Wieczerza z martwymi

Zeskoczyłem z wozu, który mnie tu podwiózł. Stanąłem i rozejrzałem się dookoła, nie wiedząc, w którą stronę się skierować. Wychudzona szkapina, która ledwie nas tu dociągnęła, wlokła gruchoczący wóz pod górę. Terkot kół był jedynym dźwiękiem mącącym zalegającą wokół ciszę. Skwar pod wieczór nieco zelżał. Ciepły wiatr, niczym ogromna niewidzialna miotła, wzbijał pył na drodze. Po prawej stronie widać było jakąś wioskę, skąd dobiegało wycie psów. Po lewej – wysuszone promieniami słońca łysawe wzgórze przeorane bruzdami wyschniętych strumieni deszczu, podobnych do niezagojonych blizn. Przede mną aż po horyzont ciągnęła się monotonna równina z rzadka tylko porośnięta drzewami. Czyżby to na nią Ubychowie zamienili swoje góry? Czyżby to tu, w tej ziemi, spoczywały kości kilku ich pokoleń?

Brzęk młota uderzającego w kowadło uświadomił mi, że woźnica nie mylił się, kiedy zsadzając mnie z wozu powiedział, że kuźnia jest niedaleko. Oto i ona, zaledwie sto kroków za moimi plecami. Kiedy schodziłem z furmanki, skręciłem po prostu nie w tę stronę. A oto najwyraźniej kowal we własnej osobie. Stuknął jeszcze kilka razy młotkiem, póki nie zbliżyłem się do kuźni i – jakby domyślając się, że będzie mi potrzebny – wyszedł mi na przeciw. Niewysoki, z rzadkimi czarnymi wąsami na pospiesznie otartej z potu twarzy. W ręku dzierżył jakiś węzełek. „A może to wcale nie kowal, lecz ktoś inny?” – pomyślałem.

Okazało się jednak, że był to sam kowal Biram. Powiedziano mi, że jeśli go spotkam, wszystko pójdzie gładko. Już to, że w ręku trzymał węzełek, stanowiło dla mnie dobry znak, przygotował go bowiem zapewne dla starego Ubycha Zaurkana Zolaka – człowieka, dla którego telepałem się tutaj, czym tylko się dało.

Poszliśmy z Biramem w dół łysego, jakby przez Boga zapomnianego wzgórza. Z jednej strony widać było bruzdy przypominające szramy, z drugiej – gołą skałę poprzecinaną szczelinami, w których bezlitosne słońce wypaliło nawet trawę.

– Jesteśmy – rzekł Biram. – To jego dom.

Choć pokazał palcem, wciąż nie dostrzegałem niczego, co przypominałoby ludzką siedzibę.

– Nie tam. Tu!

Znów wskazał palcem i w końcu ujrzałem domostwo. U podnóża gołego wzgórza było coś na kształt pieczary, przy której dobudowano trzy niskie ceglane ścianki z gliny zmieszanej z nawozem, pokryte poczerniałym od dymu gontowym daszkiem.

– Poczekaj tu. Sprawdzę, czy Zaurkan jest w domu. Spytam, czy zechce z tobą porozmawiać. Niekiedy bywa tak zagniewany, że nie chce nikogo widzieć. Ma już w końcu sto lat!

Biram wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że stuletniego człowieka nie wypada pytać, dlaczego się złości.

– Boję się, że nie ma go w domu, bo pies dawno by nas zauważył.

O wilku mowa… Nagle z chaty wyskoczył ogromny pies i zaczął ujadać. Wydawało się, że zawodzenie psa wydobywa się z pustego pękniętego kuwszyna , jakby sobaczym głosem krzyczało na nas czyjeś dawne nieszczęście.

Biram wspiął się po kilku ziemnych stopniach i zniknął w czarnej dziurze stanowiącej wejście do chaty. Pies, zmęczony ujadaniem, stał i bacznie mnie obserwował.

Wspominając trudną drogę, którą przebyłem, aby tu dotrzeć, z drżeniem serca myślałem o staruszku. Jakim człowiekiem okaże się ten stuletni starzec, dla którego przebyłem taki szmat drogi? Co wniesie spotkanie z nim do językoznawstwa i co mu o mnie powie Biram, który już tak długo się nie pojawia? Może powinienem był od razu pójść razem z nim? Ale oto i Biram. Dopiero gdy schodził ze schodków, zauważyłem, że wyraźnie kuleje.

– Zaurkan jest w domu. Odpoczywa, ale zaraz wstanie i powita cię. Czuję po jego głosie, że jest ci rad.

Wspięliśmy się po stopniach i przystanęliśmy przed chałupą. Trudno to nazwać podwórkiem, przed chatą znajdował się niewielki ziemny taras, na którym rosły cztery stare, niskie drzewa o grubych pniach. Pod jednym z nich stała ławeczka, na której przysiedliśmy z Biramem, aby zapalić.

– Niekiedy bywa strasznie zły – powtórzył Biram – ale czy można to mieć za złe takiemu staremu człowiekowi, który w dodatku nie ma wokół siebie ani jednego krewnego. Powiedziałem mu, że przyniosłem wszystko, o co prosił. Leżał jednak bez słowa. Często nie odpowiada. Potem powiedziałem mu o tobie, że jesteś ważnym gościem. Znów nie odpowiedział, ale kiedy wychodziłem rzucił: „Zaraz wstanę”. Nie mówiłem mu, po co przyjechałeś, bo jeszcze by się rozsierdził. Lepiej sam z nim porozmawiaj. Jak już się z tobą przywita, na pewno cię nie wygoni. Dobrze go znam! Gdy byłem mały, zastępował mi ojca i opiekował się mną, póki nie dorosłem. Potem wolał zamieszkać sam, ale i tak żyjemy jak ojciec i syn. Oprócz mnie nie ma nikogo na świecie. Pójdę już, ty zostań. Wybacz, że cię opuszczam, ale teraz taka pora, pod wieczór zawsze ktoś może się zatrzymać, żeby podkuć konie. Przyjdę o zmroku. Jeśli wstanie i powita cię, poprosi żebyś został. Będziesz mógł tu przenocować, a ja przyniosę coś do zjedzenia.

Podziękowałem Biramowi, zapewniając, że postaram się wynagrodzić mu przysługę.
– Porozmawiamy o tym później – powstrzymał mnie. – Tylko niczego nie proponuj Zaurkanowi: pieniędzy, niczego. Gość to dla niego rzecz święta. A my się potem dogadamy.

Zostałem sam, to znaczy razem z psem. Czekaliśmy w milczeniu, on leżąc, ja siedząc. Patrzyłem na otwarte drzwi w oczekiwaniu na chwilę, kiedy wreszcie pojawi się w nich tajemniczy gospodarz, który obiecał mnie powitać. Ile lat już tu mieszka? Czy zawsze był tu sam? Dlaczego i w jaki sposób los związał go z Biramem? Czemu mieszka samotnie? I z jakiej przyczyny żywy człowiek wybrał na mieszkanie miejsce przypominające mogiłę?

Z chaty dobiegł mnie głęboki przytłumiony kaszel. Minęło jeszcze kilka minut, zanim Zaurkan pojawił się w drzwiach. Był wysoki i szeroki w barach, jego podłużna twarz zdawała się jeszcze bardziej pociągła z powodu długiej sięgającej połowy piersi białej brody. Odziany był w przypominającą chałat szatę o szerokich rękawach. W prawej ręce trzymał ciężki kostur z masywnym żelaznym zwieńczeniem. Długo stał w drzwiach, przyglądając mi się uważnie. Pies przymilnie kręcił się wokół jego nóg, lecz starzec milcząc odsunął go nogą. W końcu zrobił kilka kroków w moim kierunku. Stąpał lekko i trzymał się prosto, nie tylko gdy stał, ale i gdy chodził.

– Witaj! – rzekł do mnie po turecku, zatrzymując się i kładąc prawą rękę na piersi.

– Dzień dobry – odpowiedziałem również po turecku. Dopiero teraz, gdy stał całkiem blisko, zauważyłem, jak wysokiego był wzrostu. Oczy miał sinoniebieskie, wciąż jeszcze pełne blasku. Kiedy znudziło mu się patrzenie na mnie z góry, powoli – pochylanie się najwyraźniej sprawiało mu więcej trudności niż stanie – usiadł na pniu grubego stuletniego drzewa. Wskazał ręką ławkę, na której siedzieliśmy wcześniej z Biramem. Skłoniłem się i usiadłem. Starzec silnym ruchem wbił kostur żelaznym końcem w ziemię i wyciągnął bursztynowy różaniec.

– Niebywały upał dziś wypadł. O, nawet gałązka uschła – pokazał mi jakąś gałązkę, której i tak nie dostrzegłem.

– Tak, było wyjątkowo gorąco – odpowiedziałem.

Długo milczał. Słychać było tylko postukiwanie paciorków różańca.

„Od czego zacząć?” – myślałem. – „Od najważniejszego? Od tego, po co przyjechałem, czy od czegoś zupełnie innego?” Nie mogąc się zdecydować, niespodziewanie dla samego siebie zapytałem:

– Ile macie lat?

Po twarzy Zaurkana przebiegł uśmiech.

– Pewnie przywiódł cię do mnie mój wiek? Niczego innego, bardziej ciekawego, już pewnie nie mam. Jeśli liczę prawidłowo, skończyłem dokładnie sto lat.

– Urodziliście się tutaj? – zapytałem ze świadomością, że jeśli odpowie „tak”, wszystko na marne.

– Nie – odpowiedział starzec. – Urodziłem się bardzo daleko stąd.

Czekałem, kiedy powie o sobie coś jeszcze, Zaurkan jednak w milczeniu przebierał paciorki różańca. Wtem przerwał i zapytał:

– A ty kim jesteś? Skąd przyjechałeś?

Po jego oczach zrozumiałem, że z tym starcem od początku trzeba grać w otwarte karty. Co ma być to będzie!

– Przyjechałem z daleka. Z innego państwa. Ze Związku Radzieckiego.

– Jak? – spytał ponownie, podnosząc dłoń do ucha.

– Związek Radziecki, Rosja, Kaukaz, Abchazja – zacząłem wymieniać, starając się wymawiać nazwy tak, jak wymawia się je w Turcji, w nadziei, że zrozumie choć jedno z nich.

Zrozumiał i powtórzył za mną:

– Kaukaz, Abchazja.

– Tak, jestem z Kaukazu, z Abchazji – powiedziałem głośno, żeby dobrze mnie usłyszał.

– A z jakiego jesteś narodu? – spytał pospiesznie, pochylając się w moją stronę, jakby bał się, że nie odpowiem.

– Jestem Abchazem, przyjechałem z Abchazji.

– Abchaz? O Allachu wszechmogący, co ja słyszę?! – starzec wypowiedział te słowa w czystym języku abchaskim, w oszołomieniu podnosząc rękę ku niebu.

– Tak, jestem Abchazem, przyjechałem z Abchazji – powtórzyłem jeszcze raz, ale tym razem już nie po turecku, lecz po abchasku.

– Och, jaką radość mi sprawiłeś! Ile już lat nie widziałem żadnego Abchaza. Ileż lat myślałem, że prędzej zmarli powstaną z grobu, niż usłyszę abchaską mowę.

Mówiąc to, staruszek podniósł się z pnia, na którym siedział i, zbliżywszy się do mnie, pocałował mnie w oboje oczu.

– Czy wiesz, że płynie w nas ta sama krew? Moja nieszczęsna matka była Abchazką z rodu Szat-Ipa z Cebeldy. Jak masz na imię?

Przedstawiłem się, a on, wciąż trzymając ręce na moich ramionach, nagle zauważył w jednej z nich różaniec i – jak gdyby przestał mu się podobać – wsunął go do kieszeni. Nie wyjął go już ani razu przez cały czas okres mojego pobytu w jego domu.

– Siadaj, siadaj – powiedział – nie powinieneś stać. Jestem co prawda stary, ale ty jesteś moim wujem i zgodnie ze zwyczajem należy ci się starszeństwo . – Próbował usadzić mnie, a ja jego. – Jeśli dzisiaj umrę i znajdę się w raju, gdzie czeka na mnie cały mój naród – rzekł, znów próbując wstać, choć trzymałem go za ramiona – opowiem im, że na świecie są jeszcze Abchazi.

Starzec w żaden sposób nie mógł się uspokoić, a jego emocje udzieliły się i mnie. To przysiadał, to wstawał, to wchodził do chaty, to znów wracał na podwórze, chaotycznie drepcząc od drzewa do drzewa i potrząsając nimi, jakby sprawdzał, czy stoją na swoim miejscu. Potem ponownie podszedł do mnie, usadzając mnie nieprawdopodobnie silnymi jak na swój wiek rękami.

– Siadaj, dad Szarach, siadaj, jesteś moim wujem, nie powinieneś stać. Tak, tak, Ubychowie umieli przyjmować gości – powiedział. – Ale kto zrobi to teraz, jeśli nie ja? Tylko co ja jeden mogę zrobić, aby godnie podjąć takiego gościa jak ty?

Mówiąc te słowa, staruszek, bezustannie chodził po podwórzu, zwracając się raz do mnie, raz do samego siebie. Sprawiał wrażenie, jakby był niespełna rozumu.

Wreszcie, kiedy już prawie zupełnie się ściemniło, wszedł do chaty i rozpalił ogień w palenisku. Blask płomieni wymknął się na zewnątrz poprzez otwarte drzwi. W końcu pojawił się, zaprosił mnie do środka, usadził przy ognisku i znów wyszedł. Rozejrzałem się dookoła. Wokół ogniska stało kilka niskich ławek, przy ścianie zaścielona watowym kocem prycza, przed nią stare domowe czuwiaki . W jednej ze ścian znajdowały się drzwi wiodące do drugiej izby. Wszędzie panowała czystość i porządek. Widać było, że ktoś troskliwie opiekuje się staruszkiem.

Zaurkan wrócił z naręczem chrustu, którego połowę od razu wrzucił do ognia.

– O tak, mój drogi Szarachu, tak – rzekł przytrzymując mnie za ramię, abym nie wstawał. – Spójrz na to ognisko, ogień ostatniego Ubycha. Jak to dobrze, że nie zapomniałem abchaskiej mowy. Wybacz jednak, jeśli wypadły mi z głowy niektóre słowa. Dzięki Allachowi, moja biedna matka nauczyła mnie swojego języka, w moich uszach po dziś dzień brzmi jej głos.

Usadził mnie przy ogniu, wciąż nie mogąc się uspokoić. To wchodził do chaty, to znów z niej wychodził. Wreszcie na dziesięć minut znikł w sąsiedniej izbie. Miałem ochotę wyciągnąć z walizki notes i ołówek, nie zdecydowałem się jednak na to pod jego nieobecność. Postanowiłem najpierw wyjaśnić, po co przyjechałem. Powiedział, że jest ostatnim z Ubychów i chyba się nie pomylił. Przez dwa miesiące swojej tułaczki po Turcji i Syrii ani razu nie spotkałem człowieka, który sam nazwałby się Ubychem. O stuletnim Zaurkanie Zolaku dowiedziałem się od ludzi zupełnie przypadkiem.

Wreszcie z drugiego pokoju wyłonił się Zaurkan, prawie nie do poznania, jakby jeszcze wyższy. Miał na sobie starą czarną czerkieskę , na głowie wysoką papachę , a na zdobionym pociemniałym srebrem cienkim kaukaskim pasie starodawny bojowy kindżał z czarną rękojeścią, wetknięty w ciemnosrebrną pochwę. W ręku starzec dzierżył prawie metrowej długości miedziany róg.

– Soulach, najstarszy z Ubychów, którego losy przywiodły do tego kraju, oddał mi przed śmiercią ten pas z kindżałem i ten oto róg. Pas należał do niego, zaś róg był własnością całego narodu. Dziś mam go ja, ale kiedy umrę, kto wie, co się z nim stanie. Kiedy żyliśmy na Kaukazie, mój ojciec miał taki sam róg i gdy z Cebeldy przyjeżdżali do nas bracia mojej matki, ojciec przy pomocy rogu zwoływał sąsiadów i krewnych. Słysząc jego dźwięk, wszyscy wiedzieli, że do Chamirzy przyjechali goście. Tak więc niech zabrzmi i w tę noc na cześć gościa, który przyjechał z tak daleka, bliskiego człowieka, mojego wuja po kądzieli. Niech wszyscy się dowiedzą i przybędą na ucztę!

Starzec wyszedł z chaty z rogiem w rękach. Zdziwiony podążyłem za nim. Minąwszy rosnące przy chałupie cztery drzewa, Zaurkan zatrzymał się nad obrywem i zaczął dąć w róg. Pierwszy raz w życiu słyszałem taki dźwięk, straszny i żałosny jednocześnie, niczym krzyk rannego zwierza. To unosił się w górę jak dym nad strzechą, to znów niesiony wiatrem tęsknie zamierał gdzieś hen w oddali. Powinien zabrzmieć jeszcze donośniej i żałośniej, tak, aby każdy, kto go usłyszy zapłakał, wspominając wymarły naród.

W końcu wraz z Zaurkanem wróciliśmy do chaty. Usiedliśmy przy ognisku. Ostatni róg Ubychów zamilkł, lecz tlił się jeszcze ich ogień. Patrząc na siedzącego naprzeciw mnie ostatniego Ubycha, na jego pooraną głębokimi zmarszczkami twarz i szyję, wielkie dłonie spoczywające na silnych kolanach i szerokie ramiona, wyobrażałem sobie, jakim kiedyś musiał być bohaterem.

– Wiem, że przybyłeś z daleka – powoli powiedział Zaurkan, jak gdyby szukając w pamięci każdego z wypowiadanych słów. – Wiem też, że przyjechałeś w konkretnej sprawie i że będziesz mnie o coś pytał. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale dzisiaj, proszę, odpocznij i spróbuj mojego chleba.

Ledwie starzec skończył mówić, na progu bezszelestnie pojawił się Biram. Abchaskie przyzwyczajenie, nabyte w dziecięcych latach z pewnością na całe życie, kazało mi poderwać się na powitanie wchodzącego.

– Siadaj, dad, on nie rozumie takich rzeczy – rzekł Zaurkan, kiwając na Birama.

Ten bez słowa zaczął rozwiązywać przyniesiony ze sobą węzełek i rozkładać na stole jadło. Niekiedy nachylał się do Zaurkana, by powiedzieć mu coś po turecku ledwie słyszalnym szeptem; pewnie radził się ze staruszkiem w sprawie kolacji.

Kiedy Biram mówił, starzec siedział bez ruchu, gładząc swoją sięgającą piersi białą brodę i wpatrując mi się w oczy. W jego wzroku dostrzegłem dobroć i smutek. Potem skierował spojrzenie na otwarte na oścież w ciemność nocy drzwi i gromkim, wesołym głosem zaczął mówić, jakby opowiadał o czymś, co rzeczywiście działo się na zewnątrz.

– Tak! Nie na darmo grzmiał róg, dad Szarach. Już wszyscy sąsiedzi i krewni zebrali się na jego zew i każdy zajmuje się tym, co do niego należy. Jedni zarżnęli koźlęta i pieką je nad ogniskiem, inni zakłuli byka i włożyli mięso do wielkiego kotła, jeszcze inni gotują mamałygę. Zaraz przyjdzie ubychska starszyzna, żeby powitać mojego drogiego gościa, który przyjechał z kraju mojej matki. Zobaczysz ich odzianych w czerkieski z gazyrami , z zakrzywionymi szablami i drogocennymi kindżałami u pasa. Już dawno umówiliśmy się, że wszyscy zbiorą się u tego, do kogo zawita niespodziewany gość.

Słuchałem go, raz po raz zerkając na Birama, który spokojnie nakrywał do stołu. Albo nie rozumiał abchaskiego, albo nie po raz pierwszy słyszał monolog starca.

Zaurkan podniósł się, wydobył z ogniska płonącą gałązkę, zapalił od niej świecę i postawił ją na skraju nakrytego przez Birama stołu. Potem stanął na środku izby i wziąwszy się pod boki wesoło przykazał:

– Hej, chłopcy, powiedzcie dziewczętom, niech niosą kuwszyny i misy. Pora, by goście umyli ręce przed rozpoczęciem wieczerzy.

Po czym wyszedł z domu, schyliwszy się wcześniej, jak gdyby przepuszczał kogoś w drzwiach. Na dworze było ciemno i cicho, na bezchmurnym niebie jaśniały gwiazdy.

– Dostojny Sicie, Daudzie, Soulachu, Tatlastanie, Zoschanie, Achmecie, umyjcie ręce i zaproście naszego gościa do stołu. Wszystko już gotowe – powiedział głośno Zaurkan, przy każdym imieniu odwracając nieco głowę, jakby ci, do których się zwracał, stali wokół niego. Potem zrobił kilka kroków, podszedł do starego drzewa i obejmując jego pień pochylił się w kierunku kogoś niewidzialnego. – Droga matko, czemu jesteś dziś taka smutna? Podejdź bliżej i obejmij naszego gościa jak siostra. Przyjechał przecież z twej rodzinnej Abchazji. Dobrze pamiętam, jak w tajemnicy przed nami gorzko szlochałaś, opłakując po abchasku swoich braci, których opuściłaś. Choć to nie twój rodzony brat, jest przecież z Abchazji. Pomów z nim, może wie coś o twoich braciach.

Zaurkan coraz bardziej się gorączkował. Zwrócił się teraz jakby do człowieka równego wzrostem.

– Ojcze, mam nadzieję, że cię uraduję. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżał do nas Abchaz, młody czy stary, zawsze gościłeś go i zapraszałeś sąsiadów, a potem odprowadzałeś go aż do rzeki Mzymty. Dzisiaj gościmy Szaracha Kwadzbę. To młody człowiek, ale hańba nam, jeśli nie będziemy umieli należycie go przyjąć. Na pewno przyjechał tu z daleka, żeby dowiedzieć się, co się z nami stało, dlaczego Ubychowie zniknęli z powierzchni ziemi.

Zaurkan wrócił do domu i zatrzymując się w progu, podniósł głos:

– Tych, którzy umyli już ręce, zapraszam do stołu wraz z naszym drogim gościem.

Staruszek zatrzymał się i gestem zaprosił mnie do chaty. Biram wyszedł nam naprzeciw z kuwszynem, abyśmy obmyli ręce.

– Oto wszystko, co Bóg dał nam dzisiaj – rzekł Zaurkan, gdy usiedliśmy przy niziutkim stole.

Wszystko co stało na stole, z wyjątkiem czureka , różniło się od tego, co jadamy na Kaukazie. Nieraz podczas podróży po Turcji próbowałem potraw, które Biram postawił dziś na stole: i pakla ciorbasy – zupy z fasolą, i bugly – kotletów gotowanych na parze.

Podczas gdy Zaurkan częstował mnie, Biram siedział nieruchomo w kącie z przymkniętymi oczami. Wydawało się, że zasnął.

Węgle w palenisku dogasły, na stole tliła się jeszcze cienka świeca dająca niewiele światła. W panującym w chacie półmroku ogarnęło mnie dziwne uczucie, wierzyłem i jednocześnie nie mogłem uwierzyć w to, co się ze mną działo. Zaurkan siedział naprzeciwko mnie i powoli jadł. Od czasu do czasu spoglądał z niezadowoleniem w jedną stronę, jakby ktoś siedzący tam nie chciał go słuchać. Nagle oparł dłonie na kolanach i powoli uniósł się, przywołując kogoś:

– Narczou, hej Narczou, czy wszyscy, którzy powinni już siedzieć, zajęli swoje miejsca? Wszystkim nalano wina? Na żadnym stole nie brakuje gotowanego mięsa? Bądź czujny, Narczou, i w odpowiedniej chwili nałóż komu trzeba gotowaną łopatkę.

Wtem Zaurkan zerwał się na równe nogi.

– A teraz, drogi gościu, drodzy sąsiedzi, choć nie posiadam żadnych godności oprócz swojego wieku, to właśnie mnie przypadł zaszczyt bycia gospodarzem tego stołu. Niech Bóg ześle wam wszystkim szczęście i zdrowie! Dzisiaj podejmujemy niezwykle dostojnego gościa, bardziej czcigodny z pewnością już nigdy do nas nie zawita. To mój wuj, brat mojej matki, który zasługuje na wiele więcej, niż mogliśmy postawić na tym ubogim stole. Ale wszystko, co na nim stoi, przygotowaliśmy ze szczerego serca.

Zaurkan stał nad stołem z podniesioną głową. Rękę miał zgiętą, jakby trzymał kielich z winem.

Patrząc na starca, nieomal mu uwierzyłem, tak pewnie i przenikliwie rozmawiał z otaczającą nas pustką. Na chwilę zapomniałem o wszystkim: o kraju, do którego przyjechałem, pustyni, przez którą tu się przedzierałem, o łysym wzgórzu, na które się wspinałem, i o chacie, w której siedzę. Zapomniałem o wszystkim i zdawało mi się, że siedzę tam, na Kaukazie, sto lat temu, na gwarnej uczcie Ubychów.

Nagle Zaurkan usiadł znużony przy stole naprzeciw mnie i odchyliwszy się do tyłu, oparł się plecami o ścianę. Jedliśmy w milczeniu, podczas gdy Biram gotował na rozżarzonych węglach kawę i rozlewał ją do filiżanek. Starzec milczał również, gdy piliśmy kawę. Dopiero gdy skończyliśmy, powoli wstał, mówiąc:

– Dad Szarach, więcej nie będę cię już dziś niepokoił. Zmęczyłeś się drogą, połóż się i odpocznij.

Wskazał ręką na pokryte watowym kocem łoże, które zauważyłem wchodząc do izby.
– Spokojnej nocy – powiedział, podchodząc do drzwi i żegnając się skinieniem głowy. Wziął oparty o ścianę kostur i nie oglądając się na mnie dostojnie wyszedł z chaty. Biram, jakby chcąc zdążyć zanim starzec wróci, pokazał mi, gdzie mogę się położyć. Nie w tej izbie, którą wskazał Zaurkan, lecz w sąsiedniej.

Tej nocy nie zmrużyłem oka. Najpierw, kiedy było jeszcze ciemno, słyszałem, jak starzec chodzi, rozmawiając sam ze sobą. A kiedy zaczęło świtać i Zaurkan w końcu się uspokoił i zasnął, sen zupełnie mnie opuścił. Wyjąłem więc z walizki notes i przez kilka kolejnych godzin zapisywałem wszystko, co udało mi się zapamiętać, przede wszystkim to, o czym mówił staruszek podczas całego wieczoru. Pisałem i myślałem z trwogą o tym, jakim zobaczę go rano po tym wybuchu emocji, którego byłem świadkiem. Czy dojdzie do siebie, uspokoi się? Czy uda mi się z nim porozmawiać?

Moje obawy nie ziściły się jednak. Rankiem, siadając na ławeczce pod najstarszym z czterech rosnących na podwórzu drzew, Zaurkan sam zapytał, co chciałbym od niego usłyszeć. Wyjaśniłem mu, że chciałbym poznać historię jego życia oraz żeby pomógł mi poznać język Ubychów, którego nikt inny już nie może mnie nauczyć. Zgodził się na obie prośby skinieniem głowy.

Tamtego dnia wydał mi się bardzo zmęczony, dlatego nie chciałem go ponaglać. Ale następnego ranka wzięliśmy się do pracy i odtąd codziennie rano i wieczorem rozmawiałem z nim po kilka godzin. I tak przez ponad miesiąc, a właściwie trzydzieści cztery dni, dokładnie tyle, na ile wydano mi wizę. Aby ją przedłużyć, co i tak było mało realne, musiałbym odbyć daleką podróż, dlatego nie chciałem ryzykować.

Biram, z którym w tajemnicy przed Zaurkanem umówiłem się na niewielką opłatę, przychodził niekiedy raz, częściej jednak dwa razy dziennie, przynosząc nam skromne pożywienie, które w pełni mi wystarczało.

Do południa zazwyczaj siedzieliśmy na dworze, starzec pod drzewem na swojej ławeczce, a ja z notesem w rękach naprzeciw niego na grubym pniu platanu. Każdego dnia rano na moją prośbę Zaurkan mówił do mnie po ubychsku; słuchałem go w napięciu, zapisując i dopytując się o szczegóły. Początki były bardzo trudne, dopiero podczas ostatniego tygodnia poszło gładko.

Miałem niebywałe szczęście, że ten stuletni staruszek, który opuścił Kaukaz mając dwadzieścia cztery lata, nie tylko nie zapomniał ojczystej mowy, lecz pamiętał też i abchaski – język swojej matki. Co więcej, podczas ponad siedemdziesięciu lat spędzonych w Turcji nauczył się swobodnie mówić po turecku i arabsku, więc w niezrozumiałych dla mnie momentach przeskakiwaliśmy z języka na język, dochodząc w końcu do rzeczywistego znaczenia któregoś z niezrozumiałych dla mnie ubychskich słów.

Musiałem uczyć się tego języka zupełnie od podstaw, choć jego słownictwo było dość podobne do abchaskiego. „Ogień” – po abchasku „a-mca”, po ubychsku – „a-midze”; „księżyc” – po abchasku „a-mza”, po ubychsku – „a medzy”; „deszcz” – po abchasku „a-kua”, po ubychsku – „ak ku”; „woda” – po abchasku – „a-dzy”, po ubychsku – „bzy”; „oczy” – po abchasku „a-bla”, po ubychsku – „ablija”; „sól” po abchasku – „a-dży-ka”, po ubychsku – „dży”. W fonetyce było wiele podobieństw, choć zdarzały się też różnice. Udało mi się wyodrębnić dwie spółgłoski wyraźnie odróżniające się w wymowie abchaskiej i ubychskiej.

Niekiedy podczas naszych porannych rozmów Zaurkan zaczynał wypytywać mnie o Abchazję, kraj swojej matki. W takich wypadkach zaczynał po ubychsku i stopniowo przechodził na abchaski, abym mógł go lepiej zrozumieć. Interesowali go przede wszystkim krewni matki i ludzie noszący to samo nazwisko. Choć wiele razy mówiłem mu, że w Cebeldzie, skąd pochodziła jego matka, nigdy nie spotykałem ludzi z rodu Szat-Ipa, nijak nie chciał się z tym pogodzić i wciąż pytał:

– Może choć jeden, choćby ślepy, chromy, czy garbaty ostał się w Cebeldzie?

– Niestety w Cebeldzie nie mieszka już nikt noszący to nazwisko – znów cierpliwie powtarzałem – chociaż w innych częściach Abchazji można spotkać osoby o takim nazwisku. I starych, i młodych, i uczonych, i niepiśmiennych. Są wśród nich i moi znajomi.

Wtedy zaczął wypytywać mnie, gdzie i w jakich wioskach, blisko czy daleko od morza żyją i jak im się wiedzie.

Próbowałem opowiadać mu o przemianach, które zaszły w Abchazji. O miastach, drogach i kolei, o osuszaniu bagnistych nizin na wybrzeżu, o walce z malarią, o szpitalach i szkołach, w których dzieci uczą się teraz po abchasku. Starał się słuchać mnie uważnie, ale wyczuwałem, że wszystko to jest mu bardzo dalekie. Między tym, o czym mu opowiadałem, a tym, co pamiętał z czasów młodości, upłynęły trzy ćwierćwiecza – zbyt wiele czasu, którego nie dało się ot tak przeskoczyć.

Wieczorami, w zależności od pogody siedzieliśmy albo tam gdzie rano, w cieniu drzewa, albo w domu, a Zaurkan opowiadał mi po abchasku historię swego życia, wplatając tureckie, a czasami także arabskie słowa. Jak już wspomniałem, abchaskim władał zupełnie swobodnie, jednak przez 75 lat w języku, którym się posługiwał, pojawiły się setki, a może i tysiące nowych słów, które nie były wówczas w użyciu i które znał tylko po turecku lub arabsku. Dlatego Zaurkan nie rozumiał czasem moich pytań, szczególnie wtedy, gdy używałem słów, które niedawno weszły do abchaskiej leksyki lub takich, które z upływem czasu nabrały innego znaczenia. Zwykle nie miałem problemów z zapisywaniem tego, co Zaurkan opowiadał o swoim życiu, tym bardziej, że chętnie powtarzał, jeśli go o to prosiłem.

Nocami, gdy staruszek kładł się spać, dopisywałem to, czego nie zdążyłem zanotować podczas rozmowy, niekiedy skrótowo, tylko po to, żeby czegoś nie zapomnieć. Robiłem także robocze notatki tam, gdzie chciałem później dodać swój komentarz. Ale najważniejsza była oczywiście opowieść samego Zaurkana Zolaka – człowieka o godnej podziwu niezdartej żywotności i równie niezatartej pamięci…



(C) Kaukaz.net. Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytaj, cytuj (z podaniem autora i zródła), ale nie kradnij!