Hadżi Berzek Kerantuch

Hadżi Berzek, syn Adagwy, przewodził Ubychom przez całych dwadzieścia lat. Wychodził zwycięsko z niejednej krwawej potyczki. Gdy carskim generałom nie udało się wziąć go siłą, postanowili pokonać go podstępem. Ogłosili, że temu, kto przyniesie im głowę niepokornego wodza Ubychów, wypłacą tysiąc rubli srebrem. Jednak szczęście nie opuszczało go, nie znalazł się bowiem żaden zdrajca. W końcu sam zrzekł się funkcji wodza.

Do dziś nie znam rzeczywistego powodu jego decyzji. Może była to kwestia sędziwego wieku, a może stary uznał, że droga, którą kroczą Ubychowie, jest zgubna, nie potrafił jednak im się przeciwstawić. Tak czy inaczej, Hadżi Berzek nagle odszedł w cień, złożył tytuł wodza i wkrótce zmarł. Stało się to rok po zakończeniu wielkiej wojny Turków z Rosjanami. Miejsce dotychczasowego wodza zajął jego krewny Hadżi Berzek Kerantuch.

Wziąwszy władzę w swoje ręce, Kerantuch wykazał się zdecydowaniem i odwagą, choć wcześniej krążyły o nim plotki, że jest chwiejny jak spróchniały ząb. Istniały podstawy ku podobnym sądom. Tuż przed wielką wojną zawarł bowiem pokój z carskimi generałami, a nawet otrzymał od nich tytuł wojskowy i pensję wypłacaną w srebrnych rublach. Później zaś, kiedy jego wuj wojował na czele Ubychów z Rosjanami, Kerantuch siedział w domu na dywanie i grał w nardy .

Nie wiem, mój drogi Szarachu, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie wojna krymska. Kiedy podczas działań wojennych armia carska opuściła abchaskie i ubychskie wybrzeże, wielki wezyr Omar Pasza wysadził desant w Suchumi. W naszych wioskach pojawili się mułłowie, którzy przybyli przez góry z Dagestanu lub przypłynęli razem z Turkami. Wszyscy jednym głosem twierdzili, że Rosjanie zostali rozbici i nigdy więcej nie pokażą się w tych stronach.

– Przyszliśmy do was na zawsze – mówili – żeby zatknąć na szczytach gór święte znamię wielkiego sułtana, namiestnika Allacha na ziemi.

Wtedy nasz Hadżi Berzek Kerantuch przeszedł na stronę sułtana, zerwał pagony z czerkieski i przestał brać srebrne ruble. W wojnie cara z sułtanem Książe Abchazji Chamutbej Czaczba pozostał przy carze, natomiast Kerantuch poparł Turków. Wtedy też został naszym wodzem. Kiedy Turcy zaczęli ładować się na statki i odpływać do domu, nie zmienił ponownie frontu i pozostał wierny sułtanowi. Tymczasem carscy generałowie zaczęli powoli wracać i wysadzać swoje wojska koło Tuapse, w okolicach Adlera i u ujścia rzeki Soczi. Nie zapuszczali się na ziemie Ubychów, tylko wznosili bądź odbudowywali twierdze. Wszyscy jednak wiedzieli, że na tym nie poprzestaną. Rozumiał to i Kerantuch, dlatego kiedy tylko nadarzała się sposobność, starał się przeszkadzać żołnierzom, napadając na odnawiane umocnienia.

Chlubiliśmy się swoją wytrwałością, jednak co tu ukrywać, drogi Szarachu, nasz naród był już wtedy zmęczony wojną. Życie często bywa porównywane do morza i jest to trafna metafora. Podobnie jak w życiu, bezlitosne fale częstokroć niszczą i grzebią wszystko na swojej drodze, zaś innym razem, zadowalając się łatwą zdobyczą, szybko ustępują. Lecz na ziemi, przez którą fale przeszły tam i z powrotem, życie przestaje istnieć, jak resztki wody wysychające wśród rozpalonych piasków. Zawsze myślę o tym, gdy wspominam los Ubychów. Daj Boże, abym mógł opowiedzieć ci wszystko po kolei, tak jak było.

Pewnego razu nasze auły obiegła dobra nowina: Rosjanie chcą zawrzeć pokój i za tydzień na brzegu Mzymty, tam, gdzie kursuje prom, posłany przez cara generał spotka się z naszym wodzem Hadżi Kerantuchem. Pośrednikiem w negocjacjach będzie wychowanek Ubychów książę Abchazji Chamutbej Czaczba.

Na wzór wielu moich rówieśników byłem oszołomiony sławą i odwagą Kerantucha. Trzy lata służyłem w jego straży przybocznej, starając się naśladować go we wszystkim: i w tym, w jaki sposób zarzucał poły beszmetu za pas, i w tym, jak jeździł konno opuszczając rękę z nahajką i lekko przechylając się w siodle na lewą stronę. Teraz, kiedy długie lata życia dały mi mądrość i doświadczenie, widzę jak bardzo Kerantuch był niepohamowany, a przede wszystkim krótkowzroczny. Jednak wtedy moja młodość i brak doświadczenia nie pozwalały mi tego dostrzec.

Ach, młodość! Chyba najcenniejsze w niej jest to, że nie wie, co to zmęczenie, i nie umie oglądać się wstecz.

Wiele razy uczestniczyłem w pochodach, najazdach i potyczkach, z szablą w dłoni przedzierałem się pod gradem kul, nie wahając się stawić czoła śmierci. I zawsze czułem się młody i beztroski, nie zdając sobie sprawy, że doszedłem już prawie do końca gałęzi wiszącej nad bezdenną przepaścią.

Dobrze pamiętam ten dzień. Był niezwyczajnie chłodny, choć wiosna przechodziła już w lato. Na szerokiej polanie koło naszej świątyni Bytchy, dzierżąc konie w pogotowiu, stało półtora tysiąca naszych wojowników. Pod siedmioma wiekowymi dębami, o których już ci mówiłem, Hadżi Kerantuch naradzał się z najbardziej wpływowymi przedstawicielami naszego narodu. Siedząc, długo się o coś spierali. Nie wszyscy słyszeli, o czym rozmawiali, ale ja jako przyboczny Kerantucha stałem dość blisko i dobiegały mnie strzępki rozmowy. Hadżi Kerantuch gorączkował się, nie chciał bowiem jechać na rozmowy z carskim generałem z tak dużą liczbą wojska.

– Niech sobie nie myśli, że się go boję – mówił. – Wezmę ze sobą tylko dziesięciu ludzi, reszta niech tu zostanie.

Ale pozostali nie zgadzali się z nim, przekonując, że spotkanie może zakończyć się nie zawieszeniem broni, a wojną, że carskim generałom nie można ufać, bo nieraz już brali do niewoli wysyłanych przez górali posłańców, aby zesłać ich później na Sybir. Jeśli dzisiejsze spotkanie przyjmie niebezpieczny obrót, wódz Ubychów powinien mieć pod ręką wojowników.

W końcu Kerantuch zgodził się. Kończąc spór, wszyscy wstali, po czym wódz w milczeniu wskoczył na konia i na czele półtora tysiąca zbrojnych pomknął w stronę rzeki Mzymty. Gdy jechało tak wielu jeźdźców, zwykle ktoś intonował pieśń. Tym razem jednak cały nasz oddział posuwał się w milczeniu. Byliśmy gotowi stanąć do boju, choć z powodu wojny zmuszeni byliśmy opuścić swoje domy, rodziny i pola zarośnięte burzanem. Trudno było nie myśleć o tym, że przelew krwi przyjdzie kiedyś przerwać i że, być może, nastąpi to jeszcze dziś, przed zachodem słońca.

Przejechawszy rzekę Chostę, Kerantuch przykazał podzielić wojsko na trzy części: jedną posłał do ujścia rzeki Mzymty, aby strzegła wybrzeża, druga – skierowana w górę rzeki – miała na wszelki wypadek wziąć pod ochronę górskie ścieżki, którymi można było zajść nas od tyłu. Pozostałych pięciuset jeźdźców wódz zabrał ze sobą i zaczął schodzić z nimi w kierunku promowej przeprawy przez Mzymtę.

Po tej stronie rzeki pod rozłożystymi platanami stał szałas zbudowany dla Kerantucha. Na tamtej – namioty generała i księcia Abchazji. Rosyjski oficer z tłumaczem przeprawili się na nasz brzeg, po czym, wziąwszy ze sobą jednego z naszej szlachty, wrócili na tamtą stronę. Po krótkich rozmowach wstępnych postanowiono, że do spotkania dojdzie po naszej stronie.

Prom przepłynął przez Mzymtę; wkrótce z jego pokładu zszedł generał, jego oficerowie i ochrona oraz władca Abchazji Chamutbej. Okrągłolicy generał z niewielką rudą brodą miał na sobie mundur z błyszczącymi epoletami. Nigdy wcześniej nie widziałem carskich generałów z tak bliska. Choć był on giaurem, niczego strasznego lub osobliwego w nim nie dostrzegłem. Uczestnicy spotkania zeszli się pośrodku polany. Chamutbej Czaczba pierwszy zbliżył się do Hadżi Kerantucha, skłonił się i pocałował go w pierś. Postąpił tak, jak powinien zachować się człowiek wychowany w ubychskiej rodzinie. Kiedy rozpoczęły się rozmowy – jako członek straży przybocznej Kerantucha – stałem tuż za jego plecami i słyszałem każde słowo.

Nie dziw się, dad Szarach, że tak dokładnie pamiętam tamten dzień. Minuta po minucie. Był to dzień, w którym ważyły się losy mojego narodu. Potem co prawda było jeszcze wiele takich dni, ale ten był pierwszym z nich. Pamiętam wszystko, nawet łodygi zeszłorocznej kukurydzy szeleszczące pod nogami na polanie, gdzie staliśmy. Pamiętam, jak słońce to pojawiało się, to znów skrywało za chmurami. I wiejący od strony morza wiatr, i deszcz, który kilka razy zaczynał padać, po czym nagle ustawał. Spór przeciągał się, był coraz gorętszy. Hadżi Kerantuch przypominał jeźdźca kręcącego się na nie ujeżdżonym koniu: nie mógł zapanować ani nad samym sobą, ani nad przebiegiem dyskusji. Co chwila zmieniał się na twarzy, a na czole nabrzmiała mu żyła, oznaka tego, że ledwie powstrzymuje się przed rzuceniem się z obnażonym kindżałem na swoich oponentów.

Dobrze go znałem, dlatego wiedziałem, że można się spodziewać wszystkiego i gotów byłem w każdej chwili pospieszyć mu z pomocą.

Ze strony Ubychów oprócz Hadżi Kerantucha w rozmowach uczestniczył Dziapsz Achmed, syn Barakaja, człowiek znany na całym Kaukazie. W młodości pobierał nauki w Stambule, władał kilkoma językami i kiedy wodzem Ubychów został stary Hadżi Berzek, syn Adagwy, Achmed zajmował się przy nim kontaktami z obcokrajowcami. Wiele razy jeździł do Stambułu, Londynu i Petersburga, aby zabiegać o interesy Ubychów. Był człowiekiem zapalczywym, lecz przebiegłym. Umiał stawiać sprawę na ostrzu noża, lecz kiedy trzeba, potrafił też się pohamować. Tak więc, jak widzisz, Achmed, syn Barakaja, nieprzypadkowo uczestniczył wówczas w rozmowach.

Jako pierwszy głos zabrał generał. Ostrość jego słów nie współgrała ze spokojnym wyrazem twarzy i tonem głosu, dlatego też w pierwszej chwili zdało mi się, iż generał mówi co innego niż tłumacz.

– Ty, Hadżi Kerantuchu – mówił generał – należysz do znamienitego rodu Berzeków. Jesteś człowiekiem szlachetnie urodzonym i nie przystoi ci dziś robić jedno, jutro zaś co innego. Jego wysokość imperator podarował ci tytuł i pensję, lecz ty okazałeś się niegodnym cesarskiej łaski. Kiedy wybuchła wojna, wyrzekłeś się i tytułu, i pensji. Zamiast zachować wierność Rosji, sprzymierzyłeś się z Turkami, choć nie zmuszali cię do tego. Tym samym naruszyłeś zawartą z nami umowę, stale trzymasz pod bronią wszystkich mężczyzn swego narodu, napadasz na nasze twierdze, wiedziesz z Turkami tajne rozmowy i bierzesz od nich broń.

– Panie generale, powinieneś wyrażać się ostrożniej kiedy mówisz ze mną – odpowiedział Kerantuch. – Nie jestem zającem, którego przypędziły tu twoje gończe psy. Stoję na swojej ziemi i nie w kajdanach tylko z bronią.

Twarz Kerantucha napłynęła krwią, lecz generał, nie zmieniając wyrazu twarzy, spokojnie czekał aż tłumacz przełoży mu wszystkie słowa ubychskiego wodza.

– Ale tobie i tego mało – spokojnie kontynuował generał, puszczając słowa Kerantucha mimo uszu. – Wciąż pokładasz nadzieję w tureckim sułtanie. Wiemy, że prosisz go o pomoc zbrojną i – choć jesteś przekonany że nie ma na świecie silniejszego władcy – zwracasz się nie tylko do niego. Wiemy, że Achmed, syn Barakaja, ten sam, który stoi teraz obok ciebie, trzy lata temu jeździł do Londynu szukać pomocy wojskowej i wsparcia przeciwko nam. Nie jest to żadną tajemnicą, pisali o tym nawet w angielskich gazetach. Nie jest też tajemnicą, że wysłałeś niedawno list do angielskiego konsula w Suchumi. Jest w naszych rękach, możemy ci go pokazać. Nie chcę cię obrażać, choć nie znajduję innego słowa na określenie twego postępowania niż zdrada.

Kiedy Kerantuch po raz pierwszy przerwał generałowi, wydawało mi się, że za chwilę chwyci za kindżał. Widać było, że z trudem wstrzymuje gniew, lecz stał spokojnie i słuchał. Jedną ręką wziął się pod bok, zaś drugą oparł o białą kościaną rękojeść szabli. Patrzył nie na generała, lecz na majaczący ponad jego głową szczyt górski, nad którym kłębiły się chmury. Zdawało się, że niczego nie widzi ani nie słyszy. Roztrzęsiony tłumacz plątał się i jąkał, aż Hadżi Kerantuchowi, który rozumiał język rosyjski, w końcu się to znudziło i przerwał mu, rzucając generałowi złowieszczy uśmiech.

– Tak, to prawda. Byłbym zdrajcą, jeśli sprzedałbym swój naród w zamian za wasze tytuły i srebrne ruble jak niektórzy inni książęta na Kaukazie. Ale, chwała Allachowi, jak widać, nie dałem się przekupić. Generale, moje postępowanie nazywasz zdradą. A jak w takim razie nazwać to, co robisz ty, który przybyłeś tu z wielką armią, aby wygnać Ubychów z ich ziemi. Powiedz mi, gdyby wszyscy najwięksi władcy zebrali się na naradę i zapytali twojego cara, co złego uczyniliśmy mu my, Ubychowie, o co nas obwinia, za co karze, co by na to odpowiedział? Masz rację: kiedyś przyjęliśmy wasze zwierzchnictwo w nadziei na lepsze życie. Zawiedliśmy się jednak srodze. Z dawien dawna trudniliśmy się handlem morskim, nie pytając nikogo, czym wolno nam targować. Zabroniliście przybijać do naszych brzegów wszystkim statkom prócz waszych. Nazwaliście naszą szlachtę rozbójnikami, zabraniając jej sprzedawać wziętych w boju jeńców jako niewolników. My mamy swoje prawa, wy macie swoje. Nie chcemy, aby wasze, obce nam prawa stały się dla nas jarzmem. Chcecie pozbawić nas naszej muzułmańskiej wiary. Wiemy, że gdy tylko znajdziemy się pod waszą władzą, zaczniecie siłą chrzcić nasze dzieci. Podczas wojen nie potraficie obronić tego wybrzeża przed Turkami i wycofujecie się, zostawiając nas na pastwę losu! A kiedy wracacie, nazywacie nas zdrajcami! Jakiż, pytam, pokój może być między nami?

Generał w milczeniu wyjął z kieszeni chustkę, wytarł spływający po pobladłym czole pot i splótłszy ręce za plecami, podszedł do platanu. Przyglądał mu się tak, jakby zastanawiał się, w jaki sposób najłatwiej go ściąć. Potem nieoczekiwanie zwrócił się do Achmeda, syna Barakaja:

– Szlachetny Achmedzie, twoje słowo wiele znaczy wśród Ubychów, chciałbym dzisiaj usłyszeć i twoje zdanie.

Achmed, syn Barakaja, stał nieruchomo napięty jak struna. Odpowiedział na pytanie generała dopiero wtedy, gdy wszystkim wydawało się, że nie wydobędzie z siebie ni słowa:
– Wy nie rozumiecie nas, a my was generale.

Złość błysnęła w oczach Hadżi Kerantucha. Zapewne nie spodobały mu się zbyt spokojne słowa Achmeda. Zaś generał, słysząc je, uśmiechnął się.

– Jesteś zbyt mądry, Achmedzie, synu Barakaja. Chcesz, jak to się u was mówi, żeby i kura była upieczona, i rożen cały. Ale to mądrość nie na czas wojny. Na wojnie to się nie sprawdza.

Generał założył ręce za plecy, powoli przeszedł się tam i z powrotem, stanął przed Hadżi Kerantuchem i głośno, lecz powoli, powiedział:

– Sami zmusiliście jego cesarską wysokość do zastosowania wobec was skrajnych metod. Inni górale okazali się bardziej dalekowzroczni: przesiedlili się do dolin lub złożyli broń i obiecali żyć z nami w pokoju, a wy wciąż wojujecie, licząc na pomoc sułtana. Jego cesarska mość jeszcze w zeszłym roku, będąc na Kaukazie, łaskawie raczył przyjąć w waszej sprawie postanowienie, które muszę po raz ostatni wam przypomnieć: Ubychowie muszą zdecydować, czy chcą przesiedlić się na Kubań, gdzie otrzymają ziemię na własność i zachowają swoje zwyczaje i prawa. Jeśli nie, mogą przesiedlić się do Turcji.

Generał zamilkł. Jego słowa nie były nowością dla nikogo z uczestników rozmów.

– Gdyby dalekie równiny Kubania, dokąd chcesz nas zesłać, nadawały się do życia, już dawno mieszkaliby tam ludzie – rzekł Hadżi Kerantuch. – Żyjemy nad morzem i zwykliśmy trudnić się handlem. Od wieków polowaliśmy w górach i wypasaliśmy bydło na górskich pastwiskach. Nasza ziemia jest tu, nie tam. Nie, generale, nie damy się złapać w potrzask. Gdy tylko opuścimy nasze góry, które chronią nas przed wami, i przesiedlimy się na puste równiny Kubania, będziecie mogli zrobić z nami, co tylko zechcecie. Ogłosicie naszym chłopom, że znosicie pańszczyznę. Nie wiemy też, jakie ziemie dacie czy też sprzedacie nam w zamian za te, które tutaj nam odbierzecie. Chcecie, aby po przesiedleniu nasi poddani wystąpili przeciw nam, swoim opiekunom, żeby stali się nieposłuszni i stracili do nas szacunek. Będziecie podsycać te waśnie, aby łatwiej było się z nami rozprawić!

Tym razem Hadżi Kerantuch nie potrafił zachować spokoju. Mówił gorączkowo, szybko i zawile, a generał stał i czekał, kiedy skończy.

Gdy wreszcie skończył, odezwał się nie generał, lecz zachowujący dotąd milczenie książę Abchazji Chamutbej Czaczba.

– Jeśli przez górską przełęcz wiedzie tylko jedna droga, trzeba nią iść – powiedział. – Nie obrażaj się na moje słowa, lecz wy, Ubychowie, nie macie już czasu na wahania. Nie ma dwóch dróg przez przełęcz.

Chamutbej mówił cicho, każde słowo przychodziło mu z trudem.

– Bez względu na to, jak trudne jest nasze położenie, zostaw nas sam na sam z Rosjanami. Więcej nie proszę cię o pośrednictwo – krzyknął Kerantuch, przerywając księciu. To jednak go nie powstrzymało.

– Wykarmiony jestem ubychskim mlekiem i wychowany w ubychskiej rodzinie. Jestem waszym mlecznym bratem i moim obowiązkiem jest ostrzec was przed niebezpieczeństwem. Życzę Ubychom tego samego co i Abchazom – ni mniej, ni więcej, ni lepiej, ni gorzej. I, jeśli będzie trzeba, dowiodę tego, nie szczędząc samego siebie.

Lecz Hadżi Kerantuch znów nie pozwolił mu dokończyć:

– Trudno mi uwierzyć w twoje słowa. Pamiętamy jak walczyłeś przeciwko nam u boku carskich generałów. Wspomniałeś o mleku. Sam zmieszałeś je z krwią. I przed Abchazami też nie masz się czym pochwalić. Czyż to nie ty przelewałeś krew tych, którzy nie chcieli podporządkować się carowi? Mówisz, że szkoda ci nas. A czy nie szkoda ci własnych ludzi? Czy swoimi zębami nie gryzłeś własnego ciała?

Książę spuścił głowę i stał bez ruchu, a Kerantuch w szale miotał się przed nim, rzucając przekleństwa. W końcu zostawił Chamutbeja, stanął przed generałem i rzekł:

– Nikt nie dawał nam tej ziemi, więc nikt nam jej nie odbierze, póki jesteśmy żywi. Prosimy o rozejm, a jeśli nie, będziemy walczyć.

Hadżi Kerantuch lewą ręką wciąż ściskał rękojeść szabli, prawą zaś wyciągnął przed siebie, jakby dobywał broni.

Tłumacze z trudem nadążali z przekładem, ja natomiast nie odrywałem wzroku od generała i stojących za nim rosyjskich oficerów, aby w razie czego zdążyć sięgnąć po szablę. Generał w milczeniu badawczo spojrzał na Kerantucha, uśmiechnął się, po czym powiedział:

– Dobrze. Jak wojna, to wojna. Mimo to chciałbym zadać tobie, człowiekowi, który nie waha się sam decydować o losie narodu, jedno pytanie. Wiem, że jeśli sprzedacie cały swój majątek, jeszcze przez jakiś czas będziecie mogli kupować broń od tureckich kupców i angielskich kontrabandzistów. Wiemy także, że niedawno otrzymaliście od Anglii sześć gwintowanych armat, przysłano wam też dwóch instruktorów, którzy będą szkolić waszych wojowników. Zrozum jednak, że cały twój naród to tylko garstka ludzi. Czy nie rozumiesz, że nie jesteście w stanie nas pokonać? A jeśli rozumiesz, to dlaczego chcesz zgubić cały naród bez jakiejkolwiek nadziei na zwycięstwo?

Wszyscy czekali, co odpowie Kerantuch.

– Nie martw się o nas generale – prawie krzyknął wódz Ubychów, starając się jak najbardziej podnieść głos, aby usłyszano go jak najdalej. – Nikt jeszcze nie mierzył odwagi ludzi ich liczbą. Mamy pod dostatkiem i broni, i ludzi umiejących się nią posługiwać. A jeśli zabraknie wojowników, kindżałami rozetniemy brzuchy naszych brzemiennych żon i z ich wnętrza wydobędziemy wojowników.

Po tych słowach Hadżi Kerantuch spojrzał w moją stronę i krzyknął:

– Koni! – z taką złością, jakbym czymś zawinił.

Generał nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami i spojrzał na księcia Abchazji, jakby chciał mu powiedzieć: „Widzisz, teraz i ty przekonałeś się, że nic z tego nie będzie”.

Jednak Chamutbej nie drgnął pod jego spojrzeniem. Skrzyżował ręce na piersi, wciąż nie chcąc odejść.

– Hadżi Kerantuchu, mój mleczny bracie, jeszcze raz proszę cię, abyś mnie wysłuchał. Nikt z nas nie powinien się spieszyć, gdy trzeba wybierać między życiem a śmiercią. Zanim znów chwycisz za szablę, pomyśl o tym, że wojna w Dagestanie już się skończyła. Skończyły się też walki w Czeczenii i na całym Kaukazie Północnym. Kaukaz stał się własnością cara, a ci, którzy nie chcą się z tym pogodzić, przesiedlają się za morze, gdzie – jak mi się wydaje – nie czeka ich nic dobrego. Cokolwiek się stanie, zapanuje pokój. Zły czy dobry, ale obejmie cały Kaukaz. Być może Ubychowie, stojąc po kolana w swojej i cudzej krwi, nie zdążyli jeszcze zrozumieć, że wojna już się zakończyła i jeśli będą nadal ją prowadzić, zgubią samych siebie! Mój mleczny bracie, przez wzgląd na pamięć po moim wychowawcy Hadżi Berzeku, synu Adagwy, który wiele lat przewodził Ubychom, pozwól mi do was przyjechać. Wyślij posłańców i zbierz najmądrzejszych synów twojego narodu. W wyznaczony przez ciebie dzień przyjadę do was sam, bez generała. Co odpowiesz mi przed dzisiejszym rozstaniem?

– Skoro poprosiłeś mnie o to przez wzgląd na Hadżi Berzeka, syna Adagwy, i związałeś moje ręce i nogi tą prośbą, przyjeżdżaj i wysłuchaj zdania narodu, którego mlekiem zostałeś wykarmiony. Żegnaj!

Hadżi Kerantuch położył rękę na sercu, na mgnienie oka skłonił głowę i szybko poszedł w kierunku koni.

Obejrzałem się i zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak generał i książę wchodzą na prom. Zauważono to z pewnością i na przeciwległym brzegu, skąd doniósł się dźwięk bębnów, a żołnierze, podnosząc się spod drzew, pod którymi odpoczywali, zaczęli ustawiać się w szeregi.

My zaś na czele z Hadżi Kerantuchem siedzieliśmy już w siodłach. Podniósł w górę nahajkę i w tej samej chwili zabrzmiał róg. Oznaczało to, że rozmowy o rozejmie zostały przerwane i wszyscy zdolni do noszenia broni powinni mieć ją w pogotowiu. Tak głosił róg.



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!