Ostatnia narada w kasztanowym domu

Rada lub, jak później zwykliśmy mówić w Turcji, medżlis, rządząca narodem Ubychów składała się z trzynastu członków oraz dwóch przedstawicieli abchaskich plemion Sadzów i Achczypsowców, które w owym czasie bardziej skłaniały się ku nam niż ku Abchazom.

Kraj Ubychów dzielił się na jedenaście części, coś w rodzaju tureckich wilajatów . Każdy z przywódców poszczególnych części zasiadał w radzie. Nasze strony reprezentował Szardyn, syn Alou. Oprócz nich w skład rady wchodziły jeszcze dwie osoby: nasz naczelny mułła Sachatkeri i Musa, jak mi się wtedy wydawało, najbardziej uczony wśród Ubychów. Później zrozumiałem jednak, że był on po prostu jednym z nielicznych, którzy umieli czytać i pisać. Siedział i zapisywał wszystko, co postanowiono na posiedzeniach rady. Nigdy nie słyszałem jego głosu, zawsze siedział w milczeniu, z nisko opuszczoną głową przy małym trójkątnym stoliku, na którym leżało mnóstwo piór. Brał raz jedno, raz drugie i dokładnie zapisywał arabskimi literami wszystko, o czym mówiono.

Rada zbierała się we wsi Mitchas, gdzie mieszkał Hadżi Kerantuch i cały ród Berzeków, do którego należał. Latem zasiadała w cieniu kilku rosnących w półkolu wielkich dębów, zimą zaś w zbudowanym wspólnymi siłami i specjalnie do tego przeznaczonym kasztanowym domu. W tym właśnie domu podjęto decyzję o przesiedleniu Ubychów, w wyniku której jestem dzisiaj ostatnim człowiekiem, który może porozmawiać z tobą po ubychsku.

Powoli nadchodziła wiosna. Dzień wcześniej był silny mróz, a nocą spadł deszcz tak ulewny, iż nad ranem jedynie w wąwozach utrzymały się niewielkie płachty brudnego śniegu. Po deszczu wypogodziło się, lecz gdy zbliżyliśmy się z Hadżi Kerantuchem do kasztanowego domu, zaczął padać deszcz ze śniegiem. Zwykle w takie dni nikt nie wychylał nosa z domu, jednak tego ranka na polanie wokół domu kłębiły się setki ludzi. Twarze mieli smutne jak na pogrzebie. Kerantuch zsiadł z konia koło kasztanowego domu. Pozostali członkowie rady już czekali i w ślad za nim weszli do środka.

Dobrze pamiętam, jak kasztanowy dom wyglądał w środku. Hadżi Kerantuch siedział z dala od wszystkich w dużym fotelu, a pozostali po jego lewej i prawej stronie na długich ławach. Za ich plecami stali, jak ich nazywaliśmy, „ludzie o sokolich umysłach”, nie szlachetnie urodzeni, lecz znani wśród Ubychów ze swych mądrych rad. Był wśród nich i Soulach, strażnik naszej świątyni – Bytchy. Hadżi Kerantuch już od wielu lat był uznawanym przez wszystkich przywódcą rady. Ja zaś, jako jego przyboczny, miałem prawo być przy nim w kasztanowym domu.

Jako ostatni tego ranka do kasztanowego domu wszedł mułła Sachatkeri. Szedł wolno, w swojej wysokiej czałmie , tak ostrożnie poruszając nogami jakby na głowie niósł dzban pełen wody. Minął wszystkich, na nikogo nie spoglądając, i usiadł najbliżej Hadżi Kerantucha.

Miejsca przywódców Sadzów i Achczypsowców były puste. Tego ranka nie pojawili się na naradzie. Przyszli za to wszyscy szanowani starcy oraz ci, którym przysługiwało prawo uczestnictwa w naradzie. Stali oni tłumnie za ławami zajętymi przez członków rady, w milczeniu wpatrując się w Hadżi Kerantucha, czekając, od czego zacznie obrady. Zwykle rozpoczynał porywczo, lecz tego poranka długo milczał, siedział z dłońmi opartymi o kolana i wzrokiem utkwionym w podłogę. Oczy miał opuchnięte z niewyspania. W końcu podniósł głowę, powiódł wzrokiem po zebranych, szybko wstał, zsunął w tył czarną papachę, poprawił kindżał i kładąc ręce na rękojeści przemówił:

– Wszyscy wiecie, jak przebiega wojna. Nie mogę niczego dodać do tego, co mówiłem wczoraj. Rosjanie nacierają ze wszystkich stron. Teraz podeszli już całkiem blisko, nie tylko od strony morza, ale i od północy. Już w nocy donieśli mi o tym nasi zwiadowcy. Na trzeci dzień, za waszą zgodą wysłałem do generała Hejmana swojego rodzonego wuja, aby podjął rozmowy o rozejmie. Do tej pory nie wiem, co się z nim stało. Może go zabili, a może wzięli do niewoli. Sami widzicie puste miejsca, może Sadzowie i Achczypsowcy nie przyjechali dlatego, że zaczęli się wahać. Jak już słyszeliście, nasi sąsiedzi, Szapsugowie, po długich wojnach złożyli broń. Natuchajcy zaczęli przesiedlać się za morze, a wszyscy pozostali zastanawiają się nad tym. Mam nadzieję, że Pschuwcy, Dalcy i Cebeldyńcy – jeśli nie przeszkodzi im w tym książę Abchazji Chamutbej Czaczba – dotrzymają słowa i przyjdą nam z pomocą. Dziś nastał najtrudniejszy dzień w dziejach Ubychów. Naród czeka na nasze postanowienie, chce wiedzieć, dokąd go powiedziemy. Radźmy więc, cóż mamy uczynić. Choć przychodzi nam to z trudem, za późno już, aby odwlekać podjęcie decyzji!

Hadżi Kerantuch powiódł swoim silnym i ciężkim wzrokiem po wszystkich siedzących i stojących wokół niego w kasztanowym domu, po czym siadł, opierając dłonie o kolana i wbił spojrzenie w podłogę. Milczenie trwało dłuższą chwilę. Starałem się odgadnąć, kto przemówi następny. Myślałem też o Szardynie, który już dawno postanowił przesiedlić się do Turcji, lecz wątpliwe, aby oznajmił to w obecności Hadżi Kerantucha. Jeśli o tym powie, z pewnością poleje się krew. Bijąc się myślami, spoglądałem na Szardyna, który był jednak tak spokojny, jak gdyby nie działo się nic nadzwyczajnego. Szarpał jedynie od czasu do czasu koniuszek swojej czarnej brody.

Jako pierwszy niespodziewanie z miejsca podniósł się mułła Sachatkeri. Najpierw uniósł rozłożone dłonie na wysokość swojej przerzedzonej brody i drżącym głosem wyśpiewał słowa modlitwy:

– O Allachu, jesteśmy twoimi rabami, nie pozbawiaj nas grzesznych twojej miłości, błogosław nam! – potem skrzyżował ręce na piersi i zmierzył wzrokiem wszystkich obecnych w domu. Wyciągnął nawet szyję, aby dostrzec tych, których zasłaniali inni. – Wszechmocny Allach wypisał przeznaczenie na naszych czołach. Być może nie na zawsze, ale przynajmniej na jakiś czas nasz naród musi porzucić tę ziemię. Sprzeciwianie się losowi zesłanemu przez Allacha jest grzechem! Giaurzy zmuszają nas, aby wybrać drogę wygnania, która przez morskie odmęty zawiedzie nas do ziemi sułtana, władcy połowy świata. Ta ziemia obiecana wolą sułtana czeka na wszystkich muzułmanów! Chcę zapytać was, czcigodni członkowie rady: jeśli rzeczywiście tak jest, to cóż nas tu jeszcze zatrzymuje? Na co czekamy? Szatańskie zamysły rosyjskich generałów chcących przesiedlić nas na równiny Kubania mogą wzbudzać w nas tylko odrazę. Jak my, prawowierni, mielibyśmy żyć w siedlisku giaurów? Kto z nas zechce trafić do tego piekła, jeśli droga do prawdziwego raju na ziemi stoi przed nami otworem?

Dla wielu z zebranych w kasztanowym domu słowa Sachatkeri nie były nowością. Jeszcze nigdy nie mówił o tym tak otwarcie, na posiedzeniu rady, jednak przez ostatnich kilka lat w rozmowach z ludźmi wzywał do przesiedlenia się do Turcji. Zauważyłem, że na twarzach tych, którzy wcześniej nawet słyszeć nie chcieli o wyjeździe, teraz można było dostrzec wyraz aprobaty. Nie wszyscy jednak myśleli w podobny sposób. Pierwszy, niczym użądlony, poderwał się Nouryz, syn Barakaja, znany ze swego niepohamowanego temperamentu. Niski, lecz silny i szeroki w barach, zerwał z głowy papachę, cisnął ją przed sobą na podłogę, zmarszczył gęste czarne brwi i krzyknął:

– To nie zebranie mężczyzn, tylko zlot staruch i czarownic! Po co już trzeci dzień siedzimy tu i strzępimy języki, podczas gdy prawdziwi mężczyźni walczą z bronią w ręku? Jeżeli dalej mamy zamiar tak postępować, zdejmijmy choć z siebie męskie odzienie, żeby go nie hańbić. Ubierzmy się lepiej w kiecki, zacznijmy gotować mamałygę dla giaurów i usługiwać im przy stole. Chłopi przestają płacić nam daniny, bo my, szlachta, przestajemy być wojownikami. Właściciel konia nie musi prosić, żeby mu go pożyczono! Mamy swoją ziemię, po co będziemy prosić, aby ktoś dał nam cudzą? Nasz dom jest tu, nie na Kubaniu albo w Turcji. Niech tchórze idą, gdzie chcą, a odważni niech walczą, dopóki żyje choć jeden Ubych!

Podniósł papachę z ziemi, strząsnął z niej kurz i położył obok siebie.

– Nouryz ma rację! – rozległo się naraz kilka głosów.

– Nie byliśmy i nie będziemy niewolnikami! – krzyknął Murat, syn Chiripsa, wysoki, chudy, czarnobrody z głową ogoloną na łyso. – Jeśli się nie poddamy, przyłączą się do nas wszyscy ci, którzy teraz boją się, że złożymy broń.

– Zaczekajcie! Ten, kto podejmuje nieprzemyślaną decyzję, ginie, zanim zdąży wystrzelić – pośród ogólnego hałasu i zamieszania rzekł głośno i powoli starzec Sit. Był to nasz krewny, mąż najstarszej z moich ciotek, uważany wśród chłopów za człowieka mądrego i sprawiedliwego. Często prosili go o rozstrzyganie sporów, nawet tych najbardziej ostrych, których przedmiotem była ziemia i przelana krew. Nawet Hadżi Kerantuch liczył się z jego zdaniem.

Usłyszawszy głos Sita, uczestnicy narady zwrócili się w jego stronę, jednak ten niczego już nie dodał.

– Jesteś mądrym człowiekiem, Sicie – powiedział Kerantuch. – Skoro zacząłeś, kontynuuj. Chcemy znać twoje zdanie.

– Rozum mój jest za słaby dla tak trudnej sprawy – powiedział Sit. – Trzej moi synowie poszli walczyć i nie wiem, co się z nimi dzieje. Ale jeśli wrócą żywi, wszyscy czterej uszanujemy waszą decyzję bez względu na to, jaka będzie. Proszę was jednak, abyście się nie spieszyli i dobrze pomyśleli. Nie popełnijcie błędu! Nie pomylcie porannej zorzy z wieczorną. Moje stare oczy chcą widzieć zorzę poranną, lecz widzą tę, która pojawia się po zachodzie słońca, krwawą i broczącą gorzkimi łzami.

Dopiero po upływie wielu dni zamyśliłem się nad słowami starca Sita. Wtedy nie zwróciłem na nie uwagi, bowiem mój wzrok spoczywał przede wszystkim na dwóch ludziach. Od jednego z nich w dużym stopniu zależał los wszystkich Ubychów, od drugiego – przyszłość mojej rodziny. Szardyn, syn Alou, siedział w milczeniu, zupełnie spokojnie, tak jakby w duchu podjął już decyzję. Hadżi Kerantuch także milczał. Zdawał mi się niezdobytą twierdzą, która nigdy nikomu się nie podda. Grzech przyznać, ale tamtego dnia wierzyłem w niego bardziej niż w Allacha!

W ciszy, która na dobrą minutę zapadła po słowach Sita, podniósł się Achmed, syn Barakaja, młodszy brat niepohamowanego Nouryza. Podobnie jak brat był barczysty, ale jednocześnie tak wąski w pasie, iż wydawało się, że można go przeciąć nożycami. Miał krótko przystrzyżoną brodę, a spod czerkieski z czarnego sukna prześwitywał białośnieżny archałuk . Wiedziałem, że Hadżi Kerantuch nienawidzi w duchu tego człowieka, skrywał jednak swoje uczucie, obawiając się, że w razie otwartego konfliktu między nimi Achmed przejdzie na stronę Rosjan.

Achmed, syn Barakaja, nie przemówił od razu. Najpierw pogładził rękojeść swego szykownego, spoczywającego w srebrzystej pochwie kindżału, potem wyjął złoty zegarek, spojrzał na niego, szczęknął zamknięciem, schował i dopiero wtedy rzekł wysokim, donośnym głosem:

– Nie raz już spieraliśmy się o to, co Ubychowie powinni uczynić. Doczekaliśmy w końcu chwili, w której wisimy nad skrajem przepaści na cienkiej gałązce, która trzeszczy nad naszymi głowami. Kto jest temu winien? Przede wszystkim my sami. Nie zawaham się powiedzieć otwarcie tego, o czym i tak każdy z nas już wie. Nie powinniśmy byli wojować z niezliczonymi wojskami rosyjskiego cara. I nasi przodkowie, i my sami walczyliśmy jakby z zasłoniętymi oczami, bojąc się ujrzeć siłę wroga i porównać ją z naszą.

– Czyżbyś obudził się dopiero dzisiaj, Achmedzie, synu Barakaja?! – krzyknął podrywając się na równe nogi Hadżi Kerantuch. – Czy nie ty sam w te dni, gdy przewodził nam Hadżi Berzek, najgłośniej za wszystkich wzywałeś do wojny? Czy nie jeździłeś do Turcji i Anglii po pomoc? Nie przywoziłeś nam na statkach armat i strzelb? Dlaczego więc mówisz dziś jakbyś się dopiero co urodził?

– Albo jak zając, który chce zatrzeć za sobą ślady! – dodał mułła Sachatkeri.

Achmed nie reagował, dopóki nie ucichły krzyki i przekleństwa.

– Masz rację, Hadżi Kerantuchu – powiedział. – Myliłem się, podobnie jak wy wszyscy, i nie rzadziej niż wy wszyscy dobywałem szabli przeciwko Rosjanom. Ale bez względu na naszą odwagę grozi nam zagłada. Od chwili, gdy po raz pierwszy sięgnęliśmy po broń, uderzaliśmy głową o kamień. Efekt jest taki, że głowa rozbita, a kamień pozostał cały. Nie można o wszystko obwiniać wyłącznie generałów rosyjskiego cara. Był czas, kiedy my, wodzowie Ubychów, zawieraliśmy z nimi pokój i zgadzaliśmy się otrzymywać oficerskie pagony i pensje. Jednak potem sami wznowiliśmy wojnę, licząc na pomoc sułtana. Tylko że sułtan, który chcąc, żebyśmy przelewali za niego krew, wpoił nam wiarę w to, że jest wszechmocny, teraz sam boi się zadrzeć z naszego powodu z carem. Oto dlaczego nasze położenie jest tak trudne. Już dawno powinniśmy byli to zrozumieć i pogodzić się z Rosjanami.

W tym momencie Nouryz nie wytrzymał i przerwał swemu młodszemu bratu.

– Jeśli któryś z nas rozbił głowę, to ty! – krzyknął. – Ty przyszedłeś tu z rozbitym łbem i żałosną radą, aby prosić giaurów o litość. Jeśli nawet ktoś z tutaj obecnych zgodzi się z twoim tchórzliwym pomysłem, odpowiedz mi bracie, jak my, urodzeni przez jedną matkę, możemy pogodzić się z Rosjanami? Kto przebił bagnetami dwóch naszych braci? Kto zapłaci za ich krew, jeśli staniemy się przyjaciółmi giaurów? Przysięgam na zmarłego ojca, że jeśli jeszcze raz powiesz, że chcesz pokoju z niewiernymi, zarąbię cię. Nie doprowadzaj mnie do bratobójstwa. Idź stąd! Zostaw nas!

Zdążył już do połowy wyjąć kindżał, ledwie udało się go powstrzymać.

– Pozwól mi skończyć – stojąc wciąż w bezruchu, nie odwracając się nawet w stronę brata, powiedział Achmed z wzrokiem utkwionym w Hadżi Kerantucha. – Nawet jeśli skażecie mnie na śmierć, zgodnie ze zwyczajem i tak przysługuje mi prawo do ostatniego słowa.

– Ty już wszystko powiedziałeś! – wrzasnął Nouryz.

– Zaczekaj. Wysłuchajmy go do końca – powiedział Kerantuch.

– Jak zapewne wiecie, Gruzinów jest znacznie więcej niż nas, a jednak nie wystąpili przeciwko rosyjskiemu carowi – rzekł Achmed, gdy w domu zapanowała wreszcie cisza. – Megrelowie żyjący za rzeką Inguri zawarli z Rosjanami pokój. Zostali poddanymi cara, ale zachowali swoją ziemię i język, a to znaczy, że może kiedyś uda im się odzyskać wolność.

– Wszystkiego się po tobie spodziewałem, Achmedzie, synu Barakaja, ale nie tego, że możesz zdradzić swoją wiarę – rzekł mułła Sachatkeri. – Do kogo nas porównujesz? Gruzini i Rosjanie są chrześcijanami, mają wspólną wiarę, dlatego zawarli pokój. Zaś my, muzułmanie, zawsze będziemy wrogami giaurów.

Mułła podniósł się, żeby wypowiedzieć te słowa. Kiedy skończył, ponowie usiadł, jakby dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, by ktoś odważył mu się sprzeciwić. Głos ponownie zabrał jednak Achmed.

– Dostojny Sachatkeri – powiedział – dobrze wiesz, że tysiąc lat temu przyjęliśmy wiarę chrześcijańską i w narodzie do dziś pozostała o tym pamięć. Choć od dawna uważamy się za muzułmanów, wciąż świętujemy Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie byliśmy wrogami giaurów dawniej, nie musimy nimi być i w przyszłości.

Tym razem Nouryz cisnął papachę o ziemię i wydobył z pochwy kindżał.

– Hadżi Kerantuchu, słyszałeś jak przysięgałem na mojego zmarłego ojca? Jeśli natychmiast nie wygonisz stąd tego człowieka, zarżnę go jak bydlę, tu, w tym domu! Achmedzie, nie jesteś synem Barakaja, nie jesteś moim bratem, ale potajemnie ochrzczonym przez Rosjan odstępcą od wiary. Jesteś zdrajcą i grzesznikiem. Zostaw nas!

Choć stojący obok Nouryza rzucili się na niego, ledwie udało im się go powstrzymać. Hadżi Kerantuch zaczął chodzić to wprzód, to w tył, po chwili powoli podszedł do Achmeda.
– Co chcesz nam jeszcze powiedzieć? Że przekonali cię rosyjscy generałowie? Będąc w Anglii, dostałeś w prezencie złotą szablę, a czym tym razem cię przekupili? Gdy wróciłeś z Anglii, wlałeś w nasze serca nadzieję, że Anglicy udzielą nam wsparcia, i podjudzałeś wszystkich przeciwko Rosjanom. Dziś, gdy – jak sam mówisz – wisimy na suchej gałązce, chcesz umyć ręce? Jesteś skończony!

– Wszyscy jesteśmy skończeni. Przede wszystkim ty – podobnie jak poprzednio spokojnie, nie podnosząc głosu, powiedział Achmed. – Czy to ja jestem winny temu, że Anglicy nas oszukali? Tak, przywiozłem niemało broni. Ale coraz wyraźniej widzę, że nie będą oni walczyć z carem z naszego powodu. Kim my dla nich jesteśmy? Garstką dzikich ludzi! Kiedy byłem w Londynie, częściej zwracali uwagę na moje dziwne dla nich ubranie niż na nasze nieszczęście. I nie strasz mnie rosyjskimi generałami. Nawet w tych miejscach, które zajęli siłą, przelewając wiele krwi, nie mordowali jeńców ani ich żon i dzieci. Nawet Szamila i jego żon nie zabili, tylko wywieźli do Rosji. Dagestańczycy, którzy podporządkowali się ich sile, nie zostali wygubieni i dalej żyją w swoich domach. Nasi sąsiedzi, Szapsugowie, a raczej ci z nich, którzy nie przesiedlili się za morze, dalej mieszkają u siebie. Nie gorzej od ciebie znam okrucieństwo rosyjskich generałów, kiedy prowadzą wojnę. Jednak kiedy nie walczą, nie są mordercami. Słyszałam, że znalazł się nawet wśród nich jeden taki, który stworzył dla górali litery i chce zestawić z nich alfabet. Widzę tylko dwa wyjścia dla naszego narodu: zginąć co do ostatniego w bitwach albo zrozumieć, że wróg zwyciężył i niech teraz postępuje z nami tak, jak mu podpowiada sumienie. Bardziej wierzę tym, którzy szli przeciwko nam z obnażonymi szablami, niż tym, którzy potajemnie sprzedawali nam broń, ale nigdy nie chcieli przelać za nas krwi. Nie raz byłem w Turcji i wiem, że nie czeka nas tam nic dobrego. Jako mężczyźni nie możemy przecież, tak jak nasze siostry, zostać nałożnicami w haremach. Ten, kto porzucił swoją ziemię, będzie cierpiał zawsze! Wiem jedno: jeśli my, Ubychowie, ją porzucimy, zginiemy. A teraz róbcie ze mną co chcecie: wyganiajcie albo zabijajcie.

Powiedziawszy to, Achmed nie usiadł na swoim miejscu, lecz wciąż stał wśród tłoczących się dokoła ludzi. Sam już nie uważał się za członka rady. Jego ostatnie słowa zrobiły tak silne wrażenie, że w domu na długo zapanowało milczenie. Nagle z zewnątrz dobiegł tętent koni, a potem szybkie kroki. Do domu wszedł wuj Hadżi Kerantucha Berzek Arsłan-bej. Nie odwracając się, zrzucił z pleców mokrą burkę na ręce przybocznego i z nisko opuszczoną głową stanął przed członkami rady. Oni również wstali, jakby chcąc w ten sposób uchwycić straszny ciężar, który zaraz miał spaść na ich ramiona.

– Z czym wracasz? – spytał Hadżi Kerantuch.

– Przynoszę złe wieści – powiedział Berzek Arsłan-bej. – Generał Hejman długo nas nie przyjmował. Czekaliśmy na niego niczym aresztanci. Potem, gdy wreszcie żołnierze przyprowadzili nas do niego, nie chciał nas nawet wysłuchać, powiedział jedynie: „Już za późno. Między nami nie będzie pokoju! Ci z was, którzy zgadzają się przesiedlić na równiny Kubania, niech kierują się w naszą stronę, przepuścimy ich. A dla tych, którzy chcą przesiedlić się do Turcji, oswobodzimy trzy drogi. Niech idą nimi w stronę morza i wsiadają na statki, które tam czekają. Jednak żadnemu z was nie pozwolimy pozostać na ziemi, na której dotąd żyliście.”

Odesłał nas z powrotem, sam zaś wznowił działania wojenne, paląc i niszcząc wszystko na swojej drodze. Posuwa się bardzo szybko i za dwa-trzy dni będzie tutaj! Nie do końca wiedziałem, co ma nastąpić, ale przeczuwałem, że czeka nas coś strasznego. Mimo to z nadzieją patrzyłem na Hadżi Kerantucha. On jednak złapał się za głowę i bezsilnie opadł na swoje miejsce, jakby jakaś niewidzialna siła pociągnęła go w dół. Niektórzy usiedli w ślad za nim, inni stali w oszołomieniu. Z pewnością widziałeś kiedyś las połamany przez huragan. Tak właśnie wyglądali wtedy Ubychowie zebrani w domu narad.

Znowu dał się słyszeć tętent konia i do domu, ciężko dysząc, wbiegł człowiek ściskający w ręce mokry baszłyk i nahajkę.

– Hadżi Kerantuchu, główny kapitan tureckich statków Sulejman-efendi kazał przekazać ci, że już trzecią dobę stoi u brzegu i nikt mu za to nie płaci. Jeśli do dzisiejszej nocy nie zadecydujecie, czy jesteśmy wam potrzebni, nasze statki wraz ze statkami angielskich przemytników odpłyną w morze!

– Zabieraj się stąd! – wściekle warknął Kerantuch.

Posłaniec wyszedł ze spuszczoną głową. Nie powinien był mówić przy wszystkich tego, co miał do przekazania Hadżi Kerantuchowi na osobności. Tym samym wydał, że wódz Ubychów podjął decyzję jeszcze przed zwołaniem narady. Wtedy jednak jeszcze nie rozumiałem w pełni znaczenia słów posłańca.

– Niech wyjdą wszyscy poza członkami rady – rzekł Hadżi Kerantuch. – I ty Achmedzie, synu Barakaja, także wyjdź, nic tu po tobie.

Przepuszczając przodem starszych, zaczęliśmy wychodzić jeden za drugim. Na końcu wyszedł Achmed. Zaczynało zmierzchać. Wypogodziło się, słońce nie dawało jednak ciepła z powodu przenikliwego wiatru. Cała polana zapełniona była ludźmi, pieszymi i konnymi. Ojca zauważyłem dopiero, gdy objął mnie ramieniem i wyprowadził z tłumu.

– Co postanowiła rada: przesiedlamy się, czy zostajemy? – spytał.

– Wciąż trwają spory – odpowiedziałem.

– Komu to jeszcze potrzebne? Czas już je za nas rozstrzygnął – powiedział ojciec. – Nasz mleczny brat miał rację. Poczekaj tu, dopóki nie wyjdą członkowie rady, ja tymczasem wrócę do domu Szardyna. Byłem tam już. Przygotowuje się do przesiedlenia i prosił mnie o pomoc. Rozmawiałem też z sąsiadami, niektórzy się nie zgadzają, ale niech teraz sam Szardyn przyjedzie z nimi porozmawiać!

Byłem oszołomiony. Ojciec rozmawiał ze mną tak, jakby wszystko było już postanowione. Czyżby to była prawda? Pełen niepokoju stałem oparty o płot, gdy z domu wyszli członkowie rady wraz z Hadżi Kerantuchem. Na ich widok tłum zbliżył się do kasztanowego domu.

– Wysłuchajcie naszego postanowienia – powiedział Hadżi Kerantuch. Słysząc jego znajomy donośny głos, pomyślałem, że zaraz poprowadzi nas w bój. – Dzisiaj o północny przerywamy wojnę z Rosjanami. Zwyciężyli nas, więc niech władają naszą ziemią, ale nie nami! Jutro w południe zbierzemy się w naszej świątyni Bytchy, aby złożyć przysięgę, że zawsze będziemy trzymać się razem. Przeklęty niech będzie ten, kto wybierze inną drogę! Siodłajcie konie i jedźcie uprzedzić ludzi we wszystkich wsiach kraju Ubychów o naszej decyzji. Poślemy też gońców do Achczypsou, Pschu, Dala i Cebeldy. Długo walczyliśmy ramię w ramię, niech teraz jadą razem z nami. Po złożeniu przysięgi zejdziemy jutro nad morze i wsiądziemy na statki.

Prawdę mówiąc, bardziej spodziewałem się śmierci niż czegoś podobnego. Gdzie się podział Hadżi Kerantuch, bohater bohaterów, który tyle razy prowadził nas w krwawe bitwy, który – jak wierzyliśmy – nie padnie na kolana przed żadnym wrogiem? Wcześniej myślałem o sobie jako o przybocznym olbrzyma. Teraz stał przede mną zwykły człowiek doradzający nam, jak najłatwiej uciec przed nieprzyjacielem.

Nagle ktoś trącił mnie ramieniem, podszedł do przodu i stanął przed Hadżi Kerantuchem. Był to Rosjanin Afanasij – były rosyjski żołnierz, który dwadzieścia lat temu dobrowolnie przeszedł na naszą stronę, ożenił się z Ubyszką, nauczył się naszego języka i obyczajów. Zdjął swoją wojłokową czapkę i nisko się pokłonił.

– Pozwól mi, proszę, powiedzieć choć jedno słowo.

Hadżi Kerantuch nie odpowiedział ani „tak”, ani „nie”, więc stary żołnierz odwrócił się w naszą stronę i powiedział po ubychsku:

– Wiara i krew łączą mnie z tymi, którzy walczą teraz przeciwko wam, macie więc prawo mi nie ufać! Ale pierwsze, co zrobi rosyjski generał, kiedy tu przyjdzie, to powiesi mnie na drzewie, dlatego powinniście mi uwierzyć! Nie chciałem do was strzelać, dlatego odszedłem z armii carskiej. Wasza siostra została moją żoną i urodziła mi dwóch synów. Przez wzgląd na nich, w imię nieba i ziemi, w imię Boga i wszystkich świętych, nie spieszcie się z wyjazdem do Turcji. Nie wiecie co was tam czeka! Nie wyjeżdżajcie! Niech będzie, co ma być!

– Milcz giaurze! – krzyknął mułła Sachatkeri i zacisnął pięści, jakby chciał go uderzyć.

– To Rosjanin. On chce żeby żołnierze przyszli tu i przebili nas bagnetami! – zawołał ktoś z tłumu.

Stojący obok mnie malutki, zgięty w pół staruszek, wsparłszy się mocno na kiju, który wbił się głęboko w mokrą ziemię, ciężko westchnął i szepnął:

– Szczęśliwi nasi przodkowie, którzy umarli, nie doczekawszy tych strasznych czasów.

– Przynieście siano – rozkazał Hadżi Kerantuch. Kilku chłopców pobiegło w stronę okapu przy uwięzi dla koni, pod którym leżało siano dla wierzchowców. Kerantuch ponaglał ich, gdy jeden za drugim wbiegali do domu z naręczami siana, po czym wracali po następne. Kiedy przenieśli już prawie całe siano, Hadżi Kerantuch zatrzymał ich, wszedł do domu i podpalił go. Kiedy wychodził na zewnątrz, z gęstego dymu tuż za jego plecami wyłoniły się ostre języki płomieni. Zebrany wokół tłum zafalował i zaszumiał:

– Czym zawinił ten dom?

– A komu chciałeś go zostawić?

– O Allachu, zmiłuj się nad nami!

– Lepiej, żeby zabili nas tu, niż mamy utonąć wraz ze statkami po drodze!

– Jeśliś taki odważny, to bierz broń i wyjdź na spotkanie generała!

Nagle, pośród zgiełku, dał się słyszeć przeszywający i pełen rozpaczy głos:

– A swoje domy też mamy podpalać?

Pożar stawał się coraz silniejszy, w okolicznych obejściach zaczęły szczekać, a później wyć psy. Hadżi Kerantuch poszedł w stronę uwięzi dla koni, gdzie stał jego rumak. Zatrzymał się jednak w połowie drogi, czekając zapewne, że jak zwykle pospieszę podprowadzić mu konia i podać strzemię, gdy będzie wsiadał. Lecz ja nie podszedłem. Stałem w tłumie i patrzyłem, jak płonie kasztanowy dom. Z pewnością ktoś inny pomógł Kerantuchowi dosiąść konia. Dostrzegłem tylko, jak przegalopował obok, oświecony łuną.

A dom płonął. Ogień przeszedł przez dach i ulatywał w wieczorne niebo, wyrzucając w górę iskry. Ludzie wciąż się nie rozchodzili, jakby przed odpłynięciem w nieznane chcieli zaczerpnąć z tego ognia ostatnią garść ciepła. A mnie wydawało się, że spadam w bezdenną przepaść. Majaczyły twarze zmienione przez strach i ból, błędne oczy, szepczące coś usta, drżące podbródki. Ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłem się i ujrzałem Szardyna, syna Alou, siedzącego na swoim niewysokim mule.

– Czym prędzej siadaj na koń i podążaj za mną! Dzięki Bogu, poznałeś teraz prawdziwe oblicze swego pana Hadżi Kerantucha, za którego chciałeś oddać swoją głupią głowę – zaśmiał się złowieszczo i popędził muła.

„Masz ty w ogóle serce, jeśli możesz śmiać się w takiej chwili?” – pomyślałem, drżąc z rozpaczy. Już nie szanowałem Hadżi Kerantucha, ale Szardyna nienawidziłem odtąd jeszcze bardziej.



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!