– Nie widziałem wszystkiego, o czym chcę ci powiedzieć, na własne oczy, jednak o wizycie Chamutbeja Czaczby mówiono tak często, że postaram się zaczerpnąć z samego dna wysychającej studni mojej pamięci. Dzień, w którym do kraju Ubychów przybył ich mleczny brat Chamutbej Czaczba, był z pewnością ostatnim, kiedy mogliśmy podjąć inną decyzję niż tę, która później zapadła…
Tego wieczora Zaurkan rzeczywiście wydobył z dna swojej pamięci wszystko, co wiązało się z przyjazdem Czaczby do kraju Ubychów. Zwróciłem już uwagę na niezwykłą pamięć Zaurkana, kiedy opowiadał o wydarzeniach, które widział na własne oczy. W tym przypadku było nieco inaczej i staruszek sam mnie o tym uprzedził. Rzeczywiście, w jego pamięci zachowało się nie samo wydarzenie, lecz skrawki słuchów, legend i pieśni, które o nim powstały. Z tego względu nie będę przytaczał opowiadania Zaurkana słowo w słowo, lecz opowiem o tym wydarzeniu wszystko to, o czym studiując tę kartę wspólnej historii Abchazów i Ubychów, udało mi się dowiedzieć z innych źródeł jeszcze przed spotkaniem z Zaurkanem. Dodam jedynie te fragmenty opowieści staruszka, które wydały mi się szczególnie wiarygodne. Dopiero pod sam koniec przywiodę dosłowną wypowiedź Zaurkana, która, choć pobrzmiewa legendą, opiera się na sprawdzonych faktach historycznych.
Przyjazd Chamutbeja Czaczby do Ubychów, o którym wspominał Zaurkan, miał miejsce wkrótce po rozmowach, podczas których książę Abchazji bezskutecznie próbował odgrywać rolę pośrednika. Chamutbej postanowił wziąć oddanych sobie ludzi cieszących się poważaniem w całej Abchazji i w ten lub inny sposób będących w stanie wpłynąć na Ubychów. Wziął więc Emchaa Ałgytę z Samur Zakana, Girguała Czaczbę z Abżui i dziewięćdziesięcioletniego Maana Kaca z aułu Bzyb, który mimo swego wieku wciąż pełnił rolę doradcy księcia do spraw międzynarodowych i innych trudnych kwestii.
Wydawać się mogło, że wzięcie ze sobą na wyprawę do kraju Ubychów Maana Kaca było decyzją ryzykowną, ponieważ podobnie jak książę Abchazji wraz z Cebeldyńcami, Sadzami i Ubychami walczył on u boku carskich generałów. Jego pojawienie się mogło więc przypomnieć o tych dawnych krwawych wyprawach. Z drugiej jednak strony, Chamutbej uznał wykluczenie go z tej niebezpiecznej ekspedycji za jeszcze bardziej ryzykowne, bowiem przyrodnia siostra Maana, młodsza od niego o niemal pięćdziesiąt lat, była żoną Hadżi Kerantucha. Wydawało się więc, że jego obecność nie tylko ułatwi podróż, ale i pomoże w rozmowach.
Chamutbej chciał wziąć po drodze jeszcze dwóch towarzyszy, co mu się jednak nie udało. Marszan Ałmaszsit z Cebeldy przezornie udał się na polowanie, a książę Geczba Raszyd z kraju Sadzów, gdy Czaczba zbliżał się do jego siedziby, powiadomił przez posłańca, że zachorował. Abchaski książę wiedział, że z nimi łatwiej skłoniłby Ubychów do pokoju i myśl ta nie dawała mu spokoju przez całą drogę.
Po przejechaniu rzeki Mzymty jeźdźcy na swych rączych koniach zaczęli szybko posuwać się na północ. Po lewej stronie drogi to pojawiało się, to znów znikało morze, a na jednym z zakrętów podróżujący dostrzegli spiesznie oddalający się od brzegu statek. Chamutbej zatrzymał konia, a gdy towarzysze zrównali się z nim, zapytał do kogo, ich zdaniem, należy statek.
– Odpływa spiesznie. Znaczy, nie rosyjski – odpowiedział Maan Kac unosząc się w strzemionach, aby lepiej widzieć felukę.
– Pewnie tureccy kupcy – rzekł Girguał Czaczba. – Prawdę mówiąc, Hadżi Kerantuch ma rację: Ubychowie powinni mieć możliwość zajmowania się handlem.
– Znów przywieźli angielską broń – dodał Chamutbej, spoglądając już nie na morze, lecz na pnącą się po wzgórzach i ginącą w lesie ścieżkę. Gęsiego wspinało się po niej ze trzydzieści obładowanych bronią jucznych koni. Książę nie ruszył z miejsca, dopóki ostatni koń nie zniknął w leśnej gęstwinie. – Źle. Bardzo źle. Nie wiem, kto zapłacił za tę broń, ale Ubychowie zapłacą za nią krwią. Będzie bieda – rzekł Chamutbej.
Jego towarzysze zapamiętali te słowa, uznając je za proroctwo. W każdym razie tak zachowały się one w opowiadaniach starców spisanych w latach dwudziestych XX w.
Książę Abchazji nosił już wtedy tytuł generała-adiutanta carskiej armii i kilka rosyjskich orderów wojennych. I jedno, i drugie otrzymał za pomoc Rosjanom w pokonaniu górali, którzy nie chcieli być ani pod władzą rosyjską, ani pod książęcą. Jadąc do Ubychów, nie chciał im jednak o tym przypominać, dlatego odziany był w zwykłą podróżną czerkieskę. Jechał jak góral na spotkanie z góralem. Ten szczegół potwierdza wiele przekazów naocznych świadków, którzy twierdzili również, że książę przez całą drogę milczał przygnębiony, najwyraźniej trapiły go mroczne myśli.
Jeszcze przed wojną krymską Chamutbej Czaczba przeszedł na stronę Rosjan walczących z góralami, dzięki czemu wzmocnił swoją władzę. Po wybuchu wojny znalazł się jednak w trudnej sytuacji. Żołnierze rosyjscy porzucali swoje pozycje na wybrzeżu czarnomorskim, wsiadali na statki i odpływali, ponieważ carskie dowództwo postanowiło ze względów strategicznych wycofać się z Abchazji. U abchaskiego księcia zaczęli natomiast pojawiać się posłańcy ze Stambułu, aby przeciągnąć go na stronę Turcji. Obiecywano mu wszystko – od najnowocześniejszej broni po nieśmiertelną sławę, on jednak nie dał się przekonać nawet wtedy, gdy na abchaskim wybrzeżu zaczęły lądować tureckie wojska.
Upór Chamutbeja w tych trudnych dniach wynikał z jego przekonania o rzeczywistej sile Rosji. W przeciwieństwie do innych nie wierzył też, że – mimo porażek w wojnie krymskiej – Rosjanie bezpowrotnie wycofali się z Abchazji. A jeśli tak, to dochowując wierności carowi, po wojnie miał szansę na zachowanie swego dziedzicznego księstwa w ramach imperium, rozległych włości ziemskich i dziesięciu tysięcy rubli srebrem, które przywykł był corocznie otrzymywać z carskiego skarbca. Chamutbej wiedział również, że choć wielu Abchazom nie podoba się jego prorosyjska orientacja, nie chcieliby również powrotu pod władzę Turków. Zbyt żywa była bowiem w Abchazji pamięć o trwających trzysta lat rządach sułtańskich. A jeśli z tego powodu wybuchłoby przeciwko niemu powstanie, któż wie czy Turcja wsparłaby go, czy też znalazła kogoś bardziej odpowiedniego.
Wierność Chamutbeja podczas wojny krymskiej została nagrodzona. Kiedy Rosjanie wrócili do Abchazji, Czaczba mógł od początku czuć się prawdziwym abchaskim dziedzicem.
Jednak wojna kaukaska chyliła się ku końcowi. Szamil się poddał, działania wojenne wszędzie, oprócz zachodniego Kaukazu, ucichały, a władze carskie nie widziały dalszego sensu w popieraniu książąt i chanów, którzy wcześniej przechodzili na ich stronę w wojnie z niepokornymi góralami. W 1862 roku księstwo abchaskie było jedynym na całym Kaukazie. I pewnie szybko by je zlikwidowano, gdyby namiestnik kaukaski kniaź Bariatyński nie wstawił się za Chamutbejem Czaczbą u samego cara: „W prześladowaniu księcia nie widzę żadnego pożytku, wręcz przeciwnie – szkodę. Jego wpływy w Abchazji i wśród sąsiednich plemion są, o ile mi wiadomo, wciąż silne. Dlatego pozyskanie przychylności tego człowieka uważam za korzystne…”.
Upłynęły jednak dwa lata i czasy zmieniły się na gorsze. Nowy namiestnik Kaukazu książę Michaił Nikołajewicz uważał, że dalsze istnienie księstwa abchaskiego nie przyniesie żadnego pożytku. Dążył więc do jak najszybszej likwidacji tego ostatniego księstwa na Kaukazie, które choćby swoją nazwą przypominało o minionej niezależności. Do Chamutbeja Czaczby dochodziły słuchy o jego planach i trwożne wieści o zniesieniu pańszczyzny w Rosji, które z pewnością w swoim czasie obejmie także Abchazję. Martwił się o swoją przyszłość i o losy jedynego syna Gieorgija, który od dawna przywykł do myśli o przyszłym panowaniu. Chciał choćby na kilka lat odwlec planowane przez nowego namiestnika reformy i oddalić perspektywę likwidacji księstwa, o której krążyły coraz bardziej natrętne plotki.
Męstwa Hadżi Kerantuchowi nie brakowało, ale rozumu i dalekowzroczności – owszem. Trzeźwo oceniając siłę Rosjan, Chamutbej szczerze chciał przekonać Ubychów, aby zaprzestali rozlewu krwi i beznadziejnej walki. Książę Abchazji jechał jednak na spotkanie z Ubychami nie tylko dlatego, że niepokoił się o ich los, bardziej martwił się bowiem o własną skórę. Nie bez podstaw uważał, że upór i przekora Hadżi Kerantucha sieją ferment wśród jego własnych poddanych, szczególnie w Cebeldzie i innych miejscach sąsiadujących z ziemiami ubychskimi. Uważał, że jeśli Ubychowie zawrą pokój z Rosją, wpłynie to na jego poddanych, którzy choć zewnętrznie lojalni, wypowiadają posłuszeństwo przy pierwszej nadarzającej się okazji. Sądził, że udane rozmowy z Ubychami pomogą mu okiełznać niepokorną część Abchazów, co wzmocni jego autorytet w oczach Rosjan. A jeśli uda mu się to, czego tydzień temu nie zdołał osiągnąć rosyjski generał, Chamutbej może na tyle zyskać w oczach namiestnika Kaukazu, że likwidacja dziedzicznego księstwa abchaskiego odwlecze się przynajmniej o kilka najbliższych lat.
O tym, czym zakończyła się wizyta Chamutbeja Czaczby u Ubychów i jak zachowała się w pamięci jemu współczesnych, mówiła ostatnia, najbardziej spójna część opowieści Zaurkana, którą postanowiłem przytoczyć dosłownie.
– Możesz mi wierzyć lub nie, drogi Szarachu, ale wielokrotnie słyszałem to z ust różnych ludzi. Przez całą trwającą dwa dni i dwie noce drogę od swojego domu do kraju Ubychów książę Chamutbej milczał jak zaklęty. Jadąc cały czas przodem nie wyrzekł ani słowa, dopóki nie ujrzał szerokiej polany z siedmioma dębami i świątynią, gdzie spoczywała święta Bytcha i gdzie zgodnie z umową Ubychowie mieli przywitać swego mlecznego brata. Lecz polana była pusta i nikt nie czekał na niego pod rozłożystymi dębami.
– Co się stało? Dlaczego nikogo nie ma? – spytał Chamutbej, rozglądając się po polanie. Nie otrzymawszy odpowiedzi, popędził konia. Nie zdążył jednak dojechać do połowy polany, gdy ze zdziwieniem zauważył coś czarnego zbliżającego się w jego stronę. Jechał jeszcze minutę, może dwie, zanim zrozumiał, że na jego spotkanie idzie setka kobiet z rozpuszczonymi włosami, od stóp do głów odzianych w czerń, jak podczas pogrzebu.
Chamutbej i jego towarzysze oddali konie służbie i wyszli na spotkanie czarnemu tłumowi kobiet. Idąc, z trwogą pytali się nawzajem:
– Dokąd one idą? I dlaczego jest ich tak dużo? Kto umarł?
Kiedy kobiety zbliżyły się, Chamutbej zauważył, że na ich czele z rozpuszczonymi włosami idzie wdowa po Hadżi Berzeku, synu Adagwy, która wykarmiła księcia własną piersią. Ujrzawszy ją, Chamutbej podszedł do staruszki, która jednak nawet na niego nie spojrzała. Szła i płakała, jakby stała u wezgłowia zmarłego. Razem z nią szlochały pozostałe kobiety. Gdy Chamutbej wsłuchał się w jej zawodzenie, usłyszał słowa, których wolałby nie słyszeć aż do samej śmierci:
Czy słyszałeś wędrowcu o moim bólu?
Słyszałeś, jaka jestem nieszczęśliwa?
Słyszałeś, że wykarmiony moją piersią,
Umarł wychowanek mój książę Chamutbej?
Umarł straszną śmiercią, ziemia go nie przyjmie,
Pohańbiony umarł, nie opłakany.
Ubychowie stracili swego mlecznego brata,
Abchazowie stracili swego księcia…
W ślad za staruchą z tłumu zawodzących kobiet wyszła z rozpuszczonymi, sięgającymi pięt warkoczami mleczna siostra Chamutbeja i z całej siły bijąc się pięściami po głowie krzyknęła, zagłuszając słowa matki:
O, Chamutbeju powiedz, co mam robić?
Cóż mam uczynić, ja, twa nieszczęsna mleczna siostra?
Czyżbyś za carskie srebro,
Sprzedał ziemię Ubychów, twoich karmicieli?
Strach bierze, jaką śmiercią umarłeś.
Kobiety szlochały coraz głośniej, a książę stał wśród nich ze spuszczoną głową, nieruchomo, jakby obrócił się w kamień. Widział w swoim życiu wiele nieszczęść, lecz tak zhańbiony nie został nigdy. Hadżi Kerantuch pozwolił mu przyjechać do kraju Ubychów, przywitał go jednak tak, jak wita się nie mlecznego brata, lecz śmiertelnego wroga.
W końcu Chamutbej wyrwał się z okrążenia kobiet, ruszył w kierunku swego wierzchowca i wskoczył w siodło.
– Płacz, matko – moja żywicielko! – krzyknął przez łzy. – Płaczcie moje mleczne siostry! Ja, wasz wychowanek, płaczę razem z wami. Szlochajcie teraz, bo potem nie zdążycie! Płaczcie, bo zginął kraj Ubychów. A ty, Hadżi Kerantuchu, ty, który teraz śmiejesz się zapewne z mego płaczu, pamiętaj, że nie na moją, lecz na twoją głowę spadnie przekleństwo twego narodu!
Nie wstydząc się łez i nie wycierając ich z twarzy, książę uderzył batogiem konia i popędził jak niespełna rozumu przez polanę, jakby chciał jak najszybciej zostawić za sobą szlochanie i zawodzenie kobiet. Wyprzedzając się nawzajem, ruszyli za nim i jego towarzysze.