W tym gorzkim dla naszej rodziny dniu wszyscy, oprócz młodszego brata, byliśmy w domu. Mata wciąż walczył z Rosjanami i nie wiedzieliśmy gdzie jest i co się z nim dzieje. Mój ojciec Chamirza trzy dni temu został ranny w prawą rękę. Rana gniła i bolała, ojciec nie chciał jednak leżeć; przewiązał rękę łagodzącymi ból ziołami i od samego rana kręcił się bez celu po domu i podwórzu. Matka i obie siostry wraz z innymi kobietami z naszego aułu tkały u sąsiadów sukno dla wojowników i wróciły do domu dopiero po południu, aby zająć się pracami domowymi.
Ja przyjechałem jako ostatni. Przez kilka ostatnich dni nieustannie towarzyszyłem Hadżi Kerantuchowi, uczestnicząc w strzelaninach i potyczkach. Dziś miało się rozpocząć zebranie starszyzny, na którym miała zapaść decyzja co dalej. Przyjechałem razem z Kerantuchem, który zezwolił mi przenocować w domu.
Chłodny dzień chylił się już ku końcowi, sypiący od samego rana gęsty śnieg ustał akurat w chwili, gdy pod nasz dom na swoim niewysokim choć silnym mule zajechał wychowanek mojej babki, mleczny brat ojca Szardyn, syn Alou. Wybiegłem pierwszy, aby przytrzymać mu strzemię, gdy zsiadał z muła. Wkrótce gościa otoczyła reszta rodziny.
– Jak twoja rana? – zapytał ojca Szardyn.
– Nie warto o tym mówić – odpowiedział, wstydząc się przyznać przed gościem, że trawi go ból i chowając rękę za plecy.
– Nasz drogi bracie, nasza nadziejo, niech ominą cię wszystkie nieszczęścia i boleści i przejdą na mnie – rzekła matka, następnie zgodnie z tradycją obeszła go trzykrotnie i pocałowała w piersi, aby wypędzić z jego ciała wszystkie choroby. Podobnie postąpiły siostry.
Wraz z Szardynem weszliśmy do domu. Pomogłem mu zdjąć burkę i papachę, otrzepałem je ze śniegu i powiesiłem na ścianie. Szardyn, syn Alou, był niewysoki, szeroki w ramionach, bardzo silny, lecz krępej budowy, gdyż lubił sobie podjeść. Na szeroką pierś spadała mu poskręcana długa czarna broda. Matka położyła na ławę stojącą przy dymiącym palenisku skórzaną poduszkę przeznaczoną wyłącznie dla najbardziej szacownych gości. Szardyn po chwili na niej zasiadł. Jako młodsi nie myśleliśmy nawet siadać w jego obecności, również ojciec i matka, nie śmieli usiąść przy tak szanowanym krewniaku.
Matka, jak zwykle, zaraz powiesiła nad ogniskiem kocioł, aby ugotować mamałygę, zaś ojciec wzrokiem nakazał mi, żebym poszedł i zabił barana, specjalnie tuczonego na takie okazje. Widząc spojrzenie ojca, Szardyn powiedział jednak, że się spieszy i nie może zostać na wieczerzę.
– Słyszałem, że jesteś ranny – rzekł do ojca – dlatego postanowiłem odwiedzić ciebie i twoją rodzinę. Poza tym, chcę porozmawiać z moimi krewniakami. Żyjemy w trudnych czasach, a ja nie mam bliższej od was rodziny. Przyjechałem, aby się was poradzić. – Słuchałem go zastanawiając się, do czego zmierza; ku dobremu czy ku złemu?
– Tak – westchnął Chamirza. – To prawda, Ubychom jeszcze nigdy nie było tak ciężko jak teraz. Nie tylko moja rodzina, ale wszyscy, którzy w naszym i okolicznych aułach znajdują się pod twoją protekcją, z nadzieją myślą o tobie. Jesteśmy szczęśliwi, że wybrałeś nasze ognisko, aby porozmawiać w ten niespokojny czas.
Szardyn wyjął z kieszeni beszmetu czarne cygaro. Nieraz widzieliśmy jak palił cygara przywiezione przez tureckich kupców. Wyjąłem z ogniska rozżarzony węgielek i podałem Szardynowi. Przypalił od niego cygaro i powiedział:
– Z pewnością wiecie, że Hadżi Kerantuch znów zwołał na dziś naradę, aby postanowić co dalej. Nie wiem, ile ona potrwa, ale póki się nie zakończy, chciałbym wam powiedzieć, co sam o tym myślę. Carscy generałowie tak czy inaczej nie pozwolą nam pozostać na ojczystej ziemi. Walki przenoszą się coraz wyżej w góry, coraz bliżej naszych siedzib. Czy zanim wszyscy zginiemy, nie lepiej naprzód pomyśleć o ratunku? Sułtan turecki, namiestnik Allacha na ziemi, wybawi nas, jeśli zgodzimy się zostać jego poddanymi. Kilka dni temu gościł u mnie kupiec ze Stambułu. Znam go od dawna i mam do niego zaufanie. Jest nie tylko bogaty, ma również dobre kontakty na dworze sułtańskim. Z tego, co zrozumiałem, tym razem przyjechał tu nie tylko po to, aby z nami handlować. Opowiadał mi o naszych sąsiadach Natuchajcach, którzy przesiedlili się już do Turcji. Sułtan dotrzymał danego im słowa i osiedlił na ziemiach, które sami dla siebie wybrali. Miejsca, w których zamieszkali, okazały się prawdziwym rajem na ziemi. Nigdy nie jest tam zbyt chłodno ani zbyt gorąco, a pogoda przez okrągły rok jest taka, jak u nas późną wiosną, rośnie wszystko, co potrzebne do życia. Jeśli sójka lecąc z ziarnem kukurydzy w dziobie, upuści je przypadkiem, za miesiąc wyrośnie na tym miejscu wysoka łodyga z kilkoma złotymi kolbami! Opowiadał mi też, że bawołów używają tam tylko do prac polowych, nie doją ich, ponieważ wszędzie wokół, niczym u nas olcha, rośnie mleczne drzewo: podchodzisz do niego, nacinasz nożem, a do kuwszyna spływa gęste spienione mleko! Jeśli chcesz zrobić z niego katyk zrywasz z drzewa liść i wrzucasz go do mleka. Zanim dojdziesz do domu, mleko zamieni się w katyk tak gęsty, że można go kroić nożem. Zaś dynie, mówił, rosną tam tak ogromne, że trzeba je rąbać toporem. Opowiadał o takich cudach, że początkowo nie chciałem wierzyć, lecz pokazał mi list, w którym wszystko to było opisane. Napisał go Murat, jeden z Natuchajców, który wyjechał do Turcji. Znam go od dawna, często bywał moim gościem, pewnie też o nim słyszeliście. Oto ten list – powiedział Szardyn i wyjął z wewnętrznej kieszeni czerkieski złożony kilka razy papier. Rozłożył list, pogładził i pokazał nam.
Ale kto z nas mógł go przeczytać? Nie tylko w naszej rodzinie, ale w całym aule nie było wtedy człowieka, który znałby choć jedną literę jakiegokolwiek języka. Wydało mi się, że czytanie nie jest też mocną stroną Szardyna. Potrzymał list przed naszymi oczami, po czym schował go i własnymi słowami opowiedział, co napisał jego przyjaciel Murat, którego wychwalał, jak mógł, choć nigdy wcześniej o nim nie słyszeliśmy.
– On i tu, u Natuchajców, był człowiekiem bardzo szanowanym, zaś w Turcji otrzymał tak wysokie stanowisko, że stał się człowiekiem bliskim samemu wielkiemu wezyrowi. Turecki kupiec mógł skłamać, ale czy pisałby mi nieprawdę Murat, syn naszych gór, który wielokrotnie gościł w moim domu? A na cóż możemy liczyć zostając tutaj? Będziemy czekać, aż rosyjscy generałowie przesiedlą nas na Kubań? Nawet tu, wśród ojczystych lasów, marzniemy w takie zimy jak obecna, zaś tam, na otwartym stepie, pomrzemy od chłodu jak muchy. I wiarę stracimy, i synów naszych wezmą w sołdaty, i ziemię każdy z nas będzie musiał sobie kupić, bo tam, w Rosji, ziemianie nie dbają już o swoich chłopów, bo odebrano im prawo do tego! Za co kupicie tam ziemię? Chamirzo, mój mleczny bracie, choć nie zrodzeni z jednego łona, wykarmieni zostaliśmy tą samą piersią! Powiedziałem ci wszystko, co myślę, i chcę teraz wiedzieć, co ty o tym sądzisz.
W ten sposób Szardyn zwrócił się do ojca, który stał przed nim wyprostowany jak struna, przytrzymując chorą rękę. Wszyscy milczeli. Słychać było jedynie, jak wygłodniały płomień ogniska pożera suche polana. Choć Szardyn roztaczał przed nami wizję raju na ziemi, jego słowa spadły na nas niczym grom z jasnego nieba. Ojciec milczał tak długo, że z wyczekiwania zaschło mi w gardle i czułem się, jakby odjęło mi głos. Ledwie usłyszałem pierwsze słowa ojca, tak cicho i wolno je wypowiedział:
– Nasz wychowanku, jesteś naszą nadzieją. Tyś mądrzejszy od nas, więcej widziałeś i lepiej wiesz, jak powinniśmy postąpić. Dokądkolwiek pojedziesz, zawsze będziemy ci służyć. Cóż jeszcze mogę powiedzieć ja, który umiem tylko orać i siać? Ale, jeśli pozwolisz, chcę o coś zapytać: co postanowiła rada? Wszyscy Ubychowie wyruszą w tę drogę, w którą chcesz nas zabrać?
– Decyzja jeszcze nie zapadła, nie wiem, jak postąpią wszyscy Ubychowie, ale wy jesteście dla mnie najbliższymi ludźmi, dlatego przyjechałem, żeby powiedzieć wam o moim postanowieniu – powiedział Szardyn, a w jego oczach malowała się trwoga.
– A czy nie lepiej, bracie – rzekł ojciec – nie lepiej byłoby dzielić wspólny los? Kiedy jedni walczą, jakże inni mogą rzucić broń i wyjechać za morze? Jak możemy jako pierwsi własną ręką zgasić ognisko naszych przodków, porzucić mogiły naszych ojców, pożegnać się z naszą świątynią – Bytchą? A co stanie się z ziemią? Czy tam, w Turcji, dostaniemy inną w zamian za tę, którą tu pozostawimy? Czy nie zmuszą nas, żebyśmy za nią płacili?...
Ojciec chciał jeszcze coś powiedzieć, przerwał mu jednak szloch matki.
– Skąd ja nieszczęsna dowiem się, co dzieje się z moimi braćmi w Cebeldzie? Jak mogę zostawić ich i wyjechać za morze? Zazdroszczę tym, którzy umarli, nie dożywszy tego dnia! – Matka gorzko płakała, podobnie jak schowane za jej plecami obie siostry.
Matka płakała rzadko, Szardyn pierwszy raz widział ją w takim stanie, dlatego zaczął robić jej wyrzuty:
– Siostro, zawsze zadziwiałaś mężczyzn swoją śmiałością. Nie przystoi ci lać łez w takiej chwili! Twoi bracia w Cebeldzie to prawdziwi mężczyźni, którzy nie będą chcieli żyć pod butem carskich generałów. O ile wiem, oni albo czekają na nas, albo już odpłynęli do Turcji. Niedługo zobaczysz swoich braci całych i zdrowych tam, w ziemi obiecanej. A ty, Chamirzo – zwrócił się Szardyn do ojca – nie trwóż się. Nikt nie każe ci kupować tam ziemi. Mówię ci to ja, Szardyn, syn Alou. Poza tym, kto zagwarantuje nam, że Rosjanie przesiedlą nas tylko na Kubań, a nie gdzieś dalej? Mówią tak teraz, gdy mamy broń w ręku! Ale kiedy ją złożymy, co przeszkodzi im wysiedlić nas nie na Kubań, a na zimną Syberię i pozbawić nas naszej wiary, ochrzcić nasze dzieci?
Nagle z daleka, z wybrzeża, doniósł się huk armat. Zagrzmiały tak nagle, jakby sam szatan wyskoczył nagle spod ziemi koło naszego ogniska.
– Co stoisz tak spokojnie z żałosnym zadraśnięciem na ręce, kiedy nasz syn zginął może od tych wystrzałów! – krzyknęła matka.
– Co z tobą?! – skarcił ją ojciec – zamilcz i nie bądź niecierpliwa.
Matka zamilkła, patrzyła jednak na nas takim wzrokiem, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Armaty wciąż grzmiały.
– Jeśli nie chcecie zginąć, radzę wam jeszcze tej nocy zacząć przygotowania do przesiedlenia – rzekł Szardyn i odwrócił się do mnie. – Ty zaś, Zaurkanie, pamiętaj, że wielu młodych ludzi chciało służyć w straży Hadżi Kerantucha, a – dzięki mojej protekcji – wzięto ciebie. Chciałem zbliżyć cię do niego, aby wasz ród stał się szlachetny, przeszkodziły jednak nieszczęścia, które jedne za drugimi spadły na głowę Ubychów. To ja zbliżyłem cię z Hadżi Kerantuchem i ja teraz mówię ci, żebyś od niego odszedł! Trzymaj to na razie w tajemnicy, ale wiem, że sam zamierza popłynąć do Turcji wraz ze wszystkimi swoimi krewnymi i poddanymi. Nie chcę, aby wnuk mojej karmicielki służył mu nie jako wojownik, lecz niewolnik w drodze. Powinieneś opuścić go i wrócić pod moją opiekę!
Jego słowa dotknęły mnie do żywego, jakby ktoś wbił mi kindżał w serce.
– Mówisz nieprawdę! – wykrzyknąłem. – Hadżi Kerantuch będzie walczyć do ostatniego tchu! Nie jest tchórzem! Nigdy nie złamię swojej przysięgi i nie porzucę go!
– Co się z tobą stało? – przerwał mi Szardyn. – Nie podoba mi się to, w jaki sposób ze mną rozmawiasz.
Nie powstrzymało mnie to jednak.
– Wybacz, że odezwałem się w obecności tak szacownego krewniaka jak ty – powiedziałem – ale jak mam cię rozumieć? Czy nie ciebie słyszałem, gdy ogłaszałeś gazawat ? Czyż nie ty wielokrotnie pierwszy szedłeś w bój? Czy nie ty mówiłeś nam, że każdy, kto zginie w świętej wojnie z giaurami trafi do raju? Teraz, jak się okazuje, można do niego trafić składając broń? I tym rajem ma być Turcja, dokąd chcesz abyśmy wyjechali? O czym myśleliście wcześniej, ty i inni szanowani ludzie? Jeśli tak łatwo dostać się do raju, kto tam w niebie oceni przelaną w walce krew? Kto weźmie do raju dusze tych, którzy zginęli na darmo? A ty, ojcze, po co wychowałeś nas na prawdziwych mężczyzn? Po co uczyłeś nas, że nie powinniśmy bać się śmierci w obronie domowego ogniska?
Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, nic jednak nie było w stanie mnie powstrzymać, choć nigdy dotąd ani przy naszym krewniaku, którego czciliśmy niczym Boga, ani przy ojcu nie ośmieliłem się podnieść głosu.
– Zamilknij – przerwał mi ojciec. – Wstyd mi za ciebie. Mówisz za głośno nawet dla moich uszu. Zhańbiłeś nas, rozmawiając w ten sposób z naszym drogim krewnym Szardynem, synem Alou. Czyżby przyjechał tu z daleka w ten chłodny zimowy dzień, gdyby nie kochał nas, prostych ludzi?
Skarciwszy mnie, ojciec zwrócił się do Szardyna.
– Przebacz nam, że nie od razu zrozumieliśmy, jak mamy ci odpowiedzieć. Jeśli ty, nasz opiekun, jesteś przekonany, że trzeba przesiedlić się do Turcji i że czeka nas tam szczęśliwe życie, cała moja rodzina pojedzie z tobą i będzie zawsze u twego boku.
Ojciec miał ponurą minę i stał przed Szardynem jak winowajca. Bał się, że gość obrazi się. Ale Szardyn nie zamierzał się gniewać, ożywił się nawet, podniósł z tapczanu i uderzając się batem po butach, rzekł jak gdyby nigdy nic:
– Teraz nie tracąc czasu musicie rozpocząć przygotowania do podróży. Pomyślcie też o jadle na drogę. Ja już pojadę, bo też muszę się przygotować. Dam wam znać, jeśli będę potrzebował waszej pomocy. A ty, Chamirzo, jeśli twoja rana nie jest na tyle poważna, obejdź wszystkie domy naszych krewnych i sąsiadów. Choć jeszcześ nie stary, wszyscy cię tu szanują, niech więc z twoich ust usłyszą to, co chciałbym im sam powiedzieć. Niech przestaną na darmo przelewać krew, niech gotują się w drogę i o nic nie martwią. Zapewnij ich, że Szardyn, syn Alou, będzie zawsze z nimi. A jeśli kto inny przyjdzie i zacznie namawiać ich do przesiedlenia się na Kubań, niech mu odmówią! Tym sposobem Szardyn podjął za nas decyzję, po czym natychmiast odjechał.
Panował u nas wtedy taki obyczaj: kiedy szlachcic brał udział w najeździe albo jechał w gości do innego szlachcica, używał konia, gdy jednak przyjeżdżał do nas, chłopów ze swojej okolicy, zawsze dosiadał muła. Choć wygląda to nieco pociesznie, na mule łatwiej i spokojniej jeździ się górskimi ścieżkami. Pożegnaliśmy więc Szardyna, który odjechał na swoim mule. Niczym żałobnicy po pogrzebie jeszcze długo staliśmy patrząc w ognisko. Potem usiedliśmy. Matka nie wzięła się za gotowanie mamałygi, nie zagoniła nawet kur do kurnika. Siedziała w milczeniu, zalewając się łzami. Ojciec nie wyszedł doić krów, tylko siedział u dogasającego ogniska i dumał. Na czole co chwila pojawiały mu się krople potu, które wycierał brzegiem beszmetu. Nawet gdy nasz pies, wystraszony pewnie niesionym przez wiatr hukiem armat, zawył na podwórzu, ojciec nie wstał, nie wyszedł i nie przegonił go, choć wiedział, że wycie psa wieści nieszczęście.
Na podwórzu ryczały nie wydojone krowy. Ni stąd, ni zowąd zaczął piać kogut, jakby nie mógł doczekać się ranka i chciał obwieścić całemu aułowi, że gospodarz zamierza zgasić swoje ognisko. Siedziałem naprzeciw ojca i patrzyłem to na splecioną z wikliny ścianę naszej apacchy , to na poczerniały od dymu sufit, to znów na wykuty jeszcze przez mojego dziada łańcuch wiszący nad paleniskiem. Do wszystkiego tego przywykłem od dzieciństwa, jednak teraz zdało mi się wyjątkowo piękne i dobre. Żal ściskał serce, gdy człowiek myślał, że wszystko to przyjdzie wkrótce zostawić.
Jeszcze wczoraj myślałem o tym, że przyszłą jesienią przyprowadzę do tego domu Feldysz, córkę naszych sąsiadów z sąsiedniego aułu. Wiele razy spotykałem się z nią na leśnych ścieżkach łączących nasze wioski, najpierw przypadkowo, później już nie. Wiedziałem, że moja rodzina domyśla się wszystkiego i przygotowuje się na przyszłe wesele. Teraz – myślałem – nie przyprowadzę jej do domu, bo już go nie będzie. A czy w ogóle dojdzie do naszego ślubu – zastanawiałem się? Im więcej o tym myślałem, tym bardziej chciałem, aby nastał już świt. Mógłbym dosiąść konia i pojechać do niej. Matka co i rusz wzdychała przez łzy, cicho szepcząc imię swego najmłodszego brata. Siostry też to wzdychały, to znów pochlipywały.
Nie wiem, jak długo jeszcze tak byśmy siedzieli, gdyby nie wyrwał nas z zadumy skowyt psa. Ktoś zbliżał się do domu. Ledwie przestąpiłem próg, ujrzałem brata, którego prowadziło, prawie wlokło, dwóch mężczyzn. Razem wnieśliśmy go do domu i położyliśmy na ławie. Był cały we krwi. Matka z siostrami z płaczem i krzykiem rzuciły się w jego kierunku. Jeden z mężczyzn powiedział, żeby nie martwić się o brata, bo rana w biodro nie jest śmiertelna i szybko wyzdrowieje. To powiedziawszy, wyszedł wraz ze swoim towarzyszem.
Ojciec kazał rozpalić ogień i zagotować wodę. Razem z nim rozebraliśmy brata. Stracił wiele krwi i był bardzo osłabiony. Rana była rozległa, ale niegroźna i ojciec szybko się z nią uporał. Umiał leczyć rany, dlatego sąsiedzi często prosili go o pomoc. Zatamował krew i mocno przewiązał ranę, a następnie podał bratu do picia maconi rozrobione z wodą i zmusił go, aby zjadł rzadką kaszę z miodem. Dopiero gdy uporał się z tym wszystkim i usiadł obok brata, przemówił:
– Allach zlitował się nad tobą i nami wszystkimi. Wróciłeś do domu żywy.
– Lepiej byłoby nie wracać – dusząc się, jakby brakło mu tchu, powiedział Mata. – Wszystko przepadło, ojcze, wszystko przepadło. Wygubili nas. Tam, gdzie walczyliśmy, cała ziemia pokryta trupami. Przeżyło tylko kilku jeźdźców, ale skończyły nam się kule i proch. Z krzykiem rzuciliśmy się wprost na szereg żołnierzy, choć wokół był taki ogień, że zdawało się, iż dymią grzywy naszych koni. Mimo to udało nam się przebić nad brzeg morza. Ale kula przebiła mi biodro i zabiła mojego konia. Upadłem pod niego, przygniótł mnie. Leżąc widziałem, jak pozostali przy życiu podjeżdżali do urwiska i rzucali się z niego prosto w morze, które jak wygłodniałe połykało ich wraz z końmi. Gdzie moi towarzysze? Dlaczego kula nie zabiła mnie i czemu leżę teraz przy ognisku, hańbiąc twoją starość?
– Uspokój się – powiedział ojciec. – W bitwie nigdy nie giną wszyscy, zawsze ktoś pozostaje przy życiu, żeby walczyć i zginąć w następnej.
Mówiąc te słowa, ojciec gładził Matę po głowie. Potem zamilkł. Brata wkrótce zmorzył sen, lecz my, nie mogąc zasnąć, siedzieliśmy wokół niego, dopóki słońce nie pojawiło się nad ośnieżonymi szczytami gór. Mimo że w naszym domu zagościł smutek, ono świeciło jak w święto. Ojciec polecił matce i siostrom przygotować śniadanie, potem kazał wszystkim najeść się do syta i nakarmić Matę, który w końcu obudził się, czując się znacznie lepiej niż wczoraj.
Ojciec założył najlepsze odzienie, jakie miał, usiadł na najważniejszym miejscu przy stole i po kolei zmierzył nas wszystkich wzrokiem.
– Wy wszyscy, i mężczyźni, i kobiety, nie powinniście upadać na duchu. Nigdy nie spodziewaliśmy się, że coś podobnego może się wydarzyć, ale nasz mleczny brat Szardyn ma rację: umrzemy, jeśli pozostaniemy na tej ziemi. Powinniśmy szukać takiego miejsca, gdzie nie ma wojny. Pora ruszać w drogę.
– W jaką drogę? O czym ty mówisz?! – zakrzyknął brat i siadł na ławce, choć aż wykrzywił się z bólu. To, co dręczyło nas przez całą noc, dla niego było nowością.
– Uspokój się. Popłyniemy do ziemi obiecanej wszystkich muzułmanów, do Turcji. Sułtan przyjmie nas w poddaństwo i da ziemię. Nasz mleczny brat Szardyn, syn Alou, obiecał opiekować się nami podczas podróży i po przybyciu do Turcji. Pozostaje nam tylko wyruszyć razem z nim w drogę – powiedział ojciec z taką pokorą, jakbyśmy nie mieli już innego wyjścia.
– Co ty mówisz?! – krzyknął Mata, słysząc te słowa. – Co się z tobą dzieje? Jeszcze tydzień temu wysłałeś mnie, abym walczył z Rosjanami. Zaledwie trzy dni temu sam zostałeś ranny. Przypomnij sobie, w ilu bitwach brałeś udział. Policz swoje blizny!
– Połóż się, masz gorączkę – powiedział ojciec, zmuszając Matę, żeby się położył. – Nie wolno ci krzyczeć. Dobrze pamiętam wszystkie swoje blizny, lecz jeśli będziemy dalej walczyć, po Ubychach nie zostanie nawet ślad.
– Nie wierzę, że tak myśli cały nasz naród – powiedziałem ojcu. – Nie chce mi się wierzyć, że nasz wódz Hadżi Kerantuch złoży broń. Nie wierzę, że będzie nam dobrze, jeśli uciekniemy do Turcji. Nie ufam opowieściom Szardyna. Ojcze, nie daj się oszukać!
Obaj z bratem próbowaliśmy przekonać ojca, aby zmienił zdanie i nie dawał wiary zapewnieniom Szardyna. On zaś słuchał, nie oponował, ale i nie zgadzał się. Siedział i milczał. Potem wziął swoją laskę i dopiero w progu zwrócił się do nas.
– Dobrze. Poczekamy na decyzję narodu. Zaurkanie, jedź do Hadżi Kerantucha i stań przy jego boku. Skoro wczoraj zwołał radę, to znaczy, że dzisiaj powinni coś postanowić. Ja obejdę wszystkich sąsiadów. Obiecałem przekazać im życzenie Szardyna, żeby razem z nim przesiedlili się do Turcji, powiem im o tym i wysłucham, co każdy z nich mi odpowie.
– Ojcze, nie idź! – krzyknął Mata i o mało nie rzucił się za nim. – Nie idź! Kiedy inni mężczyźni walczą tam, gdzie wciąż jeszcze słychać odgłosy armat, jak możesz chodzić od domu do domu, namawiając ich, aby porzucili ziemię, za którą jeszcze leje się krew.
– Milcz! – krzyknął ojciec.
– On zamilknie, ale ma rację. Ojcze, nie powinieneś nigdzie chodzić – przerwałem mu.
– Niech umrę, ale ty nigdzie nie pójdziesz! – krzyknął brat i zrzucając z siebie okrycie, skoczył na równe nogi, zachwiał się jak podcięty i nim zdążył zrobić krok, osunął się ziemię.
Matka i siostry podbiegły do niego wraz ze mną. Ojciec zaś odwrócił się i wyszedł z domu.