Na ojczystej ziemi

– Nieprawdę mówią, drogi Szarachu, że człowiek może zapomnieć język, który wyssał z mlekiem matki. Nie, nie może, tak jak ja nie mogę zapomnieć swojej matki. Już w młodości znałem trzy języki. Jeśli stanąć twarzą w stronę morza, to na prawo od nas, Ubychów, żyli Czerkiesi, zaś na lewo – Abchazi. Dlatego znam nie tylko abchaski, ale też czerkieski, choć trochę gorzej. Byliśmy tak bliskimi sąsiadami, że nie mogliśmy nie znać swoich języków. Mój ojczysty ubychski słyszałem zawsze i wszędzie wokół siebie, w domu i poza nim, więc jak mógłbym go zapomnieć? Abchaski znałem od matki, a po czerkiesku dobrze mówiła moja babka, która opowiadała mi w dzieciństwie czerkieskie bajki i przysłowia, zadawała zagadki. Pamiętam, jak idzie ze mną do młyna niosąc na głowie bukłak pełen ziarna; jednocześnie swobodnymi rękoma przędzie wełnę, opowiadając mi czerkieskie bajki i śmieszne historyjki. Kiedyś opowiedziała mi pewną bajkę. Nasza pamięć jest jak durszlak, jedno zostaje, coś innego wypływa. Akurat tę czerkieską bajkę zapamiętałem i zaraz ci ją opowiem.

Żył ongiś człowiek, który rozumiał wszystkie języki: i wilczy, i zajęczy, i mrówczy. Pewnego razu, idąc po lesie, niechcący nadepnął na mrówkę, która rozgniewana krzyknęła:

– Co za dureń nie patrzy pod nogi?

Słysząc krzyk, człowiek złapał mrówkę, położył ją na dłoni i ze zdziwieniem zaczął się jej przyglądać.

– Jaką ty masz wielką głowę?

– Po to, żeby miał się gdzie pomieścić rozum – rzekła mrówka.

– A czemu masz taką cienką talię?

– A dlatego, że żyję nie po to, aby jeść, tylko jem po to, aby żyć.

– Ile w takim razie zjadasz przez cały rok?

A mrówka na to:

– Na rok wystarczy mi jedno pszeniczne ziarno.

– Dobrze. Zobaczymy, czy wystarczy ci jedno ziarno – powiedział człowiek i zamknął mrówkę w pudełku, wrzucając tam uprzednio ziarenko pszenicy.

Po roku przypomniał sobie o mrówce, otworzył pudełko i ze zdziwieniem stwierdził, że przez ten czas zjadła tylko pół ziarenka.

– Dlaczego zjadłaś tylko połowę ziarna? – spytał.

– Dlatego, że głupi człowiek, który – choć nic mu nie zawiniłam – wrzucił mnie do tego więzienia, mógł przypomnieć sobie o mnie nie za rok, ale za dwa. Na wszelki wypadek zostawiłam więc sobie połowę ziarna – odparła mrówka.

Z pewnością dlatego tak dobrze zapamiętałem tę bajkę, bo na długiej drodze mego życia sam niejednokrotnie czułem się jak ta mrówka. Pomagała mi jednak najczęściej nie mądrość, lecz siła i wytrwałość. Gdybym miał tyle rozumu co siły, moje życie z pewnością potoczyłoby się zupełnie inaczej. Moja matka, jak ci już z resztą mówiłem, była Abchazką z Cebeldy z rodu Szat-Ipa. Nie wiem, czy uczyła mnie mówić po abchasku, po prostu znałem ten język od kiedy tylko sięgam pamięcią. Kiedy byłem mały, i później, gdy miałem już kilkanaście lat, niejednokrotnie mieszkałem w Cebeldzie u moich wujów. Mieli wielką, gościnną rodzinę i kiedy byłem u nich zimą, nieraz słyszałem opowieści i pieśni znamienitych w okolicy mistrzów, którzy chętnie przychodzili lub przyjeżdżali do domu moich krewnych.

Tam usłyszałem baśń o Abrskilu, walczącym z samym Bogiem i opowieść o starodawnych bohaterach – Nartach . Pamiętam, że gdy chciano kogoś pochwalić za umiejętność pięknego opowiadania, porównywano go do mitycznego Narta, który swoją opowieścią sprawił, że woda zakipiała w kotle. W domu moich krewnych najbardziej ceniono gościnność oraz krasomówstwo.

Coś często dziś wspominam zmarłych… Wszystko, co znałem w dzieciństwie, wyryte jest w mojej pamięci jak napis na kamiennej płycie. Płyną lata i ani deszcz, ani śnieg, wiatr, ani piasek nie mogą tego zatrzeć. Nie dziw się, Szarachu, że pamiętam języki swego dzieciństwa. Dziwiłbym się samemu sobie, gdybym je zapomniał. Potem życie nauczyło mnie jeszcze tureckiego i arabskiego. Było ciężkie, ale i takiego, jakie miałem, nie przeżyłbym, nie znając tych dwóch języków. Nie uczyniły mnie szczęśliwszym, ale i nie pozwoliły umrzeć.

Powiedziałeś mi wczoraj, że ani w Turcji, ani w Syrii, ani w innych miejscach nie spotkałeś żadnego człowieka oprócz mnie, który mówiłby językiem Ubychów. Mówiłeś też, że na Kaukazie również nie ostał się żaden człowiek znający ten język. Może nie zrozumiałem cię dobrze, ale pewnie chcesz przez to powiedzieć, że język ubychski zniknął, że już go nie ma. Nawet jeśli masz rację, dla mnie nie jest to prawdą.

Przecież sam mówiłeś, że nieraz bywałeś w kraju Ubychów leżącym blisko was. Wystarczy przejechać rzekę Chostę i zbliżyć się do rzeki Soczi. Nie wiem jak teraz, ale wtedy była ona bardzo szeroka. Powiedz, czy kiedy stałeś na jej brzegu, nie słyszałeś, jak z tobą rozmawia? A może rozmawiała, ale nie zrozumiałeś tego, co mówiła? Jeśli płynie, to znaczy, że mówi. I przestanie mówić dopiero wtedy, gdy w jej korycie wyschnie ostatnia kropla wody. Z pewnością, gdy wędrowałeś po kraju Ubychów, nie mogłeś nie zwrócić uwagi na święte miejsce, gdzie była przechowywana wszechmogąca Bytcha. U stóp wysokiego wzgórza rozpościerała się zielona polana, a na jego szczycie rosło siedem olbrzymich dębów, które swoim cieniem ochraniały naszą świątynię. Ich gałęzie splatały się nawzajem, a liście szeleszcząc rozmawiały ze sobą. Czyżbyś nie słyszał, gdy tam stałeś, jak gaworzą między sobą w naszym języku? Czyżbyś nie widział na pniach dębów niezliczonych szram – śladów po płonących tam świecach, które przyklejali do drzew każdej wiosny pielgrzymi przybywający, aby oddać cześć Bytsze?

Widziałeś pod siedmioma dębami nigdy nie wysychające źródełko ze świętą wodą? Czy kiedy nad nim stałeś, nie słyszałeś jego głosu? A byłeś w Maceście? Tam, gdzie płynie ognista woda? Gdzie ziemia leje gorące łzy? Czyżby ta wypływająca spod ziemi ognista woda niczego ci nie powiedziała?

Nawet jeśli nie zauważyłeś i nie usłyszałeś niczego innego, nie mogłeś przecież nie widzieć morza, omywającego nasz kraj. Czyżby nie rozmawiało z tobą? Czyżby nic ci nie rzekło?

A mogiły naszych przodków z kamieniami u wezgłowia? Nieprawda, że kamienie nie umieją mówić. One także mogą z tobą porozmawiać, jeśli twoja pamięć nie uschła, jeśli umiesz wsłuchać się w ciszę. A pieśni tamtejszych ptaków, których tutaj nie spotkasz? Ich języka też nie słyszałeś?

Nie, drogi Szarachu, język nie umiera tak łatwo, jak ci się wydaje, ponieważ nie żyje on tylko na końcu ludzkiego języka i nie tyko wewnątrz niego, ale także w wodzie, ziemi i kamieniach. Wierzę, że tam, w ziemi Ubychów, gałąź z gałęzią, kamień z kamieniem i ruczaj z ruczajem do tej pory rozmawiają w języku, którym ja mówię!

I mój ojciec, i mój dziad byli chłopami. Dziadek zmarł zanim się urodziłem i tylko z opowieści wiem, że był pasterzem, pasł bydło szlachcica i tym sposobem utrzymywał rodzinę. Mój ojciec Chamirza został rolnikiem, uprawiał proso i kukurydzę. Pracował od rana do nocy tak ciężko, że w młodości widywałem go tylko śpiącego, gdy budziłem się w nocy.

Najpierw rodzicom urodziła się moja najstarsza siostra Ajsza, potem ja, następnie mój brat Mata, a później jeszcze dwie siostry bliźniaczki Dżuna i Kuna. Aż do przesiedlenia do Turcji mieszkaliśmy wszyscy razem, tylko Ajsza żyła w sąsiednim aule, gdzie wyszła za mąż za chłopa imieniem Garun. Mieliśmy kilka uli, każdej jesieni sprzedawaliśmy trochę kukurydzy i prawie cały miód oraz wosk. Za zarobione w ten sposób pieniądze kupowaliśmy sól, mydło i – co najważniejsze – proch. Kiedy wypadła susza lub silne deszcze, zostawialiśmy w domu młodszego brata Matę i razem z ojcem wędrowaliśmy w górę rzeki Soczi wycinać bukszpan. Dróg w górach nie było, dlatego gdy nacięliśmy bukszpanu, ciągnęliśmy go jucznymi wołami do brzegu, gdzie sprzedawaliśmy go tureckim kupcom. Płacili mało, a do tego musieliśmy jeszcze opłacać się Szardynowi, synowi Alou, do którego należał bukszpanowy wąwóz. Płaciliśmy mu jednak nieco mniej niż musielibyśmy zapłacić komuś innemu.

Była ku temu konkretna przyczyna: w kraju Ubychów, podobnie jak u was w Abchazji, z dawien dawna istniał szlachetny obyczaj wybierania atałyków . My chłopi, braliśmy na wychowanie dzieci ze szlacheckich rodów. Niekiedy zanim jeszcze dziecko się urodziło, chłopi posyłali najbardziej szanowanych ludzi ze swojego aułu jako gońców do przyszłego ojca i za ich pośrednictwem prosili, aby szlachcic pozwolił im dotknąć swych szat. Oznaczało to wejście z nim w pokrewieństwo. Jeśli szlachcic oddawał im na wychowanie swojego syna, a był przy tym człowiekiem bogatym i wpływowym, traktowali go jako swego obrońcę, licząc na pomoc. Jednak szlachta była w takich przypadkach bardzo wymagająca. Nie oddawała dzieci na wychowanie byle komu, lecz wybierała i rozważała, z którym z chłopskich rodów lepiej wejść w pokrewieństwo, kto okaże się bardziej przydatny i na czyje poparcie w razie czego, może liczyć.

Takim właśnie krewnym naszej rodziny był szlachcic Szardyn, syn Alou, wychowanek mojej babki. W jego lesie wycinaliśmy bukszpan, płacąc mniej niż płacilibyśmy komu innemu. A bywało, że w zamian po prostu posyłaliśmy mu podarki. Szardyn był mlecznym bratem nie tylko dla naszej rodziny, ale dla całego rodu Zolaków i wszyscy jego członkowie byli zobowiązani w razie konieczności stanąć w jego obronie. Szardyn, podobnie jak cała nasza szlachta, żył w ładnym, okazałym domu, zbudowanym z doskonale dopasowanych do siebie kasztanowych bali. Miał ziemię, lasy, pastwiska i pola uprawne. Mieszkańcy naszej wioski wypasali na jego łąkach swoje i jego bydło, razem siali, orali, a potem zbierali urodzaj z jego pól. Zbierali też dla niego winogrona, z których wyciskali wino.

Pamiętam, jak podczas świąt cały nasz ród przynosił mu prezenty: koźlę, jagnię albo cielaka. Nieśli orzechy, miód i wino, co kto mógł. Szardyn pozostał w mojej pamięci wojownikiem. Na jego podwórzu dniem i nocą stał osiodłany koń, broń również zawsze była w pogotowiu. I nie mogę przypomnieć sobie, aby zajmował się on czymś więcej oprócz wojny, grabieży i najazdów. Jeśli najazd był udany, Szardyn jechał na brzeg morza i sprzedawał niewolników kupcom, którzy przypływali na tureckich statkach i felukach. Kilku niewolników trzymał zawsze w domu jako służbę: jeśli wziął ich w niewolę, byli jego własnością i mógł ich sprzedać, zabić albo oddać za okup.

Kiedy zdarzały się kłótnie między sąsiadami albo szlacheckimi rodami – a zdarzały się często – Szardyn jeździł na wspólne wiece, gdzie je rozstrzygano. Mężczyźni z naszego rodu zawsze mu wtedy towarzyszyli, aby obronić w razie konieczności, lub pomścić, jeśli by go zabito.

Ludzie stanowiący jego ochronę zawsze się zmieniali: raz jeździł jeden, innym razem drugi. Mój ojciec Chamirza jako mleczny brat Szardyna jeździł za nim wszędzie. Powiadali, że w dawnych czasach kraj Ubychów był częścią Abchazji. Za moich czasów już tak nie było. Nie byliśmy zależni od Abchazji, nie mieliśmy też dynastii książęcej. Wśród szlachty było kilka najsilniejszych rodów, które rywalizując ze sobą o władzę rządziły krajem. Ale o tym opowiem ci później, gdy będę mówił o naszym nieszczęsnym losie.

Mój ojciec był człowiekiem dobrym i sprawiedliwym. Kiedy we wsi wynikały spory, ludzie nierzadko zwracali się do Chamirzy, aby ich rozsądził. Na wojnie był śmiałym i bezlitosnym wojownikiem, cenił przede wszystkim odwagę. Jeszcze w dzieciństwie uczył nas z bratem władać szablą, strzelać i wskakiwać na konia. Zimą chodziliśmy w góry, gdzie strzelaliśmy zwierza lub zastawialiśmy sidła. Gdy wypadł głęboki śnieg, wyprawialiśmy się najczęściej na nartach. Niedaleko było też morze, więc ojciec zabierał nas i tam: nauczyliśmy się pływać, wiosłować i stawiać żagle.

Ubychowie wypływali na swoich łodziach na połowy, a niekiedy i na grabież. Wysadzali się wtedy na brzegach Abchazji lub Czerkiesji albo grabili feluki tureckich kupców, które nie zdążyły wypłynąć na otwarte morze.

Moja matka po urodzeniu młodszych sióstr bliźniaczek często chorowała, lecz jak dawniej niczego się nie bała i często odwiedzała swoich krewnych w Cebeldzie. Jeździła sama, wierzchem, bez obstawy, choć uzbrojona. Brała ze sobą tylko mnie, wtedy małego chłopca. Jeszcze dziś, gdy zamknę oczy, widzę ją młodą. Była wysoka i bardzo zgrabna, a kasztanowe warkocze sięgały jej prawie do pięt.

Żyliśmy biednie, zmagając się z ciągłymi troskami, a mimo to pamiętam ten czas jako szczęśliwy dla naszej rodziny. A może wydaje mi się on szczęśliwy w porównaniu z naszymi późniejszymi tragicznymi losami? Teraz mam wrażenie, że dzieciństwo jest najkrótszym okresem w życiu: jeszcze wczoraj byliśmy razem z bratem dziećmi, a nawet nie zdążyliśmy się obejrzeć, jak staliśmy się wojownikami. Najmłodszymi spośród wszystkich, ale już ciążył na nas obowiązek wyruszania na wyprawy wraz z innymi.

Trzy razy wraz z ojcem, bratem i innymi mężczyznami z naszej wsi brałem udział w najazdach. Pierwszy był krótki, wyprawiliśmy się na południe, do Abchazji. Drugi i trzeci dłuższe – wyruszyliśmy wówczas na północ, daleko przez góry. Dwa ostatnie najazdy miały już miejsce w tych mrocznych czasach, gdy rosyjski car rozpoczął z Ubychami wojnę.

Wojna trwała nie rok i nie dwa, a znacznie dłużej. Nie pamiętam już jak długo, lecz przypominam sobie, że zima niejednokrotnie zmieniała lato, a wojna wciąż trwała i trwała. Pod koniec brali w niej udział wszyscy co do jednego mężczyźni z naszego aułu, wyjąwszy obłożnie chorych i starców. Najtrudniej było latem, gdy nawet pracując w polu, trzeba było mieć przy sobie broń i zapas jedzenia na kilka dni marszu, aby na pierwszy sygnał stawić się na miejscu zbiórki. Tak, drogi Szarachu, był to wyjątkowo mroczny czas, najsilniejszy koń nie przepłynąłby rzeki krwi, którą wówczas przelaliśmy. Nie pomogło to jednak Ubychom, wojna nie przyniosła nam niczego oprócz nieszczęścia, a przecież najbardziej gorzka krew to ta przelana na próżno.

Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy ani z siły cara, ani z liczby jego żołnierzy. Nie znaliśmy też rzeczywistych zamiarów tureckiego sułtana, który od samego początku podżegał nas do tej wojny. Ach, dad Szarach, kiedy płaczki zawodzą i do krwi rozdrapują sobie twarze oraz piersi nad mogiłą, lżej robi się tylko krewnym. Martwemu już w żaden sposób to nie pomoże. Czy nie tak samo jest z moją opowieścią?

I ojciec, i brat, i ja chwyciliśmy za broń, aby już więcej nie wypuścić jej z rąk. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak przyznać, że w kraju Ubychów nigdy nie było spokoju: najazdy i grabieże, sprzedawanie niewolników za morze, do Turcji, wrogość między rodami oraz zatargi z sąsiednimi plemionami, porywanie kobiet i krwawa zemsta – wszystko to było chlebem powszednim, jednak nam wydawało się, że nie może być inaczej. Lecz kiedy w niebezpieczeństwie znalazła się cała ojczyzna Ubychów, zapomnieliśmy o wszystkim prócz tego zagrożenia.

Ubychowie od wieków umieli bronić się przed tymi, którzy próbowali odebrać im wolność, czy to sąsiadami, czy też przybyszami z daleka – Grekami i Rzymianami, Arabami i Turkami. O jednych wojnach zachowały się przekazy, inne pamiętali starcy, ale nikt nie pamiętał, od kiedy wszystkie pokolenia mężczyzn wychowywane były na wojowników. Po prostu nie wyobrażaliśmy sobie, że kiedykolwiek mogło być inaczej, że ktoś, kto jest w stanie dzierżyć w ręku broń, mógłby chcieć się od tego wymówić. Zdarzali się wśród nas tacy odmieńcy, lecz pozbawialiśmy ich imienia i skazywaliśmy na banicję.

Zawsze, nawet w najbardziej upalne lato, każda rodzina na pierwszy sygnał zobowiązana była wystawić po wojowniku. Dziesięciu mężczyzn wybierało spośród siebie dziesiętnika, dziesiątki – setnika, a setki – tysięcznika. Gdy w pochód ruszało kilka tysięcy mężczyzn, wybierali spośród siebie wodza, takiego, który nieraz widział błysk szabel, doświadczonego, odważnego i cierpliwego. Jego rozkazy stawały się prawem dla wszystkich wojowników bez wyjątku: chłopów i szlachty. To on wyznaczał czas i miejsce zbiórki, decydował, ilu wystawić piechurów, a ilu konnych. Wszyscy, wyjąwszy samego wodza, musieli mieć ze sobą niezbędny podczas marszu prowiant: ciasto z miodem, wędzone mięso i ser, czerwoną i białą sól. Każdy zobowiązany był wziąć dwie pary czuwiaków z surowej skóry, wełniane skarpety i burkę . A niektórzy musieli nieść oprócz tego jeszcze piły, topory, łopaty i sznury, na wypadek gdyby przyszło przeprawiać się przez rzekę lub budować szałasy w zimowy czas. Przed pochodem trąbiono w miedziany róg. Taki, jaki widziałeś u mnie…



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!