, że spośród całej ubychskiej szlachty pierwszy decyzję o przesiedleniu podjął Szardyn, syn Alou. Ale czy taki człowiek jak on mógł wyjechać sam? Skoro przesiedlał się on, powinniśmy wyjechać i my, połączeni z nim więzami mlecznego braterstwa, a także nasi krewni, sąsiedzi oraz chłopi, którzy byli jego poddanymi i którzy byli mu coś dłużni. Podczas gdy my w duszy grzebaliśmy uchodzącą nam spod stóp ojczystą ziemię, szlachta kłóciła się między sobą o to, kto z nas z kim pojedzie.
Hadżi Kerantuch oprócz czterystu poddanych mu rodzin chłopskich chciał zabrać jeszcze pięćdziesiąt innych, w tym także naszą. Z pewnością nie do końca wierzył w opowieści o Turcji i przesiedlając się tam, chciał mieć przy sobie jak najwięcej ludzi, którzy mogliby mu służyć i bronić go. Dwa razy przysyłał do mnie umyślnych, aby przekazali mi jego słowa: „Dlaczego mój przyboczny mnie opuścił? Przyzwyczaiłem się do niego i chcę, aby zawsze stał przy moim boku. On i jego rodzina!”.
Byłem wtedy bardzo silny, drogi Szarachu, przewyższałem innych o głowę. Nieraz przed Hadżi Kerantuchem dowiodłem w walce swojej śmiałości, dlatego przysyłał po mnie gońców. Rozumiałem to. Ale od dnia, o którym już ci opowiadałem był on dla mnie jak zmarły. Nie chciałem z nim jechać. Również ojciec był temu przeciwny: jak nasza rodzina może jechać z kimś innym, a nie z naszym mlecznym bratem?
Szardyn, rzecz jasna, dowiedział się o planach Hadżi Kerantucha i nie zamierzał oddawać mu ani naszej, ani innych podwładnych mu rodzin. W te dni obaj jeździli po chłopskich zagrodach niczym wrogowie, starając się nie natknąć na siebie, aby nie przelać krwi. To jeden, wjeżdżając na czyjeś podwórko, przekonywał gospodarza, że powinien jechać z nim, to znów drugi pojawiał się i wykładał swoje racje. Zbici z tropu chłopi nie wiedzieli, z kim mają się przesiedlać.
Pewnego dnia w południe, w chwili, gdy mieliśmy siadać do obiadu, na podwórze zajechał Hadżi Kerantuch na swoim narowistym koniu. Był sam. Podbiegliśmy wraz z ojcem, aby podtrzymać mu strzemiona i pomóc zsiąść. Kerantuch jeszcze nigdy nie okazał nam takiego zaszczytu i nie przestąpił progu naszego domu. Ojciec był więc oszołomiony jego pojawieniem się jeszcze bardziej niż ja. Hadżi Kerantuch nie zamierzał jednak schodzić z konia, który kręcił się i gryzł wędzidło, podczas gdy my drepcząc obok cały czas trzymaliśmy strzemiona.
– Jeszcze niedawno wielu gotowych było skrzyżować szable, aby móc mi służyć – rzekł Hadżi Kerantuch, wciąż kręcąc się na swoim rumaku. – A teraz, jak widzicie, jestem samotny. Komu jak komu, ale tobie Zaurkan, nie wypada mnie opuszczać. Czy nie składałeś przysięgi: póki mój pan żyje, będę przywiązany do jego pasa? Jeśli on ma umrzeć, niech najpierw umrę ja!
Robił mi wymówki, a w jego głosie kryła się gorycz i rozdrażnienie. Ojciec, jakby tego nie zauważając, zaczął namawiać go, aby wszedł do domu.
– Jeszcze nigdy nie byłeś u mnie w gościach. Okaż zaszczyt naszej rodzinie. Mamałyga już ugotowana. Wejdź! Czym chata bogata, tym rada!
Puściłem już strzemię Kerantucha. Ojciec jednak wciąż trzymał miotającego się konia, raz po raz spoglądając na mnie.
„Jeśli tylko zsiądzie z konia, migiem biegnij i zarżnij barana. Czy nie widzisz, jakiego mamy gościa?!” – mówił wzrok ojca.
Nie wiem, czy Hadżi Kerantuch zszedłby koniec końców z konia, czy odjechał, gdyby w międzyczasie na podwórze nie wjechał na swym mule Szardyn, syn Alou. Czuł się tu jak u siebie w domu i nie czekając na zaproszenie, zsiadł z muła i szybko podszedł do wciąż siedzącego w siodle Hadżi Kerantucha.
– Nie masz czego szukać w obejściu mojego mlecznego brata. Przypomnij sobie drogę, którą tu przyjechałeś i zostaw w spokoju tę rodzinę!
Hadżi Kerantuch srodze spojrzał na niego z góry.
– Gdziekolwiek zajadę, wszędzie pojawiasz się w ślad za mną, Szardynie, synu Alou. Strzeż się! Z pewnością zapomniałeś, kim jestem ja, a kim ty. Mogę bywać wszędzie, gdzie zechcę, a moje słowa są prawem.
– Własnymi rękoma spaliłeś to, co czyniło twoje słowa prawem – zuchwale odpowiedział Szardyn.
– Do tej pory umiałeś mi tylko przytakiwać – rzekł Kerentuch. – A teraz, jak widzę stajesz mi w poprzek drogi? Tak więc, jeśli nie chcesz problemów, wiedz, że ta rodzina zamierza przesiedlić się razem ze mną. I nie próbuj stawać między mną a nimi!
Jednak Szardyn, syn Alou, nie miał zamiaru ustępować.
– Wiem, że dawno straciłeś sumienie. Ale, na Allacha! Chamirza jest moim mlecznym bratem. On i jego rodzina pojadą ze mną. Jest do tego zobowiązany przez wzgląd na mleko matki, która nas wykarmiła.
W tym momencie nie wytrzymałem. Obaj byli dla mnie jednakowo nienawistni.
– Nawet krowie prowadzonej na powrozie nie zabrania się kręcić łbem, w którą stronę chce! – krzyknąłem do nich. – A my przecież nie jesteśmy bydłem, tylko ludźmi! Czy nie wypadałoby spytać nas samych, w którą stronę chcemy zwrócić głowę?
– Milcz! Jak śmiesz zabierać głos w obecności tak dostojnych osób?! – zrugał mnie ojciec.
– Jeśli twoja rodzina się nie zgadza, nie będę was przymuszał. Pojedziesz ze mną tylko ty – rzucił mi z konia Hadżi Kerantuch.
Nie zdążyłem nawet otworzyć ust, by mu odpowiedzieć, gdy zrobił to za mnie Szardyn:
– Hadżi Kerantuchu, nie pierwszy raz rozdzielasz matkę z synem! Odpowiedz, ilu Ubychów sprzedałeś już do Turcji i za jaką cenę?
– Można by przypuszczać, że mówi to człowiek o czystym sumieniu – z uśmiechem odparował Kerantuch. – Lepiej powiedz, ilu adygejskich i abazyńskich chłopców sam sprzedałeś? Kupiłeś i odsprzedałeś. Ilu? Odpowiedz!
Obaj zamilkli, jakby zastanawiali się, co jeszcze zarzucić adwersarzowi.
– Powtarzam, nie stawaj mi w poprzek drogi – powiedział w końcu Hadżi Kerantuch.
– Człowiek nigdy nie spodziewa się, gdzie może się na ciebie natknąć – odparł Szardyn. – Jak słonecznik odkręcasz głowę w tę stronę, gdzie cieplej.
– Zamilcz! Prowokujesz mnie do przelewu krwi!
– Rzeczywiście? Jakoś nie widzę tu mężczyzny, który byłby sposobny przelać krew – zuchwale, patrząc mu prosto w oczy, odpowiedział Szardyn.
– Ty wyrodku! Teraz wiem, dlaczego tak chroniłeś się w walce z wrogami! Po to żeby przyjąć śmierć nie z ich, lecz z mojej ręki! – w szale zawył Hadżi Kerantuch i zeskoczywszy z konia rzucił się w stronę Szardyna z obnażonym kindżałem.
Ten również wyciągnął kindżał. Zanim wraz z ojcem zdążyliśmy ich rozdzielić, matka krzyknęła:
– Pamiętajcie, że obu was urodziła niewiasta! – I zrywając z głowy chustę, rzuciła ją między nich, nim zdążyli skoczyć sobie do gardeł.
Dopiero co gotowi bić się na śmierć i życie, teraz stali w milczeniu patrząc sobie w oczy. Tylko gazyry na ich czerkieskach to podnosiły się, to znów opadały od ciężkich oddechów.
– Jeszcze tego pożałujesz, Zaurkanie – syknął Hadżi Kerantuch, gdy podszedłem, aby przytrzymać mu strzemię. Dosiadł konia i spiąwszy go ostrogami wyjechał z podwórza. Szardyn zaś jeszcze kilka minut chodził tam i z powrotem po obejściu.
– Więc jak, jesteś gotowy do przesiedlenia? – zapytał w końcu ojca przystając.
– A co mamy szykować na drogę?! – Ojciec wskazał na dom. – Tego ze sobą nie weźmiemy! Gdy tylko dasz znak, wyruszymy razem z tobą.
– Popłyniemy wielkim tureckim parowcem „Nusred-Bachry”. Podobno jest tak olbrzymi, że może zabrać do czterech tysięcy dusz naraz. Kapitan zgodził się wziąć nas za niewysoką opłatę, tylko sześć rubli od osoby, ale chce pieniądze z góry. Jak u ciebie z pieniędzmi? – spytał ojca Szardyn.
– Nie wiem, czy będę w stanie tyle zebrać, ale postaram się – odparł ojciec.
– Sam bym za was zapłacił, ale zostałem bez pieniędzy – rozłożył ręce Szardyn i podszedł do swojego muła.
Matka namawiała go, żeby zjadł obiad, miał jednak inne sprawy na głowie.
– Hadżi Kerantuch jest teraz jak wściekły pies – rzekł dosiadając muła. – Boję się, że będzie próbował przekabacić twoich sąsiadów. Zbierz ich wszystkich razem w którymś z domów. Sam z nimi pomówię… – Wyjeżdżając z bramy, odwrócił się, aby dać ojcu ostatnie poruczenie: – I niech wszyscy, którzy tylko będą mogli, zbiorą do wieczora pieniądze.
Po tych słowach odjechał, my zaś zmartwieni zostaliśmy na podwórzu. Nijak nie mogliśmy dojść do siebie po wszystkim, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Na ziemi leżała jeszcze biała chustka matki. Ojciec podniósł ją, otrzepał i powiedział do niej:
– Niech zawsze pozostanie na twojej siwej głowie i niech nigdy nie zamieni jej czarna chusta. Dopiero co zapobiegła przelewowi krwi między dwojgiem naszych gości i choć krew się nie polała, czuję się strasznie. Porzucamy naszą ziemię i udajemy się w drogę, której końca nie znamy, a nasi opiekunowie kłócą się o nas, jakby dzielili bydło. O mało nie pozabijali się nawzajem. O Allachu, czyżbyś nas znienawidził?
Powoli podszedł do matki i oddał jej chustkę. A ja przypomniałem sobie słowa Hadżi Kerantucha: „Jeszcze pożałujesz, Zaurkanie” – i trwoga ścisnęła moje serce. Przez cały wieczór i noc nie mogłem się otrząsnąć. O świcie pospieszyłem do źródełka, gdzie co rano Feldysz przychodziła po wodę. Było to daleko od naszego domu, ale całkiem blisko jej domostwa. Wiedziałem, gdzie i o jakiej porze na nią czekać. Już dwa lata spotykaliśmy się w tym miejscu. Zeszliśmy się i teraz przy źródełku pod wielkim kasztanem. Bywało, że staliśmy pod nim, niczym pod zielonym namiotem, nie bojąc się ni deszczu, ni słońca. Teraz jednak kasztan był goły, a wiatr chłostał nasze lica jego nagimi gałęziami. Mimo to nie chcieliśmy odchodzić. Feldysz kilka razy przypominała, że czekają na nią w domu, lecz kiedy brałem ją za rękę, zostawała.
– Co teraz z nami będzie, Feldysz? – spytałem. – Prawdę mówią o waszym opiekunie Hadżi Kerantuchu?
– Ojciec mówi, że tak. Wczoraj wieczorem opowiadał sąsiadom, że Kerantuch uzyskał zgodę carskich generałów, żeby przewieźć przez morze wszystkich podległych mu chłopów za państwowe pieniądze.
– A co jeszcze słyszałaś?
– Słyszałam, że Hadżi Kerantuch rozdzielił już wszystkich chłopów, kto na jakim statku ma płynąć, i zabronił do samego odjazdu chodzić z jednego aułu do drugiego. Dziewczynom zakazał wychodzić za mąż, a młodym mężczyznom żenić się z kimkolwiek z innej wsi.
– A życia nie chce zatrzymać? – krzyknąłem w przypływie rozpaczy. Widząc to, Feldysz jeszcze mocniej ścisnęła moją rękę.
– Dziś ojciec obiecał pójść do Hadżi Kerantucha i na kolanach prosić, żeby pozwolił naszej rodzinie popłynąć razem z waszą. Nie chce, aby nas rozłączono.
Cóż za sposób wymyśliła, żeby mnie pocieszyć! Jak przykro było mi słyszeć, że jej ojciec gotów był paść na kolana z tą prośbą nie do spełnienia.
– Powiedz ojcu, żeby nie poniżał się na darmo. Hadżi Kerantuch nigdy się na to nie zgodzi, na złość naszemu mlecznemu bratu, Szardynowi.
Zamilkła, opadając z sił pod tym kolejnym ciosem. Tymczasem z oddali doniósł się głos wołającej ją matki. Feldysz drgnęła, wzięła kuwszyn i zaczęła schodzić do źródła.
– Nikogo o nic nie proś – powiedziałem, dopędziwszy ją. – Pojutrze skoro świt przyjdź tu, pod kasztan. Uprzedzę swoich krewnych i wezmę cię za żonę. Pojutrze odejdziesz stąd razem ze mną.
– A co będzie z moimi krewnymi?
Po raz pierwszy przytuliłem ją i zacząłem wycierać łzy z jej zapłakanych policzków. Wyrwała się, żeby wziąć kuwszyn, ale uprzedziłem ją i sam napełniłem go wodą. Zgodnie ze zwyczajem, pełny kuwszyn zwiastuje szczęście. Czyż mogłem wtedy wiedzieć, że ten dzień był naszym ostatnim wspólnym szczęśliwym dniem?!
Podniosłem kuwszyn i sam założyłem jej na ramię. Patrzyłem, jak odchodziła. Kołysząc biodrami szła po wijącej się w górę niczym wąż ścieżce, a jej długie kasztanowe warkocze falowały rytmicznie raz w jedną, raz w drugą stronę.
– Gdzie jesteś, Feldysz? –doniósł się z góry głos jej matki.
– Idę, idę, nie bój się, mamo – odkrzyknęła.
Czy mogłem wtedy przypuszczać, że po raz ostatni słyszę jej głos? Chociaż nie, nieprawda. Usłyszałem go jeszcze jeden jedyny raz w życiu! Ale o tym później, drogi Szarachu! Do tego jeszcze daleko. Żeby opowiedzieć ci całe swoje długie życie, muszę to robić po kolei, w przeciwnym razie wszystko poplączę.
W wigilię dnia wyznaczonego na przesiedlenie nie spaliśmy całą noc. Spakowaliśmy już wszystkie rzeczy i siedzieliśmy w milczeniu przy domowym ognisku, które płonęło po raz ostatni. Ojciec zabronił matce płakać, żeby nie ściągnąć nieszczęścia przed wyruszeniem w daleką drogę, tak jak zwykł robić przed wyruszeniem na wojnę. Ale matka nie mogła powstrzymać łez. Choć nie chcąc ich pokazywać, zasłaniała twarz chustką, i tak kropla po kropli spadały na jej sukienkę. O Boże, ileż wtedy wylała łez! Gdzie zgromadziła ich aż tyle? Płakała nad nami, nad swymi braćmi z Cebeldy, o których nic nie wiedziała, i nad naszą najstarszą zamężną siostrą, która płynęła już na statku.
Kiedy minęła noc i nastał ranek, wyszliśmy na podwórze. Brat także wyszedł, wspierając się na kulach, które zrobiliśmy mu wraz z ojcem. Ojciec kazał nam zjeść śniadanie, a kobietom wziąć na drogę jak najwięcej jedzenia. Nie doiliśmy i nie wyganialiśmy na wypas krów, zostawiliśmy w obejściu.
Kiedy rodzina zajmowała się ostatnimi sprawami przed odjazdem, ja, tak jak umówiłem się z Feldysz, pobiegłem do źródełka. Nikt mnie nie zatrzymywał i o nic nie pytał. Dzień wcześniej dałem do zrozumienia ojcu i matce, że przyprowadzę swoją Feldysz i wiedziałem, że są na to przygotowani.
Biegłem przez las tak szybko, że z pewnością nie dogoniłby mnie nawet jeździec. Młodość, bez względu na wszystko, pełna jest nadziei, dlatego biegłem nie zwracając uwagi na chłoszczące mnie gałęzie. Już sobie wyobrażałem jak przywiodę ją do naszego domu, przywołam swoje siostry i powiem: „Oto wasza bratowa!”.
Wiedziałem, że Hadżi Kerantuch ma wiele zajęć, nie tak łatwo bowiem zebrać w drogę czterysta rodzin podwładnych mu chłopów. Dlatego sądziłem, że właśnie w ten dzień, korzystając z ogólnego zamieszania, uda mi się uratować Feldysz.
Dobiegłem do naszego kasztanowca, nie było tam jednak nikogo. Nie wiedząc dokąd pójść, kręciłem się w kółko pod drzewem, niczym śmiertelnie ranny, który nie ma już na nic sił. Przy źródełku na zaczynającej się już zielenić trawie leżał rozbity kuwszyn.
„Dlaczego tu leży, rozbity na kawałki? Może stłukła go przez przypadek, zakładając na ramię? A może chciała dać mi w ten sposób do zrozumienia, że już się więcej nie zobaczymy?” Poczułem, że stało się coś nieodwracalnego i nie zważając, że mogą zobaczyć mnie jej rodzice, pobiegłem w górę w stronę ich domu. W ciągu minuty stałem już u wrót.
Zastałem puste podwórze, na którym nie było ani bydła, ani psów. Drzwi chaty zamknięte były na głucho, wokoło panowała cisza i pustka. Tylko siedząca na dachu czarna kotka, ujrzawszy mnie miauknęła, jakby chciała zapytać: „Gdzie byłeś i co chcesz teraz robić, gdy już wszystko skończone?”.
Wyruszyli w drogę wcześniej, niż sądziłem. Kiedy to zrozumiałem, niczym dziki zwierz gotów byłem zębami rozerwać Hadżi Kerantucha na kawałki. Tego, za którego jeszcze niedawno nie zawahałbym się oddać życia. Ale cóż mogłem zrobić teraz, gdy okręt wiozący Feldysz był już zapewne daleko na morzu!
Po powrocie do domu wyprowadziłem swojego konia Bzou. Był naszym ostatnim koniem, bo wierzchowce ojca i brata padły podczas ostatnich bitew. Zszedłem z nim do potoku, umyłem, po raz ostatni nakarmiłem kukurydzą i ponownie wyprowadziłem za wrota. Widząc to, matka i siostry zakryły oczy rękami i zaszlochały. A Bzou, niczego nie podejrzewając, wesoło kroczył za mną, trącając mnie delikatnie łbem w ramię, jak gdyby chciał powiedzieć: wsiadaj!
Wyszliśmy na szeroką polanę, gdzie niegdyś wieczorami dżygitowałem. Bzou zaczął radośnie kręcić się wokół mnie, naciągając postronek.
– Mój wierny Bzou, tyle razy ratowałeś mnie od śmierci, a teraz zginiesz z mojej ręki. – powiedziałem i zapłakałem tuląc się do szyi konia. Potem zdjąłem mu uzdę i pognałem go po polu. Ubychowie wspólnie uradzili, że nasze konie, tak jak my, nie powinny dostać się w ręce wroga i by każdy, kto wychował konia, sam go zastrzelił.
Odciągnąłem kurek pistoletu i położyłem palec na spuście. Bzou nie odchodził ode mnie, pasł się tuż obok, wymachując swoim długim pięknym ogonem.
„Łatwiej byłoby mi, gdyby wilki rozerwały go na kawałki” – pomyślałem wciąż nie mogąc wystrzelić. W końcu wycelowałem w ucho konia i nacisnąłem spust, jednak pistolet nie wystrzelił – niewypał. Jakże trudno było naciągnąć go jeszcze raz. Śmiertelnie raniony koń podskoczył kilka razy, jakby chciał przeskoczyć przez śmierć i upadł na polanę głową w moją stronę. W oddali słychać było jeszcze kilka wystrzałów – to inni też zabijali swoje konie. Zapewne po raz pierwszy w życiu poczułem się wtedy człowiekiem pozbawionym litości.
Potem własnymi rękami zakopałem Bzou, postawiłem na tym miejscu kamień i poszedłem na cmentarz. Wiedziałem, że moja rodzina już tam jest. Rzeczywiście tak było. Już z daleka usłyszałem płacz i szlochanie ludzi, którzy zebrali się przy mogiłach swoich bliskich. Ojciec klęczał nad grobem swojego ojca i matki, skłoniwszy siwą głowę płakał i bił się pięścią w piersi. Obok stał wsparty o kule brat. Z powodu rany nie mógł paść na kolana. Matka i siostry stały nieco dalej, nad niewielką mogiłą, w której spoczywał mój zmarły w dzieciństwie starszy brat. Miały rozpuszczone włosy, zawodziły i wyrywały z grobu chwasty, które zdążyły już na nim urosnąć od początku wiosny. Bliscy rzadko widzieli moje łzy nawet w dzieciństwie, jednak stojąc obok nich tamtego ranka, zapłakałem po raz drugi.
Drogi Szarachu, czy widziałeś kiedykolwiek, jak płaczą razem starcy i dzieci? Jeśli nie, to nie daj Bóg, żebyś kiedykolwiek usłyszał. Nie ma na świecie nic straszniejszego. Nie wiem, jak nasze góry, słysząc to, wytrzymały i nie runęły, a nasze rzeki i strumienie nie zrobiły się słone od łez przelanych tamtego dnia!
Wypłakawszy się, zostawiliśmy na mogiłach niewielkie kuwszyny z winem oraz jadło, które przynieśliśmy dla zmarłych i czując chociaż niewielką ulgę rozeszliśmy się po domach.
W chacie było chłodno, ognisko już wygasło. Ojciec wziął kocioł z zimną mamałygą, wyszedł na podwórze i przywołał nasze psy. Rzucił im za płot całą mamałygę, żeby zajęły się jedzeniem i nie biegły za nami. Potem wrócił. Wszyscy staliśmy bez ruchu, wiedząc że zaraz wyruszymy tam, skąd już zapewne nigdy nie wrócimy. Jak żałosny staje się człowiek, gdy nie wie, co go czeka!
– Już pora – rzekł ojciec. – Widzę, że sąsiedzi wychodzą już za bramy.
Zdjął czapkę i stojąc pośrodku domu spojrzał w sufit jakby widział przez niego niebo.
– O, Allachu, pobłogosław nas nieszczęsnych!
Potem podszedł do paleniska.
– Ogrzewałeś swoim ciepłem moich przodków, ojca i matkę, mnie i moje dzieci. Wybacz, że muszę cię ugasić.
Przyciągnął do siebie poczerniały od sadzy łańcuch wiszący nad ogniem i pocałował go. Następnie wyjął kindżał, rozkopał ziemię koło paleniska i nasypał jej garść w wiszący u jego pasa płócienny woreczek.
– Kiedy umrę, wysypcie tę ziemię na moją pierś – powiedział do mnie i brata. – A teraz pora w drogę!
Gdy ojciec jako ostatni wyszedł z domu i zamykał drzwi, skrzypnęły tak przeraźliwie, słowem chciały rzec: „Cóż wy robicie?”.
– Szczęścia nie wróży to skrzypienie drzwi przed naszym odejściem – ze smutkiem powiedział ojciec i znów zaczął się modlić.
– O Allachu, niech tam, dokąd dotrzemy, drzwi domu nie będą przed nami zamknięte. Spraw, abyśmy nie stali się bezdomnymi!
Im bardziej oddalaliśmy się od domu, tym więcej ludzi szło i jechało obok nas. Nasi sąsiedzi wieźli na arbie chorą matkę, która już piąty rok nie podnosiła się z pościeli.
– Po co mnie wieziecie? – jęczała przez łzy. – Zakopcie mnie tu i odejdźcie.
A ludzi na drodze wciąż przybywało i przybywało, gdy się w końcu obejrzałem, nie mogłem dostrzec końca tej ludzkiej rzeki. Szli ponuro i w milczeniu.
Po kilku godzinach, w miejscu, gdzie nasza droga łączyła się z inną, usłyszałem donośne głosy. Tłum ludzi zagradzał przejście. Wyprzedzając starców i kobiety, wraz z kilkoma młodymi ludźmi pobiegliśmy do przodu. Na środku drogi przed tłumem ludzi stał Achmed, syn Barakaja, z obnażoną szablą w dłoni. Jego śnieżnobiały koń dreptał tuż obok przywiązany do rosnącego przy drodze drzewa.
– Zabijcie mnie, ale dopókim żyw nikt tędy nie przejdzie! – krzyczał wymachując szablą. – Wróćcie do swoich osieroconych domostw póki czas, rozpalcie znów swoje paleniska, w których jeszcze tli się żar!
– Zejdź z drogi Achmedzie, synu Barakaja. Statki już na nas czekają.
– Czekają już na was statki. Lecz kiedy zrozumiecie, że was oszukano, one nie przywiozą was z powrotem. Nieraz byłem w Turcji i wiem, że czeka was tam głód, rabstwo i śmierć. Sułtan odbierze wam synów, weźmie ich pod broń, wyśle na wojnę i już nigdy ich nie ujrzycie. Po to was wzywa do siebie, tylko po to!
Achmed krzyczał, lecz choć tłum już od kilku minut stał przed nim, nikt go nie słuchał.
– Czego chcesz? – pytali go. – Żeby giaurzy siłą ochrzcili nasze dzieci? Jesteśmy muzułmanami i płyniemy do muzułmańskiej ziemi!
– W przepaść płyniecie. W przepaść! – jak niespełna rozumu wołał Achmed.
– Ludzie, czyżby ten szaleniec nie miał krewnych, którzy mogliby go uspokoić?
– Jego brat Nouryz już dawno płynie morzem.
– Nie zbliżajcie się do mnie! – wciąż wymachując szablą krzyczał Achmed, syn Barakaja. – Jeszcze raz wam mówię, że póki mnie nie zabijecie, nie przepuszczę was! Ci, co już odjechali, nie wrócą, choć wy zawróćcie, uratujcie swój ród!
– Ej, Achmedzie! Czy jeśli życzyłbyś nam dobra, zostawiłbyś swój naród? Nie pójdziesz razem z nami?
– Dlaczego pośród was nie ma prawdziwego mężczyzny, który skończyłby ze mną, zanim ujrzę zagładę swojego narodu! – ani na krok nie ustępował Achmed.
Lecz tłum popchnął na niego kobiety i dzieci, a on cofnął się, nie chcą wyrządzić im krzywdy. Spychając go wciąż dalej i dalej, ludzie przechodzili obok niego. I nikt, ani jeden człowiek, nie odwrócił się, żeby spojrzeć, co się z nim dzieje.
Im bliżej byliśmy morza, tym bardziej tłum przesiedleńców gęstniał. Niedaleko od nas, podtrzymywany przez dwóch swoich wnuków, szedł ślepy Sakut, który odkąd tylko pamiętam, zawsze grał podczas świąt na swojej apchiarcy . Początkowo go nie zauważyłem, ale gdy zaczęliśmy zbliżać się do morza, wyciągnął zza pasa apchiarcę, nastroił, przeciągnął po niej smyczkiem. Potem zagrał i zaczął śpiewać. Szedł powoli, ledwie powłócząc nogami, ale jego głos był, jak zawsze, czysty i donośny. Aż trudno było uwierzyć, że należy do starca:
O, jaki gorzki los,
Jaki gorzki los!-
śpiewał –
Jakie ogromne morze,
I jaka maleńka garść,
Ojczystej ziemi!
Biedna ziemia opustoszeje,
I kukułka zamarznie na gałązce.
Nie ma już komu przepowiadać losu.
Czy pożegnaliście się ze zmarłymi?
Powiedzieliście im, że nie wrócimy?
Powinniście im powiedzieć.
Martwych oszukiwać się nie godzi!
Coraz więcej ludzi idących przed Sakutem i za nim słyszało jego głos i dźwięk jego apchiarcy.
Odwróćmy się w stronę naszych gór,
One nie wiedzą, dokąd odchodzimy.
Odwróćcie się, zostawimy im tę pieśń,
Żeby brodziła jak echo,
Od jednej góry do drugiej …
Jeśli dziecko odchodzi od matki,
To znaczy, że winna jest ona.
Ale czy rzeczywiście jest winna?
Czy jest winna?
Dlaczego odchodzicie, dzieci?
W czym zawiniłam, dzieci?
Płacze nasza ziemia,
Pyta nas nasza ziemia.
Przebacz nam biednym!
Przebacz!
Nie mamy sił, żeby zostać.
Możemy ci zostawić,
Tylko jedno – naszą duszę.
Odchodzimy na zawsze.
Ona na zawsze zostaje.
O Allachu! Ile lat, ile długich lat minęło od tamtych chwil, a w moich uszach na zawsze została ta pieśń pełna cierpienia. Wiele razy widziałem, jak z ziarenka, które upadło na ziemię, wyrasta źdźbło. Wiele razy widziałem, jak rodzi się życie, ale tylko jeden jedyny raz słyszałem, jak powstaje pieśń. Narodziła się w ten straszny dzień w drodze nad morze i na zawsze została z nami. Kiedy nasze ramiona nie mogły udźwignąć nieszczęścia, zbieraliśmy się w kręgu i śpiewaliśmy tę pieśń, dopóki się nie zmęczyliśmy. Czy uwierzysz, drogi Szarachu, że robiło nam się wtedy lżej na duszy?
Gdy doszliśmy na brzeg, nie było już gdzie postawić nogi. Bydło i ludzie tłoczyli się tam, popychając się nawzajem. Szardyn uprzedził nas wcześniej, co można brać ze sobą, a czego nie. Mimo to, wielu na darmo miało nadzieję, że uda im się wziąć ze sobą bydło, dlatego przygnali je na brzeg.
Na morzu, z dala od przybrzeżnych skał, stały parowce i żaglowce. Tam i z powrotem kursowały łódki przewożące ludzi. Nasz mleczny brat Szardyn, przewiózł już swoją rodzinę i dobytek na jeden z żaglowców. Obiecał nam, że popłyniemy na ogromnym statku parowym, okazało się to jednak nieprawdą. On sam wrócił na brzeg, żeby w ostatniej chwili nie ukradziono któregoś z jego poddanych. Czekał na nas przebierając paciorki różańca. Na głowie nie miał już papachy tylko turecki fez. Choć nie mogłem powiedzieć mu tego na głos, w duchu myślałem sobie: „Jeśli jesteś nie do poznania już tutaj, co będzie później?”.
Szardyn nakazał nam wsiadać do łodzi.
– Tylko nie bierzcie ze sobą niczego żywego. Niczego oprócz ludzi – powtórzył jeszcze raz to, o czym uprzedzał nas wcześniej.
Wzięliśmy się do pracy. Łódki wypełnione ludźmi jedna za drugą odpływały od brzegu i wracały puste, aby znów zabrać pasażerów. Turcy krzyczeli i poganiali nas. Ech, drogi Szarachu, jak to mówią u was, Abchazów: na czyjej łódce siedzisz, temu i przyśpiewujesz! W milczeniu znosiliśmy nie tylko przekleństwa, ale nawet kopniaki.
Gdy słońce skryło się za horyzontem, na brzegu nie zostało żywej duszy oprócz ryczącego z głodu bydła. Wraz z kilkoma młodymi ludźmi odpłynęliśmy jako ostatni, kiedy odprawiliśmy już wszystkich sąsiadów. Ucałowaliśmy nadbrzeżne kamienie i wskoczyliśmy do łódki, która zaraz odbiła od brzegu. Dlaczego nie umarłem? Dlaczego nie pękło mi serce, gdy jeszcze jedną nogą stałem na brzegu, a drugą na burcie łódki? Iluż nieszczęść uniknąłbym w swoim długim życiu!
Gdy łódź, kołysząc się, coraz bardziej oddalała się od brzegu, odwróciłem się, a wraz za mną wszyscy pozostali. Ujrzeliśmy jeźdźca na białym koniu galopującego po nadmorskich kamieniach. Od razu poznaliśmy Achmeda, syna Barakaja. Zeskoczył z konia, zarzucił mu na szyję uzdę i puścił wolno, a sam stanął nad wodą na skraju skały. Machał rękami i głośno coś do nas krzyczał, wiatr od morza zawracał jednak jego słowa.
– Wróćmy i weźmy go ze sobą – rzekłem do siedzących obok. – Nie można przecież zostawić człowieka samego.
Sąsiedzi wahali się w milczeniu, lecz Achmed sam podjął za nas decyzję. Usłyszeliśmy wystrzał z pistoletu, a mnie zdało się nawet, że ujrzałem maleńką siwą strużkę dymu. Achmed wciąż jednak stał na skale. Po chwili zachwiał się i upadł w morze, a wystraszony hukiem koń pomknął po opustoszałym brzegu. Wpadliśmy w przygnębienie. Tam, na drodze, na której nas zatrzymał, nikt nie chciał go słuchać. Teraz jego śmierć napełniła nas trwogą.
„Ktoś, kto nie zawahał się tego uczynić, musiał znać jakąś prawdę, której my nie znamy!” – pomyśleliśmy. Ale na myślenie było już za późno. Kraj Ubychów opustoszał, a fale targały nieszczęsnym ciałem Achmeda po nadbrzeżnych skałach raz w jedną, raz w drugą stronę, jak gdyby morze i brzeg ciągnęły go na przemian ku sobie.
Nasz nabity ludźmi do granic możliwości żaglowiec, przechylając się zawrócił i wziął kurs na otwarte morze. Im dalej odpływaliśmy, tym ostrzej rysowały się kształty naszych gór na horyzoncie. Przywykłem do nich. Wyrosłem na ich piersi. Do tej pory pamiętam każdą ich krawędź taką, jaką widziałem ją po raz ostatni.
Ślepy Sakut znów zagrał na swojej apchiarcy. Teraz już nie śpiewał, wygrywał tylko melodię. Choć fale i skrzypienie masztów dźwięki zagłuszały instrumentu, od razu usłyszałem, gdy zamilkła na dobre. Zamilkła, a we mnie zamarło serce. Podszedłem do staruszka. Siedział na rozłożonej na pokładzie burce w swojej starej, znoszonej czerkiesce. Obaj jego wnukowie spali z głowami opartymi na jego kolanach. „Pewnie i on zasnął” – pomyślałem. Ale gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że wcale nie śpi. Łza za łzą spływała po jego policzkach i siwej brodzie, spadając na apchiarcę, którą przyciskał do piersi, jakby była to ostatnia garść ojczystej ziemi. O Boże, pomyślałem, czyżby swoimi niewidzącymi oczami dojrzał w morskiej mgle ostatnie niewyraźne kształty rodzinnej ziemi, do której już nigdy nie powrócimy?